ROZDZIAŁ CZWARTY
HOGWART
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie wyglądała malowniczo na tle ciemnogranatowego nieba. Setki małych, rozświetlonych punktów jarzyło się na jego ścianach, a przekroczenie bariery ochronnej zamku- zjeżyło małe włoski na całym ciele Severusa. Hogwart, był jego domem od dziecka i nie wyobrażał sobie innego miejsca w którym poczułby się równie bezpiecznie.
Wchodząc do sali wejściowej, praktycznie potknął się o kulkę miękkiego futra, które fuknęło wściekłe i zadrapało jego łydkę. Spojrzał na pasiastego, szarego kota, który patrzył na niego z urazą. Zacisnął zęby na ogarniającą go chęć kopnięcia ssaka.
— Szpiegujesz uczniów Minerwo?
Po chwili zamiast kota, stała obok niego surowo wyglądająca Szkotka.
— Gdzie byłeś tyle czasu Severusie? Nigdy nie opuszczasz zamku o tej porze.
— A to, Minerwo, jest moja prywatna sprawa — wycedził.
— Nie bądź zgryźliwy, mój chłopcze. Szukałam cię! — Poprawiła przekrzywione na nosie okulary i rzuciła mu srogie spojrzenie. — Dokładasz mi zmartwień swoim dziecinnym zachowaniem!
— Nie ma potrzeby się martwić, Minerwo. Zajmij się swoimi dyrektorskimi obowiązkami. Jestem dorosły.
— I nadal okropny — wymamrotała.
— Co powiedziałaś? — warknął.
— Że dzień dziś pogodny — uśmiechnęła się złośliwie.
— Dobranoc Minerwo — powiedział, odwracając się w stronę zejścia do lochów. — Stara wariatka — mruknął.
— Co powiedziałeś?
— Że życzę ci lekkiego poranka — powiedział i ruszył w stronę swoich pokoi.
Jego kwatery odpowiadały mu pod każdym względem. Przestrony salon, aneks kuchenny, niewielka część jadalna i wygodna sypialna. Niczego więcej nie było mu potrzeba. Największą przyjemność sprawiał mu moment w którym mógł warzyć eliksiry w swoim prywatnym laboratorium lub czytać książkę popijając filiżankę herbaty na skórzanym fotelu w niewielkim salonie. Otworzył drzwi od swojej mrocznej pieczary i pognał szybkim tempem w stronę łazienki. Kleił się od potu.
Prawdę mówiąc, zmienił by jedną rzecz w swoich kwaterach. Lubił długie kąpiele w wannie, a takowej nie posiadał w swojej łazience. Gdy był małym chłopcem i mieszkał w Spinner's End- łazienka była jedynym pomieszczeniem w jego domu, które zamykało się od środka, tym samym takim, do którego mógł uciec przed agresywnym ojcem. Potrafił godzinami moczyć się w wannie, rozluźniając napięte mięśnie i wyobrażając sobie, że jest w innym miejscu... bezpiecznym, ciepłym.
Po skorzystaniu z toalety odkręcił wodę pod prysznicem i z sykiem wsunął się pod strumień. Był cholernie zmęczony, a ilość informacji i nowych bodźców, które wchłonął tego wieczoru, spowodowało pulsujący ból głowy. Zbyt wiele wrażeń w ciągu jednego dnia.
Skrzywił się ponuro na fakt, że całkiem spodobał mu się pomysł weekendowych aktywności w niezbadanym miejscu. Jego obecne życie było pozbawione dreszczyku adrenaliny, której kiedyś doświadczał na co dzień.
Uległy.
Tak powiedziała Granger. Nie widział w sobie uległego. Owszem był manipulowany przez dwóch zakochanych w sobie dziwaków, ale to on kontrolował przepływ informacji.
Oparł głowę o ścianę i sięgnął po eliksir myjący. Z nadmiaru wolnego czasu i nudy, stworzył produkty do pielęgnacji włosów i ciała, specjalnie dla jego potrzeb. Nie potrzebował tego do życia, ale musiał przyznać, że służyły mu dobrze, a zapach drzewa sandałowego koił jego zmysły.
