ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

SPRZYMIERZENIEC I WRÓG


— Panienko Hermiono! — Cieniutki głosik skrzata dobiegł do jej uszu, gdy usiłowała wcisnąć się w wąską, ołówkową spódnice.

Nie da rady...

Sięgnęła po różdżkę, aby zwiększyć obwód materiału w pasie i parsknęła szyderczo, patrząc na swoje odbicie.

Mogłabyś zadbać o siebie, wiedźmo.

— Panienko Herrmiooonooo!!! — Przeraźliwy kwik pobudził jej ciekawość, więc wbiegła do salonu rozglądając się za skrzatem.

Przy stoliku kawowym stał Melwin, usiłujący pozbyć się wielkiego puchacza, który najwyraźniej potraktował małą istotę magiczną, jako świeżo schwytaną przekąskę.

— A sio, ptaku! — krzyczał z paniką w głosie, próbując odgonić sowę, jednocześnie nie robiąc jej krzywdy.

Dobry Merlinie...

Fascynował ją szacunek skrzatów domowych, względem innych stworzeń. Podejrzewała, że sowa mogłaby dziobać Melwina po długim nosie, a on i tak nie użyłby swojej magii, aby pozbyć się ptaka.

— Co tu się dzieje? — zapytała Hermiona ze zmarszczonymi brwiami. — Melwin, spieszę się do pracy, nie mam czasu na zabawę — poinformowała spoglądając na ptaka. — Czyja to sowa?

Puchacz zostawił szamoczącego się skrzata i z gracją podleciał do jej boku, siadając na oparciu kanapy i wyciągając ostre pazury, aby umożliwić jej odebranie listu.

— Meliwn nie wie! Ten wielki, złośliwy ptak nie pozwolił Melwinowi odebrać listu! Melwin próbował wszystkiego, nawet sowich smakołyków i myszy! — wydusił, między otrzepywaniem się z pierza.

— Już dobrze, dziękuję za pomoc, Melwin.

Skrzat skinął głową i zmierzył ostrym spojrzeniem agresywnego puchacza, znikając z cichym trzaskiem.

— Dziękuję za list. Trafisz do wyjścia? — zapytała wielkiego ptaka, który rozszerzał na nią pomarańczowe oczy.

Sowa zahukała głęboko i wyleciała przez drzwi jej apartamentu. Gwałtownie rozdarła kopertę, widząc znajome, ukośne pismo Severusa i zmarszczyła brwi na rolkę pergaminu.

Hermiono,

przepraszam za poranny pośpiech. Zobowiązałem się wcześniej do spotkania z przyjaciółką. Liczę, że wybaczysz mi również moje chłodne zachowanie w stosunku do Ciebie. Wiele się wydarzyło w ostatnim czasie, a sęk mego niepokoju, tkwi we mnie samym, nie ma to nic wspólnego z Twoją osobą.

Przewiduję Twoją obecność na corocznej uroczystości z okazji sukcesu Wielkiej Bitwy. Jeśli nic Ci nie świta - inni ludzie lubią mówić o świętowaniu zakończenia wojny. Ja jednak, zwyklem nazywać tę szaradę imprezą dla osób nieobecnych w trakcie bitwy, którzy udają, że przyczynili się do pokonania psychopaty.

W związku z moim założeniem (Twojej obecności), chciałbym zaproponować Ci swoje towarzystwo podczas wyżej wymienionego wieczoru. Nie mam szczególnych wymagań, chociaż byłoby miło, gdybyś przed naszym spotkaniem nie eksperymentowała z Eliksirem Wielosokowym. Ze względu na oczywiste podobieństwo do mojej przełożonej - kobiety pokryte kocim futrem mnie odrzucają.

Nie oczekuję od Ciebie sowy zwrotnej. Spotkamy się w czwartek, drugiego maja o godzinie piątej po południu przy wrotach Hogwartu.

Życzę pomyślnego tygodnia,

Severus Snape

Hermiona odrzuciła pochopnie list na stolik kawowy i jak większość kobiet wyciągnęła własne wnioski z jego treści.

— Spotkanie z przyjaciółką? — fuknęła do siebie samej i wykrzywiła wargi w gniewnym grymasie. — Do kogo spieszyłeś się z prędkością ucieczki przed wyjątkowo głodnym Puszkiem, Severusie?

Skrzyżowała ramiona na piersi nadymając usta.

