Siódme piętro pałacu führera znał jak własną kieszeń; w ciągu ostatnich kilkunastu lat spędzał tu więcej czasu niż we własnym domu. W kraju tak wielkim jak Zjednoczona Rzesza Niemiecka zawsze było coś do zrobienia, a każdej z tych spraw należało poświęcić odpowiednią ilość uwagi – a jeśli oznaczało to siedzenie po nocach i nocleg w biurze, tak najwidoczniej miało być.
To był jego kraj i musiał funkcjonować perfekcyjnie – każde potknięcie administracji czy rządu, które wynikłoby z nieścisłości w prawie, Ludwig uznawałby za osobistą porażkę, dzisiaj jednak miał wrażenie, że cała jego praca jakby obraca się przeciwko niemu.
Dojście do führera, pomyślał gniewnie, wysiadając z windy. Ochroniarze zasalutowali mu z szacunkiem, więc odwzajemnił gest wyprostowaną dłonią; nawykłe ciało ustawiło się do pozdrowienia, nim nawet o tym pomyślał. Chcą mieć dojście do führera i wydaje im się, że to będę ja.
Miękki dywan ugiął się pod jego stopami, gdy zamiast skierować się do swojego gabinetu ruszył w przeciwną stronę.
Proszę bardzo. Mogę tam wejść, ale nie sądźcie, że zostanę waszym szpiegiem. Idę tam z własnej woli, nie dla ciebie, Gilbert.
Złość na brata znów w nim rozgorzała, jednak Ludwig nie pozwolił sobie na okazanie tej emocji na twarzy. Musiał być teraz opanowany i pilnować wypowiadanych słów; chciał dowiedzieć się, na ile Łukasiewicz ma rację, wplątując Litwę i Gilberta w swoje szalone plany.
Przeklęty po stokroć Polska miał rację przynajmniej w jednej rzeczy – zostali odsunięci od polityki zagranicznej i zasypani inną robotą.
Prusom wydano rozkaz wizytacji personifikacji strąconych z piedestału, a Ludwigowi powierzono czuwanie nad ustawodawstwem. To, co do niedawna wydawało się mu oznaką najwyższego zaufania, dzisiaj wywoływało jedynie niepokój i rozdrażnienie. Czemu nie załapał tego wcześniej?
Oczko kamery spojrzało na Ludwiga znad framugi, więc zapukał do gabinetu wodza, starając się utrzymać spokojną fasadę na swojej twarzy.
Chociaż pracowali na jednym piętrze, widywali się rzadko; dawno już minęły czasy, gdy wzywano Ludwiga na narady albo po prostu na filiżankę kawy, by nad jej oparami wysłuchiwać sugestii albo wyczekiwać porad co do rządzenia krajem.
Nie czekał długo; drzwi uchyliły się i Niemcy napotkał niechętne spojrzenie starej sekretarki; nigdy nie zaprzątał sobie głowy zapamiętywaniem jej imienia.
– Pan Ludwig Beilschmidt – rzuciła szorstko. – Obawiam się, że Najwyższy Wódz nie przyjmuje obecnie…
Czując niezadowolenie z powodu jej tonu, Ludwig zmarszczył nieco brwi. Uniósł kącik ust w grymasie, który mógłby od biedy uchodzić za przyjazny uśmiech, ale jednocześnie postąpił o krok do przodu.
Wolnym, ale stanowczym gestem oparł dłoń o drzwi, mniej lub bardziej subtelnie dając sekretarce do zrozumienia, że i tak wejdzie do środka, czegokolwiek by się nie obawiała.
– Nalegam na wizytę – rzucił spokojnie. – Jestem pewny, że mein führer jest w stanie poświęcić chwilę mojej osobie – dodał z naciskiem. Wyglądało na to, że musiał przypomnieć co po niektórym, kim jest; sekretarka należała do wąskiego kręgu osób znających prawdę. – Jeśli dobrze pamiętam, dzisiejsze spotkanie z ministrem kultury zostało odwołane, prawda?
Ferenc rzadko kontaktował się z rządem bezpośrednio tutaj, na siódmym piętrze. O każdej wizycie niewtajemniczonego polityka Ludwig musiał zostać poinformowany, by nie powodować swoją obecnością niewygodnych pytań i teraz skutecznie z tej wiedzy korzystał – sekretarka jakby straciła rezon.
– Kathe, otwórz w końcu te drzwi – Z gabinetu dobiegł chłodny, zniecierpliwiony głos.
Kobieta zacisnęła wargi w wąską linię i odsunęła się na bok, pozwalając Ludwigowi w końcu przekroczyć próg. Niemcy, nie obdarzając jej spojrzeniem, wszedł pewnie do środka. Jego oczom ukazał się przestronny gabinet, wzdłuż którego wszystkich ścian stały regały pełne książek, segregatorów, albumów i papierowych teczek. Na dużym, hebanowym biurku pośrodku panował idealny porządek, na meblach nie widać było ani drobinki kurzu, a miękki dywan zaścielający podłogę miał śnieżnobiałą, niemal nierealną barwę.
Sterylną atmosferę gabinetu przełamywały spore doniczki z paprotkami, tworzące pod dużym oknem swoistą mini-dżunglę; ponad nimi rozpościerała się panorama rozświetlonego sobotnim słońcem Berlina.
– Czemu zawdzięczam tę wizytę, Ludwigu? Coś się stało?
Niemcy, zamiast odpowiedzi, zasalutował wyciągniętą dłonią tak, jak nauczono go dziesięciolecia temu; stary gest szacunku najwidoczniej ukontentował führera, który oderwał oczy od dziennika rozłożonego na biurku i wskazał Ludwigowi wygodny fotel.
Ferenc Weigel miał pokryte zmarszczkami, surowe oblicze; jego z natury jasne włosy skrywały siwe pasemka.
– Chciałem z panem porozmawiać – zaczął wolno Ludwig, siadając i zerkając znacząco na sekretarkę. – Na osobności, jeśli można.
– Kathe, idź na przerwę. Dłuższą – odparł natychmiast führer, znacząco patrząc na sekretarkę. Ta ruszyła do drzwi. – Ale gdzie moje maniery… – dodał, gdy kobieta już kładła dłoń na klamce, gotowa opuścić gabinet. – Napijesz się czegoś, Ludwigu? Obawiam się, że herbaty nie mogę ci obecnie zaoferować, ale mam świetną kawę.
Niemcy pokręcił oszczędnie głową.
– Dziękuję, ale powinienem ograniczyć kofeinę.
– Rozumiem – Ferenc posłał mu miły, ale zdystansowany uśmiech. Cichy trzask drzwi za plecami dał Ludwigowi do zrozumienia, że zostali sami. – Wykonałeś świetną robotę. Ta ustawa z pewnością podniesie kondycję naszego kraju.
– Od dawna była potrzebna – Kiwając głową, Ludwig dyskretnie obrzucił gabinet wzrokiem.
Gdy Gilbert spytał go, czy ma podsłuch w swoim gabinecie, uznał to za czysty absurd, ale może leżało w tym ziarnko prawdy… Udając, że poprawia się na fotelu, przysunął się do biurka i lekko przesunął opuszkami palców po spodniej stronie blatu.
Nic nie wyczuł, ale to jeszcze nic nie znaczyło; musiał być ostrożny.
– Prawda – zgodził się tymczasem führer. – Z prawdziwą przyjemnością składałem pod nią podpis. Zadbałeś o każdy najdrobniejszy szczegół, Ludwigu. Takiej skrupulatności nam trzeba. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Do niedawna ta pochwała sprawiłaby, że Ludwig wyprostowałby się dumnie i poczuł głębokie zadowolenie, teraz miał jednak wrażenie, że dostrzegł jej niemalże nieuchwytny, ukryty sens. W jego domu rzeczy zawsze leżały na właściwym miejscu, a w jego kraju ludzie zajmowali się tym, do czego byli przeznaczeni.
W teorii.
– Właściwie – odezwał się, powoli ważąc słowa na języku. – Ja w tej sprawie, mein führer.
Ferenc spojrzał na niego, unosząc lekko brew w geście zaskoczenia.
– Coś się stało? – zapytał, sięgając po gruby, obity w skórę kalendarz. – Twój brat wziął teraz wolne, prawda? Czy ty również potrzebujesz urlopu? Przyzwyczaiłem się do myśli, że nie jesteście ludźmi i wasza wytrzymałość jest wręcz niebywała, stąd proszę o wybaczenie – Jego ton nie wykazywał zbytniej skruchy. – jeśli w ostatnim czasie zrzuciłem na twoje barki zbyt dużo, Ludwigu.
Niemcy prawie się skrzywił; nie pozostawał z Ferencem w wystarczająco bliskich stosunkach, by uwierzyć w jakąkolwiek troskę. Wie o urlopie Gilberta, zanotował zamiast tego w myślach, a więc ma większy kontakt z biurem niż sądziłem.