Woda naleciała mu do nosa, więc zmierzył gniewnym spojrzeniem atakujący go strumień cieplej cieczy. Prychnął szyderczo na wspomnienie dzisiejszego wieczoru. Za tydzień dowie się, czy Granger przyjęła jego propozycję dołączenia do klubu. Zaśmiał się mrocznie na myśl o minie Lucjusza, gdy dowie się, że jego dominująca partnerka, zabiera innego mężczyznę w odosobnione miejsce.
Jego zwykle niezainteresowane niczym przyrodzenie zaczęło puchnąć na wizję sceny, która rozgrywała się pod jego zamkniętymi powiekami. Spojrzał na swój bezczelny narząd, który zakłócał jego kąpiel i stwierdził, że musi mieć naprawdę mało wrażeń w życiu, skoro myśl o odrobinie rozrywki powoduje uporczywą erekcję. Westchnął i zmniejszył temperaturę wody. Nie zadziałało. Poddał się pokusie i przesunął ręka powolnym pociągnięciem od szyi, przez brzuch, docierając do celu. Dawno nie zmuszał się do ręki. Żył w niemal całkowitym celibacie podczas, między i po wojnie.
Stres powodował całkowity brak zainteresowania zaspokajaniem potrzeb cielesnych. Severus miewał napady nagłego podniecenia, gdy przebywał poza Hogwartem w letnie wakacje i wówczas decydował się na spotkania z kobietami, ale żadne z nich nie skończyło się dobrze.
Otoczył delikatnie palcami gładką skórę - jeśli miał już się zadowalać, to nie chciał skończyć zbyt szybko. Przesunął kilka razy ręką w górę i w dół w płynnych pociągnięciach i zamknął oczy na uczucie dreszczu, który przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa.
Oh, tak! To będzie dobre!
Zawsze, gdy poddawał się masturbacji, wyobrażał sobie kobietę o dość drobnej sylwetce. Jej piersi powinny mieścić się w rękach...wąska talia, zaokrąglone biodra, gęste włosy, w które mógłby zanurzyć palce, aby przytrzymać jej głowę. Skóra gładka, jędrna...
Uciekł mu zduszony jęk, gdy wizja nagiego, kobiecego ciała wijącego się z rozkoszy pojawiła się w jego umyśle. Pompował szybciej, chwytając w drugą rękę ciężkie od namiaru nasienia jądra.
Oh, dobrze, tak... tak... tak blisko.
Mięśnie brzucha i ud spięły się z wysiłku, gdy nagle złośliwie uśmiechnięta twarz Hermiony Granger pojawiła się pod jego powiekami. Oblizała pełne, napuchnięte od intensywnych pocałunków usta i szeptała do niego ochrypłym głosem.
Byłeś grzeczny, zwierzaku?
Zacisnął rękę na kurczących się jądrach i ryknął z wyzwolonej rozkoszy. Grube strumienie jego spermy rozpryskiwały się na kafelkach prysznica, gdy jęczał w dalszym ciągu poruszając ręką po swojej długości. Zatrzymał maltretowanie zmiękczającego się narządu, gdy jego skóra była zbyt wrażliwa, by kontynuować. Myślał, że wytrzyma dłużej, ale cieszył się z intensywności orgazmu.
Nagle zesztywniał i rozszerzył oczy na zwarcie w swoim mózgu i połączenie kropek.
Co to było do cholery? Właśnie masturbowałeś się na myśl, o swojej byłej uczennicy!Upadłeś na głowę?
Nie chcąc się przyznać do największej życiowej porażki, jakiej doznał od dłuższego czasu, opukał się porządnie chłodną wodą, kończąc tym samym kąpiel i z kwaśnym grymasem trzasnął drzwiczkami od prysznica, zmierzając do wyjścia z łazienki w tempie, który do złudzenia przypominał marsz wstydu.
Hermiona lubiła przebywać w białym pokoju. Czuła nostalgię za każdym razem, gdy tutaj przychodziła. Lucjusz, wydawał się w tym pomieszczeniu spokojniejszy, bardziej otwarty.
Wieczór pełen wrażeń, co?
