ROZDZIAŁ SZÓSTY

INICJACJA


Hermiona uśmiechnęła się pod nosem, gdy wprowadziła Severusa do roboczej garderoby. Miała tu mnóstwo ubrań w których czarodziej mógł poczuć się swobodnie. Postanowiła nie otwierać szafy z bardziej kontrowersyjnymi rzeczami, żeby mężczyzna nie uciekł z krzykiem. Chciała, aby choć na chwilę poczuł się kimś innym.

— Wejdź Severusie i rozgość się. Wybiorę coś dla ciebie.

— Co jest nie tak z moim ubraniem?

Patrzył na nią z lekką urazą. Przewróciła oczami. Będzie musiała uważać na jego ego, bo jak na kogoś tak poważnego, wydawał się bardzo wrażliwy na punkcie własnego wyglądu.

— Wszystko w porządku z twoim ubraniem Severusie. Na co dzień. Tutaj nie musisz ubierać się pod szyję. Poza tym zależało ci na anonimowości. Chcesz zostać przy ciemnych kolorach?

— Nie założę nic pastelowego!

— Nawet bym o tym nie pomyślała — zachichotała cicho. — Czarny ci pasuje.

Wyciągnęła cienką, jedwabną koszule z niskim dekoltem. Chwyciła parę kaszmirowych, czarnych spodni i podała niecierpliwemu czarodziejowi.

Spojrzał na stos ubrań podejrzliwie i ukrył się za parawanem. Nie minęły nawet dwie minuty, gdy usłyszała głośne warknięcie.

— Wyglądam śmiesznie!

— Pokaż się. Sama to ocenię.

Ponury czarodziej wyszedł z bezpiecznego ukrycia z kwaśnym grymasem i podszedł do dużego lustra w rogu pokoju. Wyglądał bardzo dobrze. Nie przytył wiele od czasu wojny, ale nie przypominał samej śmierci. Dekolt luźniej koszuli sięgał mu prawie do pępka, więc widziała zarys jego mięśni. Przyglądała mu się klinicznie, podejmując ostateczną decyzję, że im bardziej profesjonalnie podejdzie do sprawy, tym szybciej uda się go przekonać.

— Wyglądasz świetnie, nie zmieniliśmy wiele... kolor pozostał, prawda? Spodnie różnią się tylko materiałem, a koszula pasuje ci idealnie!

— Właśnie z górą mam problem! Widać moje ciało. Nie chcę się tak pokazywać — miał zaciśnięte pięści i szczękę.

Lekcja pierwsza start, Granger.

— Severusie, obróć się i spójrz na mnie — Severus przeniósł wzrok z siebie na jej odbicie w lustrze. Widziała rezygnację i podejrzliwość w jego oczach. — Co nie podoba ci się w twoim ciele?— powiedziała cicho.

Spojrzał się na nią z mieszaniną szoku i wściekłości.

— Czy to nie oczywiste?

— Nie, nie dla mnie.

Westchnął i zamilkł na minutę. Czekała cierpliwie.

— Jestem blady, chudy, żylasty i brzydki. Nie ma czego podziwiać — wychrypiał w końcu.

— Twoja skóra ma ładny, porcelanowy odcień. Nie przypomina tego chorowitego, za czasów wojny. Nie patrz tak na mnie, pamiętam doskonale jak wyglądałeś wcześniej — parsknęła na jego kwaśny grymas. — Jesteś chudy, tak. Mimo wszystko masz gibką i dość atletyczną budowę ciała. Mnie osobiście podobają się twoje uwidocznione żyły i tętnice — uśmiechnęła się zalotnie. — To przydatne do wyczucia pulsu, podczas pewnych czynności.

Rozluźnił się trochę z krzywym uśmieszkiem. Minęło kilka sekund zanim znów sposępniał i zacisnął szczękę.

— Severusie, dlaczego uważasz, że jesteś brzydki? — szepnęła, kładąc rękę na jego lewym przedramieniu. Wzdrygnął się i odsunął od niej.

— Myślę, że wystarczy rozmów na dziś. Rezygnuję Granger, ten cyrk już mnie nie śmieszy. — Odwrócił się od niej, uciekł za parawan i zaczął się rozbierać.

Wychwyciła, że jego twarz była całkowicie nieczytelna. Po raz pierwszy od wojny widziała go z zamkniętym wyrazem twarzy.

Oklumencja.

O nie, nie, nie uparty dupku!

Wbiegła za parawan, żeby przemówić mu do rozsądku. Poddawanie się w tym momencie nie miało najmniejszego sensu biorąc pod uwagę, że tylko garstka osób będzie znała jego tożsamość.

— Dość Severusie.

Zatrzymał wszystkie czynności, które wykonywał i spojrzał na nią dziwnie. Nie miał już na sobie koszuli. Zapewne nie przypuszczał, że naruszy jego prywatność. Podeszła do niego patrząc mu w oczy bez mrugnięcia. Miał spory problem, żeby utrzymać jej wzrok.

Nie dziwię się, jest bez ubrania... bezbronny.

— Jeśli nie czujesz się na siłach, aby odpowiadać na moje pytania, nie widzę sensu odgrywania scen. Nie będę w stanie z tobą współpracować, jeśli nie będziesz mi mówił o swoich obawach i uczuciach.

Był sztywny, jak drewno. Przypominał bardziej żywy eksponat zamiast człowieka, ale mogła zauważyć trybiki obracające się w jego głowie.

Ustąpi. Wiem, że się uda. Ustąpi.

— Wielokrotnie byłem wyśmiewany ze względu na mój wygląd. Zawsze byłem chudy, pająkowaty, miałem za duży nos, zbyt krzywe żeby i tłuste włosy.

— Co w sobie lubisz najbardziej? — zmarszczyła brwi, zastanawiając się w jaki sposób do niego dotrzeć.

— Chyba mój umysł — powiedział chłodno, ale kącik jego ust podwinął się delikatnie w prawie uśmiechu.

Targnęła nią przemożna ochota, aby go przytulić. Nienawidziła, gdy ktoś krzywdził bezbronne osoby, a z tego co mogła wywnioskować, Severus od dziecka był krzywdzony zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Musiała ugryźć język, aby jej empatyczna strona o miękkim sercu schowała się głęboko w czeluściach umysłu i poczekała na bardziej odpowiednie chwile. Okazywanie emocji komuś, kto z natury jest zamknięty w sobie w niczym nie pomoże. Poza tym nie sadziła, żeby chciał być dotykany w jakikolwiek sposób.

— Czy mogę ci w takim razie powiedzieć co lubię w twojej twarzy?

Wyglądał, jakby chciał zrobić wszystko z wyjątkiem udzielenia pozwolenia na ocenę jego wyglądu. Mimo to skinął głową na zgodę ze spiętą miną. Właściwie, jak na tak onieśmielającego czarodzieja, który terroryzował ją za dziecka był niepewny siebie. Fascynującym dla niej był fakt, że Oklumencja potrafiła sprawić, że był kompletnie inną osobą.

Czy ktokolwiek znał Severusa bez jego tarcz i szyderstwa, którymi się bronił przed światem?

Nie sądzę.

Podeszła do niego na tyle blisko, że mógł poczuć jej oddech na swojej klatce piersiowej. Miał zamknięte oczy i zaciśniętą szczękę. Skrzyżował ręce na piersi w obronnej pozycji. Podniosła rękę do jego twarzy i odgarnęła mu włosy.

