ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

NIENAWIDZĘ PONIEDZIAŁKU


Szpilki uwierały ją niemiłosiernie, więc machnęła różdżką, rzucając niewerbalne zaklęcie amortyzujące. Zapięła długi, kaszmirowy płaszcz i użyła sieci fiuu, aby dostać się do Ministerstwa. Gęste, sprężyste loki, zasłaniały jej widok na otaczający świat. Powinna je upiąć.

Dlaczego tego nie zrobiłam?

Na pewno, nie miały na to wpływu słowa pewnego, ponurego czarodzieja, który oznajmił, że mam bardzo ładne włosy... że są dzikie i nieokiełznane, że mi pasują.

Pokręciła głową na swój sentymentalizm i przeklnęła bardzo niekobieco, gdy jeden z kosmyków przykleił się do jej błyszczyka na wargach. Dzień zapowiadał się świetnie. Wkroczyła do Ministerstwa Magii z bolącą piętą i włosami w ustach.

Nienawidzę poniedziałku.

Przepchnęła się, przez spieszących się do pracy czarodziejów i ruszyła w stronę windy.

— Hermiono! — usłyszała entuzjastyczny, znajomy głos, za swoim lewym ramieniem.

— Arturze. — Grzecznie uznała jego obecność.

— Oho! — skwitował ze zmieszaniem. — Chyba jesteśmy dziś nie w sosie, co?

— Przepraszam, mam dzisiaj sporo zmartwień.

— Rozumiem — powiedział krótko i odwrócił wzrok na Atrium z zakłopotanym uśmiechem. — Razem z Molly mamy w planach przygotowanie uroczystego obiadu, w ramach świętowania mojego awansu. Jesteś zaproszona, przyjdziesz?

Hermiona przyglądała mu się uważnie.

— Gratuluję ci nowej posady Podsekretarza Ministra, Arturze! — Jej uśmiech zmalał. — Czy na kolacji będzie Ron?

— Tak — szepnął smutno, zaciskając wargi.

— Więc znasz moją odpowiedź, Arturze. Będę wdzięczna, jeśli nie będziemy o nim rozmawiać.

— Wiesz, że nigdy nie staram się wtrącać w twoje sprawy, ale muszę wiedzieć. Ron naopowiadał Molly okropne rzeczy na twój temat. — Poważna mina, wyglądała nietypowo na zwykle uśmiechniętej twarzy Artura. — Czy masz kogoś innego, Hermiono?

— Tak.

Co miała powiedzieć? Nie była z nikim w stałym związku. Mówiła jednak prawdę, ale nie będzie wyjaśniać Arturowi natury klubu. Czarodziej spojrzał na nią w szoku. Otworzył usta, zamknął i znów otworzył, aby coś powiedzieć, ale nic nie przeszło mu przez gardło.

— Tak, Arturze. Mam kogoś innego. Miałam więcej, niż jednego mężczyznę od czasu, kiedy rozstaliśmy się z Ronem. Jednak podejrzewam, że pytasz o to, czy zdradziłam Rona, gdy byliśmy razem?

Przysadzisty czarodziej odetchnął i spojrzał na nią z cieplejszym wyrazem twarzy.

— Tak, to miałem na myśli.

— Nigdy nie tknęłam innego mężczyzny, gdy byłam w związku, Arturze! — prychnęła urażona jego założeniem. — Poza tym, nawet nie miałabym okazji. Twój syn był zaborczy i starał się kontrolować każdą minutę mojego dnia. Nie mogłam opowiedzieć mu o mojej pracy ze względu na tajemnice Departamentu, a on dostawał szału.

— Chciałem się tylko upewnić, Hermiono. Wiesz, że zawsze traktowałem cię jak córkę i nie uwierzyłem w to, co opowiada o tobie mój syn.

— W porządku. — Westchnęła, odzyskując spokój. — Nie mam do ciebie pretensji. Ja również traktuję cię, jak członka rodziny.

Artur uśmiechnął się i z jakimś niewiadomym impulsem, podszedł do Hermiony i objął ją ramieniem.

— Porozmawiaj z Molly. Ona za tobą tęskni.

Nie chciała mówić Arturowi, że jego żona prędzej zatrudni pomoc domową, niż uwierzy w winę jej syna i wierność Hermiony.

— Spieszę się do Departamentu. Czy idziesz w tamtą stronę? — szepnęła, gdy uścisk stał się zbyt niekomfortowy.

— Nie. Mam sprawy do załatwienia w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. — Wypuścił ją z objęć i uśmiechnął się do niej weselej.

Skinęła głową i pomachała mu na pożegnanie. Lubiła Artura, ale jego problemem była niemożność postawienia się Molly. Tydzień po zerwaniu zaręczyn z Ronem, otrzymała wyjca od starszej czarownicy. Było jej cholernie przykro, że Ron postanowił być tchórzem i zwalić całą winę na nią. Spodziewała się takiej reakcji, ale Molly była dla niej, jak matka od czasu, gdy poniosła porażkę w przywróceniu wspomnień swoim rodzicom. Co myślałam? Że matka, postawi się synowi i będzie wspierać kogoś spoza rodziny? Powinna porozmawiać z Molly, a postanowiła zignorować zaczepki i skupić się na dokończeniu pracy nad Onca.

