Nadszedł poniedziałek, ale Taurys należał do tej nielicznej grupy, która witała pierwszy dzień tygodnia z uśmiechem i ulgą, bo szkolne mury, w przeciwieństwie do jego mieszkania, były pełne życia, ruchu i dźwięku. Przeszedł przez drzwi, kiwnął głową woźnemu, który odpowiedział jedynie niechętnym spojrzeniem, a potem, widząc w głębi korytarza odwróconego tyłem dyrektora, zmienił kierunek i ruszył w kierunku toalet dla personelu.
Dyrektor każdego poranka chodził wściekły, a agresja wzbierała w nim zaraz po przekroczeniu murów placówki. Zarówno uczniowie, jak i nauczyciele nauczyli się schodzić mężczyźnie z drogi przez pierwszą godzinę pracy; w końcu ten człowiek pełen niespełnionych ambicji, generalski syn, dla którego zabrakło miejsca w armii, z łatwością mógł rzucić pod nauczycielskie nogi zwolnienie albo wysłać pechowego ucznia na dodatkową musztrę pod byle pretekstem...
Taurys zerknął w swoje odbicie w niewielkim lustrze w toalecie, odliczając w głowie sekundy. Eins, zwei, drei, niech Meier już sobie pójdzie do gabinetu, tam wypije kawę i nieco się uspokoi... Opłukał dłonie pod kranem, byle tylko zyskać kolejne sekundy, a potem uśmiechnął się do siebie krzywo. Dowodziło się armiami, a teraz chowasz się przed zwykłym frustratem?
Ciekawe, czy reszta też jest już takimi wrakami. Funfzehn, sechzehn, siebzehn... Pokręcił głową, zakręcił wodę i już łapał za klamkę, gdy zaraz za drzwiami zabrzmiało kilka młodych głosów. Ostatnia klasa, stwierdził. Miał z nimi dzisiaj lekcję.
– ... Jakbyś na muzykę przyszła nago, to by nie zauważył, co dopiero po męsku – prychnął chłopak. Taurys z lekkim trudem skojarzył głos z twarzą. To był ten wysoki, wysportowany dzieciak z młodzieżówki, dzięki której mógł opuścić niektóre lekcje i skwapliwie z tego korzystał. – Wielki mi zakład.
– Myślę, że on tylko udaje, że nie zwraca na nic uwagi – zauważyła dziewczyna, której głosu Taurys nie rozpoznał, bo odezwała się dość cicho. Uniósł kącik ust. Cóż, miała rację. Wcale nie miał ochoty wypominać dzieciakom każdego złamania regulaminu i zwykle przymykał oko na niegroźne wyskoki. – Ale...
– Więc kogo proponujesz? – Adolfina, ta wyszczekana, odważna blondynka z ładnym głosem. – Zwinęłam bratu spodnie, koszulę i krawat, nawet nie zauważył, debil... Walkenhorst? A może matematyka albo...
– Wejdę w to, jak się tak pokażesz dyrektorowi! – przerwał jej chłopak. – W męskim mundurku od stóp do głów, przed pierwszą lekcją, zanim każe sekretarce zrobić sobie kawę.
Na korytarzu zapadła krótka cisza. Taurys pokręcił głową. Młodzież...
– Jestem odważna, ale nie głupia – odezwała się prowodyrka zamieszania cicho i zaskakująco poważnie. – Zabije mnie. A co gorsza, powie ojcu.
– Przed chwilą nie miałaś takich problemów.
– Przed chwilą to mówiliśmy o nauczycielach, a nie o tym szaleńcu! Już zapomniałeś, co było dwa lata temu, jak cię dyrektor przyłapał na egzaminie? Dalej masz ślady?
– E tam – chłopak prychnął lekceważąco. – Na mustrze regularnie dostaję gorzej, a jakoś nie robię z tego problemu. Albo on, albo facet od matematyki, wybieraj. Sama chciałaś, to się teraz nie wycofuj, co?
Taurys stwierdził, że to już czas. Wyszedł z łazienki; na widok otwieranych drzwi młodzi odskoczyli od ściany i zamilkli, patrząc na niego niepewnie. Uśmiechnął się do trójki nastolatków. Prawie dorosłych, poprawił się, prawie dorosłych młodych Niemców. Odpowiedział na zmieszane powitanie, wybąkane przez drugą z dziewcząt, którą dopiero teraz rozpoznał. To była Leni Maiewsky, córka niezwykle miłej kobiety, którą Litwa pamiętał z wywiadówek, i u której słyszał jeszcze akcent, zanikły całkowicie u córki.
