Pierwszym dźwiękiem, który dotarł do jego umysłu, gdy litościwy sen w końcu go opuścił, było rytmiczne stukanie kropel deszczu o szybę. Leżał tak długą chwilę, rozpaczliwie zaciskając powieki i chowając twarz w poduszce, w naiwnej nadziei powrotu do snu. Ostatnią rzeczą, jakiej Litwa chciał tego niedzielnego poranka, było przebudzenie.
Nie pamiętał swych dzisiejszych snów, ale wolał je, nawet jeśli były koszmarami, od jeszcze gorszej rzeczywistości. W końcu, po paru minutach takiego leżenia w bezruchu, zrozumiał, że na próżno się łudzi; uporczywe pomiaukiwania kota tuż przy jego uchu były coraz głośniejsze, a on sam z każdą chwilą zdawał sobie coraz bardziej sprawę z tego, jak niewygodnie jest mu we wczorajszym ubraniu.
Zmusił się do uchylenia powiek; ujrzał rude futro i nieruchome oczy Berty. Zwierzę leżało obok jego twarzy, zwijając łapy pod brzuchem.
– Głodna jesteś, co? – wychrypiał Litwa i właściwie tylko dlatego usiadł. Kołdra zsunęła mu się z ramion. Niecierpliwie i nieco nieprzytomnie spróbował rozpiąć guziki pomiętej koszuli.
Kot wskoczył mu na kolana, zaczepiając pazurami o eleganckie spodnie, a potem zwinął się tam w kłębek. Taurys cicho westchnął, muskając dłonią sierść zwierzęcia.
Czuł się bardzo źle; głowa bolała go od wczorajszego alkoholu i wylanych łez, a i dusza nie miała się najlepiej.
Przez chwilę po prostu siedział na łóżku, głaskając mechanicznymi ruchami Bertę i wpatrując się tępo w biurko – wygaszony monitor komputera i dokumenty ze szkoły, całkowicie teraz nieistotne – aż wolno wstał, marząc o kawie w dużych ilościach.
Wczorajszy dzień, a właściwie wczorajszy wieczór, kotłowały się w głowie, sprawiały, że żołądek zaciskał się boleśnie w nerwach, strachu i bólu. Pogoda za oknem jakby odzwierciedlała to, co się w nim działo – mimo połowy sierpnia niebo zasnuły stalowoszare chmury, z których nieustępliwie padał deszcz, spowijając Berlin mleczną, zimną mgłą.
Pocierając dłonią oczy, Litwa dotarł do kuchni, próbując myśleć jedynie o kubku z gorącą goryczą, mając nadzieję, że znajomy smak postawi go na nogi. Berta podążyła za nim i wskoczyła po kuchennych meblach na lodówkę.
Taurys zatrzymał się w progu i obrzucił spojrzeniem zabałaganiony stół. Po blacie walały się notatki, na krawędzi stał pusty kubek, a zaraz obok niego leżała głowa śpiącego Feliksa, oparta na ramionach okrytych cienką, kelnerską koszulą.
Litwa zerknął na zegar. Nie był pewny, o której wrócił, ale podejrzewał okolice drugiej w nocy. Westchnął ciężko i podszedł po cichu bliżej. Ostrożnie zabrał kubek, by Polska nie strącił go jakimś przypadkowym ruchem, a potem dotknął delikatnie jego ramienia.
– Feliks – szepnął. W odpowiedzi usłyszał nieartykułowane mruknięcie. – Hej. Idź do łóżka...
– Która... która godzina...? – wymamrotał Polska, prostując się nieco. Taurys cofnął dłoń, a Feliks zamrugał i, krzywiąc się, sięgnął do swojego karku. Oczy miał podkrążone. – O szlag, auć...
– Szósta – odparł cicho Litwa, przesuwając wzrok na po notatkach. Musiał niedawno usnąć, ocenił, patrząc na ilość zapisanych kartek.
– Kawa...? – wychrypiał Feliks nieprzytomnie. Mrugał zawzięcie, próbując przegonić sen z powiek, ale Litwa widział, że to będzie ciężka walka.
Pokręcił głową.
– Później – powiedział cicho. – Idź się jeszcze położyć. Zajmę się tym – dodał, wskazując na notatki. Podejrzewał, że znajdzie tam wczorajsze spostrzeżenia dotyczące stanu pozostałych personifikacji; lektura zapowiadała się niezwykle przykro.
– Mmm... – Feliks zamrugał i spojrzał na Taurysa nieco przytomniej. – Jak... Jak się czujesz?
Litwa westchnął, a potem osunął się na drugie krzesło i przymknął oczy.
– Myślałem, że będę na to lepiej przygotowany – przyznał.
Feliks nie odpowiedział od razu. Dłuższą chwilę wpatrywał się w stół; kurtyna poplątanych włosów przysłoniła jego twarz.
– Ja też... – odpowiedział. – Nie sądziłem, że w ciągu kilku lat to wszystko tak się pogorszy... Patrzyłem na was z balkonu – dodał po chwili, a Litwie coś stanęło w gardle, zmiażdżyło słowa, które chciał wypowiedzieć.
Więc widział?
Teraz, gdy Litwa o tym pomyślał, zdał sobie sprawę, że Erzsébet nie zjawiła się w sali teatralnej. Cała trójka, razem z Gilbertem, musiała obserwować z wysoka to, co działo się poniżej i nagle Taurys pobłogosławił spowijający teatr półmrok.