Wbiegła do windy, omijając Kingsleya, który witał ją zbyt entuzjastycznie.

Merlinie, ten czarodziej nie miał w sobie nic z subtelności.

Obawiała się, że za chwile wyrzuci z siebie kolejny pomysł polowania na uległe na środku korytarza pełnego pracowników Ministerstwa.

Zjechała windą na sam dół z niecierpliwym szukaniem obcasów. Była porządnie spóźniona i obawiała się, że tym razem jej przełożony postanowi ją w jakiś sposób ukarać - na przykład odcinając jej dostęp do skryptów naukowych w Pokoju Czasu. Biegnąc w stronę swojego biura prawie staranowała postać, która wyłoniła się zza zakrętu.

— Josu! — krzyknęła zaskoczona. O wilku mowa.

Josu Barbois złapał ją za ramiona i roześmiał się serdecznie.

— Hermiono, czy w szkole nie nauczyli cię, że nie powinno się biegać po korytarzach?

— W szkole byłam tak skupiona na książkach, że nie zwracałam uwagi na wszystko inne — burknęła z niezadowoleniem.

— Dlaczego się dąsasz? Gorszy dzień? — Przystojny czarodziej mrugnął do niej zawadiacko, a ona od razu poczuła się lepiej.

— Trochę. Miałam ciężki weekend.

— Przepraszam, że nie mogłem zjawić się w klubie. Byłem zmuszony wyjechać na delegację do Lyon. — Westchnął ciężko. — Cholerni Francuzi, wydaje im się, że mają na wszystko czas.

— Jesteś Francuzem! — parsknęła śmiechem.

— Właśnie dlatego, mam prawo ich obrażać! — Zniżył głos do poważnego szeptu — Jeśli chcesz wiedzieć, nie jestem rasowym Francuzem. Podejrzewam, że Brytyjczyk podrzucił mnie mojej matce, zabierając przy tym jej francuskie dziecko.

— Dlaczego? — zapytała z chichotem, przeczuwając nieunikniony żart ze strony Josu.

— Wolę sunday roast od żabich udek i ślimaków. — Uśmiechnął się szczerze.

Jej śmiech było słychać dwa piętra wyżej, a dzień nie wydawał się już taki ponury. Uwielbiała poczucie humoru tego czarodzieja.

Odwalili dziś kawał dobrej roboty, a ona po raz pierwszy od dłuższego czasu cieszyła się z efektów swojej pracy. Była bliska znalezienia zaklęcia na przywrócenie jednostce pamięci długotrwałej. Tak bardzo chciała odzyskać rodziców. Trochę pękło jej serce, gdy zobaczyła ich szczęśliwych i nieświadomych w Australii, bez niej w swoim życiu. Była ich pacjentką raz na jakiś czas. Musiała utrzymywać kontakt, żeby nie zwariować z tęsknoty. Podróżowanie do Australii było problematyczne, ale zobaczenie delikatnego uśmiechu jej matki lub słuchanie śmiesznych żarcików jej ojca, dawało jej energię na kolejne sześć miesięcy bez nich.

Schowała dokumenty do małej, czarnej torebki z zaklęciem przedłużającym i spojrzała na Josu. Bazgrał zawzięcie piórem po pergaminie i mamrotał do siebie ciche przekleństwa. Barbois był członkiem klubu od dwóch lat. Nie interesował się naturą seksualną, ale pojawiał się na wszystkich, większych wydarzeniach i przeznaczał spore datki na rozwój tego miejsca. Nigdy nie widziała, żeby spotykał się z kobietami, więc mogła przypuszczać, że jego zainteresowania leżą gdzie indziej, ale nie chciał się ujawniać. Co prawda nie widziała żadanych oczywistych znaków, ale dziwiło ją, że nie zainteresował się żadną z kobiet. Znała sporo homoseksualistów w czarodziejskiej brytanii, a Josu wydawał się zbyt idealny w środku i na zewnątrz, aby mogła go złowić damska część społeczeństwa. Był pomocny, miły, dżentelmeński, dobrze wychowany i miał naprawdę ogromne serce. Potrafił rozśmieszyć ją w jej najgorszym z humorków, a jego przyjazna twarz zawsze świeciła szczęściem na widok jej odnowionego entuzjazmu.

Spojrzała na niego ukradkiem. Miał kręcone, ciemnoblond włosy sięgające odrobine za ucho. Jeden niesforny kosmyk opadł mu na zmarszczone czoło. Wyraźne kości policzkowe dodawały mu charakteru, a na mocnej szczęce widniał zadbany zarost. Był od niej starszy o dziesięć lat, a w kącikach jego piwnych oczu, zaczęły pojawiać się drobne zmarszczki od częstego, szczerego uśmiechu. Podniósł wzrok, czując, że ktoś bacznie mu się przygląda. Przynajmniej tak wyglądał, bo patrzył na nią z politowaniem.