— Najbardziej lubię twoje oczy — wyszeptała. — Na pierwszy rzut oka wydają się całkowicie czarne. Gdyby znalazł się jakiś cierpliwy śmiałek, który poświęciłby więcej czasu na obserwację, zobaczyłby, że w świetle dziennym są ciemnobrązowe, jak gorzka czekolada.

Podniosła obie ręce do jego policzków i pogłaskała jego powieki kciukami. Zaciągnął się powietrzem dość gwałtownie. Nie przerywała eksploracji, ze zwycięskim uśmiechem na ustach.

— Lubię twoje gęste brwi i zmarszczkę między nimi. Wiesz, że nazywa się lwią zmarszczką? Pamiętaj, że jestem animagiem jaguara i Gryfonką w jednym. Podoba mi się wszystko, co ma związek z dużymi kotami.

Parsknął napiętym śmiechem, nie otwierając oczu. Ucieszył ją fakt, że żarty o kotach potrafią rozbawić nawet najbardziej ponure jednostki. Obeszła go od tyłu i chwyciła jego włosy. Westchnął cicho, gdy jej paznokcie delikatnie zadrapały jego skórę głowy.

— Masz cholernie miękkie włosy, Severusie! — wykrzyknęła zszokowana własnym odkryciem i z zazdrością stwierdziła, że musi wiedzieć czego używa do włosów. — Zdradzisz mi sekret? Moje żyją własnym życiem.

— Masz ładne włosy — wyszeptał bardzo cicho, ledwo go usłyszała — są dzikie i nieokiełznane. Pasują ci.

Zaskoczył ją komplement, ale widząc różowy odcień na jego policzkach, nie chciała drążyć tematu i dokładać mu upokorzenia. Zapewne bełkotał bez ładu i składu ze stresu, a komplement nie był w żadnym stopniu planowany. Zauważyła, że bez swoich tarcz oklumencyjnych, miał problem z kontrolowaniem języka i emocji, które pojawiały się na jego twarzy.

— Właściwie, Severusie. Jest jedna rzeczy, która mi się w tobie bardzo nie podoba.

— Doprawdy? — wysyczał przez zaciśnięte zęby, przypominając jej byłego profesora i zapewne spodziewając się drwiny z jej strony. — A cóż by to było? — powiedział drwiącym tonem.

— Twój brak pewności siebie — uśmiechnęła się na jego dziwną minę. — I obiecuję ci, że nad tym popracujemy. A teraz ubierz się, bo mogę pomyśleć, że chcesz mnie poderwać. — Nie mogła się powstrzymać od małej docinki.

Severus spojrzał na nią z paniką i była pewna, że nigdy nie widziała nikogo ubierającego się szybciej niż ponurego czarodzieja, któremu zarzuciło się flirt.

— Imponujące i bardzo przydatne — parsknęła śmiechem i zmierzyła jego odzianą sylwetkę. — Nawet nie potrzebowałeś różdżki, żeby ubrać się w dwie sekundy. — Mały, napiety uśmiech wygiął jego wargi. — Jest jeszcze coś, czego w sobie nie lubisz? — zapytała z zaciekawieniem.

— Moje blizny. — Wskazał na swoją częściowo obnażoną klatkę piersiową.

Hermiona zmrużyła oczy z determinacją i zbliżyła się do czarodzieja w dwóch szybkich krokach, podwijając rękaw własnej szaty.

Severus spojrzał na litery wyrzeźbione na gładkim ramieniu Hermiony i zacisnął szczękę z wściekłym trzaskiem zębów.

— Kto? — wysyczał przez zaciśnięte zęby.

— Bellatrix — odpowiedziała uspokajająco. — Przeklęte ostrze.

— Mam eliksir, który...

— Nie.

— Ale... one całkowicie znikną, jeśli...

— Nie, Severusie — powtórzyła stanowczo. — Są częścią mnie i mojej historii. To niewielka cena w porównaniu do poległych w wojnie czarodziejów i mugoli. — Opuściła rękaw, patrząc na Severusa z determinacją. — Blizny nie czynią cię gorszym, nie odejmują ci wartości. — Uśmiechnęła się na wspomnienie majaczące w jej umyśle. — Gdy śmierciożercy zaatakowali Hogwart, Greyback pokiereszował Billa Weasleya. Wiesz jak zareagowała jego narzeczona? Powiedziała, że to oznaka jego męstwa i odwagi. — Jej uśmiech poszerzył się, gdy dostrzegła jego zszokowaną minę. — Jestem tego samego zdania.

Severus milczał przez dłuższa chwilę, po czym skinął głową i wyprostował plecy na pełną wysokość, eksponując nagą klatkę piersiową.

— Doceniam twoją chęć pomocy — słowa ledwo przeszły mu przez gardło. — To bardzo dobrej jakości ubrania — wycedził spokojnie, marszcząc brwi. — Właściwie, czuję się w nich całkiem dobrze i może lepiej, że nie są do końca w moim stylu, przynajmniej zapewnią dodatkowy kamuflaż.

Skinęła głową, przyznając mu rację i ruszyła w stronę drzwi, zerkając na Severusa przez ramię.

— Chodź, Serpens — zacisnęła zęby na dolnej wardze w złośliwym uśmieszku. — Czas na zabawę.


Hermiona dała Severusowi wiele do myślenia i odetchnął z ulgą na zapewnienie, że jego wygląd w pełni nie odrzuca. Na początku czuł się upokorzony i marzył o ucieczce z garderoby, ponieważ kliniczne badanie Granger go zdenerwowało. Nie jestem jakimś cholernym obiektem badawczym! Złość minęła, gdy zobaczył czułość w jej oczach. Nikt tak na niego nie parzył, nawet własna matka.

Hermiona z natury była empatyczna dla większości ludzi i stworzeń, a mimo to, poczuł się wyjątkowy.

Poppy była jedyną osobą, która widziała go bez ubrania w dorosłym życiu. Nawet uzdrowiciele ze świetego Munga nie zajmowali się jego pielęgnacją podczas leczenia ran zadanych przez Nagini. Pierwsze dni spędził w Hogwarcie, później był prawie samodzielny, ale Minerwa uparła się, aby zrehabilitował osłabiony organizm w rodzinnym domu na Spinner's End. Biorąc to wszystko pod uwagę był z siebie dumny, gdy udało mu się zapanować nad oczywistymi reakcjami własnego ciała. Jej dotyk palił żywym ogniem i musiał ugryźć mocno język, żeby powstrzymać się od jęku. Nienawidził być słaby i liczył, że nie dostrzegła niepewności po samym wyrazie jego twarzy. Miał ochotę wtulić twarz w jej ciepłą dłoń w poszukiwaniu ochrony.

Czy wiedziała, jak bardzo jestem głodny dotyku innej osoby?

Spojrzał na jej gęste, długie, brązowe loki, które opadały na jej oddalające się plecy. Chciał zbadać ich fakturę i sprawdzić czy pociągnięty w dół kosmyk powróci do swojego kształtu po uwolnieniu z uścisku palców.

Weź się w garść!

Sam fakt, że rozważa zanurzenie kościstych palców w miękkich włosach swojej byłej uczennicy, powinien dać mu bezpowrotną przepustkę do Munga.

— Jesteś gotowy, Severusie?

