ROZDZIAŁ SIÓDMY

CZTERY ŁAPY


Pieściła jego nagie ramiona. Mokre, gęste kosmyki kręconych włosów łaskotały mu szyję, gdy opierał plecy o jej nagie piersi - tak jędrne i podatne na dotyk.

Nachyliła się nad jego uchem i szepnęła ochrypłym głosem, pełnym kumulowanego podniecenia.

— Czy podoba ci się kąpiel?

— Tak — szepnął równie cicho.

— Chciałbyś, żebym cię umyła?

— Bardzo...— był głodny dotyku jej miękkich dłoni, na swoim spiętym od wysiłku ciele.

Przesunęła rękami po jego twardej klatce piersiowej i wbiła paznokcie w wrażliwą skórę brzucha. Sapnął na ten zabieg i wypchnął biodra w górę.

— Jesteś chętny, czyż nie? — zachichotała.

— Tylko, gdy sprawiasz, że czuję się tak, jak teraz — jego nabrzmiała krwią męskość wystawała spod powietrzni pachnącej kwiatami wody.

— Niecierpliwy — parsknęła. — Czy byłeś grzeczny?

Jego skóra na szczytach kości jarzmowych zarumieniła się lekko na jej znaczące pytanie, ale skinął dzielnie głową w nadziei na otrzymanie nagrody.

— Dostaniesz na co zasłużyłeś, Serpens. — Chwyciła czarne włosy w pięść odchyliła jego szyję do tyłu, aby spojrzał w jej pociemniałe od pożądania oczy. — Pamiętaj jednak, że tylko ja mogę cię dotykać w taki sposób. — Ugryzła płatek jego ucha. Poczuł uśmiech, który rozciągnął jej pełne wargi. — Należysz do mnie.

— Wiem — powiedział napiętym z oczekiwania głosem. — Nie chcę dłużej czekać, dotknij mnie.

— W jaki sposób mam cię dotknąć? — Pogłaskała jego sztywne sutki i zamruczała na widok dreszczu, który przebiegł po męskim ciele.

Chwycił jej małą dłoń i przeciągnął po swoim brzuchu, aż do chętnej, pulsującej erekcji. Otoczył swojego penisa palcami kobiecej ręki i westchnął z ulgą, gdy ścisnęła wrażliwą na dotyk tkankę.

Wyrwał mu się zduszony okrzyk, gdy poruszyła ręką wzdłuż jego długości. Mógłby osiągnąć szczyt natychmiast. Uczucie upragnionego kontaktu, spowodowało spłycenie jego oddechu. Krew w żyłach zgęstniała, a mięśnie twarzy napięły się z wysiłku. Chciał się dla niej powstrzymać, sprawić jej jeszcze większą przyjemność swoją umiejętnością kontrolowania instynktu.

— Mam cię doprowadzić do końca? — szeptała pożądliwym głosem, pieszcząc kciukiem czerwoną, ociekającą od preejakulatu głowę jego męskości.

— Tak! — Męski, ochrypły ton brzmiał obco w jego uszach.

Było mu coraz ciężej panować nad utratą kontroli. Intensywność dotyku jej miękkich krzywizn na jego wrażliwych plecach, wywołała dreszcze, które targały jego ciałem. Zwiększyła siłę i tempo pociągnięć.

— Chcę, żebyś mnie błagał, Serpens — Władczy, kobiecy głos, niósł się echem po ścianach łazienki.

— Jestem tak blisko! Ja... ja nie... nie wytrzymam dłużej! Proszę, pozwól mi! — jęknął błagalnie, ślizgając się plecami po miękkich piersiach. Musiał otrzymać zgodę na przyjemność, jej aprobata znaczyła więcej, niż cokolwiek innego.

Sprawna ręka otoczyła ciężkie jądra i pomasowała ostrożnie w sposób, który zawsze odbierał mu możliwość oddechu.

— Teraz, Severusie — szepnęła do jego ucha, wywołując u niego mimowolny jęk na dźwięk jego prawdziwego imienia wydobywający się z jej ust.

Ścisnęła jego jądra, a dreszcz który go przeszedł wystarczył, by podwinęły się wszystkie palce u stóp. Całe jego ciało wpadło w drgawki, gdy ryknął głośno z wcześniej powstrzymywanej rozkoszy.

— Hermiono!