— Nie wiem jak tobie i tym dwóm chłopcom udało się pokonać Voldemorta — parsknął. — Jesteś cholernie oczywista w swoim szpiegowaniu.

— Doprawdy? — uniosła brwi. — Włamałeś się kiedyś do Gringotta?

— Nie umniejszam twoich zasług, po prostu stwierdziłem fakt — burknął. — Oglądasz moją skromną osobę od dwudziestu minut i mam wrażenie, że podoba ci się to, co widzisz. — Uśmiechnął się zalotnie.

— Nie bądź niemądry — prychnęła z oburzeniem. — Sprawdzałam stan rozwoju twoich zmarszczek.

Zaśmiał się męskim, głębokim głosem.

Siedzieli chwilę w przyjemnej ciszy, dopełniając obowiązków. Josu w końcu westchnął i wstał od dębowego biurka, patrząc na nią z małym uśmiechem.

— Wracaj do domu, Hermiono — wyszeptał spokojnie. — Widzę, że jesteś zmęczona.

Nie mogła spać całą noc, zastanawiając się nad samopoczuciem Severusa, chcąc sprawdzić czy wszystko z nim w porządku.

Czy będę zbyt nachalna, jeśli wyślę mu sowę jeszcze dziś?

— Dobrze. Przyda mi się trochę odpoczynku.

Ubrała płaszcz i nie zdążyła dojść do drzwi, gdy zawołał ją niespokojnym głosem.

— Hermiono, poczekaj! — Podszedł do niej szybkim krokiem i chwycił za rękę, ściskając delikatnie.

— Wiem, że zyskasz prywatne korzyści nad stworzeniem zaklęcia przeciw Olbliviate, ale nie możesz się spieszyć. Pośpiech niczemu nie służy, a ja obiecuję, że pomogę ci we wszystkim. Nie marnuj zdrowia na nerwy.

— Łatwo mówić — powiedziała głosem pełnym emocji. — Od czterech lat próbuję znaleźć sposób, Josu... tęsknie za nimi.

Uśmiechnął się do niej smutnym uśmiechem i pocałował jej czoło.

— Poradzimy sobie. Teraz odpoczywaj.

Wyszła szybkim tempem, żeby nie zobaczył jej napływających łez. Temat rodziców zawsze był dla niej trudny. Przez większą część magicznej edukacji bała się o ich bezpieczeństwo, a później straciła ich na własne życzenie. Od dawna miała pretensje do Zakonu, że odmówili ich ochrony.

Atrium było pełne ludzi, więc przyspieszyła kroku w drodze do kominka. Była nieopodal wejścia do magicznego transportu, gdy drogę zagrodziła jej postać wysokiego mężczyzny. Spojrzała w górę i zaschło jej w ustach. Rudowłosy, piegowaty mężczyzna, patrzył na nią z szerokim, głupawym uśmiechem.

— Witaj Hermiono, nie widziałem cię od wieków! — prawie krzyknął, a ona zauważyła grono ludzi, przyglądające się im z ciekawością.

— Ron — Uznała jego obecność, bez większego entuzjazmu.

Jego uśmiech trochę zmalał, ale zreflektował się po chwili.

— Możemy porozmawiać w bardziej prywatnym miejscu?

— Jak sam zauważyłeś, nie widzieliśmy się od dawna i zapewniam, że nie bez powodu. Nie mam ochoty z tobą rozmawiać.

Mogłaby nabrać się na smutną, błagalną minę Rona. Wyglądał, jak zbity szczeniak. Na szczęście wielokrotnie używał tej zagrywki w przeszłości, a ona nie miała zamiaru być naiwna.

Nigdy więcej!

— Pomyślałem, że możemy omówić wesele Harry'ego i mojej siostry. Będziemy świadkami! Czy to nie świetne?

— Tak, świetne. — Machnęła ręką lekceważąco i spojrzała na niego ze zdeterminowanym wyrazem twarzy. — Nie chcę robić sceny. Nasza przeszłość nie powinna mieć wpływu na szczęśliwy dzień Harry'ego i Ginny. Właśnie dlatego mam do ciebie prośbę.

— Tak? — powiedział cicho z nadzieją w oczach.

— Oh, tak — parsknęła chłodno. — Trzymaj się ode mnie z daleka.

Twarz Rona poczerwieniała ze złości.

Oho, szczeniaczek nie dostał piłeczki do zabawy.

— Jaki jest twój problem, Miona?! To ty zerwałaś zaręczyny bez żadnego konkretnego powodu!