Myślała, że w klubie nie pojawi się nikt bardziej ekscytujący, niż Lucjusz Malfoy. Godziła się na sesje z członkami Onca pod warunkiem, że były to sceny wprowadzające nowych uczestników. Obawiała się przywiązania do kogokolwiek, a tworzenie relacji opartej jedynie na scenach w klubie było - jej zdaniem - nierozsądne. Lucjusz był wyjątkiem, jej pierwszym i jedynym uległym z którym podpisała kontrakt, a po jego dzisiejszym zachowaniu, zaczęła tego żałować. Pamiętała moment w którym jej uległy zaproponował przyprowadzenie mistrza eliksirów. Wiedziała, że praktyki w klubie sprawdzą się w przypadku Severusa. Nie miał celu po wojnie, brakowało mu ekscytacji, adrenaliny, kogoś kto podejmie za niego decyzję i wyda niezbędne polecenia. Był szpiegiem całe życie, a ludzie tacy jak on potrzebują impulsu. Niewielkie doświadczenie Snape'a było dla niej szokiem. Nie był może klasycznie przystojny, ale to nie miało znaczenia... jego atrakcyjność nie wynikała z urody. Sposób w jaki się poruszał, przeciągał słowa tym mrocznym głosem...
Tak, to dość pociągające... na swój własny sposób.
Dziwiła się, że nie znalazł chętniej partnerki. Właściwie można przypuszczać, że po prostu nie zauważył, oczywistych oznak zainteresowania jego osobą oraz tym co znajdowało się między jego udami. Zapewne za każdym razem, gdy kobieta patrzyła na onieśmielającego czarodzieja z oczywistą ochotą, zrzucał jej kwaśne spojrzenie lub szydził, że powinna przestać się gapić. Propozycja odbycia z nią sceny odrobinę ją zaskoczyła, ale nie chciała wyciągać pochopnych wniosków. Fakt, że próbował wzbudzić zazdrość w Lucjuszu był dość oczywisty, biorąc pod uwagę jego zachowanie w sali wejściowej dla gości.
Drzwi zaskrzypiały. Hermiona odwróciła się twarzą do skruszonego Lucjusza.
— A kogo my tu mamy? — wymruczała wstając na nogi i obchodząc czarodzieja, jakby chciała zagonić zwierze do wnętrza klatki. — Syn marnotrawny powrócił?
— Czy mam mówić do Ciebie mamusiu? — wyszeptał napiętym głosem, nie patrząc jej w oczy.
— Nie bądź absurdalny, Lucjuszu! — spojrzała na niego z niesmakiem i skrzyżowała ramiona na piersi. — Rozbierz się.
Nie musiała na niego patrzeć. Czuła w kościach, że był przestraszony na myśl o karze. Uśmiechnęła się złośliwie na widok jego sterczącej erekcji, której nie był w stanie ukryć w swoim rozebranym stanie.
Ktoś czuje się wyjątkowo podekscytowany na myśl o dyscyplinie.
Złożył swoje ubrania starannie w równą kostkę, odłożył je na pobliskie krzesło i uklęknął na białym, puszystym dywanie.
— Ręce za głowę, nogi szczerzej.
— Pani, mam pozwolenie na mówienie? — Nie lubiła gdy nazywano ją panią, mistrzynią albo inną Królową Elżbietą, ale zaciskała zęby, wiedząc że Lucjusz ma słabość do tytułów tego typu.
— Mów — wycedziła chłodno stukając palcem w jego podbródek.
— Czy możesz dziś zwracać się do mnie po imieniu? — wyszeptał z tłumioną desperacją.
Brwi Hermiony wyskoczyły do lini włosów. Lucjusz uwielbiał, gdy zwracała się do niego ośmieszającymi pseudonimami. Na samym początku nie czuła się dobrze z upokarzaniem drugiego człowieka. Jednak, gdy zobaczyła sposób, w jaki Lucjusz reagował na jej ostry, wymagający ton...
Ciarki podniecenia pokryły jej skórę, ale postanowiła stłumić swoje libido. Lucjusz był w kiepskim stanie, a prośba o zwracanie się do niego po imieniu była jednoznacznym alarmem, że coś złego się dzieje w jego umyśle.
— Jeśli uzasadnisz dlaczego, to może zaakceptuję prośbę — ściągnęła brwi, na wzdrygnięcie jego ciała. — Co się dzieje, Lucjuszu? Zaczęłam nazywać cię zwierzakiem, na twoją wyraźną prośbę, doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie lubię nadawać pseudonimów uległym — jej ton był spokojny.