Obudziło go głośne stukanie, ale otworzenie ciężkich powiek zajęło mu chwilę. Nie chciał budzić się ze świadomością, że jego umysł płata mu figle, a cała scena, której był chętnym uczestnikiem, okazała się jedynie snem. Czuł bałagan w swoich spodniach, równocześnie ze wstydem i obrzydzeniem do samego siebie. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek w dorosłym życiu doświadczył mokrego snu, a spuszczenie się w spodnie w jego wieku, było najbardziej żałosnym doświadczeniem jakie przeżył, na równi z masturbacją na myśl o byłej uczennicy.

Uchylił powieki, aby zorientować się co go obudziło. Sypialnia wydawała się spokojna, wszystko na swoim miejscu. Zmarszczył czarne brwi w skupieniu i spojrzał na szklaną powierzchnie ściany z widokiem na dno amazonki i westchnął z zaskoczeniem.

Wyszczerzony aligator przyglądał mu się zza szyby. Opancerzone ciało gada wiło się przy szybkie, wdzięcząc się, jak model prezentujący swoje atuty.

— Dzień dobry, potworze. Potrzebujesz czegoś? — sarknął głosem ochrypłym od snu.

Zwierz zamrugał gwałtownie, kłapnął ostrymi zębami i odpłynął z gracją.

Cóż za miły poranek.

— Melwin! — przykrył się mocniej pościelą, żeby wścibski skrzat, nie zobaczył wstydliwej plamy na jego spodniach.

— Panicz Snape wzywał? — magiczne stworzenie pojawiło się po chwili z radosnym wyrazem twarzy.

— Czy mógłbym liczyć na coś do jedzenia za dwadzieścia minut? Chciałbym się najpierw wykąpać.

— Oczywiście! Melwin zajmie się śniadaniem panicza! — pisnął skrzat i zniknął z cichym trzaskiem.

Otworzył drzwi do łazienki, nie spoglądając na wannę, która będzie mu się teraz kojarzyć tylko i wyłącznie z ręką Hermiony Granger na jego obolałej erekcji. Wszedł szybko pod prysznic i zmył dowody snu, nie chcąc rozmyślać nad ułomnością swojego umysłu.

Dlaczego śniłem o niej w taki sposób?

Chwilowe zaćmienie umysłu podczas masturbacji, to jedno. Nie potrafił, jednak znaleźć wytłumaczenia na wspomnienie fantazji, która majaczyła pod jego powiekami.

Odział rozgrzane, nadal wilgotne ciało w szaty, osuszając się pospiesznie zaklęciem bezróżdżkowym. Jadalnia w apartamencie, była przytulnie cicha, a zapach świeżego jedzenia, spowodował uścisk pustego żołądka.

Zjadł dobre śniadanie, przygotowane przez Melwina, ale nuda w komnatach zmotywowała go do zwiedzenia wcześniej niedostępnych części obiektu. Użył pokoju transportowego, aby aportować się do puszczy o której myślał w każdej wolnej minucie wczorajszego dnia. Spacer powinien uspokoić jego pędzące myśli.

Wchodząc do malowniczego pomieszczenia, które odzwierciedlało wilgotny, amazoński las, doszedł do wniosku, że kompletnie zmarnował swoje życie na przebywaniu w Wielkiej Brytanii. Pomijając fakt, że w większości został zmuszony do pozostania przy dwóch mistrzach, przyznał przed samym sobą, że nawet, jeśli byłby wolny - nie opuściłby kraju i nie spędziłby czasu na zwiedzaniu najdalszych zakątków świata. Teraz wiedział, że fatalnym pomysłem było trzymanie się Hogwartu przez kolejny rok, skoro Ziemia, jest pełena tak pięknych i tajemniczych miejsc do zbadania.

Obserwował Sofię latającą w kółko nad koronami gęstych drzew i uśmiechnął się szczerze, wiedząc, że nikt nie jest w stanie obserwować jego dobrego samopoczucia. Zbyt ciężko pracował nad pozycją totalnego dupka, żeby mały uśmiech zbezcześcił wszystkie pozory.

Wciągnął parne powietrze przez znacznej wielkości nozdrza i rozejrzał się po pięknym krajobrazie puszczy.

Ktoś w pobliżu zachichotał, więc spiął się na nieoczekiwany przejaw ludzkiej obecności i rozejrzał się po terenie zdezorientowanym wzrokiem. Kobiecy chichot dochodził zza pobliskich drzew. Zbliżył się do źródła dźwięku, aby zlokalizować i ustalić tożsamość osoby, która zakłóciła jego poranny spacer.