— NIE. NAZYWAJ. MNIE. TYM. CHOLERNYM. IMIENIEM. — wycedziła przez zęby, zaciśnięte ze złości. — A jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, oczywistym powodem zerwania przeze mnie zaręczyn, mogły być różowe majtki, które znalazłam w kieszeni twoich spodni. Zapewniam cię, że nie należały do mnie.

Usłyszała szepty dookoła, ale nie zamierzała się tym przejmować. Ron wyglądał, jakby dostał tłuczkiem w potylicę i spokorniał w dwie sekundy. Po chwili, pewnie wypiął pierś i spojrzał na nią z udawanym zdumieniem.

— Nie mam pojęcia o czym mówisz.

Chciała zostać i się z nim kłócić. Chciała wetrzeć fakty w jego głupi wyraz twarzy. Chciała wyliczyć mu na palcach czyny niewierności o których wiedziała.

Nic nie zrobię, nie tym razem... nigdy więcej!

Patrzyła na niego z urazą w oczach. Mogła się tylko zdobyć na smutny uśmiech. Odepchnęła go na bok, umożliwiając sobie wejście do kominka. Chwyciła proszek fiuu i odwróciła się do niego z szyderczym wyrazem twarzy.

— Pieprz się, Ronaldzie Weasley i kogokolwiek innego chcesz. — Wrzuciła proszek, a podczas podróży siecią fiuu, ciągle miała przed oczami wyraz jego zdezorientowanej, piegowatej twarzy.

Cholerny dupek.

Lucjusz uciekł z klubu w poniedziałek z samego rana. Szukał Hermiony wcześniej w niedzielę, ale nigdzie jej nie znalazł. Meliwn poinformował, że oprowadza Severusa po tajnych pomieszczeniach. Musiał przemyśleć swoją sytuacje i nie zamierzał rozmawiać z Hermioną, dopóki nie ochłonie, więc aportował się pod bramę Malfoy Manor i przeszedł szosą między gęstymi żywopłotami. Powitały go białe pawie, przechadzające się po wyrównanych, trawnikach. Dużym plusem posiadania rodzinnego dworu był rozległy teren zieleni. Gęste liściaste drzewa rzucały chłodny cień na trawę, oferując chwile wytchnienia od gorącego słońca. Już jako mały chłopiec uwielbiał spędzać czas na zewnątrz w cieplejsze dni wiosny i lata.

— Nie bez powodu — mruknął cicho patrząc na majaczącą w tle posiadłość. Byłaby dla niego ładnym i przytulnym miejscem, gdyby nie zdarzenia z przeszłości.

Jego ojciec był tyranem. Szkolny przyjaciel Toma Riddla z ławki i jego największy zwolennik. Gdyby nie zmarł na smoczą ospę przed odrodzeniem Riddla i połączył z nim siły... Wątpił, żeby Potter i Dumbledore zdołali ich powstrzymać.

Gdy miał dziesięć lat, uciekał od ciężkiej ręki ojca do ogrodu. Wchodził na wysokie drzewa i udawał, że jest w innym miejscu, bez przemocy i drwiny. Kochał matkę, ale nie potrafiła przeciwstawić się ojcu.

Wszedł do posiadłości po szerokich, kamiennych schodach. Nienawidził wracać do tego miejsca na resztę tygodnia. Najchętniej spaliłby budynek, ale zaklęcia rodu Malfoyów uniemożliwiały zniszczenie dworu. Przeszedł korytarzem do długich schodach, prowadzących do jego gabinetu. Nie patrzył na drzwi od głównego salonu. Wydarzyło się w nim zbyt wiele, a od czasu torturowania Hermiony przez Bellę, nie postawił stopy w tym miejscu.

Jako nastoletni chłopak, podczas przerwy świątecznej, próbował uciec z domu. Ojciec znalazł go w jednym z pokoi Dziurawego Kotła i do teraz nie wiedział skąd ojciec miał informacje o jego miejscu pobytu, ale był młody i nieostrożny, więc nie przejął się tym zbytnio. Po powrocie do domu, otrzymał najsurowszą karę. Leżał w łóżku przez osiem dni, a jego matka mistrzowsko ignorowała sytuację, zostawiając leczenie jego ran Bajce, domowej skrzatce. Skrzatka zawsze chciała dla niego najlepiej i sprytnie utrudniała dostęp Abraxasowi do młodego dziedzica.

Przez resztę swojego życia, przed drugą wojną, starał się być wzorowym wyznawcą czystej krwi. Nie miał większego wyboru, ponieważ po śmierci ojca był już zepsuty, a jego nawyków nabytych przez lata nie dało się zmienić łatwo. Poszedł na łatwiznę i pozostał gburowatym, pompatycznym śmieciem.

Niech się ciebie boją, Lucjuszu. Strach sprawi, że zaczną cię szanować, a szacunek da ci nad nimi władzę. - Słowa ojca brzęczały mu w uszach, jak wyjątkowo wkurwiający komar.

Więc bali się, czyż nie?