Spiął się i próbował ukryć się przed jej spojrzeniem.
— Lucjuszu... spójrz na mnie — ociepliła ton o kilka stopni. Podniósł smutny, szczenięcy wzrok, więc przewróciła oczami na jego scenę wymuszania uwagi. — Wstań Lucjuszu i ubierz szatę.
— Nie, proszę! Przepraszam, możesz nazywać mnie zwierzakiem, albo czymkolwiek chcesz!
— Nie o to w tym wszystkim chodzi, kochanie. — Spojrzał na nią z zaskoczeniem, szybko podnosząc się na nogi i wsunął ramiona w szatę. Hermiona usiadła na kanapie i skinęła, żeby usiadł przy niej. — Połóż głowę na moich kolanach. — Bez wahania spełnił żądanie i westchnął głęboko, gdy zaczęła gładzić go po włosach. — Chcę, żebyś powiedział mi co się dziś wydarzyło. Musisz być ze mną szczery. Nie gramy, masz wolność wypowiadania się.
— Ja... — wyszeptał przez zaciśniętą szczękę, jego ciało było spięte.
— Lucjuszu, od kiedy się znamy? — zapytała, nie przerywając przeczesywania pięknych, jasnych kosmyków. — Spojrzał na nią znacząco z porozumiewawczym uśmiechem.
— Od twojego drugiego roku w Hogwarcie.
— Nie, Lucjuszu — posłała mu czuły uśmiech. — Od kiedy naprawdę się znamy? — Czarodziej westchnął głęboko i wtulił nos w jej brzuch, obejmując jej talię ramionami.
— Ponad rok — wyszeptał głosem stłumionym przez jej szatę.
— Czy od tego czasu, kiedykolwiek dałam Ci powód, żebyś mi nie ufał?
— CO? — Wstał gwałtownie, siadając obok niej na kanapie. — Nie! Nie o to tutaj chodzi.
— Inaczej odbieram twoje zachowanie — parsknęła kwaśno i skrzyżowała ramiona na piersi.
— Nie chciałem cię zranić. — Zmarszczył platynowe brwi, przegryzając dolną wargę zębami. Schował głowę w dłoniach i odetchnął potrzebnym do życia powietrzem. — Jestem zaborczym człowiekiem, Hermiono. Wiesz doskonale, że ciężko znoszę, gdy wprowadzasz uległych — podniósł szare oczy, aby spotkać jej brązowe i uśmiechnął się z grymasem bólu.
Teraz, albo nigdy.
— Severus zaproponował mi swoją pierwszą scenę. — powiedziała szybko, nie tracąc czasu na wahanie. — Jeszcze nie podjęłam decyzji, ale prawdopodobnie się zgodzę. Zależy mi, żeby ktoś wprowadził go na tyle dobrze, aby czuł się u nas komfortowo.
Cień obietnicy morderstwa, pojawił się na twarzy Lucjusza, więc uniosła na niego brew w wyzwaniu.
— Nikt nie zrobi tego lepiej — wysyczał przez zaciśnięte z powstrzymywanej wściekłości zęby.
— Będziesz się z tym źle czuł, prawda? - drążyła, aby spowodować wyrzut kumulowanych w nim emocji.
— Oczywiście, że będę! Chcę cię tylko dla siebie i nic na to nie poradzę! — warknął ze zmrużonymi gniewnie oczyma.
Właśnie to miałam na myśli.
— Lucjuszu, wiedziałeś od samego początku, że układ jest tymczasowy, dopóki nie znajdę ci idealnej partnerki — chwyciła jego lewą rękę, odwracając jego przedramię, aby położyć palce na jego wyblakłym Mrocznym Znaku. — Nie możesz być wobec mnie zaborczy. — Śledziła zarys obraźliwej blizny z uczuciem, w miękkiej pieszczocie.
Jęknął z przyjemności i wtulił nos w jej rozczochrane loki, wciągając jaśminowy zapach jej szamponu.
— Nie potrzebuję innej — wyszeptał, całując ją w skroń.
— Temat nie podlega dyskusji.
Pokręcił głową z kwaśnym uśmiechem.