Poza tym, nawet mnie nie zaprosił! Po prostu założył moją obecność i nie oczekuje odpowiedzi zwrotnej!

— Pewny siebie drań! — zmrużyła oczy na porzucony kawałek pergaminu.

Chwyciła skórzaną torebkę i ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi.

Niech mu będzie!

Zielony ogień buchnął w kominku, gdy wbiegła do niego pospiesznie, chwytając garść proszku fiuu. Przed jej oczyma zaczęły majaczyć wnętrza cudzych salonów, a po kilku sekundach wylądowała miękko w służbowym kominku i wyczyściła ubrudzoną popiołem szatę.

Atrium wydawało się wyjątkowo ponure tego ranka. Czarownice i czarodzieje maszerowali ze zgodnym grymasem na twarzach, a kilka wyjątkowo śmiałych przypadków marudziło głośno pod nosami, narzekając na swoich przełożonych.

Wpadła na twardą klatkę piersiową, gdy drzwi windy się otworzyły. Spojrzała w górę na kiedyś pyzatego nastolatka, który uśmiechał się do niej pogodnie.

— Neville! — pisnęła radośnie, zarzucając mu ramiona na szyję i wciągnęła ze sobą do windy.

— Cześć, Hermiono. — Spojrzał się na wejście do Atrium. — Cóż, miałem właśnie wyjść z Ministerstwa, jednak zdecydowałaś za mnie, świetnie! — Zaśmiał się głęboko. — W takim razie, odprowadzę cię do biura.

Uśmiechnęła się do niego słodko, pytając o najnowsze wydarzenia z jego życia. Neville wyrósł na wyjątkowo przystojnego mężczyznę. Był miły, dobroduszny... a dla najbliższych dość zabawny. Młodzieńcza nieśmiałość nie opuściła go w pełni, ale od czasu wojny stał się bardziej pewny siebie. Po ukończeniu szkoły wyjechał w podróż dookoła świata w poszukiwaniu rzadkich, magicznych roślin. Aktualnie, odbywał praktykę zielarstwa w Hogwarcie razem z Pansy, ponieważ Pomona zagroziła Minerwie emeryturą.

— Słuchasz mnie, Hermiono? — zapytał cicho czarodziej, przywracając ją do rzeczywistości.

— Co? — Spojrzała na niego zdezorientowana. — Ah, przepraszam. Zamyśliłam się.

— Mówiłem, że nasz ulubiony profesor był dziś nie w sosie — parsknął.

— Kto? — zmarszczyła brwi.

— Profesor Snape, oczywiście.

— Ulubiony? — prychnęła. — Nadal trzęsiesz się, gdy wymawiasz jego imię, Neville.

— To reakcja bezwarunkowa, której mimo wielu prób nie udało mi się zwalczyć. — Przygryzł wargę, najwyraźniej próbując powstrzymać się od śmiechu. — Dzisiaj, zupełnie przez przypadek... — zrobił niewinną minę. — ...podsłuchałem, jak gadał do siebie chodząc po pustym pokoju nauczycielskim. Wyglądał, jak obłąkany. Wymachiwał rękoma, mówił coś o kobiecie-kot, a w dodatku co jakiś czas szarpał się za włosy. — Ściągnął brwi w zmieszaniu.—Zaczynam się martwić, że nie ma celu w życiu... w końcu był szpiegiem i tak dalej...

— Nie wiem, Neville... — szepnęła. — widuję go często, bo pracujemy wspólnie nad jednym projektem, ale nie znam go zbyt dobrze prywatnie. — skłamała, czując ogromne wyrzuty sumienia. Lubiła Nevilla, choć nigdy nie byli najlepszymi przyjaciółmi. Mieli niewiele wspólnych tematów, ale rozmowa z nim była lekka, miła i zawsze poprawiała jej nastrój. Dobry kumpel, tak, to najlepsze określenie.

— Przyjedziesz do Hogwartu w czwartek? — Chyba zdał sobie sprawę, że znowu odpłynęła w myślach.

— Oh, tak. Razem z Severusem.

— Co?! — krzyknął rozszerzając oczy. — Przyjdziesz ze starym nietoperzem?

— Nie nazywaj go tak! — warknęła mrużąc gniewnie oczy. — Poza tym nie jest stary!

— Daj spokój Hermiono... — Neville miał zakłopotaną minę. — On mnie przeraża... — wzdrygnął się. — Nie ma dnia, żeby nie spojrzał na mnie, jak na upierdliwego gnoma.