Czy ktokolwiek zdawał sobie sprawę, że Voldemort odwiedzał go w swojej słabej, bezcielesnej formie przez trzynaście lat? Wątpił w to. Nikomu nie zwierzał się z tych wizyt, a cholernie bał się przeciwstawić wężowi. Szantażował Lucjusza, straszył, robił pranie mózgu.

Raz próbował zaatakować pięcioletniego Draco, gdy Lucjusz mu się sprzeciwił. Bardzo chciał go wtedy zabić, ale nie mógł. Doskonale zdawał sobie sprawę z horkruksów, bo jego ojciec, jako jedyny sługa został poinformowany o przedmiotach. Voldemort nie powiedział wyraźnie czym są, ale Abraxas Malfoy był sprytnym, inteligentnym czarodziejem, który bardzo dobrze znał się na czarnej magii. Z resztą, młody Tom Riddle poprosił o korzystanie z ogromnych zbiorów ksiąg Malfoyów, a Abraxas wysłał jednego ze skrzatów na przeszpiegi. Słyszał, gdy ojciec mamrotał o horkruksach podczas wysokiej gorączki, spowodowanej przez smoczą ospę.

Voldemort przestał go odwiedzać dopiero w lipcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku. Miał spokój przez pierwszy rok Draco w Hogwarcie, aż do wakacji. Tom przybył w jeszcze słabszej formie, niż wcześniej i zarządał przekazania dziennika, znajdującego się w skrytce pod salonem, jednemu z uczniów Hogwartu. Lucjusz postanowił się postawić swojemu Panu. Nie jawnie, ale skutecznie. Miał pewnego skrzata, który zawsze chwalił sukces Harry'ego Pottera. Zgredek był przez niego traktowany najgorzej. Lucjusz miał świadomość swojej potworności i bardzo żałował swojego zachowania. Zgredek przynosił mu wstyd, gdy przy jego czystokrwistych gościach wyrażał się z podziwem względem młodego czarodzieja, który pokonał Czarnego Pana.

Co gdyby głupi skrzat powiedział coś takiego, podczas wizyty Voldemorta?

Nie karał go osobiście, ale wielokrotnie rozkazał mu samemu to zrobić. Tak czy inaczej, mały skrzat był dość wścibski. Lucjusz postanowił więc, głośno spekulować o tym, co wydarzy się wkrótce w Hogwarcie. Mówił o dzienniku, Voldemorcie i Komnacie Tajemnic. Mały skrzat nie mógł powiedzieć Potter'owi bezpośrednio o niebezpieczeństwie ze względu na więź z rodem Malfoyów, ale Lucjusz wiedział, że skrzat jest sprytny i coś wymyśli. Podczas śniadania, które serwował Zgredek, poinformował Narcyzę, że według szkolnych rejestrów, Potter mieszka u wujostwa na Privet Drive numer cztery. Nie musiał długo czekać na nagłą nieobecność Zgredka.

Wsadzenie dziennika do kociołka małej Weasley, również powinno dać Potter'owi do myślenia. Po co miałby wybierać kogoś, tak bliskiego Wybrańcowi? Liczył, że Harry zorientuje się, że coś jest nie tak z Ginny, ale najwyraźniej dziewczyna była bardziej skryta, niż przypuszczał. Prawie doprowadził do jej śmierci i nigdy sobie tego nie wybaczył, mimo tego, iż Ginny przyjęła ochoczo jego przeprosiny i wybaczyła mu w pełni.

Voldemort nie ufał mu po tym zdarzeniu i pojawił się dopiero na cmentarzu. Wiedział, że Lucjusz nie był lojalny i kazał mu się wykazać, włamując się do Departamentu Tajemnic. Nie miał dużego wpływu na zwabienie Potter'a do Ministerstwa. Jego Pan odwalił czarną robotę, a on musiał panować nad Bellą, aby nie skrzywdziła dzieci.

Czas spędzony w Azkabanie był dla niego ulgą. W końcu nie musiał być w towarzystwie tego chorego świra, a jedyne co spowodowało chęć ucieczki, to obawa o Draco i Narcyzę.

Podczas wojny, Lucjusz był kompletnie bezużyteczny, a oczekiwanie na proces dało mu wiele do myślenia.

Tęsknił za Narcyzą. Nie, jak za kobietą. Fizyczność zniknęła z ich małżeństwa, wraz z nadejściem na świat dziedzica. Okazjonalnie dzielili łożę, gdy samotność doskwierała im obojgu, ale zazwyczaj trzymali się od siebie z daleka w sprawach stricte seksualnych. Jednogłośnie wyrazili zgodę na posiadanie kochanków, nie zrywając tym samym więzów małżeńskich. Tęsknił jednak za przyjaciółką, która zawsze dzielnie wspierała jego i ich wspólnego syna. Dom bez niej był cichy i ponury.

Hermiona Granger była obecna na jego procesie. Przedstawiła część argumentów, które złagodziły wyrok i po stosunkowo krótkim czasie spędzonym w zamknięciu, był wolnym człowiekiem. Oczywiście, Hermiona wytknęła mu, że postanowiła się za nim wstawić wyłącznie dla Dracona.