– To nic wielkiego – Może i ostatnimi miesiącami nie miał praktycznie czasu wolnego, ale nie zamierzał o tym dyskutować. – Wystarczy mi, że praca chwilowo zwolniła, to wystarczy, by złapać oddech. Ale – Zawahał się na krótki, bardzo krótki moment. – To, o co chciałem cię zapytać, ma poniekąd związek ze mną, Gilbertem i… całą resztą… mojego gatunku.
Stało się, wypowiedział magiczne słowa. Oczy Ferenca zwęziły się lekko i mimo panującego na zewnątrz lata Ludwigowi wydawało się, że temperatura w biurze spadła o kilka stopni.
Personifikacje, pomyślał, mierząc się wzrokiem z wodzem; odkąd kilkadziesiąt lat temu podjęto decyzje, by wypuścić ich z cel i aktem łaski dać możliwość życia jak zwykły człowiek, bracia Beilschmidt nigdy więcej nie poruszali tego tematu z władzą.
– Słucham.
Ludwig więc nigdy nie rozmawiał o tym ani z siedzącym przed nim Ferencem, który objął władzę, gdy wszyscy przywykli do nowego porządku, ani z Clausem, który podpartą całkiem sensownymi argumentami sugestię Gilberta wysłuchał, rozkazał wykonać i następnie całkowicie stracił zainteresowanie sprawą.
Raz, może dwa, wdał się w dyskusję o personifikacjach z Adolfem, nim ten oszalał do reszty – Niemcy pamiętał jego zaciętość i nienawiść, które nawet jego, osobę nawykłą wówczas do wrogości, wprawiły w szczere zdumienie.
Sam nigdy nie czuł większego przywiązania do innych przedstawicieli swego gatunku, pomijając oczywiście Gilberta i pozostałych braci, którzy obecnie wiedli swoje spokojne życia na prowincji, jedynie okazjonalnie zerkając na ręce władz lokalnych. Nadal uważał, że personifikacje w przestrzeni publicznej wywoływały zbyt duży chaos i zatajenie ich istnienia wyszło Zjednoczonej Rzeszy Niemieckiej na dobre, ale…
– Nie będę owijał w bawełnę – oznajmił stanowczo, wpatrując się niewzruszenie w przywódcę. Ciągle byli sobie równi; lepiej, by Ferenc o tym pamiętał. – Czy mein führer zamierza poczynić jakieś zmiany w dotychczasowym traktowaniu byłych personifikacji?
Weigel uniósł wysoko brew, a potem położył suchą dłoń na kalendarzu i wolnym, nienaturalnym wręcz ruchem odsunął go od siebie. Upływające sekundy dały Ludwigowi do zrozumienia, że jego rozmówca zastanawia się nad odpowiedzią.
– Czemu o to pytasz? – odezwał się Ferenc cicho.
Wzięty z zaskoczenia, gra na czas, zrozumiał Ludwig. Wziął głębszy oddech, jakby miał skoczyć w głęboką toń.
– Byłem obecny na przyjęciu w Charlottenburgu – odezwał się, starając się, by jego głos zabrzmiał spokojnie i beznamiętnie, tak rzeczowo, jak tylko było to możliwe. – Kilkoro z nich rzuciło mi się w oczy. Ich stan pogarsza się od lat, ale odniosłem wrażenie, że od ostatniego spotkania zmiany następują szybciej.
– Interesujące spostrzeżenie – Ferenc skinął głową, brzmiąc, jakby rozmawiali o jakimś egzotycznym gatunku zwierząt. – Właściwie, pokrywa się z moim własnym – Gdy zauważył, jak Niemcy sam unosi brew w zdumieniu, kontynuował, stukając palcami o blat biurka. – Wiesz dobrze, że w czasie przyjęcia nie bywam w tym teatrze, ale gdzieś pośród naszych znakomitych gości mignęła mi jedna z tych kobiet… Wprawne oko rozpozna więźnia i towarzyszącego mu strażnika, nawet jeśli ów więzień nosi wieczorową sukienkę – dodał z lekkim rozbawieniem.
Ludwig musiał się z tym zgodzić; dla zachowania pozorów personifikacje nosiły się elegancko, a pilnujący ich żołnierze w galowych mundurach wtapiali się w tłumy wysoko postawionych wojskowych, których w ogrodach i salach Charlottenburga nie brakowało.
Niewtajemniczony nigdy by pomyślał, że ci ludzie wcale nie byli ludźmi – świadomi sytuacji wychwytywali ich z łatwością.
Zapadła cisza; bolesna, napięta i pełna wyczekiwania.
– Stąd właśnie moje pytanie – rzucił Niemcy, gdy stało się jasne, że Ferenc sam nie zamierza kontynuować tematu.
– Boisz się tego samego? – zapytał cicho Weigel, wpatrując się bacznie w Ludwiga. Jego tęczówki o ciepłym, orzechowym odcieniu i zmarszczki wokół oczu mogły kojarzyć się z dobrotliwym dziadkiem, ale jego spojrzenie pozostawało ostre i przeszywające duszę na wskroś.
Niemcy, niemile zaskoczony jego słowami, drgnął.
– Spokojnie, mój drogi – dodał führer cieplejszym tonem. – Ty i twój brat jesteście niezwykłymi skarbami tego kraju, ich żyjącymi sercami. Ukryto waszą obecność, owszem, ale to wszystko po to, by uwiarygodnić rząd w ludzkich oczach…
– Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę – Ludwig odkaszlnął, próbując ukryć swoje zmieszanie.
– ...I zarzekam, że nigdy nie spotka was podobny los.
– Podobny… Uwięzienie i kontrola czy… – Ludwig wyprostował się w fotelu, mówiąc już prawie szeptem. – Czy planujesz coś nowego, mein führer?
Drugi raz zadawał to pytanie; jeśli i teraz Ferenc odpowie tak wymijająco… Ludwig wyczuwał, jak niechętnie Weigel dzieli się z nim swoimi słowami; musiał być ostrożny. Wpatrywał się wyczekująco w swojego rozmówcę, cierpliwie czekając.
– Z tego, co przekazano mi lata temu, gdy obejmowałem władzę – odezwał się w końcu Ferenc sucho. – Rozumiem, że twój gatunek… Nigdy nie potrafiliście usiedzieć na miejscu. Byliście sercem narodu, iskrą i zarzewiem buntu, działaliście wielokrotnie na własną rękę, szaleńczo i bez wiedzy swoich przełożonych.
Cóż, to się zgadzało, przynajmniej w większości przypadków.
– Aby utrzymać i ustabilizować imperium, niezbędne były uwięzienie i kontrola tych ludzi… czy nazwanie was ludźmi to afront? – Ludwig potrząsnął przecząco głową; Ferenc kontynuował. – Zdaję sobie sprawę z tego, że obecne warunki są dużo lepsze, niż na początku, ale nie przyniosło to szkody, wręcz przeciwnie. Uspokoili się – Weigel uśmiechnął się dobrotliwie, zupełnie jakby mówił o krnąbrnych szczeniętach, które nauczono posłuszeństwa.
Niemcy pomyślał przelotnie o Polsce, Litwie i własnym bracie i nie mógł się zgodzić z führerem. Owszem, może i Laurinaitis dał sobie spokój po tej żałosnej próbie w Ucianie, ale Polska tylko czekał na odpowiedni moment, by znów rozpętać chaos.
Gilbert, niestety, wcale nie był lepszy.
Widząc, że Ferenc dalej ociąga się z odpowiedzią, Ludwig zmarszczył lekko brwi, ale postanowił nie przerywać wodzowi. Weigel zawsze był oczytanym gadułą, lubującym się w długich, elokwentnych przemowach. Podobno, chociaż na ogół o tym nie mówiono, za młodu parał się literaturą, jednak nikt nie chciał go wydać – najwidoczniej stanowisko wodza narodu przyciągało niespełnionych artystów.
– Przyznam, Ludwigu, że nie myślę o nich zbyt często – Ferenc odchylił się lekko w fotelu. – Ale tam młoda kobieta… Młoda – Uniósł kącik ust. – Patrząc na was, łatwo zapomnieć, ile lat już chodzicie po tym świecie, sam się na tym łapię… Widziałem jej oczy. Wiesz, co w nich zobaczyłem?
Ludwig pokręcił głową, zastanawiając się, którą z czwórki kobiet Ferenc ma na myśli. Żadna z nich nie wyglądała na szczęśliwą, chociaż Ludwig pojawił się w teatrze tylko na chwilę, by spojrzeć na nich z góry, w niemym ostrzeżeniu i przypomnieniu, że powinni znać swoje miejsce.
Działało przez tyle lat, pomyślał zirytowany, dopóki ten pieprzony Łukasiewicz...
– Roztrzaskanie – Ferenc wymówił to słowo powoli, jakby smakował je na języku. Pokiwał głową, zadowolony z doboru. – A gdy zorientowała się, że na nią patrzę, zamieniło się w nienawiść.
Niemcy milczał, czując, że jednym słowem może zaprzepaścić swoją szansę.