Skinął głową. Co miał jej powiedzieć? Chciał zakopać się w prześcieradłach i krzyczeć w poduszkę, ale równie mocno chciał poznać sekrety Onca i jej mieszkańców.

— Będzie lepiej, jak przyzwyczaisz się do pseudonimu. Nie chcemy wpadki, czyż nie? — zapytał, będąc odrobinę zaniepokojonym jej swobodnym podejściem.

— Słusznie — szepnęła pod nosem.

Melwin otworzył im drzwi do głównej sali.

Hermiona nie była na tyle wysoka, aby zasłonić jego twarz przed gapiami. Spiął się na widok kilkudziecięciu twarzy, wpatrujących się w niego z pełną uwagą i zainteresowaniem.

Merlinie... wielka, szczęśliwa, czterdziestoosobowa rodzina. Czy wszyscy przyszli mnie zobaczyć, jak małpę w zoo?

Speszył się wewnętrznie, ale jego wyćwiczone ciało nie zdradziło momentu zawahania, gdy grzecznie śledził Hermionę, aż do sceny. Mijał ciekawskich czarodziejów, ale nie patrzył im w twarze.

— Kochani! Mamy nowego! Na potrzeby ochrony tożsamości, nadaliśmy mu nowe imię. — Magicznie zgłośniony głos Hermiony niósł się po sali. — Serpens, podejdź proszę.

Mam jakiś wybór?

— Wasz nowy przyjaciel, nie zdecydował się jeszcze, jaką rolę podejmie. Będę mu w tym dzisiaj pomagać osobiście! — uśmiechnęła się do niego złośliwie. Speszył się odrobinę na dźwięk entuzjastycznych gwizdów. —Nie bądźcie nachalni i dajcie świeżakowi trochę potrzebnej przestrzeni. A teraz... życzę miłej zabawy! Nie rozrabiajcie moi drodzy, bo przełożę was przez kolano! - Oklaski i parsknięcia były głośniejsze, niż mógłby się spodziewać.

Granger chwyciła jego ramię i ścisnęła pocieszająco.

— Zostawię cię teraz na chwilę. Zapoznaj się z ludźmi, a jeśli będziesz mnie pilnie potrzebować, chwyć medalion i wypowiedz moje imię. Będę wiedzieć, że wyzywałeś.

Nie chciał, żeby odeszła, ale nie mógł chodzić za nią jak posłuszny piesek.

— Zrozumiałem, dziękuję. — Nie wiedział za co podziękował, ale uśmiech Hermiony sprawił, że nie miało to znaczenia. Patrzył, jak znika w tłumie, rozglądając się w poszukiwaniu Lucjusza. Zobaczył, że cel zmierza w jego kierunku z szelmowskim uśmiechem.

Pajac.

Był już prawie przy nim, gdy widok zasłoniła mu postać, której kompletnie się tu nie spodziewał.

Zdusił krzyk.

Dlaczego ON ze wszystkich ludzi?

— Witaj w Onca, kolego! — powiedział wesoło. — Jestem Harry Potter — podał mu rękę, a Severus był zmuszony ją przyjąć krzywiąc się wewnętrznie.

— Jestem brytyjskim czarodziejem. Trudno nie rozpoznać twojej twarzy. Codziennie spogląda na mnie z mojego ulubionego szmatławca. — Starał się, aby jego głos nie zdradził niechęci. Chyba mu się udało, bo jadowicie zielone oczy Pottera rozbłysły humorem.

— Mi to mówisz? Czasami wolałbym zostać unicestwiony przez Voldemorta. Minęły cztery lata, a opinia publiczna nie daje mi spokoju — parsknął głośno. — Proszę, dość o mnie. Wszyscy jesteśmy ciekawi naszego nowego nieznajomego! — Widział kątem oka Lucjusza, który dusił się od powstrzymywanego śmiechu.

Kiedyś się odwdzięczę, pawianie!

— Nie mogę zbyt wiele zdradzić. Zapewne jesteś świadomy, że to układ tymczasowy. Za trzy miesiące będę musiał podjąć ostateczną decyzję.

— Mam nadzieję, że odnajdziesz to, czego szukasz. Hermiona jest nie tylko świetną dominującą, ale dobrym terapeutą. Przeszła wiele w swoim życiu, nigdy nie poddawała się bez walki.

— Wiesz to z doświadczenia? — zapytał z ciekawością. Dziwna przyjaźń Pottera i Granger zawsze go fascynowała i kiedyś był przekonany, że czarownica zwiąże się z wybrańcem.

Oczy Pottera rozszerzyły się gwałtownie i wybuchnął śmiechem.

— MERLINIE! NIE! — Nie przestawał się śmiać. — Hermiona jest dla mnie, jak siostra. Rozmawiałem z jej uległymi. Wiesz, że Luna była przetrzymywana i torturowana w Malfoy Manor? — przestał się śmiać, a wyraz jego oczu stał się odległy.

— Słyszałem plotki — kłamstwo. Sam dostarczył eliksiry Lucjuszowi po tym, jak Bella przesłuchiwała dziewczynę.

Potter skinął głową i spojrzał na niego poważnie.

— Hermiona pomogła jej z traumą. Opiekowała się nią przez jakiś czas. Sparowała ją z innym dominującym, podczas pierwszego wieczoru w klubie.

Nie wiedział co powiedzieć, było mu żal Lovegood, ale bał się wdawać w szczegóły. Mógł zostać rozpoznany.

— No nic. Życzę ci powodzenia i trzymam kciuki za pierwszą sesję. — Wyraz twarzy wybrańca stał się odrobinę figlarny. — Słyszałem, że mimo swojej dominującej natury, Hermiona lubi od czasu do czasu przekazać pałeczkę i zagrać uległą. Będziesz się świetnie bawić. — Potter uśmiechnął się i poklepał Severusa po plecach, jak najlepszego kumpla, któremu trzeba dodać otuchy.

— Dziękuję — szepnął Severus, zaciskając wargi. — Miło było cię poznać osobiście, Harry Potterze. — skłamał, wzdrygając się z niechęcią na uczucie ręki Pottera na swoich plecach.

Lucjusz praktycznie do niego podbiegł

— Nie waż się poruszać tego tematu, Lucjuszu — powiedział morderczym szeptem.

— Jaki jest procent szans, że pierwszą osobą, która cię powita będzie Potter? Szkoda, że nie mogłeś zobaczyć wyrazu swojej twarzy!

— Ciszej, kretynie! — warknął na nieostrożność przyjaciela. — Moja mina dotyczyła przypomnienia tego, czego panna Lovegood była ofiarą w twoim domu.

Lucjusz sposępniał i szturchnął go łokciem w żebra.

— Nie musiałeś mi o tym przypominać!

— Właściwie, jak to wygląda w przypadku Pottera... jest uległym zgadza się? — zapytał z ciekawością.

Lucjusz zmarszczył brwi.

— Nie — powiedział neutralnie rozglądając się po sali. — Z moich informacji wynika, że on i jego przyszła żona nie mają ustalonej roli, po prostu korzystają z klubu dla okazjonalnego urozmaicenia.

Severus miał coś powiedzieć, ale Lucjusz go wyprzedził.

— Oho! O wilku mowa, idą panie!

Severus spojrzał w stronę, w którą wpatrywał się Lucjusz. Pansy Parkinson i Ginny (niedługo Potter, oh tak! Dostałem zaproszenie na ślub. Wolne żarty) zmierzały w ich kierunku.

