Tytuł: Jak wymusić zachowanie tajemnicy

Oryginalny tytuł: How to Enforce Secrecy

Autor: Only_1_Truth

Zgoda na tłumaczenie: Jest

Tłumaczenie: Lampira7

Beta: Tazkiel

Link: /works/6803641

Trójka to grupa część szósta: Jak wymusić zachowanie tajemnicy

Alarm Q włączył się i w pierwszej kolejności nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego go ustawił , biorąc pod uwagę poprzednią noc. Oczywiście, żeby być uczciwym, poprzednia noc była czymś w rodzaju szalonego snu, który zwykle osiągało się jedynie dzięki nielegalnym narkotykom, ale kiedy Q obrócił się, bóle, które sprawiły, że zasyczał i przeklinał, były całkowicie realne. Alarm w jego telefonie ciągle ćwierkał, więc z grymasem podniósł się na łokciach - wystarczająco, aby złapać obraźliwy element technologii i przyciągnąć go w zasięg swoich krótkowzrocznych oczu.

Przypomnienie: Rozmowa kwalifikacyjna, 7 rano - migało na ekranie, jak radosne przypomnienie nadchodzącej zagłady.

Cholera!

Zapominając, że prawie połowę zeszłej nocy spędził biegając po mieście z Jamesem i Alekiem, grając z nimi w szpiegowskie gry (dosłownie), Q zrzucił koce, a następnie wyskoczył z łóżka. Miał zaledwie godzinę na wzięcie prysznica, ubranie się i dotarcie do centrum na rozmowę kwalifikacyjną w warsztacie naprawy elektroniki. Dorywcze naprawianie komputerów było świetne, ale jeśli nawet obciążałby Bonda i Aleca podwójnie za całą pracę, którą wykonywał tylko dla nich, to i tak zarobiłby więcej pieniędzy w prawdziwej pracy - co oznaczało, że musiał się teraz pośpieszyć. Miał ustawiony wcześniejszy alarm, ale najwyraźniej przespał go.

Zataczając się i rozbierając, gdy szedł pod prysznic (świadomy, że jego współlokator znów był w mieście, miejmy nadzieję, że tym razem nie miał kontaktów z handlarzami narkotyków), Q nie mógł powstrzymać się od przeglądania w głowie wspomnień z poprzedniego wieczoru i odczuwania z tego powodu dreszczyku emocji. Właściwie grał w grę typu "zdobądź flagę"... z osobami szkolącymi się na szpiegów MI6. I wygrał! Z dużą pomocą zarówno odurzonego Aleca, jak i telepatycznie poprawiającego się Jamesa, Q przechylił szanse na korzyść swojego zespołu. Jednak negatywną stroną tego były paskudne siniaki na całym lewym ramieniu od pułapki, której uniknął i rana szarpana na dłoni, która pulsowała i bolała teraz zaciekle, gdy był wystarczająco obudzony, aby to zauważyć. Ostrożnie odwijając bandaże, Q syknął bardzo kocim tonem, po czym spojrzał z niepokojem na swoją skórę. Była opuchnięta i zaczerwieniona, ale nacięcie od szkła było w większości zamknięte. Umył ranę najlepiej jak potrafił pod prysznicem, dezynfekując ją i oddychając przy tym ostro i boleśnie. Zanotował sobie w pamięci, żeby w drodze do domu zatrzymać się w klinice, żeby lekarze odpowiednio zajęli się raną. Na razie zabandażował starannie dłoń i założył ubranie. Ledwo zdołał osuszyć włosy ręcznikiem, zanim chwycił swoją torbę i wybiegł przez drzwi.

Wbiegając na chodnik w świeże powietrze poranka, Q nie zwrócił żadnej uwagi na niepozorny czarny samochód zaparkowany przed jego budynkiem. Zauważyłby dwóch mężczyzn w garniturach, którzy wysiedli z niego kilka sekund po jego pojawieniu się na zewnątrz, gdyby w tym samym momencie nie zdał sobie sprawy, że zapomniał wziąć swojego telefonu z szafki nocnej. Z opuszczoną głową, sprawdzając kieszenie, Q odwrócił się szybko, aby wrócić do środka, przeklinając swoje zapominalstwo.

— Quincy Boothroyd?

Surowy ton był zaskakujący, nawet bardziej niż imię, ponieważ Q szczerze mówiąc nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio je w ogóle słyszał - jego profesorowie na ogół nazywali go "pan Boothroyd", a jego przyjaciele prawie zawsze wołali na niego "Q". Ostatnią osobą, która nazywała go "Quincy" lub używa (uchowaj Boże) jego pełnego imienia była jego nauczycielka od darów, ale to nie było przyjemne wspomnienie. Q odwrócił się, mrugając ze zdumieniem, ale natychmiast poczuł, jak robak niepokoju atakuje jego zmysły, gdy przyglądał się dwóm elegancko ubranym mężczyznom, obserwującym go z intensywnością spuszczonych ze smyczy dobermanów. Biorąc pod uwagę, że Q miał dar przekształcania się w kota, analogia była szczególnie niepochlebna i niepokojąca.