Zerknął w bok, ale dyrektor już zniknął w swoim gabinecie na parterze.
– Guten Morgen – przywitał się krótko obstrzyżony chłopak w mundurze młodzieżówki – jak on się nazywał? August? – a Adolfina całkiem elegancko dygnęła. Obie dziewczyny nosiły standardowy szkolny mundurek, składający się z dokładnie zapiętej koszuli i spódnicy za kolana. Ordnung muss sein, pomyślał Taurys przelotnie. Regulaminy szkolne były w tej kwestii nieubłagane, a dyrektor szczególnie cięty był na nieodpowiedni ubiór.
– Nie radzę – powiedział cicho. Aldofina zmrużyła oczy, orientując się, że Taurys wszystko słyszał. – Na koniec roku dyrektor lubi rozdawać wilcze bilety.
August zaklął pod nosem, ale nauczyciel puścił to mimo uszu. Adolfina zmarszczyła brwi i wyglądała, jakby oceniała ryzyko. Leni pokręciła głową i pociągnęła ją za rękę.
– Nie warto – uznała cicho.
Taurys skinął im na pożegnanie i ruszył w kierunku pokoju nauczycielskiego, wiedząc, że ma niewiele czasu, by przygotować się do pierwszej lekcji. Nie róbcie głupot, dzieciaki, pomyślał, przemierzając korytarze szkoły obwieszone fotografiami absolwentów, medalami sportowymi i zachętami do wstąpienia do młodzieżówki. Dyrektor może zniszczyć wam przyszłość jednym papierkiem.
Jesteście młodzi, pełni życia, macie perspektywy. Możecie wszystko. Świat od Pirenejów po Kursk stoi przed wami otworem.
– Uch... przepraszam?
Taurys obejrzał się za siebie; Ursula stała za nim, przestępując z nogi na nogę.
– Co się stało, Uschi? – zapytał, tknięty złym przeczuciem. Uczniowie mijali ich w drodze do swoich klas, mając nadzieję przetrwać ostatni tydzień roku szkolnego. Taurys opuścił wzrok; jedna z dłoni dziewczynki była zabandażowana.
– Nie wiem, czy dam radę, ja i pianino, bo… – powiedziała cicho, mrugając zawzięcie. – Wczoraj... t-to był wypadek! – dodała pośpiesznie, a Litwa, zaglądając jej w załzawione oczy, zastanawiał się pełen niepokoju, czy to, aby na pewno prawda.
Państwo nie wtrącało się w wychowanie dzieci w domach, a ojciec Ursuli wyglądał na takiego, który dyscyplinę wprowadza pasem... Może naprawdę się skaleczyła albo oparzyła, skarcił się, Lit, nie bądź paranoikiem.
– Wiem, że pan chciał, żebym zagrała na konkursie, ale...
Litwa ukucnął, zmusił się do uśmiechu.
– Nic się nie stanie – powiedział, starając się nadać swojemu pustemu głosowi tyle życia, ile tylko był w stanie. – Nie będę zły, Uschi. Takie rzeczy się zdarzają. Czy z ręką w porządku?
Pokiwała głową; uśmiechnął się więc jeszcze raz, a raczej zmusił wargi do wykrzywienia się, a potem wstał. Odprowadził wzrokiem młodą pianistkę i westchnął ciężko.
To był jakiś piątek, zimny, pochmurny piątek, a od rana w okna walił deszcz, nie zamierzając przestać. Wrócił z miasta przemoknięty, porzuciwszy koło śmietnika połamany parasol, skulony, przyciskając do serca rudą kulkę, którą teraz włożył do kartonu, owinął kocem i zastanawiał się, co z nią zrobić.
– Ja pieprzę, co za pogoda – do jego mieszkania bez pukania wtoczył się Prusy, wyklinając świat, już wtedy zmęczony wszystkim, co na nim istniało. – Lit, mam nadzieję, że przez ostatni tydzień nic nie... Masz kota? – Gilbert, ociekając wodą, stanął w progu kuchni, zasłaniając sobą dwóch równie mokrych mundurowych.
– Znalazłem dzisiaj.
– Nazwij go Gilbert.
– To ona.
– To Gilberta.
Litwa pamiętał, że parsknął wówczas śmiechem. Ruda, malutka kocica wychyliła łebek zza krawędzi pudełka i syknęła groźnie, co przy jej rozmiarze wyglądało komicznie.