– Przyznam, to było ciekawe doświadczenie. Nigdy wcześniej żadna obca osoba nie patrzyła na mnie z taką nienawiścią – Ferenc wydawał się rozbawiony. – Ale nienawiść to groźne uczucie, Ludwigu, a wy z samej swojej natury jesteście groźni. Zleciłem biuru kontroli rozesłanie odpowiednich listów wzywających na komisję lekarską. Chciałbym wiedzieć o ich stanie trochę więcej.
No wreszcie; Ludwig już zaczynał czuć irytację.
– Czy fakt, że Gilbert jest teraz na urlopie, ma z tym związek? – zapytał bez ogródek.
Führer westchnął.
– Nie pozwól, by twojemu bratu sentymenty przesłoniły zdrowy rozsądek – powiedział cicho, z wyraźnym ostrzeżeniem w głosie. – Nie wątpię w jego lojalność, oczywiście – Uśmiechnął się uspokajająco; Ludwigowi nagle skojarzył się ze żmiją gotową do ataku. – Przeszedł porządne pruskie wychowanie i rozkazy traktuje bardzo poważnie.
Chyba znasz innego Gilberta, pomyślał nagle Ludwig. Pruski dryg, surowe wychowanie i święte rozkazy to jedno; szalona, rogata dusza to drugie i Prusy właśnie wyjeżdżał z Berlina, aby… Cholera jasna, Ludwig sam nawet nie wiedział, co ta trójka będzie robić przy hiszpańskiej granicy.
– Wolałeś, by nie wtrącał się w komisję – mruknął kwaśno.
Ferenc nie wydawał się speszony.
– Wolałem – przyznał lekko.
– Wiesz, że mu o tym powiem?
– Oczywiście – Ferenc znowu się uśmiechnął; te wesołe grymasy zaczynały działać Ludwigowi na nerwy bardziej niż jego słowotok. – Nie zamierzam nastawiać rodzeństwa przeciwko sobie, to byłoby czyste draństwo, Ludwigu, ale…
Zimny, niespodziewany dreszcz przeszył plecy Niemiec.
– Pilnuj go, Ludwigu, a jeśli trzeba, przypomnij, że... stare znajomości nie mają już znaczenia. Gilbert ma swoją misję do wypełnienia i ufam, że będzie wypełniał ją tak długo, jak będzie to konieczne.
Aż umrą wszyscy, zrozumiał Ludwig i skinął lekko głową. A więc wie o machlojkach Gilberta, wie o przesuwaniu terminów i innych ustępstwach i wcale mu w pełni nie ufa.
– Jakie wyniki komisji by się satysfakcjonowały? – zapytał spokojnie, jakby chciał poznać jutrzejszą pogodę. Musiał wiedzieć, czy status quo zostanie zachowany, czy to prawda, że rządy z zagranicy biorą ten system za wzór…
– Nie wiem – Ferenc uśmiechnął się do niego wdzięcznie. – Chciałbym po prostu dostać szczegółowe raporty. Odpuszczono to sobie już dawno... Oczywiście nikogo nie winię – Machnął lekceważąco dłonią; obrączka na jego palcu odbiła blask słońca. – Ale uważam, że należy baczniej przypatrywać się ich kondycji, chociażby po to, by móc przewidywać rzeczy takie, jak śmierć tego tam…
– Mówisz o Feliksie Łukasiewiczu? – odgadł Ludwig, ledwo powstrzymując grymas niesmaku. Gdybyś tylko wiedział, Ferenc…
– Nie pomnę personaliów. Biuro było całkowicie nieprzygotowane, a to sprowadziło na nie sporo pracy. Rozumiesz, organizacja pogrzebu, sprzedaż niepotrzebnego mieszkania, całkowita zmiana grafiku wizytacji, wszystko na wczoraj… Przydałoby się nieco przeorganizować ten system, inaczej rozłożyć wydatki…
Wydatki, Ludwig zmarszczył brwi. Nie pomyślał o tym wcześniej, ale faktycznie, obecne bytowanie personifikacji musiało odbijać się na budżecie, a imperium szukało ostatnio oszczędności, czego przykładem była ta nieszczęsna ustawa podatkowa.
– Rozumiem, to generuje koszty – powiedział z zastanowieniem. – Utrzymanie mieszkań, ciągle wytwarzanie nowych dokumentów, rotacje pracowników w biurze i odpowiednio wysoka pensja, by nie wynosili sekretów do domu… Kontrola korespondencji pocztowej i e-postowej również pewnie swoje kosztuje.
– Właśnie, właśnie – Weigel pokiwał głową z zadowoleniem. – Cieszę się, że rozumiesz.
– Od zawsze podziwiałem cię za oszczędność, Ferenc – Ludwig spojrzał w okno ponad ramieniem führera. Popołudniowe słońce kładło się złotem i pomarańczą na Großer Platz, odbijało migotliwie w wodach fontanny Neptuna. – Zamierzasz więc… poczynić jakieś cięcia?
– Ludwigu, ja, w przeciwieństwie do człowieka, który stworzył ten kraj, nie jestem masowym mordercą – odparł z Weigel z rozbawieniem.
Niemcy poczuł, jak na niego policzki wkrada się rumieniec; najwidoczniej nie był zbyt subtelny.
– Nic takiego nie powiedziałem, mein führer...
– Nie martw się o nic – Uśmiech Ferenca nie sięgał oczu. – Jakieś zmiany pewnie poczynię, ale nie jestem w stanie nic ci o nich powiedzieć. Nie przed otrzymaniem raportów z komisji i ich analizą.
Eleganckie „odpieprz się już", ocenił Ludwig i skinął sztywno głową.
– Dziękuję za rozjaśnienie sytuacji – powiedział szczerze. – Jeśli jednak mogę poruszyć jeszcze inną kwestię...
– Mów, Ludwigu, tylko miej na uwadze, że Kathe za moment powinna wrócić. Mam umówioną rozmowę – Führer znacząco spojrzał na sprecher leżący na jednym z regałów.
Niemcy natychmiast zrozumiał, że lada moment będzie musiał opuścić gabinet. Ostatnia szansa, by dowiedzieć się czegoś o ewentualnej współpracy lub konflikcie.
– Czy polityka zagraniczna naszego kraju układa się dobrze? – zapytał, wpatrując się w oczy wodza. – Jestem ciekaw, ostatnio... nie miałem zbyt wiele czasu, by śledzić ją na bieżąco.
– Układa się wręcz doskonale – Ferenc również nie spuszczał z niego wzroku. – Działamy na rzecz poprawy stosunków z Ameryką, w przyszłym tygodniu mam spotkanie z hiszpańskim premierem... Koszmarny w obyciu człowiek, ale myślę, że wyniesiemy sporo z tej współpracy.
– A jak ma się sprawa z Rosją? – zapytał Ludwig, wiedząc, że stąpa po cienkim lodzie... A może nie? Ameryka, Hiszpania i Rosja zawsze zajmowały centralne miejsca w polityce Imperium, nic było niczym dziwnym, że o to pytał.
– Wznowiliśmy śledztwo co do Kurska – wyjaśnił uprzejmie Ferenc. – Wszystko idzie jak po maśle, Ludwigu, właściwie jeszcze nigdy nie mieliśmy tak dobrych stosunków z Moskwą.
Nim Ludwig zdążył otworzyć usta, rozdzwonił się sprecher; führer posłał mu przepraszające spojrzenie i wstał zza biurka, by sięgnąć po urządzenie. Niemcy podążył za nim wzrokiem; książki, segregatory, publikacje i obszerne atlasy geograficzne.
Geografia. Zasoby. Nagle poczuł gwałtowną potrzebę sprawdzenia, co dokładnie leży w ziemi na wschód od linii Wisły.
– Dziękuję za rozwianie moich wątpliwości – powiedział szybko, podnosząc się z fotela, gdy führer wziął do ręki urządzenie. – Nie będę zajmował ci już więcej czasu, do widzenia.
Nie lubił być okłamywany, a jeszcze bardziej nie lubił, gdy Łukasiewicz miał rację.
Tuluza – albo Tholosen, jak mówił znak przy wjeździe do miasta i mapa drogowa, którą Taurys studiował od niechcenia, by zająć czymś ręce – okazała się wyjątkowo ładnym miastem; Litwa oderwał oczy od papieru, by móc obserwować otoczenie przez okno samochodu.
Było coś niezwykle urokliwego w klasycystycznych kamieniczkach zbudowanych z cegły o różanym odcieniu; w dzielnicy, w której się znaleźli, ten kolor królował również na chodnikach.
Za kutymi bramami stały samochody, wzdłuż płotów rosły drzewka, dając schronienie przed popołudniowym już słońcem... Gdy wolno przejeżdżali przez wąziutką uliczkę, w oczy Litwy rzucił się piętrowy, niemalże całkowicie obrośnięty zielonym bluszczem domek, kulący się między wyższymi budynkami.
Chociaż architektura zupełnie się nie zgadzała, natychmiast pomyślał o domku w Itteville. Tam bluszcz wziął sobie w posiadanie jedną ścianę, a Taurys tylko udawał, że z nim walczy, tak naprawdę zadowolony z pnączy osłaniających okna sypialni, dających mu złudzenie prywatności.