Za pniem mahoniowca siedziała roześmiana Luna Lovegood. Miała na sobie fioletową, luźną szatę, a gruby warkocz swoich jasnych włosów związała chustą koloru sukienki.

Merlinie... czy ktoś kiedykolwiek wspomniał tej wariatce, że nie powinna nosić różdżki włożonej za ucho?

— Dzień dobry, panno Lovegood — powiedział zdawkowo.

— Ojej! — podskoczyła, ale nadal śmiała się pełną piersią. — Witam. Przepraszam, nie przywykłam do towarzystwa w tym miejscu.

Widział niebieskie motyle, krążące nad jej głową do których uśmiechała się radośnie i piszczała entuzjastycznie, gdy jeden z nich usiadł na jej małym, zadartym nosie.

— Wiesz profesorze... ponoć, gdy motyl zdecyduje się na tobie usiąść, jesteś dobrym człowiekiem — powiedziała pogodnie.

Jakby na zawołanie, jeden z owadów podleciał do niego i usiadł mu na lewym przedramieniu. Sapnął i spojrzał na dziwną dziewczynę, która uśmiechała się do niego marzycielsko.

Wariatka się ze mną bawi!

— Nie patrz tak na mnie, nie miałam z tym nic wspólnego — zachichotała, widząc jego sceptyczny wyraz twarzy. — Podobnie jak wszystkie istoty w tym miejscu, motyle mają wolną wolę. Jeśli chcesz znać moje zdanie, wcale nie jestem zaskoczona, że wygodnie mu na twoim ramieniu — uśmiechnęła się znacząco.

Zawsze zastanawiał się o co chodzi z szaleństwem panny Lovegood. Właściwie, jeśli miał być ze sobą szczery, to była bardzo dobrą i pilną uczennicą. Czasami palnęła głupstwo lub opowiadała o niestworzonych gatunkach zwierząt czy roślin, ale per se, była naprawdę mądrą dziewczyną. Czasami miał wrażenie, że jest bardziej spostrzegawcza i sprytniejsza, niż na to wskazuje. Przekonał się o tym w Malfoy Manor, gdy był zmuszony napoić ją miksturami leczniczymi. Pamiętał ten dzień, jakby to było wczoraj, a niebieskie, świadome oczy Luny Lovegood pojawiły się w jego myślach. Jej miłe słowa rozbrzmiewały w jego uszach, gdy szeptała po cichu wykrwawiając się w zimnym lochu:

Dobrze, że to pan profesorze. Wiedziałam, że przyjdzie po mnie ktoś z jasnej strony, żeby dotrzymać mi towarzystwa w tym smutnym miejscu.

Wtedy pomyślał, że dziewczyna majaczyła i nie miała ani krzty świadomości. Teraz jednak, zdał sobie sprawę, że być może wiedziała więcej, niż można się tego po niej spodziewać.

Zwrócił ponownie uwagę na dziwną dziewczynę, która patrzyła na niego z przyjacielskim wyrazem twarzy.

— Słyszałem, że jesteś uległą Kingsleya — zmienił temat, nie chcąc widzieć tej przerażającej, proroczej iskry w oczach Luny.

— Tak. King, jest uroczy — wpatrywała się marzycielskim wzrokiem w bujne korony drzew.

— King? — parsknął na dziwne przezwisko, nie mogąc się powstrzymać.

— Czasami lubi, gdy go tak nazywam podczas zabawy — zaśmiała się.

— Czy nie czujesz się przy nim słaba? — ściągnął brwi z ciekawości.

Luna po raz pierwszy odkąd spotkał ją na uczcie powitalnej, czyli w dniu jej rozpoczęcia edukacji, spojrzała na niego z determinacją, stanowczością i jakby... naganą?

— Uległość nie czyni cię słabym, Serpens.

Jego wcześniejsza niepewność, co do Luny Lovegood pękła pod jej stalowym wzrokiem i już wiedział, że może być szalona, ale na pewno nie jest słaba.

Coś mokrego uderzyło go w twarz. Usiadł gwałtownie na łóżku, przecierając oczy i rozglądając się za napastnikiem.

— Ciesz się, że to zwykłe Aquamenti, ojcze — powiedział znajomy, męski głos. — Zawsze mogłem użyć lodowatej wody.

— Draco! — sapnął zdezorientowany Lucjusz. — Co robisz w mojej sypialni?