Może nie widzieli dokładnie, jak wiele łez wylał, rozmawiając drżącym głosem z Estonią i Łotwą, jak pod sam koniec spotkania Białoruś podszedł do niego bez słowa i uścisnął go krótko i szorstko, ale mocno, bo kawał ich kończącego się życia spędzili razem. Jak Taurys uśmiechał się bezsilnie, gdy Francja, jedyna udająca jeszcze radość osoba, próbował zająć go rozmową o niczym.
Jak próbował nie rozlecieć się na kawałki, chociaż czuł się jak rozbita porcelana, trzymającą się w całości jedynie dzięki prowizorycznej, odklejającej się taśmie zwanej czasem.
– Czy Erzsébet... – zaczął po chwili duszącego milczenia, gdy Feliks nie powiedział nic więcej, nie dał do zrozumienia, że widział tę bezsilność i kruchą słabość, którą Taurys w tamtej chwili sobą reprezentował. – Ona się zgodziła się, prawda...?
– Najpierw wygłosiła mi kazanie – Feliks wywrócił oczami. – Potem powiedziała, że... że chce, by jej życie znów było normalne. I... i ma dość...
– ...dość zastoju – dokończył Taurys cicho. Polska pokiwał głową. – I dlatego... dlatego chce działać z nami. Rozumiem.
I faktycznie rozumiał; nie było niczego gorszego niż dziesięciolecia marazmu, niezmieniającej się codzienności kontroli, a jeśli dodał do tego krzywdę, która ją spotkała, nie dziwił się wcale jej decyzji.
– Erzsi chce nam pomóc – Feliks uśmiechnął się smutno. – Wiesz, jaka jest... A może była?
W jego głosie zabrzmiał ból; Taurys odczuł potrzebę wyciągnięcia dłoni, położenia jej na opadłym ramieniu, ale ich dwóch dzielił stół, więc się powstrzymał. Zdumiony, na chwilę zerknął w bok.
– Gdybym tylko ich dorwał... – mruknął Polska mściwie. – Zabiłbym... – Wziął głębszy oddech. – Chcę, by ona znów się uśmiechała, Licia... Muszę podziękować Prusakowi – Jego głos stał się odrobinę cieplejszy. – Za to, że jej pilnował. Że nie została z tym całkiem sama. – Nagle spojrzał na Litwę. – Kto by pomyślał, że Krzyżak stanie się takim aniołem stróżem, co? – zapytał wesoło.
Litwa uśmiechnął się półgębkiem, ale nie odpowiedział. Feliks kolejny raz potarł twarz, a potem ziewnął szeroko. Widząc to, Taurys natychmiast podniósł się z krzesła.
– Idź spać – powiedział stanowczo. – Prawie nie zmrużyłeś oka.
– A ty? – Feliks bez sprzeciwu podniósł się wolno z krzesła, a potem oparł rękoma o stół. Powiódł wzrokiem po notatkach i zmarszczył lekko brwi. – Aaa, no tak... – mruknął do siebie.
– I tak nie usnę – Taurys pokręcił głową. Zwykle wcale nie sypiał dłużej; bezsenność wyganiała go z łóżka zwykle koło piątej. – Zajmę się tym. Prześpij się, poczujesz się lepiej.
Polska uśmiechnął się do niego wdzięcznie. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, na blat wskoczyła Berta i, wyraźnie zła, że Taurys jeszcze nie uzupełnił jej miski, syknęła groźnie. Feliks, zaskoczony nagłym pojawieniem się kota, drgnął, ale zaraz potem się roześmiał.
– Dobra, idę, nie poganiaj mnie – rzucił lekko do Berty. – Ty faktycznie masz coś z Prusaka, futrzaku.
Spróbował pogłaskać kota, ale ten natychmiast zeskoczył ze stołu. Polska wzruszył ramionami i wyszedł z kuchni. Litwa odprowadził go spojrzeniem, a potem zerknął na podłogę, na kota, który właśnie zaczął ocierać się o jego nogi i głośno mruczeć.
– Prosiłem cię o coś – mruknął, przykucając. Berta oplotła ogon wokół przednich łap i spojrzała na niego z wyższością. – Terytorialna... – powtórzył pod nosem rozbawiony, przypominając sobie uwagę Anniki. Pogłaskał kotkę za uchem. – Chyba miała co do ciebie rację, bestyjko.
Najpierw zajął się kocim jedzeniem, a potem postawił kawiarkę na gazie. W międzyczasie przebrał się i w łazience doprowadził się pobieżnie do porządku, myjąc twarz i przeczesując włosy grzebieniem – z lustra znów spojrzało na niego znękane odbicie. Wrócił do kuchni akurat w chwili, gdy kawa zaczęła bulgotać.
Dopiero gdy nasycił organizm kofeiną, zasiadł przy stole i zerknął na notatki Feliksa. Przez chwilę, w kompletnym niezrozumieniu, wpatrywał się w zapiski; potem dotarło do niego, że są po polsku.
Zaklął pod nosem, chociaż mógł się tego spodziewać. Podłamany, na wpół przytomny – wszak widział, jak całodzienna, ciężka praca odbiła się na Feliksie, a doliczyć do tego należało jeszcze nieprzespaną noc – Polska pisał w ojczystym języku, nawet nie zastanawiając się nad tym, czy Taurys będzie w stanie go zrozumieć.
Lit, do cholery, powiedział sobie, zaciskając zęby z irytacją. Mówiłeś po polsku przez lata. Napisałeś mnóstwo dokumentów, przeczytałeś wiele listów. Nie może być tak, że w ciągu kilkudziesięciu lat zapomniałeś język, który znałeś przez stulecia... To nie jest normalne...