Miał tam też mały, ogrodzony płotkiem ogródek pełen ziół, które hodował z pasją i troską – ciekawe, czy Nikolai o to dba, czy też wszystko to uschło… Znając go, pewnie to drugie, stwierdził i westchnął ciężko.
Jak tylko wrócą do domu, będzie musiał podlać rutę. Powinien kupić lepszą doniczkę, porządną ziemię, może jakąś odżywkę… Minęło dobrych kilka lat, odkąd przestał zajmować się roślinami, ale nie chciał, by prezent od Feliksa tak szybko obumarł.
Kiedyś zajmowanie się roślinami przynosiło mi sporą radość, pomyślał gorzko, ukradkiem spoglądając na Polskę. Odkąd wjechali do Tholosen, Feliks przestał się odzywać.
Potem relokowali mnie do Berlina, w mieszkaniu nie było balkonu, a mi przestało zależeć…
– To tutaj – powiedział nagle Gilbert, zwalniając i zjeżdżając na chodnik, by przepuścić jadące z naprzeciwka auto.
Litwa natychmiast wyrzucił z głowy wszelkie myśli o swoich dawnych zainteresowaniach i uniósł wzrok z lekką obawą.
Zadbana, nowsza kamienica, przed którą się znaleźli, wysoka na siedem pięter, nie wyróżniała się szczególnie na tle ulicy. Zadbana elewacja skrywała się za żywopłotem i kutą furtką, po której obu stronach rosły niezbyt wysokie drzewa o dużych, skórzastych liściach; Litwa nie znał kompletnie tego gatunku, chociaż kojarzył mu się mgliście z niewielkimi platanami.
– Tutaj? – zapytał cicho Feliks, wysiadając z auta i przystając przy furtce. Położył dłoń na klamce i spoglądał w górę, na trzecie piętro; jego jabłko Adama poruszyło się niespokojnie, gdy przełykał ślinę.
Widząc jego niepewność, Taurys nie był w stanie się powstrzymać; dotknął lekko jego ramienia i gdy Polska zwrócił ku niemu spojrzenie, słabym uniesieniem kącika ust dodał mu otuchy.
– Jest coś, o czym wam nie wspomniałem – rzucił nagle Gilbert, nie obdarzając Feliksa i Taurysa spojrzeniem. Szybkim, marszowym ruchem wyminął ich, otworzył furtkę zamaszyście, sprawiając, że Feliks odruchowo odskoczył, i wkroczył na chodnik. Nie mając innego wyjścia, podążyli za nim.
Prusy niewielkie schodki pokonał dwoma susami; przy drzwiach niemal zderzył się z jakimś mieszkańcem, barczystym mężczyzną prowadzącym na smyczy psa. Zwierzę na widok nieznajomych zaczęło machać szaleńczo ogonem i wyrywać się w ich stronę.
Ani Taurys, ani Feliks nie zdążyli zapytać, co Gilbert ma na myśli; ogromny dog obwąchał kolana Litwy i szczeknął mocnym basem, przez co Feliks automatycznie cofnął się o krok.
– Dobry piesek… – wymamrotał Feliks cicho.
– Przepraszam! – Właściciel spróbował odciągnąć zwierzę. – Rex, nie wolno pana... proszę się nie bać, on...
– Wszystko w porządku – Taurys uśmiechnął się lekko; pies nie zdradzał żadnych przejawów agresji, wręcz przeciwnie, z jego ruchów odczytywał jedynie ciekawość i ekscytację. – Czuje mojego kota, po prostu.
Mężczyzna lekko pokręcił głową i jeszcze raz przeprosił. Gdy zniknął za furtką, Gilbert odprowadził go wzrokiem i lekko zmarszczył brwi, mamrocząc coś pod nosem.
– O co ci chodziło? – zapytał Feliks pozornie spokojnym tonem, chociaż coś w jego oczach migotało w poruszeniu.
Nigdy nie bał się dużych psów, pomyślał nagle Litwa, przypatrując mu się badawczo i zauważając strach w rozszerzonych źrenicach. Zawsze tak bardzo lubił te wszystkie gończe charty i ogary, bawił się z nimi przed polowaniami…
– Zaraz – burknął tymczasem Prusy, naciskając klamkę. Drzwi były otwarte, weszli więc na skromną klatkę schodową i skierowali się do windy o oszklonych drzwiach. Odezwał się dopiero wtedy, gdy winda ruszyła w górę. – Wiecie, że ona się wciąż boi. To w niej siedzi i nie chce wyleźć, cokolwiek by nie mówiła.
Litwa skinął lekko głową, czując nieprzyjemny ucisk w żołądku. Polska lekko pobladł.
– Ale – kontynuował Prusy tym samym, ostrym tonem. – To mieszkanie, nawet jeśli należy do Rzeszy, jest jej twierdzą. Nigdy nie pozwalałem wchodzić chłopcom do środka, przeszukanie robiłem tylko ja, ostatnio Rod... no i ten chuj, Lefevre. Erzsi nie przyjmuje gości. Czuje się bezpieczna, gdy jest sama, tutaj – Winda zatrzymała się cicho na trzecim piętrze, a spojrzenie Gilberta świdrowało ich, sięgając do samego dna duszy. – Jak któryś z was zrobi coś głupiego albo coś głupiego powie... Polen, na ciebie patrzę...
– Przecież wiem – szepnął Feliks pokonanym tonem.
– Po prostu... – Gilbert wciągnął powietrze przez zęby, wychodząc z windy. Urwał, najwidoczniej nie mogąc znaleźć słów.
– Myślę – odezwał się bardzo cicho Taurys, nie patrząc na nikogo. – że rozumiemy, co chcesz powiedzieć.
Nie zniszczyć głupią odzywką poczucia bezpieczeństwa; nie wykonać żadnego gestu, którym Erzsébet mogłaby poczuć się zagrożona.
Taurys domyślał się, że będzie zirytowana tym traktowaniem, ale jednocześnie rozumiał, jak głęboko wewnątrz duszy siedzą lęki, których nie były w stanie odgonić nawet zdrowy rozsądek i zaufanie.
Przed oczami stanęło mu wspomnienie, nagłe jak postrzał; amerykańskie wybrzeże, wieczorny wiatr i rozbawiony własnym żartem Alfred, beztrosko, przyjaźnie poklepujący go po plecach, podczas gdy on zareagował czystą paniką, czując obce ręce na zasklepionych już bliznach.
Feliks przypatrywał mu się dziwnie, z emocjami kłębiącymi się za wiosenną zielenią jego oczu; ktoś, pewnie w czasie wojny albo tego tragicznego powstania, poszczuł go psami, zrozumiał nagle Litwa. Dlatego poczuł się tak nieswojo, ale teraz pewnie myśli już tylko o Erzsébet.
Jej rany były zbyt świeże, nie to, co ich.
Nagle zrozumiał, że ich trójka, stojąca bezradnie pośrodku opustoszałego, szarego korytarza, tuż przed drzwiami do mieszkania, ma dodatkową, trzecią misję.
– Idziemy – Feliks uśmiechnął się w końcu. – Nie każmy jej długo czekać – dodał ciszej, postępując o krok. Delikatnie zapukał w drzwi.
Litwa zerknął na Gilberta; ten zacisnął usta w wąską linię i wpatrywał się w nieruchomą klamkę; w miarę upływu sekund i w jego oczach zaczynał pojawiać się niepokój.
– Powinna... – zaczął Gilbert, ale właśnie w tej chwili klamka drgnęła.
Widząc radosny, chociaż nieco niepewny uśmiech Erzsébet, która cofnęła się, by wpuścić ich do środka, Taurys nagle pomyślał, że to próg ostatniego przyjaznego domu, jaki im pozostał.
W kuchni pachniało kwiatami; Taurys mimowolnie się uśmiechnął, widząc smukłe wazony z żółtymi jak słońce różami, nadające utrzymanemu w szarościach wnętrzu ciepłego kolorytu.
Nigdy nie przepadał za tym mdłym, słodkawym zapachem, ale obecność róż wydawała mu się tutaj wskazana; dodawały życia zarówno temu miejscu, jak i mieszkającej tu kobiecie, która właśnie przygotowywała im kolejną kawę.
Blaty, poza wyposażeniem kuchennym i kwiatami, pokryte były stosami maszynopisów, ręcznych notatek i druków; gdy wiedziony ciekawością Feliks wziął je do ręki, Węgry wyjaśniła, że zastali ją przy pracy.
– Nie miałem pojęcia, że tłumaczysz – odezwał się Litwa, patrząc na gruby plik papierów; każda kartka oznaczona była pieczątką ministerstwa kultury i departamentu kultury obcej. Jak głosiła notka przylepiona do pierwszej strony, był to wydruk powieści romantycznej. Nic więcej nie był w stanie się dowiedzieć; z językiem włoskim nigdy nie było mu po drodze.
Cokolwiek to było, uznał, obserwując, jak Feliks ukradkiem podczytuje fragmenty, musiało być na tyle przyzwoite i niegroźne, by przeszło przez imperialne biuro cenzurujące...