— Serpens, tak? — powiedziała Parkinson. — Czyż nie jesteś subtelny?— parsknęła. —To jasne, że jesteś Ślizgonem!

— Najciemniej pod latarnią — burknął z niezadowoleniem uświadamiając sobie swój błąd.

Widywał Pansy w Hogwarcie. Od jakiegoś czasu uczęszczała na praktyki u Pomony razem z Longbottomem. Jej postawa, nie uległa znacznej zmianie, notabene nie był zaskoczony, że widzi ją w takim miejscu. Ruda kobieta, to co innego.

Była w ciąży! Merlinie, czy Potter był poważny?

— Moje gratulację — powiedział szczerze, patrząc na okrągły brzuch panny Weasley.

— Dziękuję. Nie możemy się z Harrym doczekać małego Jamesa — uśmiechnęła się do niego promiennie, gładząc spuchnięty brzuch z wyraźną miłością w oczach.

Naprawdę próbował ukryć reakcję swojego ciała na imię prześladowcy z dzieciństwa. Przyszła pani Potter zauważyła nagłe spięcie jego ciała i spojrzała na niego z ciekawością.

— Wszystko w porządku Serpens? — zmrużyła oczy dociekliwie.

—Tak, dziękuję. To wieczór pełen wrażeń.

— Moje panie, musimy was przeprosić! Serpens powinien poznać naszego Ministra Magii! — krzyknął żywo Lucjusz i chwycił do za ramię.

— Miło było cię poznać Serpens, nie mogę się doczekać poznania twojego prawdziwego imienia — powiedziała z błyskiem świadomości w oczach.

Oh kurwa, wiedziała. Jak?

— Życzę zdrowia — powiedział neutralnym tonem i ruszył za Lucjuszem.

Chwycił przyjaciela za ramię, aby ten zwrócił na niego uwagę.

— Od kiedy jesteś w przyjaznych stosunkach z dziewczyną, która prawie wyzionęła ducha z twojego powodu w Komnacie Tajemnic? — uniósł brwi do lini włosów na rumieniec, który rozkwitł na policzkach przyjaciela.

— Przeprosiłem ją, Severusie i nie chcę wracać do tego tematu. Może kiedyś o wszystkim Ci opowiem.

Wzruszył ramionami i rozejrzał się po sali w poszukiwaniu znajomych twarzy. Zakrztusił się śliną, gdy rozpoznał ciemnoskórego czarodzieja z szerokim uśmiechem na twarzy. Kingsley Shacklebolt był praktycznie nagi od pasa w górę. Fioletowa, rozpięta szata zwisała mu na ramionach. Prowadził ożywioną rozmowę z Luną Lovegood.

O czym Minister może rozmawiać z miłośniczką gnębiwtrysków?

— No proszę! Serpens, czyż nie? — tubalny głos Kingsleya niósł się po sali. — Dobrze Cię wreszcie poznać chłopcze! Czekaliśmy na Ciebie z niecierpliwością odkąd Hermiona oznajmiła, że nie chcesz się ujawnić!

Chłopcze? Czy wszyscy założyli, że jestem ledwo pełnoletnim czarodziejem?

— Właśnie omawialiśmy z Luną możliwości leśnego pokoju — dodał Kingsley. — Moim zdaniem powinniśmy zorganizować łowy uległych. Byłoby zabawnie! — mrugnął do Severusa porozumiewawczo.

— Nie sądzę, że to dobry pomysł, proszę pana. Nie lubię biegać. Poza tym nie sądzę, żeby Hermiona się zgodziła. To może zniszczyć florę puszczy.

— Ha! Czy chcesz dodać tę aktywność do listy granic, zwierzaku?

Severus mógł spodziewać się wszystkiego. Nie tego. Spojrzał na drobną czarownicę. Była dwa razy mniejsza od ciemnoskórego czarodzieja.

To dla mnie zbyt wiele.

— Serpens, nie próbowałeś jeszcze drinka firmowego! Chodźmy do baru. — Lucjusz najwyraźniej zauważył jego szok na twarzy i pociągnął go za ramię w stronę baru.Nigdy nie był mu bardziej wdzięczny.

Zobaczył Hermione przy wysokim blacie. Siedziała na krześle barowym, uśmiechała się promiennie do wszystkich mijających ją osób.

— Jak się masz Serpens? Wszystko w porządku?

— Tak. Nie ukrywam jednak, że spotkanie niektórych osób było małym szokiem.

Granger zachichotała.

— Ostrzegałam cię. Ufamy sobie, a sam Minister Magii opowiada o polowaniu na Lunę. Wszystko pozostaje między nami.

— Nie uważasz, że jest dla niej za stary?

— Wiek, płeć czy orientacja nie mają tutaj znaczenia. Czujesz się sobą, spełniasz fantazje. Zazwyczaj osoby popularne lub te na wysokich stanowiskach mają problem z wyrażaniem siebie. Sugerują się odpowiedzialnością, nie pragnieniami. To rozsądne, ale niezdrowe. Trzeba znaleźć równowagę w swoim życiu, a tutaj mogą być kim chcą.

Usiadł na wysokim krześle barowym i z zainteresowaniem obserwował akwarium pełne piranii, znajdujące się za barem.

— Czy przemyślałeś dzisiejsza scenę? — spokojny głos Hermiony wyrwał go z transu.

— Tak. Chcę być dominującym. Nie czuję potrzeby poddania.

— W porządku. Ukarzesz byłą uczennicę?

Opanuj się, nie waż się rumienić!

— Tak — był dumny, gdy głos mu nie zadrżał.

— Świetnie! Mam nadzieję, że zapoznałeś się z przykładowym scenariuszem. Melwin zaprowadzi cię do pokoju zabaw, gdy będziesz gotowy.

— Chcę już mieć to za sobą.

— Merlinie! Naprawdę traktujesz to jako karę, prawda? Wiesz, że nie na tym polega zabawa, poza tym w każdej chwili możesz użyć bezpiecznego słowa i wycofać się z gry.

— Nie wiem, Granger — westchnął ponuro. — Obawiam się. — Widząc jej pytające uniesienie brwi dodał spokojnym tonem. — Zabawy w przebieranki i przybieranie roli jest w moim odczuciu żałosne. Wątpię, żebym czuł się komfortowo w tego typu aktywnościach.

— To tylko ja i ty, Serpens. Jeśli Ci się nie spodoba, to obiecuję, że nie będę cię do niczego namawiać — uśmiechnęła się porozumiewawczo. — Zawsze możemy odwrócić role i będziesz klęczał przed panią profesor.

Oczy błyszczały mu podekscytowaniem.

Może jednak było coś pociągającego w poddaniu?

— Panna Weasley mnie rozpoznała — zmienił temat, gdy wizja jego nagiego ciała klęczącego przed odzianą w skórę Granger pojawiła się przed oczyma.

— Oh, wątpię. Ginny jest spostrzegawcza, ale nie przejrzy mojego uroku. Będzie miała na końcu języka twoje imię, ale nigdy go nie wypowie, dopóki masz na sobie medalion.

Skinął głową i zmarszczył brwi w skupieniu.

— Jestem gotowy do wyjścia. Nie chce już widzieć więcej znajomych twarzy.

— Jeszcze nie widziałeś najlepszego!

Hermiona wskazała mu prawy róg pokoju palcem wskazującym.