A jednak tak było; z trudem przekopywał się przez ciężkie sterty sylab i gubił się w gąszczu ogonków i kresek polskich znaków diakrytycznych, zupełnie jakby był uczniem.
Jakby znów uczył się tego języka pod okiem Feliksa, denerwując się na skomplikowane, gramatyczne reguły i samego Polskę...
Nieświadomie uśmiechnął się pod nosem, bo zagościła w jego umyśle dziwna myśl, stare, intymne wspomnienie, w którym to Feliks bawił się znaczeniem słów, mruczał półsłówka i sugestie, na pozór całkiem niewinne, a Taurys rozumiał połowę z tego, co słyszał i czerwienił się, załapawszy w końcu kontekst i podtekst.
– Języka innej osoby lepiej uczyć się w łożu – mrugnął okiem o wiele stuleci młodszy Feliks z jego wspomnień, a potem umknął w cień, poza światło świec rozłożonych na drewnianym pulpicie pełnym pergaminów i atramentu, przy którym siedział wówczas znieruchomiały Taurys, niepewny czy to wciąż nauka, czy może już zaproszenie...
Wracając myślami do wieku dwudziestego pierwszego, Litwa gwałtownie potrząsnął głową. Ledwie tydzień temu zaczęli znajomość od nowa, prawda? To znaczyło, że odrzucili nie tylko to, co ich poróżniło, ale i to, co kiedyś...
Tylko dlaczego to wspomnienie dzisiaj do niego wróciło? Przez lata te migawki dawnego życia miały zwyczaj raczej od niego odchodzić, znikać w mroku niepamięci, a tymczasem...
Nie, postanowił w myślach, dość. Nie będzie o tym myślał. Musiał skupić się na pracy, zająć się porządkowaniem informacji i udawać, że nie dotyczą one jego bliskich, udawać, że to jedynie suche fakty...
Sięgnął po ołówek i podkreślił jedno słowo, którego znaczenia nie znał. Chyba widział je pierwszy raz, uznał, przypatrując się literom. Brzmiało trochę z francuska, ale wiedza ta niewiele mu dała, nigdy nie było mu z tym językiem po drodze...
Im dłużej siedział nad tekstem, tym szło mu lepiej, ale i tak, gdy na zegarze wybiło południe, a on odsunął od siebie gotowe notatki, czuł się bardzo zmęczony. Dłuższą chwilę siedział z zamkniętymi oczami, chowając je w chłodnych dłoniach – powieki wciąż nieco piekły – aż w końcu usłyszał trzask zamykanych drzwi łazienkowych.
Więc Feliks już wstał; Taurys podźwignął się od stołu i podszedł do zlewu. Starannie opłukał makinetkę z fusów, a potem wsypał nową porcję kawy. Gdy Feliks pojawił się w kuchni, wycierając wilgotne dłonie o spodnie, Litwa już rozlewał ją do kubków.
– Dzięki – mruknął Feliks, ziewając. Oparł się o blat i oplótł palce wokół naczynia. Z przyjemnością zaciągnął się oparami kawy... a potem coś musiało narodzić się w jego głowie.
Po tych wszystkich latach Taurys potrafił to rozpoznać; dostrzec w oczach znajomy, figlarny błysk, sposób, w jaki układały się wargi Feliksa tuż przed wypowiedzeniem idei... Nie był w stanie powstrzymać lekkiego uśmiechu, który sam, bezwiednie, wspiął się na jego usta wprost ze skołowanego serca.
Właśnie tak lśniły oczy Feliksa, gdy wpadał na jakiś pomysł i chociaż Taurys niejeden raz narzekał, że to przynosi więcej szkody niż pożytku, nagle zrozumiał, jak bardzo za tym tęsknił.
Skarcił się w myślach. Nie, nie tęskniłeś. Po prostu...
– Co zwykle robisz w niedziele?
Drgnął.
– Co... co masz na myśli? – spytał ostrożnie.
– Jesteś nauczycielem, ale niedziele masz wolne – wyjaśnił oczywistość Feliks. – Co zwykle wtedy robisz? Bo chyba z muzyki nie ma klasówek do sprawdzenia?
Litwa wzruszył ramionami.
– Nic konkretnego – mruknął, z trudem powstrzymując się od odwrócenia wzroku. – Czytam, idę na spacer, słucham muzyki, gram... Cokolwiek, by zabić czas – Nim on zabije mnie, dopowiedział mu w myślach ponury głosik, którego nie słyszał od dobrego tygodnia. Zagryzł wargi.
Cokolwiek, by nie myśleć, cokolwiek, by zająć głowę i ręce.
– Mam taki pomysł – odezwał się Feliks, patrząc mu w oczy jakoś tak łagodnie, przez co Taurys miał ochotę uciec, krzycząc, że wcale nie jest z nim tak źle, że wcale za moment...
Ale kogo ty oszukujesz?, spytał sam siebie. Jesteś połamany, Litauen... Lietuva. Boisz się samotności i śmierci. I odkąd pojawiło się w tym pustym mieszkaniu inne życie, lgniesz do niego jak ćma do ognia...
– Jaki? – spytał cicho.
– Jest ciężko – Feliks zacisnął zęby. – Będzie ciężko – dodał z naciskiem, potrząsając włosami. – Ale nie możemy przez cały czas o tym myśleć. Musimy od czasu do czasu zrobić sobie przerwę od tego wszystkiego. Zawrzyjmy umowę, Licia. Dopóki... dopóki będzie to możliwe, spędzajmy niedzielę normalnie, jak normalni ludzie. Żadnych spisków, planowania, kontaktów i szpiegowania. Tylko odpoczynek i rozrywka. Zgadzasz się?