— Jest w porządku, gdy poznasz go w innym otoczeniu, niż parujące kociołki, które trzeba nadzorować. Miałam okazję wymienić z nim kilka ciekawych zdań.

— Nie wątpię. — Parsknął śmiechem i przepuścił ją przodem, gdy drzwi windy otworzyły się skrzypiąc. — Rozmawiałaś z Ronem?

— Tak... na moje nieszczęście. — Widziała, że Neville otwiera usta, aby powiedzieć coś więcej, więc zatrzymała go ruchem ręki i przyjęła stanowczy wyraz twarzy. — Nie, Neville. Przestań ciągnąć temat Rona. Jest mi niedobrze na samą myśl o nim i zapewniam, że cokolwiek miałeś do powiedzenia nie sprawi, że zmienię zdanie. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego.

— Cóż, Hermiono — Uniósł kącik ust w rozbawieniu. — bardzo się cieszę, że usiłujesz czytać w moich myślach, jednak obawiam się, że popełniłaś błąd porzucając naukę wróżbiarstwa. — Mrugnął do niej. — Chciałem tylko dodać, że całe szczęście pozbyłaś się tego zakochanego w sobie idioty!

Rozszerzyła oczy na swojego towarzysza. Nie spodziewała się tak rażącej oceny, zwłaszcza od niego. Przypuszczała, że odwali monolog związany z męską solidarnością.

— Dziękuje, Neville. — Uśmiechnęła się ciepło. — Twoje wsparcie wiele dla mnie znaczy.

Pożegnał się z nią przyjacielskim uściskiem pod drzwiami jej biura. Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła Josu stojącego we władczej pozie przy biurku. Parsknęła śmiechem, gdy uniósł brew z ciekawością.

— Czy masz na tyle mało pracy, że czekasz aż rozpocznę swoją? — Zdjęła płaszcz, odsyłając go do pobliskiej szafy.

— Nie — mruknął przeciągle. — Mam spore zaległości, ale dawno cię nie widziałem. — Uśmiechnął się szeroko i żwawym krokiem podskoczył w jej stronę, obejmując ramionami.

— Co cię napadło? — odepchnęła się od niego i spojrzała spod byka na rozbawionego jej zachowaniem czarodzieja.

— Mała dziewczynka się dąsa? — parsknął. — Wiesz doskonale, że tęskniłem za tobą... wszystkie dni bez ciebie znoszę z trudnością, a twoja obecność wyzwala we mnie endorfiny!

— Co brałeś? Też chcę.

— Nie bądź taka! — zarechotał. — Spławiłaś mnie wczoraj, mieliśmy iść na lunch. Oczekuję twoich wylewnych przeprosin. — Chwycił się za serce z urywanym oddechem i zrobił urażoną minę.

— Przepraszam — chichotała z jego zdolności aktorskich i uśmiechnęła się ciepło. — Severus Snape zgodził się, żebym asystowała przy testowaniu eliksiru! Nie uwierzysz co zrobił!

Opowiedziała mu o stworzeniu formuły eliksiru na przywrócenie pamięci i wyraziła swoje nadzieje, że wkrótce możliwe będzie przywrócenie wspomnień jej rodzicom. Josu słuchał z uwagą i co jakiś czas przytakiwał grzecznie.

— Jestem taka podekscytowana! — wykrzyknęła z gestem zwycięstwa i obróciła się entuzjastycznie wokół własnej osi.

Josu parsknął głębokim śmiechem i podszedł do niej śmiało.

— Nie ciesz się tak, wiedźmo. Za każdym razem, gdy odkryjesz coś nowego cieszysz się jak dziecko, a później rozpaczasz nad porażką. Skup się na projekcie, a gdy się uda, będziemy razem świętować. — Uśmiechnął się i chwycił jej ramię, by poprowadzić ich do niskiej kanapy. — Tak właściwie... od kiedy spotykasz się z twoim byłym profesorem?

— Nie spotykam się z nim — burknęła widząc jego znaczące poruszanie brwiami. — Po prostu zaoferował mały wspólny projekt, nie wiedząc oczywiście o naszych wcześniejszych badaniach. — Zacisnęła usta w cienką linię. — Zaprosił mnie na rocznicę zakończenia wojny.

Gęste brwi Josu uniosły się w zdumieniu.

— To dość oczywiste, Hermioooo... — Uśmiechnął się złośliwie. — Najwyraźniej ponury profesor ma ochotę na coitus ze swoją małą, niegrzeczną uczennicą. — Chichotał, zacierając ręce.