— Kto chce wiedzieć? — zabrzmiała odpowiedź, na jaką zdecydował się Q. Została udzielona uprzejmym tonem, ale na krawędziach można było wyczuć chłód, niczym lód na zamarzniętych liściach.

Najwyraźniej liczyło się to jako potwierdzenie, ponieważ stojący bliżej mężczyzna - szeroki w barach o krótkich, przyciętym po wojskowemu, brązowych włosach - zignorował pytanie Q na rzecz stwierdzenia:

— Panie Boothroyd, będziemy musieli poprosić, aby poszedł pan z nami. Teraz. Cokolwiek jeszcze miał pan zaplanowane w swoim harmonogramie dnia, może pan to uznać za anulowane.

Robak niepokoju zmienił się w boa dusiciela, skręcającego się i wijącego w jelitach Q, wysyłając różnego rodzaju sygnały ostrzegawcze, których Q nie musiał interpretować, żeby ich posłuchać. Znów wyraźnie wspomniał ostatnią noc, ale zamiast czuć dumę i euforię z powodu całej sprawy, przypomniał sobie, że wtrącał się w sprawy MI6. Posuwając się powoli do tyłu w kierunku drzwi, zdołał zapytać cicho:

— Dlaczego?

Drugi mężczyzna, pasujący do pierwszego, ale z czarnymi włosami, spotkał spojrzenie Q z całą tępotą pasującą do gada, aż jego usta drgnęły, gdy powiedział spokojnie:

— To tajna informacja.

I to było wszystko, co Q musiał wiedzieć, aby wywnioskować, że MI6 w jakiś sposób dowiedziało się, że mieli wyciek informacji o nazwie Quincy Boothroyd i mieli zamiar rozwiązać problem.

Q był szybki, zwłaszcza w rzadkich przypadkach, gdy jego niezdarne stopy zdecydowały się z nim współpracować, co miało teraz miejsce, gdy obrócił się i pobiegł do drzwi swojego budynku. Usłyszał za sobą kroki, krótkie i urywane - dowód na to, że ci mężczyźni umieli nie zwracać na siebie uwagi, a także oszczędzać oddech na bardziej przydatne rzeczy. Krótko mówiąc, Q rozważał zrobienie rabanu, aby przynajmniej zaalarmować sąsiadów, że coś się działo, ale ponieważ jego budynek był całkowicie zamieszkany przez studentów, a zatem dość często miały tu miejsce najróżniejsze dzikie zachowania, było całkiem możliwe, że nikt nie zareagowałby inaczej niż krzycząc na niego, żeby się zamknął i pozwolił innym spać. Myśląc o tym Q był już w środku i szybko zmierzał korytarzem do swoich drzwi z szalonym planem wezwania pomocy - planem, który wymagał od niego dostania się do telefonu. Istniała również nadzieja, że zdoła zabarykadować się w swoim pokoju, dopóki nie nadejdzie jakaś pomoc.

Coś śmignęło obok głowy Q, który usłyszał wyraźny dźwięk "fiuu", przypominający broń ostrą, ale wielokrotnie cichszy. Pistolet do rzutek? Całkowity szok, że ktoś próbował go postrzelić strzałką, dodał nowego poziomu prędkości stopom Q. Przewie rzucił się na drzwi, klucz drapał szorstko zamki, ale otworzył je z głośnym kliknięciem. Rozpęd Q przeciążył go jednak, gdy drzwi ustąpiły, a on mniej więcej wpadł do pokoju, już słysząc dudnienie kroków tuż za sobą.

Zdając sobie sprawę, że to MI6 i że próbują go postrzelić (nie śmiertelnie, ale z niebezpieczną determinacją), Q przewrócił się na plecy i próbował przełknąć panikę, która wzbierała mu w gardle. Jego telefon… dystans całego pokoju był za wielki. Ledwo zdążył poderwać nogę i kopnąć drzwi, ale wtedy ciężar dwóch dorosłych mężczyzn spowodował, że przepchnęli się przez nie ledwie z chrząknięciem i chwilową pauzą. Obaj agenci wycelowali broń w chudego młodzieńca rozciągniętego na podłodze przed nimi.

Tylko po to, by odkryć, że w ułamku sekundy, który zajęło im wycelowanie i rozważenie swoich możliwości, ich cel znacznie się skurczył. Wyczerpując swoje możliwości, Q zmienił zasady i teraz uciekał na czterech łapach.