Wiedząc, że i tak te myśli będą go prześladować, Taurys niepewnie skinął głową. Tak wyglądały jego niedziele w czasie roku szkolnego, jedyne dni, kiedy nie pogrążał się w pracy; zwykła próba ucieczki od tego, co nad nim wisiało.
– Wiec co proponujesz dzisiaj...? – zapytał szeptem, nie ufając swojemu głosowi.
– Chodźmy na spacer – uśmiech Polski był jak gwiazdy nad nocnym lasem. – I coś zjeść na mieście. A potem... potem mi coś zagraj, dobrze?
– Nie powinno cię tu być.
Prusy, wyciągnięty na fotelu w salonie, mocniej zacisnął palce na podłokietniku. Na zewnątrz zapadł półmrok, a pomieszczenie oświetlały abażurowe, delikatne lampy, roztaczając wokoło ciepły blask. W tle leciała cicho muzyka; ot, spokojny wieczór w berlińskim domu, bez obowiązków i zadań do wykonania, rzecz tak rzadka, że Gilbert najchętniej przesiedziałby tak do rana, udając, że czas w ogóle nie płynie.
Trochę żałował, że przez tych dwóch frajerów nie zobaczy w tym roku weneckich kanałów, ale urlop mimo wszystko zapowiadał się ekscytująco... Chociaż, patrząc na Ludwiga i jego skwaszoną minę, tylko Gilbert tak sądził.
– To bolało, braciszku – rzucił lekko, przewracając stronę książki, którą zgarnął z półki przy kasie najbliższej księgarni. Powieść była marną romantyczną szmirą, a Gilbert dobre dziesięć minut temu uznał, że głównemu bohaterowi przydałoby się solidne lanie, a nie podziw otoczenia. Cóż, uznał, dam to Erzsébet. – Nigdy nie sądziłem, że usłyszę od ciebie coś tak okrutnego.
– Wiesz, o co mi chodzi – Ludwig przysiadł na fotelu po drugiej stronie stolika i posłał bratu poirytowane spojrzenie spod zmarszczonych brwi. Na blacie położył dwie filiżanki z kawą. – Łatwo może się wydać, że wcale nie wyjechałeś z Berlina.
– Nie będą sprawdzać, czy faktycznie pojechałem do Wenedig – odparł niecierpliwie Gilbert, zamykając książkę. – To są moje dwa tygodnie. To, czy tam pojechałem, czy zmieniłem zdanie i będę upijał się w każdym możliwym barze w Berlinie, to moja sprawa.
– Jeśli się wyda, że podczas twojego urlopu siedzisz sobie z obserwowaną personifikacją i rzekomym trupem, to już nie będzie tylko twoja – odpowiedział sucho Ludwig. Prusom nie podobało się jego spojrzenie; niechętne i kalkulujące.
– To wciąż mniejsze przewinienie niż bycie ich wtyką w rządzie – zauważył Gilbert i uniósł brew, ciekaw reakcji Ludwiga na swoje słowa. Ten spoważniał jeszcze bardziej.
– Już to mówiłem – rzucił chłodno Ludwig. – Nie zamierzam ci nic ułatwiać, nie licz na moją pomoc. Już sam fakt, że o tym wiem i nie poinformowałem führera, jest zdradą. Jeśli ta wojna wybuchnie wcześniej, przez was...
– Słuchaj – zaczął niecierpliwie Gilbert, odkładając książkę na stolik. – Wiem, co mam robić, zamierzam to zrobić i doskonale wiem, czym ryzykuję. Rozmawialiśmy już o tym. Ale nadal nie rozumiem niektórych twoich decyzji – dodał ciszej i westchnął lekko. – To dotyczy również ciebie. Jesteś personifikacją, tak jak każdy z nas. Nie czujesz się zagrożony?
Niemcy w pierwszej chwili nie odpowiedział; upił łyk kawy przez zaciśnięte w cienką linię wargi. Prusy obserwował każde drgnięcie palców zaciskających się na filiżance, a potem sam sięgnął po napój. Upił solidny łyk i skrzywił się; paskudztwo. Sam powinien był pomyśleć o zakupach, zamiast żerować na tym, co Ludwig akurat miał w lodówce i w szafkach.
W duchu musiał przyznać Litwie jedną zaletę; wiedział, jaką kawę kupić i jak ją zaparzyć. Ten ludzki wrak przynajmniej miał jeszcze niewypaczone kubki smakowe. Ludwig zaś kompletnie nie miał gustu.
– Rzekomo chcą nas się pozbyć – Niemcy uniósł brew z politowaniem, odkładając filiżankę. Prusy wywrócił oczami, zirytowany jego tonem. – Nadal nie widzę w tym sensu. Po co pozbywać się lojalnych ludzi?
– Ot, proste – Prusy niemalże warknął, mając wrażenie, że jego młodszy brat jest ślepy. – Kilkusetletni frajer, który zna całą historię na pamięć, jest niewygodny, gdy trzeba ją naginać do swoich potrzeb. Tak jak u nas.
– Nasz kraj zniwelował ich pozycję – Niemcy pokręcił głową, nie reagując na ton brata. – Odsunął od polityki kraju, który wymagał zjednoczenia na wielu poziomach. Na swoich miejscach zostali tylko ci, którzy powinni, czyli ja i ty, zgodnie z aktualną mapą. Taki przykład chcą wziąć z führera? Czy może...