— Jesteś psychiczny — warknęła.

— Dlaczego? Czy nie jesteś ciekawa, co kryje się pod metrami czarnego materiału? Możesz się pozytywnie zaskoczyć.

Gdyby tylko wiedział, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona...

— Snape nie jest mną zainteresowany, skończ już jego temat.

— Dobrze. — Zmarszczył brwi na jej chłodny ton. —Również będę w Hogwarcie, aby uczestniczyć w przyjęciu. — Uniósł zalotnie kącik ust i mrugnął do niej. — Czy panna Hermiona Granger zaszczyci mnie jednym tańcem?

— W porządku. — Przewróciła oczyma i wstała z miejsca, by udać się do laboratorium i rozpocząć analizę badań Severusa.


Wziął głęboki, uspokajający oddech, wchodząc bocznym wejściem do Wielkiej Sali. Szum szeptów i brzdękania sztućców spowodował wykrzywianie jego warg w brzydkim grymasie niesmaku.

Jak zwierzęta.

Trzech roześmianych Gryfonów obrzucało się jedzeniem, zgarniając ujemne punkty od rozzłoszczonej Minerwy, która najwyraźniej odebrała zbyt personalnie nieprzyzwoite zachowanie swoich lwiątek.

Rozsiadł się na swoim zwyczajowym miejscu na szarym końcu głównego stołu i rzucił przeciągłe spojrzenie po wszystkich stołach każdego z domów. Większość uczniów omawiała zbliżającą się uroczystość. Oczywiście nikt z obecnych uczniów nie został zaproszony na wydarzenie. Nie zmieniało to natężenia plotek i prognoz, dotyczących przebiegu rocznicy. Uczestniczył we wszystkich obchodach, które odbywały się co roku w Hogwarcie. Został do tego zmuszony przez Minerwę, która założyła, że bohater wojenny powinien zaszczycić swoją obecnością rocznicę zakończenia wojny.

Wolne żarty.

Całą uroczystość chował się w cieniu, rozglądać się za ewentualnym zagrożeniem. Nigdy nie zamienił z nikim słowa, chyba że jakiś śmiałek odważył się go odszukać i podejść, prosząc o udzielenie wywiadu lub po prostu rozwiać swoją ciekawość. Ta uroczystość miała być inna. Nie dość, że zaprosił kobietę z którą będzie zmuszony paradować pod ramię, to jeszcze planował swój strój, jak jakiś zarumieniony nastolatek, który po raz pierwszy został zaproszony na formalną uroczystość.

Pożałował swojej decyzji w momencie, gdy sowa z listem do Hermiony zniknęła za koronami drzew Zakazanego Lasu. Modlił się, żeby nie trafiła do Onca, a siebie przeklinał za wzmiankę w liście - zapewniającą, że nie oczekuje odpowiedzi zwrotnej.

Czy ona przyjdzie?

Nie zaprosił jej per se, po prostu poinformował, że idzie z nim. Miał skrytą nadzieję, że Hermiona nie doświadczy nagłego przypływu gryfońskiej dumy.

Ktoś szturchnął go łokciem w żebra, więc spojrzał złowrogo na wyjątkowo odważną postać po swojej lewej stronie. Wielkie oczy Sybilli Trelawney przyglądały mu się zza grubych denek od słoików. Wzdrygnął się na świadomość kto właśnie go dotknął.

— Trelawney — powiedział kwaśno Severus, unosząc brew z drwiną. — Co się stało, że zeszłaś do Wielkiej Sali? Czyżby twoje wewnętrzne oko nabrało chęci na odświeżający spacer, wolny od parnego, cuchnącego kadzidłami powietrza?

— Severuuuuusie... — Jej odległy, melancholijny głos spowodował u niego chęć natychmiastowej ucieczki, ale dzielnie pozostał na miejscu i zmarszczył brwi na szaloną wiedźmę. — Czym jest dyskomfort naszych serc i umysłów przy tragedii, która ma nastąpić! — Rozszerzyła oczy, a koraliki we włosach poruszyły się wraz z jej wzdrygnięciem. — Mój drogi... — szepnęła ze strachem. — Jesteś w wielkim niebezpieczeństwie!

— Czyż to nie oczywiste, Sybillo... — Zmrużył oczy w sceptyczne szparki. — Siedzisz blisko mnie, to jasne, że grozi mi niebezpieczeństwo. Na przykład niebezpieczeństwo przebywania w marnym towarzystwie.