– Może być, charakter ma równie paskudny, co ty.
– Taa, jasne – Prusy wywrócił oczami i wyciągnął władczo rękę. – Dawaj szprecher.
Taurys bawił się z kotem, co chwila sycząc z bólu, gdy pazury i zęby wbijały się w jego dłoń. Kraj Autonomiczny Prus sprawdzał dokładnie spis połączeń i każdy nowy numer dyktował oficerowi, by ten sprawdził go później w systemie. Brzmiał przy tym na potwornie zirytowanego faktem, że marnuje na nieustanną inwigilację swój czas. Gdy w końcu Prusy bez słowa zwrócił mu urządzenie, Taurys zajął się przygotowywaniem posiłku, ignorując to, że cała trójka właśnie weszła mu do sypialni.
Byle tylko błota nie nanieśli, o czymś takim jak prywatność dawno już zapomniał.
O tym, że znów umówił się z Anniką na kawę, przypomniał sobie dopiero w połowie lekcji. Zapatrzył się w głąb klasy, na gabloty wypełnione podręcznikami i kurzem, a jego myśli raz zajmowała nauczycielka literatury, a raz aktualnie prowadzone zajęcia.
W uchu dźwięczał mu czysty, pewny głos Augusta; chłopak śpiewał pewnie Panzerlied, przytupując nogą do rytmu. Pod koniec roku chłopak biegał od nauczyciela do nauczyciela, by zaliczyć zaległości i otrzymać świadectwo. W przypadku takich zaliczeń Taurys zwykle dawał wolną rękę, na muzyce wystarczyło więc wybrać utwór i go zaśpiewać albo zagrać, w zależności do upodobania.
Słuchając pieśni wojskowej, przez chwilę wątpił w swój wybór. Przestań, pomyślał, zły na siebie. Dzieciak idzie do wojska, oczywiście, że zna tę piosenkę świetnie i nic dziwnego, że to właśnie nią wybrał na zaliczenie.
– Ja Reiches Heer...? – głos chłopaka nagle stracił rezon. August zerknął niepewnie na nauczyciela, a pauza między wersami i jego spojrzenie jasno wskazywały na to, że zapomniał dalszych słów.
– Für Deutschland zu sterben... – Litwa dopowiedział cicho, ale to wystarczyło, by przyszły żołnierz się rozpromienił i śpiewał dalej. W jego ciemnych oczach zajaśniała wdzięczność.
– Ist uns höchste Ehr! – August z radością zakończył trzecią strofę. Taurys ręką dał mu znak, żeby skończył, więc chłopak odetchnął.
Umrzeć za Niemcy, jest naszym najwyższym honorem...
Taurys bez słowa, świadomy tego, że August zerka mu ponad ramieniem, wpisał do dziennika najwyższą ocenę. Niesamowite, pomyślał, gdy August wyszczerzył zęby do koleżanek i dumnym, marszowym krokiem ruszył do swojej ławki, kłaniając się teatralnie pozostałym uczniom. Tylko kilkadziesiąt lat wystarczyło, by jeden naród przeistoczył się w inny... Czy ten chłopiec nie miał estońskich korzeni? A może łotewskich?
Przez chwilę myślał o żołnierzach rozdających dzieciom cukierki; o rodzicach spoglądających nieufnie i pamiętających pierwsze okrucieństwa Rzeszy, ciągnących do domów synów i córki, nierozumiejących, czego tu się bać... Wystarczyło tylko zaciągnąć hamulce i odsunąć pewnych ludzi od władzy w odpowiednim momencie, podjąć kilka lepszych decyzji, by to, co jawiło się jako pożoga, stało się ciepłym ogniskiem.
Pożoga przeszła przez Europę, spopielając to, co było, ale na popiołach natychmiast zasiano nowe ziarna i szybko zebrano ich plony – mówiąc ludziom to, co chcieli usłyszeć, korząc się, bijąc się w pierś i przepraszając za błędy poprzedników, obiecując lepsze życie dla każdego człowieka, którego oszczędził hitlerowski, szaleńczy ogień. Nowy führer miał bystre oczy i bystry umysł i zamiast pozwolić rozniecić się nienawiści wzbudzonej mordem ojców, otoczył opiekuńczymi skrzydłami sieroty po nich... a tacy jak on, nie mogąc zrobić nic, patrzyli, jak sieć kłamstw zmienia się w prawdę, jedyną prawdę, jaka miała prawo istnieć.