Prusy przymknął oczy; potem zacisnął pięści.
– Byłeś tam wczoraj – zaczął, a w jego głosie zabrzmiała oskarżycielska nuta. – Podobał ci się ten widok?
– Gilbert – zaczął Niemcy ostrzegawczym tonem. – Tu nie chodzi o to, czy mi się to podoba, czy nie. Tak po prostu jest, to naturalna kolej rzeczy. To skutek ujednolicania kraju. To imperium rozpadłoby się, gdyby pozwolono współistnieć tylu etnicznościom i narodom, z których każde ma swoje interesy. Takim państwem łatwiej kierować, różnorodność podległych ludzi sprawdza się tylko podczas wojny, gdy...
– Tak, dziel i rządź, wiem – prychnął Gilbert. – Ten kraj już to przerabiał, za pierwszego führera. I tak połowy grzechów nie ma już w podręcznikach, by było ładniej... Ale – kontynuował wzburzony. – Ale jakimś cudem Kraj Autonomiczny Prus – Szyderczym niemalże gestem wskazał na siebie. – Całe to terytorium nad Bałtykiem, od dziesięcioleci pozostaje na częściowo niezależne politycznie, promuje własną kulturę, podkreśla, że jest nieco odrębnym bytem... Oj, chyba to przeczy twoim słowom. – zakończył sarkastycznie, widząc jak Niemcy odwraca nagle wzrok. Prusy westchnął ciężko i zapadł się w fotelu.
– Zorientowałeś się – wyszeptał. – Zorientowałeś się po paru latach, że zacznę słabnąć, jeśli narzucicie mi z führerem jednolitość, jeśli i mi siłą zabierzecie historię, kulturę i tożsamość, tak jak reszcie. Trochę pofałszowaliście mi historię, by była spójna z resztą imperium, ale Prusacy wiedzą, kim są...
– Będziesz mi teraz wyrzucał to, że chciałem cię ratować? – warknął nagle Ludwig, wstając gwałtownie. – To, że jesteś dla mnie ważniejszy niż ta cała banda?
– Nie – odparł cicho Gilbert dziwnie bezbarwnym tonem. Ludwig spojrzał na niego mniej pewnie. – Bo na twoim miejscu zrobiłbym to samo, ale... – syknął przez zęby, powiódł wzrokiem po salonie, jakby szukając słów, które chciał wypowiedzieć, by zostać dobrze zrozumianym. – Tylko... jakiś porządek świata, naszego świata, świata naszego gatunku, został zaburzony. I każdego dnia widzę tego efekty, widzę jak ta banda, jak ją określiłeś, zapomina własnych języków, zapomina własnej przeszłości, traci siły, z wolna umiera!
Uderzył pięścią o stolik; filiżanki zadygotały, kawa rozlała się na spodeczkach.
– I nikt nigdy nie spytał mnie, czy ja chcę na to patrzeć – warknął Gilbert, unosząc oczy. Ludwig przyglądał mu się znieruchomiały i nieco pobladły. – Nikt nie zapytał, czy się zgadzam na to, by ich pilnować i kontrolować. Taki wydano mi rozkaz, führer kazał mi to robić. I wiesz co? Ja już mam w dupie i jego, i jego rozkazy.
Niemcy milczał, stojąc z opuszczoną głową, Prusy zaś nie przestawał; podobnie jak podczas pierwszego spotkania z Polską, jego emocje w końcu wybuchły płomieniem tak szkarłatnym, jak jego oczy.
– Nie do tego zostaliśmy stworzeni. Nie tak to funkcjonowało. Żaden z naszego gatunku nie powinien zostać doprowadzony do stanu, w którym prawie nie pamięta, czym jest... a widziałeś, jak oni wczoraj wyglądali. Nie jesteśmy ludźmi, więc dlaczego ja patrzę na nich i widzę ludzi, których odarto ze wszystkiego? My nie umieramy, a...
– Rzym umarł – Ludwig w końcu poruszył wargami. – I Germania też.
– Pieprzę ich obu – burknął Gilbert. – Nie umieramy w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat. Mało razy któryś z nas znikał z mapy? Spytaj Polskę, akurat mamy go pod ręką. Albo Litwę, przesiedział u Rosji szmat czasu. Ma piękne ślady po jego miłosierdziu – mruknął sarkastycznie. – Ale to nie to sprawiło, że zaczęli zapominać samych siebie.
– Tak – mruknął w końcu Ludwig. – To Niemcy doprowadzili propagandę i kłamstwo do perfekcji... Zamknęliśmy granice na wpływy z zewnątrz, pilnowaliśmy dokładnie tego, co pojawia się w podręcznikach, czego uczy się młode pokolenie... W tym masz rację.
Prusy zazgrzytał zębami i powstrzymał się z trudem, by nie cisnąć czymś przez salon.
– Ale nadal uważam, że to naturalna kolej rzeczy. Po prostu... wymyśliliśmy nowe, skuteczniejsze metody, które przyśpieszyły to, co i tak by nadeszło, Gilbert. Tak to działa, wielkie imperia wchłaniają mniejsze kraje, a z czasem ich mieszkańcy zapominają, że...
Prusy odwrócił głowę, dając bratu do zrozumienia, że nie będzie tego słuchał.
– Nie w taki sposób – powiedział stanowczo, wstając. – A, zapomniałbym – dodał, będąc już przy drzwiach na korytarz. – Dałem im nasz adres. Kup lepszą kawę, Lit zarzyga ci dywan, jak tylko spróbuje tego paskudztwa.