— To się stanie za dwa zachody słońca... — wyszeptała. — Twoja krew poleje się po...

— Wystarczy! — warknął. — Chcę zjeść w spokoju! Nie potrzebuję twoich fałszywych przepowiedni! Idż pomęcz Minerwę, ona z chęcią posłucha o swojej życiowej porażce lub zagrożeniu życia.

Trelawney zamrugała dwukrotnie, a jej oczy zaszły gęstymi od smutku łzami.

Kirke, daj mi siłe.

— Jesteś okrutny! — jąkała się z pociąganiem nosa. — Chciałam tylko pomóc!

— I pomogłaś — burknął. — W utracie mojego apetytu.

Wstał od stołu i odszedł do wyjścia z trzepotaniem czarnej peleryny i z sadystyczną radością słysząc szlochy kobiety za sobą.

Szalona, symulująca idiotka.

Szczerze bał się usłyszeć czegokolwiek od Trelawney. Miał przykre doświadczenia z jej przepowiednią, a na samą myśl, że mogłaby powiedzieć coś o jego przyszłości, na jego skórze pojawiały się dreszcze niepokoju.

Wszedł do klasy Eliksirów i rozsiadł się przy wysokim biurku, oczekując na nadejście pierwszoroczniaków. Obawiał się, że prawdopodobieństwo nieobecności Hermiony jest znaczenie większe, niż możliwość nagłej utraty przez nią zmysłów i dołączenia do jego osoby.

Czy zaprosił ją właśnie na randkę?

Ścisnął nasadę nosa palcami na nagłe uświadomienie swojego błędu i zastanawiając się nad swoim idiotyzmem.

Przecież ona może odebrać to jako randkę, ty głupcze! Lepiej zacznij wymyślać argumenty na swoją obronę!

Złamał pióro, a czerwony atrament rozlał się po jego zaciśniętej pieści, jak świeżo spuszczona krew. Nawet, jeśli Hermiona pomyśli, że jest zakochanym pieskiem, który biega za jej nogą w poszukiwaniu atencji, to jej sprawa...

Bo nie był, prawda?


— Josu, wpuść mnie! — krzyknęła Hermiona, waląc pięścią w drzwi pracowni.

— Nie ma opcji, złośnico. Idziesz do domu! Minęło osiem godzin twojego dziennego wymiaru pracy, więc żegnam.

— Nie skończyłam opisu inkantacji! Otwieraj, nie jestem zmęczona!

Drzwi otworzyły się bezgłośnie, a zadowolona twarz upartego czarodzieja wyłoniła się zza framugi.

— Nie, Hermiono. Za chwilę skończę swoje obowiązki i zamykam pracownię na cztery spusty, żebyś nie miała możliwości się tu wkraść.

— Co mam w takim razie ze sobą zrobić? Nie przestanę o tym myśleć, dopóki nie skończę tego, co zaczęłam!

— Pobiegaj po puszczy. Zgrywanie drapieżnika i straszenie mniejszych ssaków, zawsze powoduje poprawę twojego nastroju.

— W porządku! Ale jutro się mnie tak łatwo nie pozbędziesz.

Odwróciła się plecami do roześmianego Josu.

Uparty, jak osioł!

Przebiegła szybkim krokiem do windy. Ciemne korytarze Ministerstwa powodowały u niej poczucie niepokoju ze względu na nieprzyjemne wspomnienia z jej piątego roku. W windzie wpadła na pomysł, aby nie używać sieci fiuu. Hermiona miała dziś ochotę na krótki spacer po uliczkach Londynu, a jak jej się znudzi, będzie mogła się bezpośrednio aportować za pomocą medalionu.

Ciepły podmuch powietrza powitał ją ochoczo. Coś ciepłego otarło się o jej łydki, więc spojrzała w dół na intruza. Mały kot z wyjątkowo pomarańczowymi ślepiami ocierał się o jej ciało w poszukiwaniu pieszczot. Podrapała go za uchem, a dotyk szarej, gęstej sierści wycisnął z gardła ciche westchnienie. Jedna, sentymentalna łza spłynęła po jej policzku na cześć Krzywołapa.