Na bordowej kanapie siedział szary, pasiasty kot.

Prawie zwymiotował.

— Błagam! Powiedz, że macie więcej animagów z kocią formą — wyszeptał przerażony.

— Właściwie tak, ale w tym akurat przypadku muszę cię zmartwić — Hermiona miała grobową minę. — Może powinnam odesłać cię na sesję u Minerwy? Zapewniam, że nasza profesor transmutacji ma wieloletnie doświadczenie!

— Chcę stąd wyjść! — jego samokontrola wisiała na włosku.

— Jak sobie życzysz — zachichotała na jego wyraźnie zmieszanie i pognała w stronę drzwi wyjściowych.

Meliwin pojawił się znikąd i chwycił go za nadgarstek

— Gotowy do drogi, paniczu Serpens?

— Tak, Melwin — westchnął. — Jak diabli.

Melwin aportował Severusa do ciemnego pokoju i zniknął, jakby gonił go Puszek. Już miał wyciągnąć różdżkę, żeby oświetlić pomieszczenie, kiedy medalion na jego szyi zawibrował i po chwili zapaliły się pochodnie wiszące na ścianach.

Kolejna zagadka do rozwiązania.

Stał na środku swojej klasy eliksirów. Miał nadzieję, że Melwin nie przeniósł go do Hogwartu. Wyobraził sobie ucznia wchodzącego do klasy w trakcie sceny z Granger i parsknął głośnym śmiechem, wiedząc że jest sam i nikt go nie usłyszy.

W sumie, dość ekscytująca myśl.

Stary zboczeniec!

Replika pokoju była nienaganna. Brakowało jego prywatnych zbiorów, ale musiał pochwalić Granger za doskonałą pamięć wzrokową. Nie. Nie da jej pochwały, której zawsze pragnęła. Uśmiechnął się złośliwie i usiadł przy drewnianym biurku, patrząc na stos szat leżących w jego rogu.

Merlinie... to surdut?

Chwycił zawiniątko i rozprostował.

Tak, zdecydowanie mój surdut. A więc Hermiona chciała Severusa Sanpe'a w pełnej okazałości? W porządku.

Wsunął ubranie i przystąpił do zapinania guzików. Mógł zrobić to jednym zaklęciem, ale musiał się jakoś odstresować. Denerwował się pierwszą sceną, mimo że zaufanie do Granger nie było problemem. Widziała go już półnagiego i nie uciekła z krzykiem.

Obawiał się swojej niezręczności i braku doświadczenia z kobietami. Przepychanki słowne nie były mu obce, ale nigdy nie odnosiły się do sfer stricte seksualnych i spodziewał się sporej niezręczności po tym wieczorze.

Jestem cholernym prawiczkiem, czego ona się spodziewa?

Pomyślał, że Granger musi mieć plan. Zawsze stawiała na swoim i skoro uważała, że jest uległy... przegada go i będzie uległy.

Westchnął.

Ktoś zapukał, a on automatycznie krzyknął.

— Wejść! — Przez chwilę zapomniał, że to tylko prowizoryczna klasa eliksirów.

Drzwi zaskrzypiały, a on wyprostował się na krześle.

Granger weszła cicho do sali. Na szczęście powstrzymała się od munduru szkolnego, bo w przeciwnym razie nie byłby w stanie spojrzeć na swoich uczniów po tym wieczorze. Patrzyła na swoje buty.

— Panno Granger.

Od czegoś trzeba było zacząć, prawda?

— Chciał mnie pan widzieć, profesorze? — ledwo usłyszał jej szept.

— Nie jestem już twoim profesorem, Granger. — Musiał to zaznaczyć, dla własnego zdrowia psychicznego.

Podniosła wzrok i spojrzała gdzieś na ścianę po prawej stronie jego głowy.

— Oczywiście zdaję sobie sprawę. To mój ostatni dzień w Hogwarcie — w dalszym ciągu nie patrzyła mu w oczy.

Właśnie zdał sobie sprawę, że jest lepsza w odgrywaniu teatrzyku, niż przypuszczał. Nigdy nie widział tak potulnej Hermiony Granger. Miał ochotę parsknąć na myśl, że za swoich szkolnych czasów była bardziej żywiołowa przy profesorach, niż teraz. To nie była ona i poczuł się z tym wyraźnie niekomfortowo. Nie chciał, żeby straciła swoją iskrę i jeśli miał być ze sobą całkowicie szczery, to lubił jej buntownicze nastawienie, gdy się z czymś nie zgadzała lub broniła ofiary losu Longbottoma przed nim samym.

Postanowił grać dalej i wyszkolił wyraz twarzy.

To będzie łatwe, ile razy straszyłem w ten sposób uczniów?

Nie potrafił zliczyć.

Wstał, obchodząc biurko, skrzyżował ramiona we władczej pozie i uniósł brew z drwiną.

Prościzna.

— Doprawdy? Nie zapomniałaś o czymś przed wyjazdem? — wysyczał.

— Niestety nie wiem o czym pan mówi, profesorze. — Wyglądała na naprawdę zdezorientowaną.

Zbliżył się do niej i wyprostował na maksymalną wysokość. Patrzył, jak obejmuje się ochronnie ramionami.

To po prostu przestraszona uczennica, Severusie. To nie jest Hermiona. To nie kobieta, która uśmiechała się złośliwie, rzucając sprośne uwagi. Skup się!

Stanął za jej plecami i nachylił się blisko jej ucha.

— Oświecę cię, panno Granger — wyszeptał niebezpiecznym tonem. — Skoro, to twój ostatni dzień w zamku na pewno pomyślałaś, aby oddać mi skradzione przez ciebie składniki eliksirów — powiedział niskim głosem obserwując, jak mały dreszcz przebiega po całym jej ciele.

Dobrze! Zaczynam wczuwać się w rolę.

— Nic nie ukradłam! Nie ma pan dowodów! — powiedziała bardziej buntowniczym tonem.

Lepiej... wolę ją w ten sposób.

— Wiem, że to ty i poniesiesz karę za swoje uczynki. — wymruczał. Ewidentnie go poniosło, a rzeczywistość zaczęła zacierać się z przybraną na potrzeby sceny rolą.

— Doprawdy? Nic nie może mi pan zrobić! Nie jestem już uczniem! Nie da mi pan szlabanu, ani nie odbierze punktów! — Mimo swojej głośnej tyrady, nie spojrzała mu w oczy.

Jego zwinne palce zaplątały się w bujne loki Hermiony i chwyciły je w uścisku... dość delikatnie, ale w dalszym ciągu stanowczo i odchylił krzaczastą głowę odsłaniając opalone, nieskazitelnie gładkie gardło. Jej włosy były miękkie w dotyku i stłumił nagłe pragnienie, aby przeczesać je palcami.

— Będziesz mi posłuszna i zrobisz dokładnie to co powiem.

Kolejny dreszcz wstrząsnął jej ciałem, a on zastanowił się czy w rzeczywistości udaje. Na pewno czuła lekkie podekscytowanie sceną. Byli sobie obcy. Tak czy inaczej nie sądził, aby było możliwe wzbudzenie takiej reakcji ciała na zawołanie. Jego oddech spłycił się gwałtownie, a puls w jego tętnicach przyspieszył.

Czy moja ekscytacja wynika z dominacji nad uległą?

Obawiał się, że podniecał go fakt, że jej się podobało.