Lucjusz zapijał smutki w ponurym domu, po powrocie z Azkabanu, a jego syn zwierzył się dobrej przyjaciółce, która zdarła sobie skórę, aby wyciągnąć Draco z nieszczęścia, podczas ich ostatniego roku w Hogwarcie.

Westchnął ciężko, prostując nogi na kanapie.

Hermiona Granger odwiedziła go bez zapowiedzi. Był w totalnym bałaganie. Brudny, wygnieciony, śmierdzący alkoholem. Wyglądała na niewzruszoną jego stanem, a on był jej za to wdzięczny. Nie lubił litości. Zaproponowała mu odwiedzenie pewnego miejsca w mugolskiej dzielnicy Londynu. Na początku ją wyśmiał i powiedział, że nie da się zamknąć w psychiatryku. Z każdym słowem jej wypowiedzi, był co raz bardziej pewny, że miejsce będzie idealne dla zaspokojenia jego potrzeb. Zgodził się na odwiedziny.

Nie było dla niego niespodzianką, że Hermiona Granger stworzyła coś wyjątkowego. Ona sama była wyjątkowa i wiedział to, od kiedy po raz pierwszy zobaczył ją w księgarni. Draco zawsze bardzo się irytował, że dziewczyna prześciga go w każdym przedmiocie, a on po cichu kibicował małej Gryfonce, która miała zadatki na dobrego przeciwnika Czarnego Pana.

Cóż, nie mylił się, czyż nie?

Na początku Hermiona nie planowała umożliwić członkom klubu spełniania swoich seksualnych potrzeb i fantazji. W rocznicę otwarcia Onca oznajmiła, że w istocie ma zamiar się tym zająć. Zgodził się być jej uległym. Ona zgodziła się być jego Panią. Wiedziała, że właśnie tego najbardziej potrzebował, żeby poradzić sobie z bałaganem w głowie.

Spojrzał na swoje trzęsące dłonie i postanowił, że musi wrócić do klubu, żeby z nią porozmawiać. Nie będzie się chował, jak smarkacz. Zacisnął palce na złotym medalionie, zawieszonym na szyi i ruszył w podróż do najbezpieczniejszego miejsca na ziemi.

Droga przez korytarze Onca ciągnęła mu się niemiłosiernie, ale w końcu dotarł do drzwi jej gabinetu i zapukał cicho.

— Tak? — Usłyszał senny głos Hermiony.

Wszedł po cichu i spojrzał na nią z uwagą. Była wykończona. Na policzku miała odciśnięty zarys pióra i małą plamę atramentu na czole.

Czy zasnęła przy biurku?

— Lucjuszu? Melwin wspomniał, że opuściłeś klub. — Suchy ton jej głosu był jak uderzenie pięścią w twarz.

— To prawda, ale wróciłem — szepnął. — Chciałem przeprosić za moje zachowanie. — Zmarszczył brwi. — Czy miałaś dużo pracy w Ministerstwie? Wyglądasz na zmęczoną.

Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu, a po chwili opuściła wzrok i spojrzała na swoje zaciśnięte w pięści.

— Nie ma potrzeby przepraszać, nie potrzebuję tego.

— Ależ jest potrzeba! Nie powinienem się upijać, Hermiono! Bardzo mi przykro, że zdemolowałem ten cholerny bar. To się więcej nie powtórzy, obiecuję!

Jej usta ułożyły się w bardzo żałosnym, smutnym uśmiechu, a ten grymas nigdy nie wróżył dobrze.

— Nie zrozumiałeś mnie, Lucjuszu. Nie potrzebuję przeprosin do podjęcia decyzji. Już to zrobiłam. Rezygnuję z naszego układu — powiedziała oschle.

Poczuł lodowate zimno, rozciągające się po całym jego ciele.

— R-rezygnujesz? — wyjąkał przez boleśnie zaciśnięte gardło.

— Tak. Złamałeś zbyt wiele fundamentalnych zasad. Nie możesz być już moim uległym. To krzywdzące zarówno dla mnie, jak i dla ciebie.

— Nie! — krzyknął z paniczną desperacją w głosie. — Nie możesz tego zrobić! Potrzebuję cię! Powiedziałaś, że mnie nie zostawisz. — Głos załamał się na ostatnim słowie, powodując zaciśnięcie powiek Hermiony. Najbardziej na świecie bał się odrzucenia przez tę kobietę.

— Nie, Lucjuszu. Powiedziałam, że nigdy nie zostawię cię w potrzebie. Zgodnie z umową, znajdę ci nową dominującą.

— Potrzebuję CIEBIE, ty uparta wiedźmo!

Wstała i zbliżyła się do niego powoli, parząc mu prosto w oczy.

— Naprawdę przykro mi, że nie mogę ofiarować ci tego, czego pragniesz. Postaram się dołożyć wszelkich wysiłków, aby ułatwić ci zmianę partnerki.