Nastało pandemonium. Ktoś nie poinformował tych dwóch mężczyzn, jak trudno było złapać ich cel, nie mówiąc już o unieruchomieniu, kiedy był mniej więcej wielkości bochenka chleba, ale szybki niczym błyskawica. Prawdę mówić, Q prawie znowu uciekł przez drzwi, ale brązowowłosy agent był na tyle szybki, że przesunął nogę w poprzek jego drogi. Zamiast ryzykować, że zostanie kopnięty, Q spiął się i odwrócił się. Jak zwykle, ludzki umysł Q zniknął na kilka pierwszych chwil tego chaotycznego bałaganu, ale kiedy znów zaczął być sobą, był w trakcie zeskakiwania ze zlewu i powrotu do głównej części swojego mieszkania. Ktoś próbował go schwytać i chybił, ale Q krzyknął ostro, gdy jego łapy uderzyły o podłogę, czując jak cięcie na jego prawej poduszce znów się otworzyło z ostrym bólem. Ramię przyczepione do tej łapy wcale nie było lepsze. Bolało, jakby Q naciągnął w nim coś zeszłej nocy lub w ciągu ostatnich kilku minut. Jednak desperacja była matką wynalazków - a przynajmniej matką ignorowania bólu, który w przeciwnym razie zmusiłby kogoś do zatrzymania się - więc Q biegł zygzakiem i robił to tak szybko, jak tylko mogły go unieść jego krótkie łapy, podczas gdy drugi agent rzucił się za nim. Poprzednie spokojne zachowanie zniknęło. Obaj mężczyźni przeklinali barwnie, ponieważ ich praca okazała się trudniejsza niż dotychczas oczekiwali.

Z uszami ułożonymi płasko na głowie, Q prześlizgnął się pod łóżkiem Trevora, prawie umierając z szoku, gdy jego wrażliwy słuch został zbombardowane przez odgłosy kogoś idącego za nim. Jednak mały rozmiar i zwinność po raz kolejny wygrały z brutalną siłą i Q wyskoczył z drugiej strony łóżka niczym strzała. Jednak nie posunął się wiele do przodu, gdy drugi agent przeskoczył nad łóżkiem i wylądował tak blisko, że Q pisnął i zamarł, boleśnie świadom, że jego mały rozmiar czynił go strasznie kruchym. Był łamliwy w sposób, w jaki nigdy nie był żaden człowiek, a całkowity strach zamroził go w miejscu, z rozczochranym futrem, z płucami rozszerzonymi od zaczerpniętego oddechu pod delikatną skorupką żeber.

Jego bezruch skończył się dopiero wtedy, gdy zacisnęła się na nim ręka pozornie wydająca się wielkości niedźwiedzia - nie był to lekki uścisk, jaki zawsze oferował mu Alec, ani wyćwiczone głaskanie, jakie co jakiś czas otrzymywał od Bonda, ale po prostu szorstki chwyt wokół jego talii, jakby był grudką gliny do podniesienia, a nie żywym kotem. Q wrzeszczał zarówno ze zdziwienia jak i z powodu dyskomfortu, ale przypomniał sobie, że ten jego mały, łamliwy kształt był uzbrojony i cholernie elastyczny. Jego przerażony krzyk przerodził się w bardziej odważny syk. Q przekręcił się i wkrótce czarnowłosy agent dowiedział się, jak to jest mieć w dłoni cztery zestawy pazurów i dodatkowo zestaw zębów.

Mężczyzna wrzasnął i Q został upuszczony, nie z dużej wysokości, ale upadł na swój bok, ponieważ Q nigdy do końca nie pojął tej całej sprawy "koty zawsze lądują na czterech łapach". Zrozumiawszy przewagę swoich przeciwników i oszczędzając oddech na bieganie, Q przestał syczeć i zamiast tego skierował się w stronę następnej najlepszej rzeczy do ukrycia się - własnego łóżka. Znalazł się pod nim, zanim ktokolwiek mógł go złapać.

— Ty mały skurwielu!

Usłyszał, jak za nim warczeli, na krótko przed tym, jak świętość jego najnowszej kryjówki została zbezczeszczona przez fizyczne podniesienie łóżka i przewrócenie go.

Ci mężczyźni byli starsi, silniejsi i prawdopodobniej lepiej wyszkoleni niż James i Alec razem wzięci, a prawdziwe niebezpieczeństwo tej sytuacji już dawno zapadło w umysł Q. Skulił się na sekundę, gdy znów był widoczny. Żebra i bok bolały go w miejscu, w którym został złapany, każdy dyszący oddech powodował nowy ból, a nad nim majaczył agent, który za swoje wysiłki schwytania go miał zakrwawioną rękę. Drugi mężczyzna, o dziwo, również miał trzy równoległe rany na twarzy, przez co Q zastanawiał się, co u diabła zrobił, podczas swojego zwykłego zaciemnienia po zmianie.