Jego dziedzic rzucał mu oceniające spojrzenie, opierając się jednym łokciem o komodę.

— Zasadniczo, ratuję twój arystokratyczny tyłek — burknął. — Hermiona wysłała mi Sofię o szóstej nad ranem. To cholerne ptaszysko zapaskudziło mi łóżko!

— Zawsze miałeś słabość do kolorowych ptaków — wspominał z cierpkim uśmiechem.

— Bo hodowałeś pawie — prychnął. — Dodam, że były albinosami, co za tym idzie nie miały koloru — spojrzał na niego z rozbawieniem. — Zawsze chciałem czegoś, czego nie mogłem mieć, na przykład siostry!

— Czy to twoje życzenie gwiazdkowe, Draco? Jestem w kwiecie wieku — parsknął.

Jego syn spojrzał na niego z politowaniem.

— Tak, tak. Może masz zdrowie, ale przypominam, że do zapewnienia mi siostry, potrzebujesz czarownicy. Masz jakąś w szafie? Myślę, że mogłaby dostać kompleksów — wysyczał zjadliwie. — Posiadasz więcej ubrań, niż wszystkie czarownice w tym klubie razem wzięte.

— Dlaczego tak ostro, synu? Astoria nie spełnia twoich oczekiwań i wyżywasz się na ojcu?

— Tylko się spotykamy — spochmurniał, otrzepując niewidzialny pyłek ze swojej nieskazitelnie wyprostowanej szaty. — Na razie, poważne zobowiązania nie wchodzą w grę.

Jego syn wyrósł na bardzo przystojnego mężczyznę, musiał szczerze przyznać. Nie ma się co dziwić, miał dobre geny. Uśmiechnął się złośliwie.

— Będę wdzięczny, jeśli wyjawisz mi sekret swojej obecności.

Młody Malfoy spojrzał na niego ze współczuciem, a to nigdy nie wróżyło dobrze.

— Co pamiętasz z wczorajszego wieczoru? — uniósł platynową brew.

Lucjusz zmarszczył równie jasne brwi w skupieniu.

— Inicjacja nowego członka Onca, rozmowy z kolegami i morze alkoholu.

— Zostań przy alkoholu i wyciągnij wnioski — powiedział z naganą w głosie.

Mały smarkacz! Nie będzie mnie pouczał!

— Chwileczkę, Draco! — warknął groźnie. — Jeśli przyszedłeś mnie zbesztać, to naprawdę możesz zabrać stąd swój kościsty tyłek, razem ze swoimi bzdurami!

— Mój tyłek jest w porządku! Ciężko pracuję nad mięśniami pośladkowymi! — sapnął z oburzeniem.

— Czego chcesz, chłopcze? Dobrze się wczoraj bawiłem i jak widać trafiłem do swojego pokoju.

— Tak! — krzyknął. — Zanim jednak poszedłeś grzecznie spać, zdemolowałeś całą sale główną! Hermiona zbierała cię z ziemi, a Melwin umył twoje jaja, bo nie byłeś w stanie ustać na nogach! — Wyraźnie rozeźlony Draco uderzył pięścią w komodę dla podkreślenia swoich słów, a Lucjusza przeszedł dreszcz strachu.

Kirke! Jeśli Draco nie ma wyjątkowo nędznego poczucia humoru, to nie chcę spojrzeć Hermionie w oczy.

Rzucił na Draco spojrzenie spod byka z nadzieją, że może jednak zachciało mu się robić nieśmieszne żarty staremu ojcu. Oczy jego syna złagodniały i usiadł na krawędzi materaca.

— Jest zła, tato — westchnął. — Jest wręcz wkurwiona, ale posłała po mnie. Myślę, że się o ciebie martwi.

Brawo Lucjuszu, czy nauczysz się czegokolwiek na swoich błędach?

Podczas wojny nadużywał alkoholu. Nie był tyranem, ale potrafił być nieprzyjemny, gdy tracił panowanie nad sobą. Nigdy nie skrzywdził Draco, ani Narcyzy, jednak był pewien, że trudno było im oglądać go w takim stanie.

— Co się stało, ojcze? Hermiona nie powiedziała mi wiele.

— Odbyła scenę z nowym członkiem.

Draco spojrzał na niego z niedowierzaniem

— Żartujesz? Przecież za każdym razem wprowadza świeżaków! Nie ma w tym nic nowego! Jedynym wyjątkiem od jej udziału jest wcześniejsze sparowanie lub małżeństwo!