– Gilbert mi to kiedyś zasugerował – odparła Erzsébet, obracając głowę przez ramię, by zobaczyć, co tak zaintrygowało przyjaciela.
– Mamy w imperium bardzo niewielu tłumaczy – Prusy oderwał wzrok od okna; na parapecie przysiadła turkawka, której Gilbert przyglądał się z zainteresowaniem przez ostatnie kilka minut. Ptaszek zatrzepotał nakrapianymi skrzydłami i odleciał. – A ludziom trzeba czasem dać coś z zagranicy, dla świętego spokoju – dodał z przekąsem.
– Ta – mruknął Feliks, odrywając oczy od tekstu. Wyglądał na zawiedzionego. – Erzsi, ja to czytałem w oryginale. Wycięli najpikantniejsze sceny.
– Domyśliłam się – Węgry sięgnęła po czajnik, a para otuliła jej dłoń. Nie patrząc na gości, wlała wrzątek do kubków. Zapach kawy rozszedł się w powietrzu, gwałtownie przesłaniając sobą woń mdłą róż. – Mogę pracować w domu, wystarczy, że przyniosę wydawnictwu gotowe tłumaczenie raz na jakiś czas. Bardzo mi to odpowiada.
Gdy położyła przed nim kubek, Taurys uśmiechnął się do niej lekko; odpowiedziała podobnym grymasem.
– Z jakich języków tłumaczysz? – zapytał cicho.
– Głównie z włoskiego – wyjaśniła Erzsébet, siadając przy stole. Zacisnęła palce na swojej filiżance zdobionej kwiatowymi motywami tak mocno, aż pobielały. Taurys był w stanie uchwycić lekko drżący ton jej głosu, chociaż jej oczy pozostawały twarde. – Współczesne powieści, te, które zdobywają listy bestsellerów... Czasem trafi się coś... starego – dodała po chwili, jakby z wahaniem. – Po czesku, słowacku, polsku... Raz... raz trafiło się coś po węgiersku. Podobno... podobno długo szukali kogoś, kto... kto mógłby to przełożyć.
Taurys opuścił głowę, rozumiejąc nagle, co chciała im powiedzieć; chociaż niemieckie wydawnictwa szukały w zgliszczach starego świata czegoś, co mogło zostać odzyskane.
Przez chwilę czuł żal i tęsknotę; tyle litewskiej literatury poszło w ogień... Nikt nawet nie zadał sobie trudu, by przejrzeć książki, zachować to, co było wystarczająco bezpieczne dla nowego porządku.
Przynajmniej inne języki i kultury miały trochę więcej szczęścia, bo Taurys naprawdę wątpił, czy gdziekolwiek znalazły kopie książek, które leżały bezpiecznie na półce w jego salonie. Albo gniły zapomniane w jakichś piwnicach, albo już wszystkie rozwiały się w popiół…
– Robisz coś bardzo ważnego – odezwał się po chwili ciszy, która zapadła po jej słowach; Feliks opuścił głowę, odłożywszy pośpiesznie kartki na swoje miejsce.
Prusy odwrócił wzrok.
Węgry nie odpowiedziała; wpatrywała się w ciemną toń swojej kawy, jakby szukała w niej odpowiedzi. Taurys, nie mogąc znieść milczenia, sam przyłożył kubek do zaciśniętych warg; zapach kawy podrażnił jego nozdrza, przypomniał, że od wczorajszego przedpołudnia nie miał jej w ustach. Wypił duży łyk, chcąc załagodzić powracający ból głowy.
– Wszystko ustalone – odezwała się Węgry po chwili, znów skupiając na sobie uwagę pozostałych. – Jedyną osobą o pełnej swobodzie działania jesteś ty – Spojrzała na Feliksa, a ten pokiwał głową.
– Ty i Licia możecie działać tylko lokalnie – potwierdził Polska, gładząc palcem ucho własnego kubka. – Prusak...
– Ja – Gilbert swoim zwyczajem odchylił się na krześle. – Ja jestem w stanie poruszać się po imperium tak, jak dotychczas. Znajdę parę chwil, by załatwić sprawy w poszczególnych punktach, nim helikopter poleci dalej, ale potencjalne łamanie rozkazów, zniknięcie z radaru biura i rozpętywanie chaosu w całym kraju zostawiamy sobie na później, Erzsi.
Węgry uśmiechnęła się lekko, a potem znów spojrzała na Polskę.
– A więc jedziesz na wschód – stwierdziła dziwnym tonem. – Kiedy?
– Mniej więcej w połowie września. Musimy jeszcze ustalić kilka szczegółów…
– Jeśli o mnie chodzi, jestem gotowa do akcji – Węgry posłała ostre spojrzenie Gilbertowi, podkreślając ostatnie słowo.
Taurys uniósł głowę i zauważył, jak bardzo zbladła; jego dłoń zamarła na kubku.
– Do Lourdes jest na tyle blisko, że mogę jeździć tam często. Dajcie… dajcie mi namiary na tego Grisa, a ja… A Gilbert będzie odbierał ode mnie wszystko, co on mi przekaże.
Litwa skinął głową, dyskretnie przypatrując się Węgierce. Nie omylił się; jej twarz faktycznie nabrała bledszego odcienia, a w oczach coś zaczęło drżeć i się szklić, podczas gdy ona starała się mówić rzeczowo.
– Dopóki nie zostaniesz relokowana, już myślę, jak to... – zaczął Gilbert.
– Nie – Erzsébet wciągnęła powietrze przez zęby. Feliks wyprostował się sztywno na swoim krześle, jakby i on zorientował się, że coś jest nie tak. Węgry zaciskała swoją dłoń na filiżance tak mocno, jakby jej twarda stałość trzymała ją przy rzeczywistości. – Nie bierz się za to, Gilbert. Zabraniam ci.
– Erzsi! – Prusy syknął cicho. – Oni lada moment…
– Nie przyjdą tu – wydusiła z siebie Węgry. – A ty jesteś na cenzurowanym. Nie ryzykuj. Ja dam sobie radę, ja…
– Erzsébet – odezwał się Litwa bardzo cicho, najłagodniejszym tonem, jaki tylko był w stanie z siebie wydobyć. – Chcesz, żebyśmy... zostawili cię na moment samą? Możemy wyjść w każdej chwili. Tylko powiedz.
Węgry zamrugała gwałtownie, odwróciła od nich głowę. Taurys bardzo nie chciał teraz patrzeć na skamieniałą twarz Feliksa, gdy ten odruchowo wyciągnął dłoń w jej kierunku, ale w porę cofnął gest.
Nasza obecność, pomyślał gorzko Litwa. Siedzimy tu już prawie godzinę, nic dziwnego, że nie czuje się komfortowo.
– Dziękuję – odezwała się po chwili, unosząc głowę, głosem pełnym łez, których jednak nie było w jej spojrzeniu. – Ale... ale zostańcie. Ja nie mogę tak dłużej żyć. Muszę... muszę przestać się bać innych… To... to takie idiotyczne – wydusiła z siebie. – że... że znam was i wam ufam, a...
Nie dokończyła; Prusy, w zaskakującym dla siebie milczeniu, wyciągnął coś z kieszeni spodni.
– Trzymaj – odezwał się sucho. – To od Roda. Chciał ci to podarować osobiście jako spóźniony prezent urodzinowy, ale stchórzył i dał mi do przekazania. Pieprzony paniczyk, znowu zrobił sobie ze mnie posłańca.
Ze zdumieniem spojrzeli na podłużne pudełko, w którym musiało znajdować się wieczne pióro. Węgry wzięła głęboki, drżący oddech i skinęła głową.
– Jeśli śliczne – powiedziała cicho, przetaczając w palcach eleganckie, złocone pióro. – Podziękuję mu jutro… Będzie tutaj, prawda?
– Drugi tydzień zastępstwa – Gilbert pokiwał głową. – Jeszcze, o dziwo, nic nie spieprzył.
– Kochające kuzynostwo – mruknął Feliks, wywracając teatralnie oczyma.
– Mam za wielką rodzinę, by ich wszystkich lubić – prychnął Prusy, znów odchylając się na krześle.
Węgry uniosła kącik ust w bladziutkim uśmieszku; atmosfera jakby nieco zelżała.
– A ty? – zapytała Taurysa. – Jaką ty masz rolę?
– Odpowiadam za komunikację między nami i zagranicą oraz za wszelkie informacje, które zbierzemy – wyjaśnił Litwa, spoglądając na leżące pośrodku stołu sprechery. Obok leżała kartka z numerami, których Erzsébet miała nauczyć się na pamięć. – Jestem w stanie zrobić też coś na miejscu, w Berlinie, poza godzinami mojej pracy. Nie mogę wzbudzać podejrzeń biura, nie teraz.
– Oczywiście... – mruknęła Węgry. – Mówiliście o tym służbiście... Był tu, sukinsyn...
– Nie przypominaj mi – burknął Gilbert z wyraźną odrazą w głosie. – Ja musiałem bujać się z tym typkiem przez tydzień. Mało brakowało, a udusiłbym go własnymi rękami.