— Czy mogę dziś z tobą zostać?
— Tylko ten jeden raz, wiem że tego potrzebujesz.
Lucjusz ponownie położył głowę na jej kolanach, wróciła do głaskania jego jedwabistych włosów.
Merlinie, muszę mu powiedzieć, że jeśli będzie tak dbał o wygląd fizyczny, ma zerowe szanse na znalezienie bardziej zadbanej partnerki.
Zachichotała i położyła głowę na oparciu kanapy przymykając oczy. Większość czarodziejskiej społeczności nie uwierzyłaby, że brutalny śmierciożerca, Lucjusz Malfoy jest zagubionym, ale czułym i dobrym człowiekiem.
Spała głęboko, gdy czarodziej niósł ją w ramionach do własnej sypialni, przebrał jej ciało z szacunkiem w cienką szatę do spania i otulił ochronie ramionami, które trzymały ją blisko siebie, jak swój największy... najpilniej strzeżony skarb.
Wschodzące słońce raziło Severusa w oczy. Uporczywe promienie wpadały przez zaczarowane okno jego sypialni, zwiastując nieuchronny początek kolejnego dnia oczekiwania na list od Granger. Całą noc szamotał się w pościeli przez dręczące go koszmary. Od kilku miesięcy nie miał potrzeby przyjmowania eliksiru nasennego, ale najwyraźniej jego zdradziecki umysł uśpił jego czujność, aby uderzyć z pełną mocą podczas dzisiejszej nocy. Nie chcąc rozmyślać o wizjach, które nadal majaczyły pod jego powiekami, wyplatał się z mokrej od potu kołdry i podreptał nieszczęśliwie pod poranny prysznic. Musiał się spieszyć, jeśli miał zdążyć na śniadanie w Wielkiej Sali.
Wychodząc z kwatery na zimny korytarz hogwardzkich lochów, poczuł uderzenie w bok swojego ciała. Spojrzał gniewnie w dół na przerażoną twarz pierwszoroczniaka.
Życie mu niemiłe!
— Panie Jones, jeśli szanujesz swoją marną egzystencję, to zachęcam do natychmiastowego odwrotu — syknął. — W szybkim tempie — dodał lodowatym głosem. — Przerażony chłopiec rozszerzył oczy ze strachu, pokiwał ochoczo głową i ruszył sprintem wzdłuż korytarza. — I dziesięć punktów od Huffelpuffu za wyjątkowego pecha! —dodał kwaśno, zmierzając w stronę Wielkiej Sali.
— Gorszy dzień, Severusie?
Odwrócił się i westchnął z miną godną ofiary bolesnych tortur.
— Znów mnie śledzisz Minerwo? Nie masz przypadkiem porannej herbatki z cukierkofilem?
— Albus wyszedł do Ministerstwa — odpowiedziała ostro z naganą w głosie. — Ma tam portret, pamiętasz?
— Oczywiście, że pamiętam — fuknął lekceważąco. — Za każdym razem, gdy tam jestem przypadkowo go unikam.
— Porozmawiaj z nim Severusie, minęły cztery lata.
— Zostaw ten temat w spokoju, nie chcę słuchać jego bezcelowych zapewnień i przeprosin.
— Dobrze, mój drogi chłopcze — Zmarszczyła całą twarz w oczywistym zapewnieniu, że ma zamiar wrócić do tematu później. — Idź na śniadanie, wyglądasz dość blado.
— Bo mieszkam w lochach, wścibska wiedźmo — wyszeptał odwracając się do niej plecami.
— Coś mówiłeś? — spojrzała na niego przez ramię z uśmieszkiem.
— Nic... — udał zdumienie, ruszając szybkim krokiem na śniadanie.
Wielka Sala była zapełniona żarłocznymi cymbałami, którzy używali jamy ustnej, jako magazynu nadmiernej ilości żywności. Momentalnie zmarkotniał na przypomnienie, że przecież jest nauczycielem tych cymbałów i będzie musiał użerać się z nimi do końca dnia, do końca tygodnia, do końca czerwca...
Do końca mojego marnego życia.
Minęło kilka sekund odkąd usiadł, gdy rozległ charakterystyczny dźwięk, oznaczający sowią pocztę.