Jej stary przyjaciel odszedł kilka lat temu. Odesłała go z rodzicami do Australii, ale najwyraźniej zniósł rozstanie gorzej niż przypuszczała. Gdy wybierała się na wizyty dentystyczne, jej matka opowiadała o rudym, wyjątkowo brzydkim kocie, który siedział dniami i nocami w oknie, jakby oczekiwał przybycia kogoś, kogo zgubił. Monika przewracała oczami na jego niewdzięczność, bo przecież robiła wszystko, żeby sprawić mu przyjemność. Ponoć przestał jeść, a po czasie jego serce po prostu stanęło, gdy zwinął się w nieszczęśliwą kulkę na miękkim fotelu. Do dziś miała wyrzuty sumienia. Nie zdążyła po niego wrócić, choć było to pierwsze o czym pomyślała po przyjeździe do Australii.

Kotek miauknął żałośnie i wyciągnął łapki, jakby chciał żeby go podniosła. Westchnęła ciężko i przewróciła oczami na jego oczywistą chęć wzbudzenia w niej litości.

— No dobrze — parsknęła, biorąc go w objęcia. — Masz właściciela? — zapytała cicho, przeglądając jego szyję i resztę ciała w poszukiwaniu jakiejkolwiek obroży lub tatuażu. — Cóż, jeśli nie znajdę twojego właściciela, Onca będzie od dziś twoim domem, mały kocie. — Zachichotała, gdy entuzjastycznie polizał jej nos. — Dla każdego znajdziemy bezpieczne miejsce. Właściwie, może wybierzemy ci imię? — Zmarszczyła brwi, patrząc na łaszącego się kota, widząc pięciokolorową plamę na jego brzuchu. — Co to? Ubrudziłeś się? — Próbowała zetrzeć kolor z futra, ale najwyraźniej musiał porządnie wgryźć się w jego sierść, bo jej wysiłki nie przyniosły pożądanego skutku. — No cóż, tak najwyraźniej miało być. Oho! Jesteś kotką, nie kotem... w takim razie... — Spojrzała na kolorową plamę i intensywnie pomarańczowe oczy. — Co powiesz na imię Varia?

Mała kotka wtuliła się w jej rozgrzany policzek, co Hermiona przyjęła jako akceptację nowego imienia. Przytuliła ją mocno w ramionach i ruszyła ciemną ulicą.

Spacer był wyjątkowo przyjemny, a zapewnione przez kota towarzystwo dodawało Hermionie otuchy. Była już prawie przy jej zwyczajowym punkcie aportacyjnym, gdy Varia zaczęła wyrywać się z jej ramion z niepokojem.

— Hej! Uspokój się, wszystko w porząd...— Nie zdążyła dokończyć zdania, gdy poczuła rozbłysk zaklęcia na jej plecach. Upadła ciężko na ziemie, prawie przygniatając kota. Kopnęła się mentalnie za złudne poczucie bezpieczeństwa. Na szczęście nie została oszołomiona, ale liczne klątwy tnące i parzące wycisnęły z niej powietrze i miała trudności z wyostrzeniem wzroku.

Nagle, kot w jej rękach zaczął zawodzić i z przerażeniem zdała sobie sprawę, że mógł również zostać zraniony. Zacisnęła ręce na jego futrze, żeby nie uciekł, bo jak tylko ona sama dojdzie do siebie, będzie w stanie udzielić mu pomocy.

Coś dziwnego działo się z jego ciałem. Zaczęło się rozciągać i puchnąć. Małe ciałko kota zniknęło, a ona trzymała się gęstego futra ogromnego zwierza, siedząc na jego umięśnionym grzbiecie. Nie mogła konkretnie ustalić czym było zwierze, ale na pewno nie miało dobrego nastawienia do jej napastnika. Usłyszała kobiecy, wyjątkowo znajomy krzyk, gdy wielkie zwierze powaliło jej nemezis na ziemię i przygwoździło jej ciało szponiastymi pazurami do podłoża. Przeturlała się na podłożę, aby ustalić czy nie pomyliła się co do swoich przypuszczeń tożsamości kobiety, a przede wszystkim, chciała przyjrzeć się swojemu wielkiemu obrońcy.

Zacisnęła powieki, aby odgonić ciemność majaczącą pod nimi. Spojrzała na twarz jej prześladowcy z chłodnym uśmiechem.

— Molly.

— Zabierz ode mnie tego potwora!

Molly Weasley szamotała się na ziemi, próbując uniknąć ostrych pazurów oraz wyszczerzonego pyska zwierzęcia.