— A teraz, panno Granger... będziesz postępowała zgodnie z moimi żądaniami. Zdejmij buty.

— Profesorze? — Hermiona, nie, panna Granger była wyraźnie przerażona. Choć, jej zarumienione policzki i ciężkie powieki przeczyły strachowi.

Mimo chwilowego zmieszania, zastosowała się do jego polecenia. Odwrócił się i usiadł na niskim szezlongu.

— Podejdź — powiedział chłodno. Panna Granger zbliżyła się do niego ostrożnie. Obserwował ją czujnie, chcąc wychwycić każdy szczegół jej gry aktorskiej. — Bliżej.

Stała między jego nogami, nie patrząc mu w twarz. Najwyraźniej biblioteczka za jego plecami była bardziej interesująca.

Przesunął ręka od jej kolana do połowy uda.

Poczuł jej gęsią skórkę.

Bosko...

Miała jedwabiście gładką skórę, tak niepodobną do jego własnej.

— Połóż się na moich kolanach.

— Ale profesorze ja... — ledwo słyszał jej głos.

— TERAZ! - warknął niecierpliwie.

Granger niezdarnie wdrapała się na jego kolana i ukryła twarz w zdobnej poduszce. Czuł ciepło promieniujące z jej ciała. Ułożyła się w taki sposób, że nie mieli pełnego kontaktu intymnego. Dała mu wybór. Szkoda, że nie zdecydowała za niego. Oczywiście nie miał ochoty w żaden sposób się narzucać i nawet przez myśl mu nie przeszło, że mogliby być w jakiś sposób w intymnej relacji...

Ale w końcu jestem mężczyzną, czyż nie?

— Otrzymasz pięć uderzeń ręką w pośladki, rozumiesz? — warknął ochryple zastanawiając się czy dobrze zrozumiał scenariusz i starał się przypomnieć sobie najmniejsze szczegóły przebiegu przykładowej sceny, które otrzymał w notatkach. — Będziesz liczyć i podziękujesz mi za każde uderzenie.

— Tak jest, proszę pana.

Powinno mnie to podniecić jeszcze bardziej, prawda? Będę się martwił później, brakiem reakcji na uległą gadkę Hermiony Granger.

Podciągnął jej spódnicę i przesunął ręką po jej gładkich nogach w lekkiej pieszczocie. Gdy spódnica była na wysokości jej tali, pozwolił swoim oczom błądzić po jej nagich udach i jędrnych pośladkach.

Ta dziewczyna jest jaguarem, czego się spodziewałeś, głupcze?

Zaczął masować jej pośladki, jęknęła ochrypłe. Poczuł, że krew spływa z jego mózgu na południe, a jego chętny penis puchnie w szybkim tempie w nadziei na stymulację. Nie chciał ściągać jej bielizny, bez wyraźnego pozwolenia. Podciągnął delikatnie jej białe majtki, aby lepiej uwidocznić jej pośladki. Zamachnął się odrobinę i uderzył w jej odsłonięty pośladek. Panna Granger pisnęła i lekko podniosła biodra z jego kolan prezentując się dumnie.

Co za widok! Merlinie!

— Jeden! Dziękuję, proszę pana! — krzyknęła zduszonym dźwiękiem.

— W ostateczności użyj bezpiecznego słowa — powiedział pośpiesznie, przypominając sobie ogólne zasady. — Powiedz je na głos, teraz!

— Czerwony, proszę pana.

— Bardzo dobrze, panno Granger. — Przygryzł wnętrze policzka, gdy rozchyliła odrobinę uda.

Przez chwilę wydawało mu się, że widzi jej złośliwy uśmiech, ale szybko odwróciła głowę chowając ją z powrotem w poduszce. Ogarnęło go pożądanie na widok jej reakcji. Myślała, że podoba mu się czerwony kolor jej pośladka i oczywiście miała poniekąd rację, ale najbardziej podnieciła go przyjemność widoczna na twarzy dziewczyny.

Nie skupiał się już na własnych potrzebach.

— Dwa! Dziękuję profesorze! — Postanowił przyspieszyć, desperacko zdając sobie sprawę z oczywistego braku przyjemności z dominacji nad Granger. — Trzy... cztery, dziękuję, dziękuje bardzo, proszę pana! — Zaczynała wić się na jego kolanach.

Był dość delikatny i wiedział, że Granger ledwo czuje jego klapsy. Udawała.

Westchnął. Uderzył ostatni raz.

— Pięć! Dziękuję! — krzyknęła.

Siedział nieruchomo, gdy Hermiona czekała na wytyczne. Nie miał pomysłu.

Wiedząc, że coś jest nie tak, spojrzała na niego z ciekawością. Cała uległość rozpłynęła się w powietrzu.

Witamy ponownie, pannę profesjonalną Granger.

— Co się dzieje, Severusie?

— Nic — burknął ponuro.

— Powiedz mi, to ważne. Muszę wiedzieć co czułeś.

Chciał jej powiedzieć. Po prostu nie mógł dobrać odpowiednich słów. Hermiona usiadła z gracją obok niego, niewzruszona namiotem w jego spodniach.

— Nie czujesz tego. Widzę to.

— Nie do końca. Podobała mi się reakcja twojego ciała. Byłaś naprawdę dobrą aktorką — westchnął i położył głowę na oparciu szezlongu.

— Nie wszytko było grą, Severusie. Naprawdę mi się podobało, gdy byłeś taki stanowczy... — Uśmiechnęła się zalotnie widząc sceptyczny wyraz jego twarzy. — Pokazać ci moje wilgotne majtki? — droczyła się.

Zrobił się ceglastoczerwony i nawet nie miał energii, żeby ukrywać się za włosami.

— Nie ma takiej potrzeby!

— Oj, tylko się droczę, wielki gburze! Nie musisz być taki pruderyjny. Właśnie dałeś mi lanie, pamiętasz?

Nie mógł nic na to poradzić. Roześmiał się szczerym śmiechem. Hermiona była na początku zszokowana, ale po chwili zawtórowała własnym śmiechem.

Absurdalność tej sytuacji połączona z wcześniejszym stresem i przypływem adrenaliny, spowodowała wyrzut wcześniej kumulowanych emocji. Mimo małej satysfakcji ze sceny, poczuł się w pewien sposób wolny.


Hermiona miała skurcz mięśnia prostego brzucha od nadmiaru śmiechu. Widok szczęścia na twarzy Severusa, był jej sukcesem wieczoru. Nie był w pełni dominujący, wiedziała to od samego początku, gdy odwrócił wzrok pierwszego dnia, w sali powitalnej. Po jego wyrazie twarzy mogła stwierdzić, że czuł się niekomfortowo z przejmowaniem dowodzenia. Powodów mogło być wiele, ale wątpiła, żeby miał na to wpływ brak wcześniejszych doświadczeń.

Spojrzała na zwykle ponurego czarodzieja. Siedział rozłożony na szezlongu. Kostki skrzyżowane, ręce złożone na brzuchu. Aha! Jego mięśnie, również nie były przyzwyczajone do napadu śmiechu. Był zarumieniony od szyi, aż po szczyty kości jarzmowych. Trochę z radości, a trochę od wcześniejszego podniecenia.

Wyłapała momenty w których był najbardziej podekscytowany. Lubił dotykać i pieścić jej ciało. Podejrzewała, że był typem smakosza i mogłaby rozłożyć się na kuchennym stole, a on czciłby ją ustami przez resztę nocy.