– Proszę pana?
Taurys potrząsnął głową, odsuwając się od tych myśli. Nic ze wspominania przeszłości ci nie przyjdzie, Litauen. To jest twoje nowe życie i twój dom, twoja nowa i ostatnia ojczyzna, więc zajmij się tym, co do ciebie należy.
– Tak? – zapytał, mając nadzieję, że żadna z tych myśli nie odbiła się na jego twarzy. Potrzebuję urlopu, pomyślał.
– Co będzie na czwartkowym jarmarku? – zagadnęła Leni, przekrzywiając głowę.
– I czy można na niego nie iść? – mruknęła Adolfina, stukając palcami o blat ławki. Na kolanach miała rozłożone czasopismo. Jak zwykle udał, że nic nie widzi i nic nie słyszy.
Pytanie Leni przypomniało Litwie, że miał zająć się wyborem muzyki. Jasna cholera. Poprzedniego dnia myślał jedynie o tajemniczym Schwäne, nie mogąc skupić się na czymkolwiek innym. Coś spokojnego, pomyślał, klasycznego.
– Konkurs muzyczny – powiedział. – Zagrają uczniowie z całego Berlina. Poza tym będą stoiska z ręcznie wykonanymi zabawkami, kartkami pocztowymi... Cały dochód idzie na instytucje charytatywne, nagroda z konkursu również.
– Nuda... – skomentował August.
Nie słysząc żadnych innych pytań, Litwa spojrzał na dziennik, szukając w liście ocen, ciągnącej się od góry do dołu, jakichkolwiek luk, ale wszyscy mieli już wystawione stopnie. Zerknął na zegar na ścianie i widząc, że mają jeszcze kwadrans lekcji, podszedł do pianina. Zaczął grać Sonatę B–dur Wagnera, a gdy pierwsze dźwięki wypełniły salę, uznał, że się nada. No i oczywiście Sonata Księżycowa van Beethovena... A może po prostu postawić na klasyków wiedeńskich? Annice na pewno się spodoba, a Taurys z czasów studiów w Wiedniu miał spore rozeznanie w utworach tej trójki kompozytorów.
Zadowolony, że ma co zaproponować nauczycielce, zagrał do końca utwór i życzył uczniom powodzenia w dalszym życiu – z tą klasą spotykał się po raz ostatni.
Który z nich, zniewolonych, obrał sobie za znak łabędzia, który z nich odezwał się po tylu latach? Łotwa, Estonia? Taurys bał się myśleć, w jakim są stanie. Coś ścisnęło go w sercu. Przez większość czasu o tym nie myślał, nauczył się spychać strach na tył swojego umysłu, ale czasem...
– Taurysie?
I znów tu jest, pijąc kawę, zmuszając się do uśmiechu.
– Przepraszam – powiedział po raz kolejny. Annika nie wyglądała na rozgniewaną tym, że znów odpłynął w ocean niewesołych myśli, wręcz przeciwnie, patrzyła łagodnie i z troską.
– Pytałam, czy podoba ci się ta kolejność – kobieta podsunęła mu kartkę z tytułami utworów. Taurys przejrzał pobieżnie listę, odhaczając w myślach posiadane płyty gramofonowe, a potem kiwnął głową.
– Myślę, że jest dobrze.
– Nie wyglądasz dzisiaj najlepiej – Annika oplotła palce wokół swojej filiżanki.
Litwa pomyślał, że to uroczy eufemizm. Nie był w stanie zmrużyć tej nocy oka, więc dla zabicia czasu czytał stare książki, szukając minionego świata w słowach, których czytanie szło mu z trudem. Rankiem w lustrze ujrzał znękanego siebie, nie wiedział czym bardziej – brakiem snu czy wspomnieniami. Tėvyne Lietuva, mielesnė už sveikatą...
– Nie wysypiam się ostatnio – od ostatniej dekady, uściślił w myślach. – Co symbolizuje łabędź?
Annika zamrugała, zdziwiona nagłym pytaniem, ale niemal od razu zamyślona zmarszczyła brwi.
– Czystość, doskonałość, szlachetność – powiedziała, a w jej głosie zabrzmiał nauczycielski ton. Uśmiechnął się półgębkiem. – Rydwany czy łodzie zaprzężone w łabędzie to mitologiczny motyw... Zeus przemienił się w łabędzia, by uwieść Ledę, więc symbolizuje też miłość. Ale kiedyś uważano łabędzia za symbol hipokryzji, pychy i obłudy, bo pod białymi piórami ukrywa czarną skórę. Dlaczego pytasz?