— Varia nie zaatakowała cię bez powodu —szepnęła cicho, obserwując jej przerażoną minę. — Czy byłaś na tyle nieśmiała, że nie przyszło ci do głowy, aby ze mną porozmawiać, zanim popełnisz niewybaczalny błąd? — parsknęła z większym spokojem. Matka Rona mogła być wszystkim, ale na pewno nie była mordercą. Prawdopodobnie chciała ją tylko nastraszyć. — Atak nie jest najlepszym sposobem na wyciągnięcie ode mnie informacji.

— Nie potrzebuję od ciebie żadnych informacji, niewdzięczna dziewczyno! — warknęła Molly z odnowionym ogniem w oczach. — Ron wszystko mi opowiedział!

— Doprawdy? — Uśmiechnęła się złośliwie na myśl o wypunktowaniu matce Rona jego wszyskich grzechów. — Czy opowiedział ci również o Lavender, Julii, Caroline oraz piętnastu innych kobietach, których imion nie jestem w stanie zapamiętać? Cóż, jestem w stanie, ale takie informacje nie są warte zapamiętania. Muszę cię zmartwić, Molly. Twój syn jest zakłamanym, atencyjnym, zadufanym w sobie dupkiem i zapewniam, że też niezbyt subtelnym i ostrożnym, skoro dowiedziałam się o wszystkich jego zdradach.

— Kłamiesz! — pisnęła mniej pewnie i zmarszczyła gniewnie brwi.

— Po co, Molly? — szepnęła ze smutnym uśmiechem. — Nie mam żadnego zysku w powiedzeniu ci prawdy, oprócz podniesienia klapek, które masz na oczach. — Przygryzła wargę. — Mogłabym zdradzić ci szczegóły jego intensywnego wieczoru z Lavender, jednak... Ron ma dziwny fetysz z odgrywaniem roli matki i syna, o której na pewno nie chciałabyś słyszeć.

Pani Weasley wykrzywiła wargi w grymasie obrzydzenia i milczała przez dłuższą chwilę.

— Wypuść mnie, Hermiono. Nie zrobię ci krzywdy — szepnęła cicho.

— Mam nadzieję — powiedziała spokojnie Hermiona, patrząc na wielkie stworzenie, które zaatakowało Molly. Tylko w książkach widziała jego podobizny i zaczęła się zastanawiać jakim cudem znalazło się w jej rękach. Kot wielkości słonia zerkał na nią z niepokojem. Miał długi wielobarwny ogon zakończony pióropuszem. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i szepnęła cicho, patrząc mu w oczy. — Jesteś zouwu, prawda? — zwierz mrugnął z zainteresowaniem. — Czy mogłabyś puścić Molly? Nie zrobi nam krzywdy. — Varia zmrużyła niebezpiecznie oczy, ale ostatecznie zastosowała się do polecenia.

— Skąd wytrzasnęłaś to stworzenie? — czknęła Molly, patrząc na zouwu, który wrócił do postaci małego kota i wdrapał się po nodze na ramiona Hermiony.

— Emm.. właściwie, nie mam pojęcia. Znalazłam głodnego kota i chciałam dać mu dom.

— Lepiej zanieś go do magizoologa, jest cholernie przerażający!

— Znam kogoś doświadczonego, nie martw się.

— Hermiono, dlaczego do mnie nie przyszłaś? Mogłaś mi powiedzieć o Ronie.

— A uwierzyłabyś?

— Tak. Uwierzyłabym po kilku mocnych argumentach, ale twoje milczenie było jak przyznanie się do winy.

— Nie chciałam ciągnąć jego tematu, a przypominam, że odrzuciłaś możliwość rozmowy po wyjcu, który od ciebie otrzymałam.

— Przepraszam za wszystko. Przyjdź do mnie w przyszłym tygodniu, postaram się porozmawiać z Ronem, może...

— Nie — przerwała jej chłodno. — Między nami definitywny koniec i proszę, żebyś choć raz nie wtrącała się w nasze spory. Ron podjął dezycję dawno temu, podobnie jak ja. Nie wrócimy do siebie. Proszę cię również, abyś nie odrzuciła go z mojego powodu. Przez całe swoje życie, Ron zajmował ostatnie miejsce w twoim sercu, Molly. Czas to zmienić, a może jego podejście do szanowania uczyć innych, również się zmieni.

Molly wyglądała, jakby miała się kłócić, ale zacisnęła usta i skinęła głową na zgodę.

— Pójdę już, ale jeszcze raz przepraszam. Nie chciałam zrobić ci krzywdy, tylko przestraszyć.