– Zaraz, co zrobiłeś...? – Ludwig zamrugał.
Gilbert uśmiechnął się półgębkiem, nieco mściwie.
– Nie jesteś Szwajcarią, by zachowywać neutralność, gdy wszystko dookoła się wali. Trzeba nam bazy wypadowej, mieszkanko Litwy zbyt często jest nawiedzane przeze mnie i moich kolegów – odparł niewinnie, a w jego oczach zabłysły złośliwe iskry.
– Nie zgadzałem się na to! – krzyknął Niemcy, postępując ku niemu krok.
Gilbert tym razem wzruszył ramionami.
– No popatrz. To tak, jak ja, Bruderherz. Co za zbieg okoliczności.
To był jego ulubiony park w Berlinie; rozległy, pełen wysokich drzew, przypominający bardziej rzadki las niż starannie utrzymywane tereny zielone. Tylko jedna jego część, ta z jeziorkiem, wokół którego postawiono ławki, wyglądała miejsko – nieco dalej żwirowe alejki przechodziły z wolna w ścieżki wydeptane w mchu.
Były takie zakątki, do których nie zapuszczały się rodziny z dziećmi ani właściciele psów, ciche, pachnące ziemią zagajniki, w których można było przymknąć oczy i uchwycić w płuca nikły zapach lasu, odbicie woni starych puszcz.
Ale nawet tutaj, nad samym jeziorem, gdzie zwykle kręciło się najwięcej ludzi, dzisiaj było cicho i spokojnie. Chmury rozwiały się niedawno, świat nie zdążył jeszcze na nowo rozgrzać się słonecznymi promieniami, a mieszkańcy miasta nie wyszli jeszcze ze swoich domów.
Powietrze było świeże, po tafli wody pływały łabędzie, a zieleń łagodziła zmęczenie oczu, uspokajała. Taurys usiadł na ławce, odchylił głowę do tyłu i opuścił powieki, czując jak chłodnawy jeszcze wiatr muska jego związane na karku włosy.
Spacer przez park, podczas którego chłonął naturę, miejską oazę spokoju, i dostrajał się do jej spokojnego rytmu, zdecydowanie mu pomógł. Strach i ból, przynajmniej chwilowo, odeszły.
– Dziękuję – wyszeptał.
– Za co?
Otworzył oczy, szukając Feliksa. Ten przysiadł na oparciu ławki, trzymając stopy gdzieś koło kolan Taurysa. Litwa musiał zadrzeć głowę, by na niego spojrzeć.
– Za to, że to zaproponowałeś – powiedział cicho Taurys. – Przez chwilę o tym zapomniałem, to... to bardzo dużo – zakończył kulawo.
Polska skinął głową i uśmiechnął się do niego słabo.
– Jakoś to będzie.
Jakoś to będzie; słowa, które kiedyś Taurys po wielokroć przeklinał, bo zwykle towarzyszyły tarapatom, w jakie Feliks ich chwilę wcześniej wplątał.
Słowa, których kiedyś nie pojmował, przynajmniej do momentu, w którym zrozumiał kryjącą się za nimi osobistą filozofię. Szukanie pozytywów w nieszczęściu, nieustanna wiara, że los jednak się uśmiechnie, że wszystko się jakoś ułoży... Taka naiwna. Taka polska. Taka feliksowa.
Uśmiechnął się.
– Będzie – szepnął, naiwnie chcąc w to uwierzyć, chociaż ścieżka, którą przed sobą widział, była czarna jak letnia noc i równie krótka. Może jednak... może jednak znajdzie jakieś pochodnie na swojej drodze, które użyczą mu światła i ciepła? Jakoś...
Polska osunął się na siedzenie ławki, mając na ustach delikatny, lekko zdziwiony uśmiech.
Obaj zapatrzyli się w łabędzie, wolno sunące po błękitnej tafli. Ich symbolika, wyłożona przez Annikę w spotkaniu w kawiarni, znów przebiegła Taurysowi przez głowę.
Śmierć, pycha i...
– Piszesz swoje kompozycje?
Zamrugał, zdumiony tym wypalonym nagle pytaniem i dopiero po chwili doszło do niego jego znaczenie.
– Nie – odparł szczerze. – Tylko gram, odtwarzam... Jakoś nigdy nie... – Pokręcił głową, nie kończąc. Kiedyś mu powiem, postanowił. Ale jeszcze nie dzisiaj.
Feliks nie wydawał się zainteresowany wyciąganiem od niego odpowiedzi; może go nie obchodziła, może wyczuł, że Litwa nie chce o tym rozmawiać, podobnie jak o bliznach, które nosił na swoich plecach, a o których zdążył zapomnieć przez lata spędzone w samotności.
Schwäne, pomyślał Litwa, obserwując ptaki na wodzie. Dwa z nich, pewnie parka, oddzieliły się od stada i ruszyły w stronę młodej kobiety na przeciwległym brzegu. Nie widział z tej odległości, co trzymała w dłoniach – pewnie chleb...
Jeszcze niedawno wysyłałeś mi dziwne wiadomości zza grobu – przypomniał sobie, że musi włączyć komputer, przez ostatnie dni, znękany chorobą, nie miał sił chociażby ruszyć się z łóżka, a przecież ktoś z pracy mógł napisać na jego skrzynkę e-postową – a dzisiaj, jak gdyby nigdy nic, zjedliśmy obiad w restauracji i poszliśmy do parku...