Może to dzisiaj?
Szaro-biało-brązowo-czarna chmara ptaków, odsłoniła coś wielkiego, kolorowego.
Papuga? I dlaczego do świętych jajek Merlina, zbliża się do mnie?
Podleciała do stołu, zaczepiając pazury na rancie półmiska z owsianką i zaczęła przeraźliwie klekotać dziobem.
— Snap Snap Snap Seveeeus — rozwinęła mocniej skrzydła, ukazując magicznie przymocowany list do jej tułowia.
— Tak, to ja ty wielki ptaku! Oddaj list! — warknął rozglądając się niespokojnie po Wielkiej Sali.
— Snap Snap list oddaj — gdakała, naśladując jego zniecierpliwiony ton.
Trzepotała skrzydłami w przód i w tył, rozwalając stos jedzenia pod sobą. Grono nauczycielskie wzdychało z oburzenia, gdy większa część wielkiego stołu pokryła się fragmentami dań śniadaniowych.
Policzki ptaka, były zarumienione z podekscytowania.
Papugi mogą się rumienić?
Cała Wielka Sala wpatrywała się w ptaka ze zdumieniem. Nie wytrzymał dłużej tej żałosnej szopki i wyrwał jej list. Spodziewał się otrzymać coś większego niż małą kopertę. Informacje, które obiecała mu Hermiona zapowiadały co najmniej kilkadziesiąt cali pergaminu. Spojrzał na niewielkiej wielkości kopertę i zobaczył swoje imię napisane schludnym pismem Granger.
Co ona sobie myślała, do cholery?! Wysłała mi papugę do Hogwartu!
— Powiedz swojej pani, żeby następnym razem wysłała sowę, zamiast głupiego, tropikalnego ptaka! — warknął na wciąż miotającą się w jedzeniu papugę
— Powie Snap mówi że pani głupia — zaklekotała i odleciała.
Cholera, nie powie jej tego, prawda?
— Severusie! Od kogo ten list? — krzyknął Filius z żartobliwym uniesieniem brwi.
— Nie twój interes! Wytrzyj owsiankę z twarzy Flitwick! — zmrużył oczy na nauczyciela zaklęć.
— Jestem brudny? — mruknął Filius z zakłopotaną miną. — Gdzie?
Severus machnął ręką, zgarniając solidną porcję owsianki za pomocą magii bezróżdżkowej i wycelował w środek twarzy Filiusa, który jak na niskorosłego czarodzieja przystało, spadł z krzesła pod ciężarem ciosu.
— Właśnie tu — burknął. Wstał od stołu i nie patrząc na tłum szepczących uczniów oraz nauczycieli, wybiegł tylnymi drzwiami.
Straciłem apetyt.
Dzień był wyjątkowo długi i monotonny. Czterdzieści siedem razy musiał upomnieć uczniów, więc jego utracony wcześniej zapał powrócił, gdy pozostało kilka ostatnich minut lekcji. Czuł podekscytowanie na myśl o przeczytaniu listu. Czekał na niego całe trzy dni i powoli zaczynał się obawiać, że wizyta w Onca, była tylko wytworem jego wyobraźni.
Spojrzał ponuro na klasę pełną uczniów. Powinien zadać im kilka dodatkowych cali wypracowania, tak dla własnej satysfakcji. Jego zapał opadł, gdy zobaczył kretyna Johansa, który usiłował uratować swój marny eliksir wzmacniający. Chłopak miał potencjał, ale był zbyt leniwy i szałaputny. Przewrócił mentalnie oczami i wstał od stołu, żeby zakończyć tę szopkę.
— Macie pięć minut na dokończenie eliksiru wzmacniającego. Radzę się postarać — wyszczerzył zęby w drwiącym grymasie. — Przetestujecie go osobiście na następnej lekcji — dodał złowieszczo.
Po usłyszeniu dzwonka, warknął na klasę, żeby zabierali tyłki na kolację i zamknął drzwi od swojego gabinetu. Jego podirytowanie ustąpiło odnowionemu podekscytowaniu, gdy w końcu chwycił list do ręki.
Chwila...