– Jesteś pewny, że nie stanowili zagrożenia? – Litwa zwrócił się do Prus.
– To malutka płoteczka – prychnął Gilbert. – Chce mnie po prostu wygryźć, bo nie wie, kim jestem, a jemu się wydaje, że przepisy są największą świętością. W końcu da sobie spokój, jak zobaczy, że nic nie ugra. To nie Lefevre mnie teraz martwi.
– Komisja – Polska założył ręce na piersi. – Erzsi, Prusak może... – zaczął z głosem pełnym wątpliwości, ale kobieta pokręciła głową.
– W to też zakazuję wam ingerować – powiedziała, brzmiąc, jakby coś trzymało ją za gardło. – Zbyt dużo podejrzanych akcji w krótkim czasie…
– Ale...
– Nie ma żadnego „ale" – Węgry spiorunowała ich spojrzeniem; Prusy syknął przez zęby, a Feliks opuścił ramiona. Zaraz potem jej głos złagodniał. – Zróbcie to dla mnie, chłopcy. To tylko… wizyta u lekarza. Obejrzą... obejrzą mnie i napiszą raport. Wrócę do domu i będzie po wszystkim.
Brzmiała, jakby rozpaczliwie próbowała przekonać samą siebie; Taurys skinął głową, akceptując jej decyzję. Po krótkiej chwili, wymieniwszy spojrzenia, Polska i Prusy poszli w jego ślady.
– Wiem, że chcecie mnie chronić, chłopcy – szepnęła Węgry bardzo cicho, unosząc oczy. Uśmiechnęła się do nich ciepło. – I jestem wam bardzo wdzięczna, ale ja... ja muszę zacząć żyć normalnie.
Zapadła ciężka cisza; normalnie, pomyślał Litwa. Co to w ogóle znaczy dla ich gatunku, żyć normalnie?
– Będziemy w kontakcie – powiedział cicho Feliks. – Dzwoń. Sprechery są bezpieczne – Gdy Węgry przytaknęła, uśmiechnął się bez wesołości i lekkim szarpnięciem głowy wskazał korytarz. – Mogę cię prosić, Erzsi? Na minutkę.
Erzsébet uśmiechnęła się z wyraźnym wysiłkiem i uniosła się z krzesła; Gilbert przesunął się, by ją przepuścić.
– Jest uparta bardziej niż Polen – mruknął pod nosem. – Dobrali się jak w korcu maku…
Litwa skierował wzrok na wazon pełen kwiatów; ich złote płatki przypominały mu o pozostawionej w domu rucie.
– Podobieństwa się podobno przyciągają – odezwał się cicho, zerkając na dwójkę, która właśnie opuściła kuchnię.
Feliks, uważając, by jej nie dotknąć w wąskim korytarzu, mówił do Erzsébet cicho, trzymając w dłoniach czarny, znajomy kształt.
Nie chciał podsłuchiwać; smutny, ale pełen zaciętości szept Polski, podającego Węgrom colta i naboje, i tak dotarł do jego uszu.
– Nie pozwolę, by którykolwiek z moich przyjaciół był jeszcze kiedykolwiek bezbronny. Wiesz, jak tego używać, Erzsi.
Po plecach Taurysa przeszedł dreszcz; sięgnął do kubka i wypił pozostałości swojej kawy jednym dużym łykiem.
– Nie gorzej niż przeciwieństwa.
Słysząc ten ironiczny komentarz, Litwa natychmiast wrócił wzrokiem do Gilberta. Ten właśnie wstawał od stołu, opierając dłonie o blat. Na jego twarzy pojawiła się nieprzenikniona maska, podkreślając podobieństwo jego rysów do twarzy młodszego brata.
– Widzimy się rano przy aucie, turkaweczki. Ja idę się urżnąć.
Hotelowa łazienka utrzymana była w przyjemnej czystości, podobnie jak cały przybytek; Taurys bez większych obaw zdjął buty i chodził boso po chłodnych płytkach podłogi. Z ulgą wziął prysznic i przebrał się w zapasowe ubrania, w myślach szacując czas.
Od rozpoczęcia wyjazdu minęła już doba; planowali wyjechać z Tuluzy o czwartej rano, by wrócić do Berlina na dwudziestą drugą. W ten sposób, uznał Litwa, sięgając po grzebień, przekroczyłby umówioną granicę czasu podróży, której nie musiał meldować w biurze, o zaledwie kilka godzin.
Mogli, co prawda, zarzucić pomysł noclegu i jechać tak, jak wcześniej, zmieniając się co parę godzin, ale Taurys nie ufałby sobie i szybkości swoich reakcji, gdyby miał zasiąść za kółkiem od razu po opuszczeniu mieszkania Erzsébet. Zdecydowanie zbyt długo nie jeździł na długie dystanse – trasa w pierwszą stronę dała mu w kość.
Feliks i Gilbert też zasługiwali na odpoczynek inny niż niewygodny sen na tyłach auta, a biorąc pod uwagę, że oficjalnie mieszkał sam i na ogół nie utrzymywał kontaktów z sąsiadami, nikt nie był w stanie potwierdzić, kiedy dokładnie wyjechał...
Zerknął w lustro dość niechętnie, ale oświetlenie w hotelowej łazience musiało być lepsze niż w jego własnej, bo jego karnacja wydała mu się nieco mniej szara. Pociemniałe od wody włosy, opadające bez ładu i składu na ramiona, też jakby wyglądały trochę lepiej; z ciekawością zerknął na dozownik szamponu przymocowany do ściany kabiny prysznicowej.
Potem przeniósł wzrok na parapet.
Tam, pozostawione przypadkiem przez innego mieszkańca, leżały przybory toaletowe, których Taurys nie zamierzał dotykać – nie należały w końcu do niego. Pośród kremów i kosmetyków leżała zgrabna buteleczka perfum, a ich woń o wyraźnej, jabłkowej nucie unosiła się w pomieszczeniu przez cały czas.
Taurys, z przyzwyczajenia, nosił do pracy jakiś zapach, który kiedyś kupiła mu Annika, ale teraz wpadło mu do głowy, że może powinien wybrać się do drogerii. Podobał mu się ten zapach; kojarzył z rozgrzanym słońcem, wiejskim sadem i słodyczą owoców na wargach.
I szampon też pachniał ładnie; lasem.
– Niech cię – wyszeptał, gdy zdał sobie sprawę, dlaczego o tym pomyślał; rumieniec pojawił się na jego policzkach i Taurys był pewny, że to wcale nie wina gorącego jak diabli prysznica, który właśnie wziął, mimo upału za oknem. – Najpierw garderoba, a teraz...
I jak mógł nie mówić, że Feliks Łukasiewicz nie wywracał mu życia do góry nogami, skoro właśnie zastanawiał się nad kupnem lepszych perfum i może zadbaniem o siebie nieco bardziej?
Zwłaszcza, że była niedziela, mieli kilka godzin wolnego i Taurysowi, co wprawiało go w niezwykłe zakłopotanie, coraz trudniej było nie myśleć o tym wieczorze jak o...
Nie, to nie jest randka, powiedział sobie stanowczo, ostatni raz przeciągając grzebieniem po włosach. Z lustra spojrzało na niego własne skołowane odbicie. Idziecie się przejść do parku obok i coś zjeść... we dwóch. Tak jak ostatniej niedzieli, spędzić czas we dwóch i nie myśleć o...
Cholera jasna, nawet Prusy, z jego subtelnością rozpędzonego czołgu, wiedział, że to randka i bawił się doskonale ich kosztem, rzucając niewybredne aluzje o gołąbeczkach, turkaweczkach i innych gatunkach ptasiego tałałajstwa.
Litwa zobaczył, jak czerwieni się jeszcze mocniej i odwrócił wzrok od lustra; na jego wargach zatańczył nieśmiały uśmiech.
Jeśli Feliks będzie chciał nazwać to randką, będzie to randka, postanowił, chociaż brzmienie tego słowa wydawało mu się dziwne, obce. Jakby to było po…?
Zdał sobie sprawę, że stoi nieruchomo pośrodku łazienki, przymykając oczy. Rzadko używał tego słowa, nawet we starym świecie… Czy Alfred kiedyś go o to nie pytał?
Zacisnął powieki; zapach morskiej bryzy i hałas plaży, Ameryka zasypujący go pytaniami na temat starej Europy, jego kraju, jego języka i jego przeszłości. Łatwiej było skojarzyć słowa ze wspomnieniami, niż szukać ich w odmętach własnej głowy, zwłaszcza, że dzisiaj często wspominał swój pobyt w Nowym Świecie.
Tym razem na pewno nie spyta Gilberta, Prusy miałby używanie przez najbliższy miesiąc...
– Pasimatymas – wyszeptał Taurys, a potem uśmiechnął się lekko i powtórzył słowo kilka razy, smakując jego brzmienie i poprawiając swój akcent.
Potem, zmieszany, potrząsnął głową; nie czas na to, miał jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.