Jej stalowy wyraz twarzy, upewnił go w przekonaniu, że nie zmieni zdania. Mógłby upaść na kolana i błagać o przyjęcie go z powrotem, ale to nic nie da... z wyjątkiem upokorzenia.

— Idź już. Poinformuję cię o szczegółach w liście. Do zobaczenia, Luc.

Nie pożegnał się. Patrzył na nią w smutnym milczeniu, aż obok niego pojawiła się Bajka i aportowała ich bezpośrednio do domu Lucjusza.

Mlaskał językiem z dezaprobatą na dwóch Gryfonów, obściskujących się we wnęce korytarza na siódmym piętrze. Chciał skorzystać z Pokoju Życzeń, żeby odpocząć w cichym miejscu i jak na złość, znalazł się w leśnej, tropikalnej puszczy. Był tak wkurwiony, że spalił dwanaście drzew i wszystkie krzewy w zasięgu jego różdżki.

Nie potrzebuję tego miejsca!

Wychodząc z nieszczęsnego lasu, postanowił przespacerować się po korytarzu.

Niegrzeczni idioci, wasz ulubiony profesor ma dziś wyjątkowo zły humor.

Zachichotał mrocznie i ruszył w głąb korytarza, natykając się na wyżej wspomnianych uczniów. Nie mogło mu się bardziej poszczęść.

— Panno Wolerly, panie Fox. Pięćdziesiąt punktów od Gryffindoru! — Uczniowie szóstej klasy byli zbyt zajęci swoimi splątanymi językami, żeby uznać jego obecność.

Może powinienem odjebać trochę dramatu? W końcu tak dawno nikogo nie przestraszyłem...

Podszedł do nich cicho, jego buty ze smoczej skóry nie wydały najmniejszego szelestu. Uspokoił oddech, by nie zdradzić przedwcześnie swojej obecności. Chłopak przygwoździł biedną dziewczynę do ściany, a Severus zastanawiał się, czy uczennica może w ogóle oddychać. Nachylił się nad uchem chłopca i szepnął ochrypłym, głębokim barytonem

— Czy panna Wolerly wie, że nosisz różowe bokserki? — Prawie roześmiał się w twarz przerażonym uczniom, gdy Justin Fox pisnął jak dziewczynka, zamienił Kate Wolerly ze sobą miejscem i schował się za nią. Dziewczyna miała rozpiętą bluzkę i prawie zwymiotował na widok znaków miłości na jej ciele.

— Oszczędź moich biednych oczu, dziewczyno i ubierz się! — warknął z kwaśnym grymasem, który wykrzywił jego usta.

Fox zreflektował się i odetchnął z ulgą.

— Ah! To pan, profesorze! Przestraszył nas pan.

Severus był odrobinę wkurzony.

Ah, to pan? Tylko tyle? Nie powinni uciekać z krzykiem?

— Taki był mój zamiar, ty niemądry smarkaczu — powiedział oschle. — Radzę wam stąd zmiatać, zanim odejmę kolejne punkty od waszego domu! — Zacisnął usta w wąską linię.

— Nie odjął nam pan punktów, profesorze Snape — szepnęła zdezorientowana dziewczyna.

— Panno Wolerly, gdybyś nie była zajęta eksplorowaniem gardła pana Foxa, to zapewne usłyszałabyś, że pozbawiłem Gryffindor pięćdziesięciu punktów. — Wykrzywił wargi w szyderczym uśmiechu i z przyjemnością obserwował, jak kolor odpływa im z twarzy.

— Pięćdziesiąt? Dlaczego, aż tyle? Nic nie zrobiliśmy! — Oh, Kirke... Gryfoni. — Nawet nie ma jeszcze godziny policyjnej! — Czerwony ze złości Fox odzyskał język w gębie

— Do łóżek, już! Jeszcze jedno słowo i dostanie pan miesięczny szlaban! Będę go nadzorował osobiście — dodał drwiąco.

Chłopiec rozszerzył oczy ze strachu, chwycił dziewczynę za rękę i odeszli szybkim krokiem w stronę wieży Gryffindoru. Nauczony doświadczeniem Severus, skradał się za nimi, aby sprawdzić czy rzeczywiście trafią do swojego pokoju wspólnego.

— Co go napadło? — szepnęła panna Wolerly

— Nie mam pojęcia, ale podejrzewam, że dawno nie bzykał, albo nigdy.

Severus zatrzymał się w pół kroku. Miał ochotę wytrzeć twarzą chłopca podłogę sowiarnii. Odwrócił się i ruszył w stronę lochów. Nigdy nie przejmował się zdaniem uczniów i tak samo miał zamiar uczynić w tym przypadku. Fakt, że trochę zabolało, zostawi dla siebie.

Zimno korytarza wywołało gęsia skórkę na jego karku. Przywykł do temperatury w lochach, ale po weekendzie w tropikalnym klimacie Onca, prawie zapomniał, jak to jest porządnie zmarznąć. Wszedł do swoich komnat i spojrzał na list, leżący stoliku nocnym przy łóżku.