– Bez powodu – mruknął Taurys, zdając sobie sprawę, jak marne jest to kłamstwo. – Szlachetność, miłość, pycha...
– i śmierć – dodała cicho Annika.
Mocno zacisnął palce na filiżance stygnącej kawy. Przestań, Lit, warknął. Nie trzeba było iść na ten cmentarz; znowu będziesz wszystko rozpamiętywał i wszystko będzie kojarzyć ci się z...
– Dlaczego śmierć? – zapytał, zły na siebie, że dalej ciągnie ten temat.
– Podobno łabędź śpiewa swoją pieśń nawet wtedy, gdy umiera – szepnęła Annika, przyglądając się jego pobladłej twarzy. – Nie boi się śmierci i nie traci pewności siebie. Skojarzono to też z Jezusem i jego ostatnimi słowami na krzyżu.
Zorientował się, że Annika wolno odgina jego palce. Pozwolił jej na to, tępo patrząc, jak odsuwa filiżankę, która pewnie za moment pękłaby w jego dłoni, na bok.
– Teraz ja przepraszam. Nie powinnam była poruszać tego tematu. Chodzi o tę osobę, prawda?
– Jestem beznadziejny – przyznał po krótkiej chwili, wpatrzony w ich dłonie, splecione w pocieszającym geście, zastanawiając się, ile może i chce powiedzieć. – Od jego śmierci minęło dziesięć lat.
Zdał sobie sprawę, jakiego zaimka użył i spłoszony zerknął na Annikę. Kobieta nie skomentowała, jedynie nieco zmarszczyła czoło; Litwa przeklął się w myślach. Złamanie sto siedemdziesiątego piątego paragrafu przekreśliłoby całą jego karierę zawodową, nigdzie nie znalazłby miejsca.
– Myślę – odezwała się po długiej chwili, wolno i z rozmysłem. – że nie chciałby, byś się tak zadręczał... Kimkolwiek dla ciebie był i cokolwiek między wami zaszło.
Sam chciałbym wiedzieć, znać odpowiedzi na te pytania.
– Domyślam się – dotyk jej dłoni niósł współczucie. Wpatrzył się w drewno stolika. – że to nie jest jedyna rzecz, która cię męczy. Ja... Jeśli potrzebujesz, by ktoś cię wysłuchał, jestem obok.
Odebrano mi naród, Anniko, wynarodowiono moich ludzi, dano im nowy język, nową kulturę, nowe wszystko, tak jak całej reszcie pokonanych. Myśleliśmy kiedyś, że Stany rzucą hasłem o sprawiedliwości i nadejdą, że Rosja sięgnie po zabrane ziemie i uwolni swoje rodzeństwo. Czekaliśmy ze związanymi rękami, ale czas wojny minął i nadszedł nowy świat, a poza drobnymi incydentami Imperium nie wstrząsnął żaden bunt, żadna rewolucja. Ledwie pamiętam już, kim jestem, a jak już całkowicie zapomnę, to umrę.
– Dziękuję – wyszeptał, mrugając. Czuł pod powiekami łzy, nie uniósł więc wzroku. – Ale... nie chcę cię w to wplątywać. To skomplikowana rzecz.
Annika zacisnęła palce na jego dłoni odrobinę mocniej, a potem ją puściła.
– Gdybyś zmienił zdanie, wiesz, gdzie mieszkam.
Opanował się i podniósł głowę.
– Oczywiście. Podrzucę ci Bertę w sobotę.
– Mój pies będzie zachwycony.
Tym razem uśmiechnął się zupełnie szczerze.
– Berta mniej.
Po powrocie do domu zasiadł przed komputerem. Wpatrując się w skrzynkę e-postu – nowych wiadomości brak – zaczął kombinować. Dokładniej rzecz biorąc, Taurys zastanawiał się, jak dać do zrozumienia Łabędziowi, że jego wiadomości doszły, a jednocześnie nie sprowadzić sobie na głowę podejrzeń.
Po uzyskaniu zezwolenia na wyjazd miał jeszcze dostarczyć urzędowi adresy noclegów. Mógł to równie dobrze zrobić e-postem, prawda? Zaczął pisać, a gdy skończył, przypatrzył się uważnie polu odbiorcy. W okienku wyświetlały się ostatnie adresy, a skoro prawie nie komunikował się w ten sposób, adres Schwäne znajdował się na samej górze.