Podszedł do skórzanego fotela i rozsiadł się wygodnie. Machnięciem bladej ręki przywołał kryształową szklankę i wlał zawartość bursztynowej butelki, która leżała na stole. Ognista Whisky podrażniła przełyk i rozgrzała trzewia na tyle przyjemnie, że poczuł się gotowy do otwarcia koperty- a zrobił to wyjątkowo ochoczo, przygryzając wąską wargę. Koperta była całkowicie pusta. Wsadził palce do środka, ale wyglądało na to, że papierowe opakowanie nie miało dna.
Zaklęcie przedłużające?
Zauważył małą plamę wewnątrz koperty, więc zbliżył oczy do papieru w taki sposób, że jego haczykowaty nos praktycznie dotykał pergaminu.
Użyj Accio.
Tyle mogłem się domyślić, Granger.
Wyciągnął różdżkę, machnął niewerbalnie, a z koperty wyleciał stos pergaminu, wydając charakterystyczny dla tego materiału dźwięk.
To wiele wyjaśnia.
Znalazł broszurę Onca, stos informatorów wprowadzających do układu dominujący-uległy, umowę do podpisu oraz coś co interesowało go najbardziej- list od Granger. Otworzył go, wstrzymując oddech.
Drogi Severusie,
mam nadzieję, że Sofia nie sprawiła Ci kłopotu. Obiecuję, że jest drażliwa tylko przy pierwszym spotkaniu. Nie wysłałam sowy, ponieważ potrafi być o nie cholernie zazdrosna.
Podjęliśmy decyzję wspólnie ze wszystkimi członkami klubu. Przyjmujemy Cię na trzymiesięczny okres próbny pod zaklęciem zwodzącym. Pragnę również poinformować, że zgadzam się na uczestnictwo w Twojej pierwszej sesji. Niezbędne będzie odesłanie mi do piątku pergaminu z Twoimi granicami. Przeczytaj dokładnie stronę czwartą. Medalion znajdujący się w liście zawiera zaklęcie zwodzące oraz bezpośrednie połączenie z klubem. Działa podobie do świstoklika, jednak nie musisz wychodzić poza bariery ochronne Hogwartu. Inkantacja potrzebna do aktywowania medalionu znajduje się w notatkach. Medalion zabierze Cię bezpośrednio do Twoich prywatnych kwater w Onca.
W razie innych pytań, pozostaję do Twojej dyspozycji.
Z pozdrowieniami
Hermiona Granger
Severus spojrzał na mały medalion ze złotym jaguarem i założył go na szyję. Hermiona Granger będzie musiała udzielić mu szczegółowych informacji, odnośnie zaklęć jej autorstwa.
— Hermiono?
Usłyszała spokojny, męski głos za ścianą łazienki. Nie miała dziś ochoty na towarzystwo, ale właściciel głosu był jedyną osobą, która mogła widzieć ją w takim stanie.
— Jestem pod prysznicem! Daj mi chwilę!
Włożyła głowę pod silny strumień wody.
Może jak się utopię, dadzą mi wreszcie święty spokój?
Gość siedział na welurowej kanapie, przeglądając Proroka Codziennego. Podeszła od tyłu i nachyliła się nad jego uchem.
— Dlaczego przyniosłeś tu tego szmatławca?
Podskoczył i wzdrygnął się gwałtownie.
— Hermiono! Nie skradaj się w ten sposób! Mogłem umrzeć!
— Voldemort próbował cię zabić kilka razy. Myślę, że nie mam szans w tym starciu.
Zielone oczy jej przyjaciela rozbłysły rozbawieniem na dźwięk humoru w jej głosie.
— Jak się czujesz? — zapytał z mniej radosną miną.
— Byłeś kiedyś przejechany przez Hogwart Express? Nie? — westchnęła teatralnie. — Ja też, ale podejrzewam, że czuję się znacznie gorzej.
— Wiesz kto cię zaatakował?
— Nie wiem... może czyjaś zazdrosna żona?
— Hermiono, nie żartuj. To poważna sytuacja. Ktoś przeklnął cię w biały dzień! — krzyknął.
— Tak, mam tego świadomość. Jak widać, wyglądam świetnie. Samopoczucie poprawi się z czasem.
Harry wyglądał, jakby miał się kłócić, ale powstrzymał się od komentarza.
— Rozmawiałaś z Ronem?