Założył buty, złapał za wilgotne ręczniki oraz swoje własne przybory i wyszedł z łazienki. Przemierzył pokryty dywanem korytarz, a gdy otwierał kluczem drzwi do swojego pokoju, zauważył, jak z łazienki wyślizguje się jakiś obcy mężczyzna, trzymając kurczowo kosmetyczkę. Taurys uśmiechnął się kącikiem ust i pchnął drzwi.
W pokoju panował lekki zaduch; Litwa odłożył utensylia do bagażu, rozwiesił ręcznik na kaloryferze, a potem otworzył okno.
Przez krótką chwilę chłonął wzrokiem widok; po drugiej stronie ulicy pełnej budynków z czerwonawej cegły, za kutym parkanem, rozpościerał się niewielki skwer o okrągłym kształcie, stanowiący część pobliskiego parku miejskiego. Za koronami drzew Litwa mógł dostrzec zarys urokliwego, klasycystycznego pałacyku.
Jeśli wierzyć ulotkom, które leżały luzem na stoliku, obecnie należał do armii, chociaż bywał otwarty dla zwiedzających – niestety, wyglądało na to, że nie zdążą go obejrzeć przed zamknięciem.
Będzie musiał wystarczyć im park, potem może pójdą coś zjeść… Ale najpierw praca.
A propos pracy, wrzesień zbliżał się wielkimi krokami i musiał w końcu pomyśleć o szkole. Zajrzeć na stronę netzwerkową ministerstwa i placówki, zanotował sobie w myślach, wyciągając z bagażu dokumenty.
Wątpił, czy zaszły jakieś zmiany w programie nauczania muzyki, ale musiał być na bieżąco. Do tego, będzie musiał poświęcić parę wieczorów na przejrzenie konspektów lekcji, w szczególności dla młodszych roczników... Może będzie trzeba napisać coś nowego, a już na pewno Taurys będzie musiał odświeżyć sobie nuty tych utworów, których nie grał poza lekcjami...
Uniósł kącik warg w gorzkim uśmiechu; w końcu, Rzesza musiała dbać o to, by każdy obywatel znał jej hymn, prawda?
Odkąd uczył, lekcje dla szkoły ponadpodstawowej zawsze wyglądały niemalże tak samo; gdy wystraszeni zmianą placówki dwunastolatkowie przekraczali próg jego klasy, spokojnie wprowadzał ich do muzyki klasyków, oczywiście tylko tych, o których Rzesza pozwalała pamiętać. Kolejne lata obejmowały dalsze wieki i dziesięciolecia, a dyrektor jego szkoły zawsze chciał, by Taurys kładł nacisk na muzykę lat czterdziestych i pięćdziesiątych, wzniosłą, pełną wezwań do szlachetnej walki i zaszytych nut nacjonalizmu, muzykę nowego świata.
Gdy mógł, przemycał coś jeszcze, drobiazgi ze starego świata, często nie podając autorów, ale wiedział, że świata nie zmieni – w wieku lat dziewiętnastu młody człowiek opuszczał jego klasę, posiadając nie tylko teoretyczną wiedzę, ale umiejąc również zagrać Auferstanden aus Ruinen i kilku innych ważnych politycznie utworów.
Taurys nigdy nikogo nie zmuszał do gry, chyba że musiał wystawić oceny z praktycznej części przedmiotu; czasem wychwytywał zaciekawione oczy i palce chętne do tańca na klawiszach i wówczas cicho zachęcał do ćwiczeń, niejednokrotnie zostając dla tych młodych po godzinach.
Ciekawe, co u Uschi, pomyślał nagle, a jego dłonie, porządkujące notatki, znieruchomiały. Poczuł, że powinien zacząć baczniej obserwować to dziecko; nie podobał mu się jej ojciec, miał coś nieprzyjemnie lodowatego w oczach, co podświadomie kazało trzymać się Taurysowi z daleka. Ale co ja mogę...
Litwa zerknął na notatki. Zajmij się planem, powiedział sobie, sięgając po długopis. Są dwie rzeczy, które musisz zrobić przed wyjściem – spojrzał na zegarek na ścianie, wskazujący piątą po południu i skinął do siebie głową. Zacznijmy od prostszej... Zawiesił długopis nad czystą kartką, zastanawiając się nad tym, co powinien napisać.
Póki biuro miało w posiadaniu zapasowy klucz, istniało nikłe ryzyko, że po niego sięgną. Chociaż mieszkanie nie należało do niego, miał obowiązek dbać o wszelkie naprawy i sprawy z nim związane – Litwa wiedział, że o ile malowanie ścian mógł robić do woli, tak ingerencję w zamki musiał zgłosić.
Ja, Taurys Lauriaitis, zamieszkały przy Viktoriastraße 49, numer karty obywatela 717103110/M, informuję, że w obecnie powierzonym mi mieszkaniu pod adresem wyżej wymienionym wymieniłem zamek w drzwiach wejściowych. Zmiana umotywowana jest uszkodzeniem dotychczasowego zamka przy próbie włamania. Proszę o przekazanie tej informacji odpowiedniemu działowi. Z poważaniem...
Taurys trzy razy upewnił się, że poza błędem w nazwisku – ten pomysł podsunęła mu szkoła – w jego numerze identyfikacyjnym jest pomyłka.
Tyle wystarczy, stwierdził, czytając krótką notkę, by Urząd Miejski natychmiast odrzucił wniosek i przysłał mu odpowiednie zawiadomienie. W urzędach zawsze był za wielki bałagan i za mało rąk do pracy, by ktoś poświęcił błędnemu wnioskowi więcej niż jedną myśl. Najwidoczniej biurokratyczny chaos był wpisany w istnienie pięciusetmilionowego państwa...
Uśmiechnął się do swoich myśli, gdy zdał sobie sprawę, jak bardzo niegdyś próbował go opanować, biegając z naręczem papierów po pokojach, nim w końcu zdał sobie sprawę, że jako podrzędny urzędnik nie jest w stanie niczego zmienić.
– Zawsze kazali nam pisać do urzędu, nie bezpośrednio do biura – mruknął do siebie, próbując przypomnieć sobie adres. Bezskutecznie; będzie poszukać starych kopert po powrocie. – Więc zostanie odrzucony, nim dojdzie do odpowiednich ludzi, co nam kupi trochę czasu... Mam nadzieję.
O kwestię zaginionej odpowiedzi miał zadbać Feliks, a więc swoją część roboty Taurys już wykonał – teraz tylko przepisać to na czysto. Postanawiając zająć się tym w domu, Litwa westchnął lekko i sięgnął po notatki.
Czas przekazać informacje, pomyślał, kartkując dokumenty, rozczytując szyfry i układając w myślach raport. Ma być krótko i zwięźle, Gris nie może zbyt długo czaić się pod hiszpańską granicą z krótkofalówką…
Zmusił się do myślenia o formie wiadomości, a nie jej treści, podczas gdy czytał kolejne zaszyfrowane bolesne spostrzeżenia na temat stanu personifikacji. Bez emocji. Potraktuj to jak telegraf...
Długopisem zaczął nieśpiesznie stawiać kropki i kreski na czystej kartce; gdy skończył formułować wiadomość, w pokoju było już prawie ciemno, więc wstał i włączył światło.
Potem, z mocno bijącym sercem, Litwa opadł z powrotem na krzesło, wyjął z kieszeni sprecher i wybrał numer. Czekając na połączenie, Taurys zwilżył usta, przesunąwszy po nich językiem; raz, drugi, trzeci.
Przed oczami znów stanęły mu litewskie lasy – w nozdrzach poczuł woń ziemi, drzew i grzybów – a następnie odbudowane Kowno, w którym szukał swojego Łabędzia.
Oparłszy łokieć o blat, przysunął sprecher do warg. Krótki dźwięk dobiegający z głośnika urządzenia dał mu do zrozumienia, że kontakt został nawiązany.
Długi, cichy gwizd. Krótki. Długi i znów krótki. Litwa wziął głębszy oddech i po krótkiej ciszy, wpatrując się w znaki na papierze, zaczął przemieniać je w dźwięk za pomocą własnych ust.
Kilka minut później wiadomość została nadana; w pokoju zapadła cisza, a Litwa, czując suchość w ustach, odetchnął z ulgą. Gotowe.
Starając się wyrzucić całą sprawę z umysłu – w końcu była niedziela – odłożył dokumenty do torby, usiadł na łóżku, odetchnął kilka razy i skupił się na własnym oddechu. Raz, dwa... Vienas, du, trys... I jeszcze raz, vienas, du, trys, keturi... Colt ciążył mu w kieszeni.
Nie jesteś bezbronny, Lit... Lietuva. Cokolwiek się wydarzy, starał się przekonać samego siebie, dasz sobie radę. Nie jesteś w tym sam.
Przed oczami stanęło mu zdeterminowane spojrzenie Erzsébet, niemalże usłyszał niecierpliwe stukanie palców Gilberta o stół. Wzrok Feliksa był pewny, a w źrenicach tańczyły znajome, podekscytowane iskierki.