— To nie dla mnie, Granger — wybąkał w końcu. — Podejrzewam, że odgrywanie scen nie sprawdzi się w moim przypadku. Odczuwam zażenowanie, gdy muszę wcielać się w rolę... — Zamyślił się i zamknął oczy z westchnieniem porażki. — Na wojnie byłem zmuszony udawać kogoś, kim nie jestem. Nic dziwnego, że postawienie mnie w podobnej sytuacji wywoła nieprzyjemną niezręczność.

— Jestem poniekąd zadowolona z twojego podejścia do tematu — wzruszyła ramionami. — Osobiście wolę naturalność, a zwracanie się do uległych dziwnymi imionami lub odgrywanie niestworzonych sytuacji, jest niekomfortowe również dla mnie. Myślę, że znajdziemy złoty środek.

— Obyś miała rację — wyszeptał bardziej do siebie.

Chwyciła jego lewe przedramię, odwróciła i spojrzała na wyblakłą bliznę po mrocznym znaku.

Spiął się, ale nie wykonał żadnego ruchu, aby zatrzymać jej eksplorację, oprócz rozdzielenia powiek i zwrócenia głowy w jej stronę.

Patrzyła mu w oczy chcąc ocenić reakcje na jej dotyk. Przejechała opuszkami palców po ciemniejszej skórze słysząc gwałtowny wdech nad swoim uchem. Poddając się impulsowi, nachyliła twarz nad ramieniem czarodzieja i patrząc mu w niedowierzające oczy, które gwałtownie rozszerzyły się w szoku złożyła delikatny pocałunek na obraźliwym znaku.

Westchnął i ponownie przymknął powieki.

— Severusie, spójrz na mnie — poprosiła grzecznie.

Otworzył oczy pełne żalu, bólu i bezbronności. Poruszanie tematu znaku najwyraźniej nie było najlepszym pomysłem, biorąc pod uwagę jego brak oklumencyjnej ochrony, którą postanowił odpuścić na dzisiejszy wieczór. Nie uwierzyłaby, gdyby ktokolwiek powiedział jej, że kiedyś znajdzie się w takiej sytuacji z mrocznym profesorem eliksirów, szpiegiem Zakonu Feniksa, kiedyś ochoczym śmierciożercą. Nic w nim nie przypominało dawnego Severusa Snape'a... z wyjątkiem haczykowatego nosa i ogólnej aparycji.

— Jesteś wyjątkowy — szepnęła cicho. — Wszystko w tobie. — Widząc jego sceptyczny wyraz twarzy, uśmiechnęła się delikatnie i pogładziła jego wytatuowane przedramię. — Nie możesz pozwolić sobie myśleć inaczej, a jeśli ktokolwiek będzie próbował cię odwieść od tego faktu - nie jest twoim przyjacielem. — Zaciekłość w jej głosie, sprawiła, że zmarszczył brwi. — Czy obchodzi cię zdanie twoich nieprzyjaciół?

Zagubił się we własnych myślach na krótką chwilę, po czym spojrzał na nią ciemnymi, jak noc oczyma.

— Nie. Nie obchodzi mnie zdanie nieprzyjaciół — wycedził dziwnym tonem, jakby sam był zaskoczony tą myślą.

— Masz teraz rodzinę, Serpens. Będziemy cię wspierać w każdej decyzji, ale musisz nam zaufać — ścisnęła mocniej jego przedramię. — Nikt cię tu nie skrzywdzi, wierzysz mi?

— Bardzo chcę wierzyć. Po prostu zbyt wiele... — głos nieco mu zadrżał i zacisnął pięść na ozdobnej poduszce.

— Nie pora na użalanie się nad sobą — parsknęła rozluźniając atmosferę. — Przyjdzie na to czas. Nie ufaj w pełni, jeśli jeszcze nie potrafisz, po prostu daj się poprowadzić w odpowiednim kierunku.

Skinął głową na zgodę i podwinął kąciki ust w złośliwym uśmieszku.

— Czy masz zamiar ukarać dzisiaj Lucjusza?

— Oj tak, ostatnio już mu się upiekło — zachichotała.

— Mogę to zobaczyć? — wyszeptał z udawaną nadzieją.

— Nie bądź absurdalny, Serpens. Możesz jedynie liczyć na lanie za takie propozycje.

Parsknął głośno, wyprostował się i wstał niezręcznie, strzelając zastygłymi stawami.

— Powinienem już iść do siebie — wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu. — Jaki jest plan na jutrzejszy dzień?

— Zrobisz, co będziesz chciał. Polecam zwiedzić pokoje zabaw i zapoznać się z niektórymi, fajniejszym przedmiotami.

— Tak zrobię. — Odwrócił się do wyjścia bez pożegnania.

— Severusie? — szepnęła cicho do jego oddalających się pleców.

— Tak? — spojrzał przez ramię unosząc brwi.

— Pieprzyć wszystkich, którzy powiedzą ci, że nie jesteś wyjątkowy.

— Pieprzyć ich — zachichotał mrocznie. — Dobranoc, Hermiono.

— Dobranoc.

Melwin otworzył drzwi Severusowi, który zniknął po chwili z odrobiną wahania.

Zamknęła oczy i pomyślała o plusach wieczoru.

Nie uciekł, prawda? Może coś z tego będzie.

Polubiła wrażliwość Severusa. Sama świadomość, że jej ponury, złośliwy profesor jest tylko maską dla niepewnego siebie, niezręcznego czarodzieja, wywołała u niej uśmiech. Tak... mogła się cieszyć, że tylko ona zna jego tajemnice. A jeśli jest coś, co Hermiona Granger kochała najbardziej, to zagadki.

Hermiona postanowiła przespacerować się do czerwonego pokoju wolnym tempem. Zwykle korzystała z magii skrzatów ze względu na wygodę oraz deficyt wolnego czasu... Dziś jednak, miała ochotę na spacer.

Kto mi zabroni? To w końcu mój klub.

Mijała drzwi do pokoi zabaw. Członkowie zawsze wychwalali ich wymyślny wystrój, który była w stanie modyfikować w zależności od konkretnej prośby. Lubiła zabawy w niektórych pokojach, ale najprzyjemniejszy czas spędzała w leśnej puszczy, gdzie mogła biegać między gęstą florą wilgotnego lasu i wyładować emocje, które kumulowały się w jej umyśle i mięśniach przez cały tydzień pracy w Ministerstwie. Jej patronus zmienił się po wojnie. Tak, jak jej uczucia do Rona, które od miłości stopniowo zmieniały się w obojętność, a później niechęć. Oczywiście kochała go za ich najlepszych czasów, ale teraz już wiedziała, że miłość i pożądanie to dwie różne rzeczy, a to co czuła do Rona, było stricte przyjacielskie. Harry dokończył edukację i przystąpił do szkolenia aurorskiego. Ron zrezygnował z ubiegania się o tytuł aurora i bezpośrednio po wojnie podpisał kontrakt z Armatami z Chudley, nie kończąc tym samym ostatniego roku w Hogwarcie i nie zdając owutemów.

Czy ktoś jest zdziwiony?

Ron zawsze był leniwy i szedł na łatwiznę, a ona przez większość znajomosci musiała robić za niego wszystko, bo ceną była jego atencja.