Zajmę się tym później.

Wieczorna toaleta zajęła mu dłużej, niż zwykle. Mogła mieć na to wpływ jego uporczywa erekcja. Nie chciał wyobrażać sobie Hermiony podczas masturbacji. Nigdy nie potrzebował przyklejać twarzy do ciała z jego fantazji, ponieważ uważał to za pewnego rodzaju obsesję. Mimo to, od tygodnia, podczas codziennej sesji walenia konia w punkcie szczytowym, uśmiechnięta twarz Hermiony Granger przemykała mu pod powiekami. Zaciskał mocno zęby, żeby nie wydać najmniejszego jęku.

Jestem głupcem. Obrzydliwym, napalonym na byłą uczennicę zboczeńcem! Powinienem znaleźć sobie chętna kobietę... Może nie był to najgłupszy pomysł? Przecież nie jestem stary, prawda? Na pewno gdzieś w czarodziejskim świecie znajduje się kobieta z fetyszem mrocznych, chudych, tłustowłosych dupków.

Roześmiał się szyderczo.

Jesteś idiotą, Severusie.

Chwycił ręcznik i wyszedł z łazienki, nie odważając się zerknąć na powieszone nad umywalką lustro. Patrzenie na siebie i upewnienie się, że rzeczywiście jest paskudny, nie miło sensu. Położył swoje chude, nagie ciało na łóżku. Zaklęcia rozgrzewające powinny działać całą noc, a od usunięcia Mrocznego Znaku, czuł się uwięziony we własnej skórze i nie chciał dusić się w kolejnych warstwach. Zakopał się w prześcieradle i okrył blady tors kołdrą. Spojrzał ponownie na list porzucony samotnie na stoliku nocnym. Czego mogła chcieć tym razem? Przeklinając swoją ciekawość, otworzył zapieczętowaną kopertę.

Drogi Severusie,

liczę, że list zastal Cię w dobrym nastroju. Mój jest zdecydowanie paskudny. Dzień w Ministerstwie był pochłaniający i byłoby mi lżej, gdybym mogła zwierzyć się przyjacielowi. Eksperyment nad którym obecnie pracuję, wydaje się przełomowy dla czarodziejskiego świata, ale nie ukrywam, że osiągnę z niego również własne korzyści. Jestem bardzo podekscytowana postępami i żałuję, że nie mogę zdradzić Ci więcej szczegółów.

Zastanawiałam się, jak się czujesz po ostatnim weekendzie. Mogę Cię zapewnić, że spisałeś się świetnie pod każdym względem i jestem dumna z Twoich postępów. Na pewno nie chcesz rozmawiać o usunięciu Mrocznego Znaku. Wiem, że to dla Ciebie trudne, ale mam skrytą nadzieję, że przezwyciężysz swoje wątpliwości i zaczniesz cieszyć się z czystej karty, którą otrzymałeś od losu (i tych wścibskich bab). Odpokutowałeś za wszystkie swoje grzechy i jestem Ci dozgonnie wdzięczna za wielokrotne ratowanie mojego tyłka. Harry również miał nadzieję na osobiste podziękowania (o czym byś wiedział, gdybyś odbierał jego sowy - ignorowanie wybrańca było bardzo niegrzeczne, Serpens!).

W przyszły weekend organizujemy małą, wieczorną uroczystość. Mam nadzieję, że się zjawisz. Kingsley, wciąż upiera się, że powinnismy zorganizować łowy uległych. Bogowie... ten człowiek nie ma litości. Czasami obawiam się, że wyskoczy z taką propozycją w Atrium, zero subtelności. Czy chciałbyś być ścigany, Severusie? Może i masz długie, pajęcze nogi, ale pamiętaj, że moje łapy są przyzwyczajone do biegu.

Jeśli masz pytania odnośnie weekendowego rozkładu zajęć lub innej natury, wyślij sowę.

Życzę Ci miłego i efektownego tygodnia!

Z wyrazami szacunku

Hermiona Granger

PS: Powinieneś mi dziękować i w jakiś sposób się odwdzięczyć, że zdecydowałam się na wysłanie płomykówki, zamiast Sofii. Ta wredna papuga jest teraz obrażona na śmierć i raczy mnie melodramatycznymi pieśniami o torturach serca.

Złożył starannie list i odłożył kawałek pergaminu na stolik nocny i spojrzał na sufit cichej sypialni.

Przez całą dobę był zgorzkniały, szyderczy i odpychający. Uczniowe mijali go szerokim łukiem, a grono pedagogiczne kręciło głowami nad jego humorkami.

Banda idiotów.

Powinni uczyć się od Hermiony Granger podejścia do ciężkich przypadków. Jednym listem sprawiła, że ponury Severus Snape zasypiał z ledwo widocznym uśmiechem w kącikach jego zwykle szyderczych ust.