— Jak wychowałaś tyle mądrych dzieci, skoro zachowujesz się jak piętnastolatka? — parsknęła, nie mogąc się powstrzymać.

— My starzy czasami zapominamy, że powinniśmy być przykładem dla młodszych pokoleń. — Uśmiechnęła się smutno i rozglądając się za zagubionymi mugolami, aportowała się z trzaskiem.

Hermiona otulina Vairę peleryną i poszła w ślady Molly, wracając do domu. Musi ustalić z Luną, jakim cudem zouwu znalazł się na Londyńskiej ulicy.

Przebiegła przez korytarze Onca w poszukiwaniu przyjaciółki. Głośne jęki za barem zwróciły jej uwagę, więc zajrzała przez blat i po sekundzie pożałowała swojej decyzji.

Luna leżała na drewnianej podłodze, wijąc się w ekstazie pod zdeterminowanym Ministrem Magii, który wbijał się w nią entuzjastycznie z tubalnymi pomrukami rozkoszy.

Hermiona była bliska podbiegnięcia do zlewu, żeby wyczyścić gałki oczne mydłem, w nadziei, że odgoni widok Luny i Kingsleya w splątanym wirze kończyn. Zdecydowała się na inną metodę. Wyprostowała się na maksymalną wysokość... całe metr sześćdziesiąt pięć, przerażajace prawda? i odchrząknęła tonem przypominającym różową ropuchę Umbridge. Kingsley spojrzał w górę swoimi płonącymi żądzą oczami i uśmiechnął się wyjątkowo seksownie.

— Nasza pani prezes! Dołączysz do nas? — wysapał, mocniej wbijając pokaźnych rozmiarów organ w małą czarownicę, która była kompletnie nieświadoma ich obserwatora i jęczała jak dzikie zwierze.

— Dziękuję za hojną propozycję, Kings — powiedziała z porozumiewawczym uśmiechem, tylko trochę żartując z uroczego pseudonimu, który nadała mu Luna. — Podziękuję. Byłabym jednak wdzięczna, gdybyście zachowali grę na bardziej odpowiedni czas i prywatne miejsca.

— To nie gra — jęczał, najwyraźniej będąc blisko osiągnięcia szczytu. — Miałem na nią ochotę przez cały dzień w Ministerstwie. — Jego przyspieszenie tempa wyrwało skowyt z ust Luny, a jej ciało zatrzęsło się w gwałtownych drgawkach. — Oh, cholera wiedźmo! Jesteś tak ciasna, że ledwo mogę się ruszać!

Przeczekała szczyt Kingsleya, odwracając się tyłem ze szkarłatnym rumieńcem na policzkach.

Merlinie, nic nie mogę na to poradzić... to naprawdę podniecające.

— Przepraszam, Hermiono... co mówiłaś? — tubalny głos Ministra niósł się po ścianach opustoszałego baru. — Już możesz się odwrócić. — Zachichotał.

Spojrzała na rozpustną parę, która zakryła się szatami i przyglądała się jej z uprzejmym zainteresowaniem. Ryknęła śmiechem na absurdalność sytuacji i oparła się łokciami o blat baru, ściskając nasadę nosa palcami.

— Potrzebuję Luny, samej, teraz — wycedziła spokojnie każde ze słów.

Luna poprowadziła ją do odosobnionego stolika, a Hermiona zaczęła wyjaśniać jej sytuację z kotem i Molly. Blondynka miała wyjątkowo trzeźwy wyraz twarzy, więc Hermiona zastanowiła się czy szybkie dymanko nie powinno stać się stałym elementem dnia, oderwanej od rzeczywistości Luny Lovegood.

— Moim zdaniem, to zmiennokształtny zouwu. Są rzadkie, ale czasami samotny osobnik przyjmuje inny kształt w formie kamuflażu lub ochrony. Prawdopodobnie uciekł przemytnikowi lub nielegalnemu sprzedawcy... całe szczęście.

— Co mam z nim zrobić?

— Zostaw go w puszczy. Nie będzie zagrożeniem dla innych zwierząt, a ja zajmę się karmieniem i ewentualnym leczeniem.

Przekazała obrażoną Varię Lunie i ruszyła korytarzem do swoich komnat.

Straciła wroga, zyskała sprzymierzeńca. Chcąc nie chcąc musiała podziękować Josu, że wyrzucił ją dziś z pracowni.