Taki był plan; udawać chociaż przez jeden dzień, odegnać od siebie ponure myśli, cieszyć się połową wakacji, spokojem i odpoczynkiem ciała i myśli... a jednak Litwę nie mogło przestać prześladować poczucie, że już niedługo coś się stanie.
Pojawiło się, gdy wyszli razem, szukając wytchnienia od duszącej atmosfery zapełnionego notkami mieszkania i od wspomnień wczorajszego wieczora, które bolały samym swoim istnieniem. Co chwila wracało, jak natrętna mucha, wkradało się pod warstwę letniego spokoju...
– Licia?
Drgnął.
– Tak? – spytał zmieszany i zawstydzony tym, że dał się przyłapać na pogrążaniu się w nieprzyjemnych myślach. Oczy Feliksa potrafiły przejrzeć go na wskroś; kiedy on stał się taki uważny, taki...?
– Mieliśmy się dzisiaj nie martwić.
Uśmiechnął się blado, słysząc ten niemal dziecinny zarzut. Feliks przechylił głowę i sam też wykrzywił wargi w uśmiechu, jakby rozumiejąc, jak naiwnie brzmiał.
Mieliśmy. Liczba mnoga. Taurys poczuł ciepło w sercu.
– Mogłem te notatki napisać po niemiecku – mruknął jeszcze Feliks. – Wybacz.
– To nic takiego... – Taurys otworzył usta, ale widząc jak Polska kręci głową, westchnął. – Dobra, masz mnie. Było ciężko – przyznał. – Ale dałem sobie radę – dodał szybko. – Wiemy... wiemy już wystarczająco o naszej kondycji... Teraz trzeba znaleźć sposób na bezpieczny kontakt z Erzsébet... Jest w Tuluzie, to szmat drogi od Berlina... Potem Prusy chce zacząć węszyć w biurze führera... Ale przedtem czeka nas jeszcze nie zdradzenie się przed Austrią.
– Sporo problemów – mruknął Feliks. – Zachciało się Prusakowi urlopów...
Litwa sięgnął pamięcią do ostatniego razu, gdy Roderich zastępował Gilberta, a potem pokręcił głową.
– Nie będzie zbyt skrupulatny – stwierdził. – Ale ja do tej pory nie wiem, gdzie leży jego lojalność, więc trzeba być ostrożnym... dużo bardziej niż ostatnim razem.
– To tylko dwa piątki – mruknął Feliks. – Urlop Gilberta kończy się pod koniec sierpnia... Potem wracasz do pracy, nie? – zapytał nagle, przyglądając się Litwie bacznie.
Ten wzruszył lekko ramionami.
– Muszę – odparł spokojnie Litwa. – To moje jedyne źródło utrzymania, poza tym... byłoby podejrzane, gdybym nie wrócił.
– O pieniądze się nie martw – rzucił beztrosko Feliks. – Będę się dokładał do rachunków, mam trochę lewej gotówki, tylko będę musiał skoczyć do banku...
– Nie o to mi chodziło... – mruknął Taurys, ale Polska wydawał się go nie słyszeć. Litwa mimowolnie uniósł wargi w uśmiechu, bo to zachowanie było znajome... i chociaż irytowało, zdecydowanie wolał je niż zimną wrogość i dystans, które między nimi niegdyś rozkwitły.
– Ale racja, trzeba trzymać przykrywkę – mówił tymczasem Feliks. – Ty i Prusak musicie się zachowywać, jak gdyby nigdy nic... Ja mam wolną rękę, wznowię swoje kontakty i...
Umilkł w połowie zdania, bo obok nich pojawiła się grupka młodzieży. Jeden z nich, niewysoki chłopak, wybąkał w kierunku Taurysa powitanie. Ten skinął mu uprzejmie głową.
– Uczeń – wyjaśnił Litwa szeptem.
Polska skinął głową i poczekał, aż grupka odejdzie poza zasięg słuchu.
– Lubisz to? – spytał głosem pełnym wątpliwości.
Litwa westchnął.
– To dobra praca – odparł spokojnie, ale bez przekonania. – Dobrze płacą, jest stała i pewna. Nie trzeba mi innej.
W szkole mógł przemykać korytarzami, umykając przed porannym gniewem dyrektora, udawać, że nie widzi uczniów czytających czasopisma pod ławką i ignorować naruszenia szkolnego regulaminu. Robić swoje, jednocześnie tkwiąc w cieniu, mizerny, niewidoczny nieistotny nauczyciel nieistotnego przedmiotu, cieszyć się z gwaru szkolnego korytarza, łaknąc dźwięku i słów, które nawet nie były skierowane do niego.
– Przywykłem – dodał jeszcze szeptem.
Chmury zniknęły całkowicie; w parku robiło się coraz tłoczniej. Feliks milczał przez chwilę, a potem wstał z ławki.
– Wracajmy – powiedział. – Zagrasz mi klasyków wiedeńskich.
Więc zagrał. Siedząc wyprostowany, opuszkami palców uderzając w klawisze, z oczami utkwionymi w nutach, czuł na swoich plecach wzrok Feliksa.
Polska słuchał w milczeniu, a gdy dłonie Taurysa same, nieopatrznie i wbrew jego woli, zaczęły wygrywać pierwsze takty „Pożegnania", sprężyny kanapy nagle skrzypnęły.
Potem skrzypnęły też drzwi.