— To nie to samo! — bronił się.

Oczy jego syna rozszerzyły się.

— Kto jest nowym członkiem? — szepnął ze zrozumieniem.

— Nie znam jego tożsamości, jak żaden z nas —skłamał.

— Porozmawiaj z nią — chwycił go za ramię i ścisnął delikatnie w pocieszycielkim geście. — Wybaczy ci.

— Nie jestem pewien, Draco. Nie jestem pewien...

Młody czarodziej wstał i wyprostował granatową szatę. Wyglądał bardzo szykownie. Lucjusz poczuł się jeszcze gorzej, że jego własny syn widzi go w takim stanie.

— Pójdę, ojcze. Posprzątaj swój bałagan, nie zrobię tego za ciebie.

— Dziękuję za wizytę, Draco.

Usłyszał zamknięcie pokoju aportacyjnego i zamknął oczy.

Jestem głupcem.

Wizyta Draco była dobrym pomysłem ze strony Hermiony. Gdyby usłyszał historię bezpośrednio od niej, nie mógłby kontrolować swoich reakcji.

Cieszył się, że Draco dogaduje się z Hermioną.

Podczas ostatniego roku w Hogwarcie, jego syn był prześladowany.

Nie bez powodu, ale wojna się skończyła, prawda?

Rozumiał pokrzywdzone przez śmierciożerców rodziny. Draco jednak, nie przyłożył palca do zdziesiątkowania czarodziejskiej Brytanii. Płacił za błędy ojca. Za jego błędy. Za błędy swojego dziadka. Hermiona odnalazła pokiereszowanego Draco, pewnego popołudnia w bibliotece i zaproponowała mu pomoc z jego prześladowcami, ale Draco nie chciał litości.

Czy ktokolwiek spławił Hermionę Granger i liczył, że się podda? Życzę powodzenia!

Dziewczyna była cieniem Draco. Chroniła go przed Gryfonami i nielicznymi uczniami z innych domów. Zaprzyjaźnili się dość łatwo po tym, gdy znalazła go w Pokoju Życzeń. Ponoć Draco, zażyczył sobie znaleźć się w bezpiecznym miejscu, a skoro Pokój postanowił wpuścić Hermionę Granger do środka...

Jego syn stwierdził, że jeśli magiczny Pokój uważa, że Hermiona nie zrobi mu krzywdy, da jej szansę. Byli nierozłączni do końca roku.

Oparł się o wezgłowie i spojrzał na tańczące wodorosty za szklaną ścianą. Porozmawia dzisiaj z Hermioną i przyjmie karę na klatę. Dość tchórzostwa!

Może najpierw śniadanie? Czy Bajka będzie zła? Ta skrzatka, jest przerażająca!

— Bajka! — Nic się nie stało. — Bajka!!! — Dalej cisza. — Bajka, proszę nie gniewaj się — powiedział cicho.

Skrzatka pojawiła się przy łóżku i spojrzała na Lucjusza z zawodem.

— Panicz Lucjusz wzywał Bajkę?

— Przepraszam. Nie chciałem sprawić ci kłopotu.

— Bajka opiekowała się paniczem, gdy był dzieckiem. Bajka zna panicza lepiej niż ktokolwiek inny! — powiedziała wstrząśnięta. — Panicz Lucjusz wczoraj skrzywdził panienkę Hermionę! Panienka była bardzo smutna! — wykrzyczała piskliwym głosem. — Kto krzywdzi panienkę Hermionę musi liczyć się ze złością Bajki!

— Przeproszę ją, obiecuję! Możesz mi wybaczyć?

— Bajka wybaczy, gdy panicz Lucjusz zachowa się, jak mężczyzna swojego pokroju! Bajka dołożyła wiele wysiłku w wychowanie panicza!

— Dobrze, już dobrze. Nie mów więcej o zmianie moich pieluch, bo mogę zwrócić kolację z zeszłego tygodnia.

Skrzatka uśmiechnęła się ciepło, a później mrugnęła porozumiewawczo.

— Bajka nie zdradziła jeszcze panience Hermionie najbardziej pikantnych szczegółów z dzieciństwa panicza Lucjusza. Być może, Bajka powinna rozważyć taką opcję — powiedziała i zniknęła z donośnym trzaskiem.

Dobry Melinie... ona tak na serio?