Ty głupia dziewczyno! Co sobie myślałaś?

Ona sama ukończyła Hogwart z rekordowym wynikiem, najlepszym od ponad trzystu lat. Wyprzedziła Toma Riddla i Albusa Dumbledora. Minerwa płakała nad jej utraconą karierą, gdy dowiedziała się o podjęciu przez nią stażu w Departamencie Tajemnic. Nikt nie miał pojęcia, jak ważną rolę pełniła w czarodziejskim świecie. Nie tylko w Wielkiej Brytanii. Gdyby chciała, mogłaby cofnąć się w czasie i zmienić przebieg wojen.

Mogłaby uratować swoich bliskich.

Wzięła głęboki oddech.

Świadomość konsekwencji uniemożliwiła jej jakąkolwiek ingerencję, jednak możliwość naprawienia swoich i cudzych błędów kusiła ją przez pierwsze miesiące pracy w Ministerstwie. Miała możliwość, a nie mogła z niej skorzystać ze względu na swój zdrowy rozsądek, więc po podróży do Ameryki Południowej, postanowiła zrobić coś, co uspokoi jej sumienie.

Onca.

Nie potrzebowała nagrody za zasługi, Orderów Merlina, czy innych dyrdymałów. Chciała przyczynić się do naprawienia skutków wojny i uchronić zagubione społeczeństwo przed nimi samymi, co rzeczywiście przyniosło ogromną poprawę. Miała w klubie piętnastoosobową grupę specjalistów, którzy z wewnątrz i na zewnątrz pomagali jej przyjaciołom w przetrwaniu skutków wojny.

Kontrola nad klubem była męcząca, ale gdyby miała możliwość, zrobiłaby znacznie więcej, aby pomóc nowej rodzinie.

Ron nie mógł zrozumieć jej braku wolnego czasu, bo przecież on sam był popularny, kochany i nie potrzebował niczego więcej do szczęścia. Jedyny ze „Złotego Trio", który udzielał wywiadów i chętnie chodził na wszelakie wydarzenia. Zdradził ją wielokrotnie. Widziała to w jego oczach, za każdym razem, gdy wracał z drużynowych delegacji.

Czy była smutna?

Trochę zabolało.

Czy była zawiedziona?

Nie do końca. Nie można się zawieść na kimś, skoro podejrzewasz, że w końcu to się wydarzy, prawda?

Nie będę myśleć o Ronie.

Przechodziła obok prywatnych sypialni członków klubu. Piękne obrazy, które zdobyła podczas wycieczki do Ameryki Południowej zdobiły ściany.

Miała wątpliwości, czy ma ochotę na jeszcze jedną scenę. Granie uległej, zawsze było najbardziej męczące, ale cóż... Lucjusz byłby zawiedziony, gdyby się nie pojawiła.

Była tuż przy drzwiach do czerwonego pokoju, gdy Melwin pojawił się u jej boku, z obłąkanym wyrazem twarzy.

Oh, co tym razem do cholery?!

— Panienka Hermiona niech się nie gniewa. Melwin próbował sobie poradzić sam. Bajka też nie dała rady pomóc Melwinowi! Panienka Hermiona niech nie będzie zła! Melwin się starał! — Ledwo mogła zrozumieć jego słowa, przez ten piskliwy głosik.

— Melwin! Uspokój się natychmiast! — Czasami, rygorystyczne metody, działają najlepiej na skrzaty.

Jak przypuszczała, Melwin spojrzał na nią w milczeniu z trzeźwiejszym wyrazem twarzy.

— Powiedz mi co się stało. Nic nie zrozumiałam.

— To panicz Lucjusz! Panicz Lucjusz bardzo się upił i demoluje bar. Melwin może naprawić wszystko magią, ale panicz zrobi sobie krzywdę, a Melwinowi nie wolno zniewolić nieświadomego czarodzieja!

Lodowaty strumień strachu spłynął wzdłuż jej kręgosłupa.

Do jasnej cholery!

— Zabierz mnie tam.

Melwin skinął głową i aportował ich do sali głównej.

Krzesła były połamane, szkło potłuczone na podłodze. Lucjusz leżał pod sceną i nucił do siebie, wyjątkowo sprośną piosenkę. Usiadła cicho na ziemi naprzeciwko niego, starając się uniknąć zranienia szkłem.

Czekała na reakcję czarodzieja, ale wyglądało na to, że znajduje się obecnie w swoim własnym, alkoholowym świecie. Zarejestrował jej obecność po pięciu minutach.

— A któż to wrócił? Moja pani! — krzyknął sarkastycznym głosem.

Podczołgał się pod jej nogi i pocałował jej prawą szpilkę.

— Co się stało? — jej głos był zdawkowy.

— Moja pani zostawiła mnie dziś samego, więc byłem niegrzecznym chłopcem — parsknął.

— Doprawdy, to żałosne Lucjuszu — powiedziała chłodno nie mogąc ukryć zawodu w głosie. — Wstań — warknęła stanowczo.

— Nie mogę, mam w sobie twój roczny zapas Ognistej.

Przewróciła oczami i podniosła go machnięciem ręki w taki sposób, że wisiał w powietrzu.

— Wow, panno Granger! Magia bezróżdżkowa? — uśmiechnął się z szalonym wyrazem twarzy. — Idealna Hermiona Granger, złota dziewczyna Gryffindoru, najmądrzejsza wiedźma w swoim wieku i cudzym wieku, każdym wieku — bełkotał.

— Co ty pleciesz Lucjuszu? — była zła i wiedziała, że Lucjusz pożałuje tego bardziej, niż czegokolwiek w jego życiu. Nie mogła jednak, ukryć rozbawienia w głosie i przygryzła mocno wargę, żeby powstrzymać się od parsknięcia głośnym śmiechem.

— Nie możesz mi życia układać, kobieto — warknął szamotając się nad podłogą, a ona ze złośliwym chichotem upuściła go na podłogę.

— Mogę i będę, jesteś moim uległym.

— Obiecanki cacanki — teraz leżał twarzą na podłodze i szeptał coś o bezdusznym porzuceniu jego osoby.

Przewróciła oczami i poprosiła skrzata o przetransportowanie Lucjusza do jego kwatery. Sama poszła pieszo, żeby odreagować złość na idiotę, który od zawsze zapijał smutki, zamiast podjąć rozmowę i ustalić jakieś ultimatum.

Gdy dotarła do jego sypialni, spał już głęboko. Został przebrany i wyczyszczony magią skrzatów. Usiadła na łóżku i wpatrzyła się w jego oświetlony przez amazońską wodę profil. Wyglądał tak spokojnie, anielsko. Miał duży problem z dzieleniem się jej osobą od momentu, kiedy zgodziła się na układ między nimi. Każdy nowy uczestnik potrzebował jej atencji przez kilka pierwszych tygodni, a jego gburowate zachowanie w tych sytuacjach zawsze było jawne. Bardziej zaniepokoiło ją to, iż nigdy nie skończył w aż tak złym stanie. Najwidoczniej jej relacja z Severusem miała na niego bardzo zły wpływ i czuła, że w końcu powinna postawić sprawę jasno.

— Zajmę się tobą jutro, mój zazdrosny pawiu — szepnęła cicho, gładząc jego jedwabiste włosy i obserwując z czułym uśmiechem, jak jego nos poszukuje jej dłoni, by się w nią wtulić.

Dość wrażeń na dziś.