Litwa, czując nagłe ściśnięcie w gardle, znieruchomiał, a potem pochylił się nad klawiaturą. Dźwięki umilkły, a on sam, zamykając oczy i kryjąc je w dłoniach, przeklął się w duchu.
Wyszedł… Nie powinien był tego grać, dotykać tej rany...
Po chwili usłyszał cichy stukot, a w nozdrzach poczuł zapach świeżo zaparzonej kawy. Oderwał dłonie od twarzy, spojrzał na kubek stojący na fortepianie, a potem odwrócił się za siebie.
– Graj dalej – szepnął miękko Feliks, stojący z własnym kubkiem gorącej jak sierpień kawy, z oczami lśniącymi od łez. – Od dziesięcioleci nie słyszałem tego utworu...
Skinął głową, mrugając intensywnie. By przepędzić słone krople z rzęs, zamrugał, a potem sięgnął po kawę i upił długi łyk. Gorzka, dokładnie taka, jaką pił… Wrócił do gry.
Gdy przebrzmiały ostatnie takty, znów się obejrzał. Feliks siedział z przymkniętymi oczami; jakby wyczuwając spojrzenie, uchylił powieki i słabo się uśmiechnął.
– Piękne – wyszeptał. – Pięknie to zagrałeś. Sam kiedyś spróbuję, dobrze?
Gdzieś w tych słowach, w lekkim ich drżeniu, Taurys wyczuł tęsknotę i zrozumiał, że Feliks potrzebuje właśnie chwili dla siebie.
– Dobrze – odpowiedział szeptem, a potem zabrał z dłoni Feliksa pusty kubek. – Daj, odniosę...
Gdy wchodził do kuchni, o nogi otarła mu się Berta. Odłożył kubki do zlewu, pochylił się i wziął kota na ręce. Kocica zamruczała, łasząc się do jego podbródka. Pogłaskał ją i przytulił do serca.
Miał wrażenie, że mógłby polubić niedziele.
Wróciła niedawno z zakupów i chociaż powrót do domu zawsze był ulgą, dzisiejszego południa Erzsébet czuła się odrobinę pewniej.
Ugotuje porządny obiad. Poczęstuje go. Nie widzieli się sporo lat, dobrze będzie znów go zobaczyć... może uda jej się uniknąć pytań; i tak zbyt dużo osób już wiedziało. Gilbert, Litwa, który dowiedział się rykoszetem, bo towarzyszył osobie, której Erzsébet nigdy już nie spodziewała się ujrzeć.
Na samo wspomnienie uśmiechnęła się ciepło.
– Chłopcy – westchnęła. – W co wyście się wpakowali, co? – mruknęła do siebie, krojąc paprykę. – A tobie, Felek, sprawiłabym porządne lanie... Poproszę Gilberta, by ci przyłożył przy najbliższej okazji...
Potrawka dochodziła w garnku, gdy usłyszała pod drzwiami swojego mieszkania męskie głosy. Odruchowo znieruchomiała, ale potem przeklęła się w myślach.
– ...to tutaj?
– Tak, ale my zazwyczaj nie...
Daj spokój, powiedziała sobie. To głupie, że tylko Gilberta tu wpuszczasz. Tych dwóch jego oficerów to normalni, znudzeni ludzie... tylko ten z zeszłego tygodnia był nieprzyjemny...
Podeszła do drzwi i zerknęła przez wizjer.
– Witaj – odezwał się sztywno Roderich, gdy cofnęła się. – Miło cię widzieć – powiedział zmieszany. Uśmiechnęła się blado i cofnęła się, by go wpuścić. – Erzsébet... wiesz, dlaczego tu jestem, prawda? – spytał, stając pośrodku korytarza i rozglądając się nieporadnie.
Dwaj oficerowie, stała ekipa Gilberta, skinęli na powitanie, ale nie weszli do środka.
– Wiem – powiedziała cicho. – Rób swoje... potem chodź do kuchni. Poczęstuję cię obiadem.
– Dziękuję – Austria miał problem, by spojrzeć jej w oczy.
Status specjalny, pomyślała. Włączony do Rzeszy jeszcze przed Wielką Wojną Dziesięcioletnią. Nigdy nie zjawiał się w Charlottenburgu, nigdy nie musiał błąkać się po kraju, od jednego rządowego mieszkania do drugiego, jak wyrzutek…
Doskonale wiedziała, dlaczego Gilbert wybrał go na swojego zastępcę na czas urlopu, chociaż pod ręką miał również brata. Zrobi mu coś dobrego do jedzenia następnym razem...
Austria, milcząc jak grób, ledwie tylko przejrzał mieszkanie, wyraźnie skrępowany wchodzeniem w jej prywatność. Nie mówił też wiele, gdy postawiła przed nim talerz. Przynajmniej nie chciał jej uściskać; rozpłakałaby się, gdyby i jemu musiała odmówić.
– Cieszę się, że masz się dobrze – powiedziała, gdy już stał w drzwiach. – Do... do zobaczenia.
– Tak – powiedział tylko. – Pięknie ci w krótkich włosach, Erzsi – dodał szeptem. Zacisnęła wargi, ale skinęła mu w podziękowaniu głową.
– Ma pani list w skrzynce – odezwał się mimochodem jeden z oficerów, gdy zamykała już drzwi. Nie patrzył na nią, a Erzsébet uniosła brew.
Zabierała już rano pocztę... Wyszła na korytarz, a gdy całą trójką odeszli, otworzyła skrzynkę na listy. Zadrżały jej ręce, gdy ujrzała zawartość.
Koperta listu była kremowa i sztywna. Znała ją aż za dobrze.