Unosząc powieki, mimowolnie się uśmiechnął. Z hotelu wyszedł z zaskakująco lekkim sercem; ciepły, przyjemny wiaterek uderzył w niego, gdy stanął pod kamieniczką, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu Feliksa; ustalili, że będzie kręcił się w pobliżu parku. Przechodząca kobieta obdarzyła jego koszulę – jedną z tych, które kupił w KaDeWe, tą śliwkową, lepszego gatunku – łaskawym spojrzeniem i ku jego zdumieniu, uśmiechnęła się ku niemu znacząco.
– Spóźnia się na randkę? – zachichotała i zniknęła za rogiem, nim zdążył się odezwać.
Westchnął ciężko, czując rumieńce zmieszania powracające na jego policzki. Ruszył w kierunku najbliższego przejścia dla pieszych, widząc kątem oka kładkę zawieszoną ponad jezdnią jakieś sto metrów dalej, prowadzącą do większej części parku. Skinął głową w podziękowaniu kierowcy, który przepuścił do na pasach, a potem prześlizgnął się między skrzydłami kutej bramy. Pod stopami zaszemrały mu małe kamyczki.
Pasimatymas, oczywiście; szybkie zerknięcie na zegarek upewniło Taurysa, że była już prawie dziesiąta wieczorem. Park pogrążył się w półmroku rozświetlanym złotym, ciepłym blaskiem lamp. Ludzie spacerowali spokojnie dwójkami, rozmawiając ze sobą szeptem, a w głębi skwerku szumiała fontanna. Iglaste drzewa zamiatały ciężkimi gałęziami po ziemi, a po niewzruszonych twarzach kamiennych rzeźb tańczyły ich cienie i światło odbite od księżyca; trzecia kwadra ledwie była widoczna na rozjaśnionym, miejskim niebie.
Chociaż z ulicy wciąż dochodził szum samochodów, Taurys z miejsca poczuł, jak ogarnia go spokój. Usiadł na ławce i wciągnął w płuca zapach igliwia.
– Cześć, Licia – Feliks usiadł obok niego kilka minut później. – Jak hotel, znośny? – spytał, szarpnięciem głowy wskazując ulicę.
– Całkiem w porządku, a twój?
Polska roześmiał się i wyciągnął przed siebie nogi.
– Trafili mi się sąsiedzi z piekła rodem – odparł, a jego oczy błyszczały. – Trzy razy namawiali mnie na to, bym dołączył do imprezy.
Litwa nie mógł się nie uśmiechnąć.
– Nigdy nie trzeba było cię namawiać – zauważył z rozbawieniem.
– Gdyby okoliczności były inne... – Feliks rozłożył ręce, a potem westchnął; wesołość zniknęła z jego twarzy. – Wiesz, Licia, boję się o nią – szepnął cicho, opuszczając głowę.
– Wiem – Taurys westchnął. – Ale myślę… – zawahał się, wracając do dzisiejszego spotkania. Węgry pożegnała ich z uśmiechem, wciąż jednak trzymała się na dystans, a w jej oczach można było dostrzec mimowolną ulgę. – Że... że jedyny sposób, w jaki możemy jej pomóc, to traktować ją normalnie, tak jak prosiła.
– Myślisz? – Feliks opuścił głowę. – Ta pieprzona komisja... Niby nic wielkiego, ale...
Na samą myśl Litwie zrobiło się niedobrze, ale nic odpowiedział.
– Wiem, Licia – jęknął nagle Polska, brzmiąc całkowicie bezradnie. – Znam ją. Nienawidzi, gdy ktoś traktuje ją, jakby była szklaną figurką, zawsze taka była, ale... ale to moja przyjaciółka i jak tylko pomyślę... To boli, Licia, to cholernie boli, gdy się wie... wie, że ktoś skrzywdził kogoś, na kim ci zależy. Ona, twoje blizny...
Taurys zacisnął mocno palce na krawędzi ławki.
– Jakoś... jakoś sobie z tym poradziłem. Przez większość czasu nawet o nich nie myślę – przyznał. – Dla Erzsébet wszystko jest jeszcze świeże, ale mam nadzieję, że... że w miarę upływu czasu uda się jej... przezwyciężyć to i wrócić do równowagi. A teraz… teraz ma z nami stały kontakt, nie jest już sama. Mam nadzieję, że… że będzie lepiej.
– Ja też... Pobyt w Stanach ci pomógł? – zapytał cicho Feliks. – Alfred zawsze ciepło o tobie mówił.
Po raz kolejny tego dnia Taurys sięgnął pamięcią do tamtych miesięcy. Uśmiechnął się smutno, widząc przed oczami roześmianą twarz Ameryki i zaskakująco nieśmiałe pytanie kryjące się w głębi jego radosnych oczu.
– Spędziłem z nim trochę czasu, to miły chłopak – odparł spokojnie, wpatrując się w parkową alejkę. Ameryka miał w sobie energię, której im, krajom starej Europy, dawno już zabrakło, siłę i chęć do działania. Będąc obok, Litwa niejako z niego ją czerpał, entuzjazm Alfreda dotyczący wszystkiego wokół pomagał mu dojść do ładu z samym sobą. – Przyjaciel u boku, zmiana otoczenia, nowe obowiązki... To chyba było to.
Poczuł, jak jego palce, bielejące od uścisku, rozplątują inne; Feliks przysunął się ku niemu. Rumieniąc się gwałtownie, Taurys wciągnął powietrze, a jego nozdrza otulił znajomy, jabłkowy zapach.
Zbiegi okoliczności naprawdę bywały czasem zadziwiające – Polska musiał nawiedzić swoją osobą drogerię i wybrać akurat ten zapach, który tak Litwie się dzisiaj spodobał; Taurys jęknął w myślach, bo wyglądało na to, że los uwielbiał sobie robić z niego żarty.
– To co? – zapytał cicho Feliks. – Po drugiej stronie tego parku tam – Wskazał niedbałym ruchem drugiej dłoni kładkę nad ulicą. – Jest całkiem nieźle wyglądająca restauracja. Co ty na to? Bo ja jestem głodny jak wilk.
Litwa uśmiechnął się szeroko. Oczy Polski jaśniały jak szmaragdy Korony Chrobrego; w Taurysa nagle uderzyło stare wspomnienie znacznie młodszego Feliksa, ze śmiechem przymierzającego ciężkie insygnium pośrodku wawelskiego skarbca, w zamku, który już nie istniał, a na którego ruinach zakwitły nowoczesne budynki Neukrakau.
– Idźmy – szepnął. – Ale następnym razem, gdy będziemy w Tuluzie, zabierzmy Erzsébet ze sobą.
Feliks zachichotał.
– Koniecznie.
Ruszyli spokojnym krokiem przez park; niedzielny wieczór pachniał igliwiem.
Tuluza - miejscowość i gmina we Francji, stolica regionu Oksytania, w departamencie Górna Garonna. Położone jest nad rzeką Garonną. Tuluza zwana jest różowym miastem (la ville rose) z powodu charakterystycznej lekko różowej cegły widocznej na elewacjach wielu budynków miasta. Za wzór okolicy hotelu posłużyła mi dzielnica Le Busca.
Co do wesołej gromadki braci Gilberta i Ludwiga - gdzieś tam są, siedzą na spokojnej emeryturze i raczej się tu nie pojawią.
Pasimatymas - randka.
W roli hymnu państwowego wykorzystałam Auferstanden aus Ruinen, czyli hymn Niemieckiej Republiki Demokratycznej - uznałam, że po drobnych przeróbkach będzie pasował do aktualnej narracji Imperium, czyli "nasi poprzednicy popełnili ogromne błędy, ale by je naprawiliśmy, zjednoczyliśmy ludzi i stworzyliśmy cudowny świat".
Korona Chrobrego, Korona Uprzywilejowana – najważniejsze insygnium koronacyjne królów polskich. Według Długosza, podarowana Bolesławowi Chrobremu przez cesarza Ottona, w rzeczywistości stworzona na koronację Władysława I Łokietka. Po koronacji Łokietka, a następnie Kazimierza Wielkiego, korona ta została wywieziona na Węgry przez Ludwika Węgierskiego, aby nie posłużyła do koronacji osoby niebędącej jego potomkiem. Korona i berło zostały następnie zwrócone Władysławowi Jagielle przez cesarza Zygmunta Luksemburskiego i uroczyście sprowadzone na Wawel. Nastąpiło to już po koronacji Jagiełły, dla którego musiano wykonać nową koronę. Korona Chrobrego została zrabowana w październiku 1795 roku przez wycofujących się z Krakowa żołnierzy armii pruskiej. Przekazana królowi pruskiemu, Fryderykowi Wilhelmowi II znajdowała się w berlińskim skarbcu Hohenzollernów. W 1809 roku Fryderyk Wilhelm III mający kłopoty finansowe po klęsce Prus w wojnach napoleońskich nakazał jej rozebranie i przetopienie. W 1811 roku z pozyskanego z Korony Chrobrego złota wybito monety, a kamienie szlachetne sprzedano. Wkurw Felka musiał być niesamowity.
Długo kazałam wam czekać, ale jest ;) Stawiam piwo/inny napój temu, kto odgadnie nawiązanie z tytułu :D