Wysłał e-post, z nagłówkiem zwracającym się do dyrektora do spraw relokacji, pełny uprzejmości i oficjalnych słówek, pod zły adres. Zaraz potem tę samą wiadomość posłał tam, gdzie trzeba i wyłączył komputer.
Marny wykręt, pomyślał. Ale zmęczony człowiek łatwo może się pomylić, a dyrektor urzędu na pewno nie odczyta prawdziwego znaczenia zawartej w treści wiadomości prośby. Proszę o kontakt po przeczytaniu tej wiadomości.
Wstał z krzesła, przeszedł do saloniku i rozsiadł się na kanapie. Nad ranem na oparciu zostawił jedną z obłożonych w papier książek; czekała na niego, a gdy przekręcił brunatne kartki, szukając miejsca, w którym skończył, znów poczuł ucisk w gardle.
Užsidengė akis ir šitaipos prabilo: aš — Jackus Soplica...
Berta niczym duch wskoczyła na kanapę, wślizgnęła się na jego klatkę piersiową, pomiędzy serce a książkę i zaczęła mruczeć uspokajająco. Litwa westchnął, ułożył się wygodniej i czytał dalej, postanawiając, że musi pracować więcej nad językiem. Czuł się jak człowiek uczący się nowej mowy, bo słowa na papierze czasem łamały mu język, mimo że powinien czytać je płynnie.
Może, jeśli będzie dużo ćwiczył, uda mu się zacząć myśleć po litewsku? Kiedy właściwie przestał? Nie był w stanie tego określić; na chwilę przestał czytać, spojrzał na przeciwległą ścianę.
Kimkolwiek jesteś, Schwäne, nie wybrałeś sobie dobrego pseudonimu, ale to nieważne. Chcę się z tobą spotkać, kimkolwiek jesteś. Znasz mój adres, czekam na ciebie.
Czytał jeszcze chwilę; gdy skończył i pozostał mu jedynie epilog, odłożył książkę na swoje miejsce i wziął do ręki tomik wierszy Goethe 'go. Skoro jego tajemniczy rozmówca był fanem literatury romantycznej, Litwa nie zamierzał zostać w tyle.
Mehr Licht, Schwäne. Odpowiedź, rozjaśnij trochę sytuację, bo irracjonalne podejrzenia zaczynają mnie dręczyć bardziej niż kiedykolwiek, jeszcze jedna, dwie nieprzespane noce i uwierzę, że...
Litwa pokręcił głową. Przestań się łudzić. Widziałeś ciało. Widziałeś trumnę i nagrobek.
Ale Polaków zawsze było więcej niż...
Tę myśl też zdusił w zarodku. Przeczytał kilka wierszy, z niepokojem zdając sobie sprawę, że idzie mu dużo płynniej z niemiecką poezją, a potem odłożył tomik na bok, przymknął oczy i zasłonił twarz przedramieniem. Kocica nadal okupowała jego klatkę piersiową, będąc jednocześnie i ciężarem utrudniającym oddychanie, i ciepłym, miękkim pocieszeniem.
Jeszcze jedna nieprzespana noc i uwierzę, że to ty stoisz za tą farsą. W zaświatach podłączyli Netzwerk, Feliksie Łukasiewiczu?
Z tą gorzką, bolesną myślą skulił się i zamknął oczy. Kot też zmienił pozycję, teraz Berta leżała między jego szyją a ramieniem, mrucząc jednostajnie do ucha spokojną, kocią kołysankę.
Tylko na jej towarzystwo mógł liczyć.
Panzerlied – pieśń niemieckich czołgistów, jedna z najbardziej znanych piosenek marszowych wojsk pancernych Wehrmachtu, z późniejszymi zmianami, popularna również obecnie w kulturze masowej. Piosenka jest nadal wykonywana w wojskach Bundeswehry, w armii austriackiej Bundesheer oraz podczas parad chilijskiego wojska. Jest jednym z utworów marszowych wojsk Korei Południowej śpiewanych w języku koreańskim i innych jednostek zmotoryzowanych. Melodia cieszy się również popularnością wśród żołnierzy armii amerykańskiej.
klasycy wiedeńscy - Joseph Haydn, Wolfgang Amadeus Mozart oraz Ludwig van Beethoven.
Litwa czytał Pana Tadeusza, jak coś :)