— Nie. Nie rozmawiałam z nim od zerwania zaręczyn.
— Będziecie świadkami na moim ślubie! Jak wyobrażasz sobie wesele?
— Jesteśmy dorośli, Harry! Będę grzeczna, obiecuję. Lepiej martw się o drugą stronę medalu i własną teściową.
— Molly za tobą tęskni — szepnął w obronie i wstał z kanapy, patrząc na Hermionę błagalnym wzrokiem.
— Molly tęskni za moim pełnym łonem i zorganizowaniem przyspieszonego kursu gotowania. Nie łudź się, że nie wiem co o mnie mówi.
— Ona nie wie przez co przeszłaś z Ronem. Nie powiedział jej wszystkiego.
Hermiona miała dość wywlekania tematu Rona. Zerwała zaręczyny po niecałym roku ich związku. Nie chciała do tego wracać.
— Harry będę wdzięczna, jeśli się zamkniesz lub zabierzesz temat Rona gdzie indziej.
— Dobrze, już dobrze — westchnął. — Masz plany na wieczór?
— Tak. Mam zamiar zakopać się w pościeli i poprosić Melwina o gulasz wieprzowy.
— Potrzebujesz dziś czerwony pokój?
— Na brodę Merlina, Harry! Twoja przyszła żona, jest w szóstym miesiącu ciąży! Mógłbyś się powstrzymać od sprośności!
— Myślisz, że sam wpadłem na ten pomysł? Ta kobieta nie daje mi spokój. — Zasępiony wyraz jego twarzy wydusił z jej gardła ochrypłe parsknięcie
— Powiedz Melwinowi czego potrzebujesz. Idź, chcę spać.
— Tak jest, proszę pani.
— Odwal się.
Drzwi zamknęły się za nim chicho.
Nie martwiła się nieznajomym napastnikiem. Od zerwania zaręczyn otrzymywała anonimowe pogróżki i nie odbiegały od tych, które dostawała na czwartym roku.
Wracała z Ministerstwa po pracy, kiedy poczuła ból w kręgosłupie. Nie widziała nikogo podejrzanego. Straciła przytomność chwilę później. Obudziła się w Świętym Mungu. Wytłumaczyli jej, że klątwa była wyjątkowo złośliwa i mogła prowadzić do pełnego porażenia ciała. Usunęli klątwę, ale ból będzie utrzymywał się przez kilka godzin lub dni.
Westchnęła i weszła do łóżka.
Na stoliku nocnym leżał pergamin z granicami Severusa, które otrzymała sową w odpowiedzi zwrotnej na swój list. Lista zabronionych czynności nie zszokowała Hermiony. Dotyczyły przede wszystkim publicznego upokorzenia i dołączenia osoby trzeciej do sceny.
— Szkoda. — Uśmiechnęła się psotnie.
Podkreślił, że ze względu na niewielkie doświadczenie, ustalenie możliwości odbycia sceny będzie odbywało się po zapoznaniu ze szczegółami i specyfikacją urządzeń.
Świetnie!
Czuła podekscytowanie sobotnim wieczorem. Miała nadzieje, że Severus się pojawi i zaufa na tyle, by wprowadzić go do klubu bez większych nieprzyjemności. Chciała mu pomóc.
— Melwin!
— Panieka Hermiona wzywała Melwina?
— Tak. Prosiłam, żebyś zwracał się do mnie po imieniu.
Skrzat zmieszał się.
— Melwin przeprasza, panienko Hermiono. Melwin woli zwracać się do Hermiony Granger per panienko.
— W porządku. Czy mogę mieć nadzieję na twój znakomity gulasz wieprzowy?
— Oh tak! Melwin uszykuje panience gulasz! Czy podać go natychmiast?
— Nie. Muszę najpierw odpocząć.
Melwin skinął głową i prawie zniknął, gdy krzyknęła.
— Melwin, poczekaj! W sobotę odwiedza nas Severus. Uszykuj mu apartament. Będziesz się nim na stałe opiekować.
— Melwin jest zaszczycony! — cichy dźwięk oznajmił zniknięcie skrzata, więc wtuliła nos w świeżo upraną poszewkę pościeli.
Nim się zorientowała, zapadła w ciężki sen.