Dalsze rozważania zakończyły się, gdy agent ponownie rzucił się na Q. Tym razem Q niemal uskoczył na bok, ale nie był dość szybki by uciec, ale wszyscy - w tym Q - nauczyli się, że złapanie tylko części kota zwykle pozostawia resztę zwierzaka wolną do odwetu, więc było więcej pazurów i więcej okrzyków bólu, ale tym razem agent nie puścił. Jego ręka znajdowała się nad dolną częścią pleców Q, mocno wciskając go w podłogę, sprawiając, że macki bólu przebiegały wzdłuż wygiętego kręgosłup dół do jego ciemnego ogona w sposób, który sprawiał, że szczerze obawiał się o własne bezpieczeństwo - nawet u ludzi rdzeń kręgowy był delikatną rzeczą, a co dopiero mówić o stworzeniach, których kości zostały stworzone dla gibkości, a nie dla siły? Q krzyknął i zwinął się w kłębek, używając mniej pazurów, ponieważ chciał pozostać wolny, ale bardziej pragnął, żeby ten człowiek przestał, do cholery, zanim zostanie częściowo sparaliżowany lub gorzej. Jego zęby ujawniły się, gdy miauczał rozpaczliwie, a czysta panika była jak ogień w jego ciele, spalając każdą myśl, jaką miał, z wyjątkiem pragnienia, aby go puszczono.

Jakoś to zadziałało. Nacisk zmalał i starszy mężczyzna przestał przygniatać go do podłogi. Zanim jednak Q mógł dojść do siebie, bo ulga spowolniła go tak samo jak czyste wyczerpanie e, drugi agent był na tyle sprytny, aby rzucić coś na ich nieuchwytną zdobycz. Q ledwo zdążył spojrzeć w górę i pstryknąć uszami do przodu, zanim został oślepiony przez materiał i żadna ilość rzucania się nie mogła go z niego wydostać.

Właściwie była to marynarka agenta, którą dobrze wykorzystał. Zmieniono jej przeznaczenie, aby szybko i skutecznie owinąć Q, w końcu neutralizując nie tylko jego pazury i zęby, ale także jego zdolność do poruszania się niczym piłeczka w maszynie do pin-balla.

— Kurwa mać — zaklął pierwszy agent, tworząc z marynarki prowizoryczną torbę, a następnie na dokładkę zawiązując jej rękawy w supeł. Wiercenie się w środku zmniejszyło się, gdy Q zabrakło miejsca do robienia tego. — Nie na to się pisałem.

Drugi agent wyprostował się i przeciągnął. Bolały go plecy od ścigania czegoś, co było niewiele wyższe od jego kostek.

— Cóż, przynajmniej złapaliśmy to małe gówno. M będzie zadowolona.

Z marynarkowej torby wydobył się cichy i zaciekły syk, jakby w jej wnętrzu ukrywał się krokodyl. Pierwszy agent potrząsnął nią i hałas zniknął, tak jak i wiercenie. Kiedy Agent numer jeden mocno przycisnął rękę do zwiniętego materiału, mógł nadal wyczuć szalony oddech, uznał więc to za wygraną, zanim włożył paczkę pod ramię.

— Nigdy nie sądziłem, że dar zmiennokształtności będzie tak denerwujący. Chodźmy, idźmy do medyków, aby nas załatali, zanim dostaniemy wścieklizny lub innej choroby. — Szturchnął torbę, której zawartość poruszyła się ze słabym miauknięciem. — Bo jeśli ten skurwiel nie ma wścieklizny, to mój dar nie jest szukaniem.

Agent numer dwa prychnął, chwytając jedną z koszul leżących dookoła, aby owinąć ją wokół swojej zakrwawionej ręki, a następnie wyszedł z pokoju za swoim partnerem. Idąc podniósł zużyte rzutki, mrucząc:

— Chciałbym, żebyś był obdarzony darem nie chybiania zamiast szukania ludzi, bo byłoby to o wiele lepsze dla nas wszystkich.

Q zmęczony, obolały i przestraszony w dusznym więzieniu składającym się z marynarki, musiał się niechętnie zgodzić.

OoO

James i Alec siedzieli w gabinecie szafa MI6, wylegując się na krzesłach, jakby takie sytuacje zdarzały się każdego dnia, chociaż ich posępność mniej odzwierciedlała codzienną wizytę, a bardziej przypominała przyprowadzonych na przesłuchanie zatwardziałych przestępców, którzy zdecydowali się nie mówić ani słowa. To była dość trafne w przypadku dwóch młodych mężczyzn, którzy nie byli jeszcze nawet oficjalnymi agentami, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że kobieta siedząca naprzeciwko nich miała do czynienia z dużo bardziej wymagającymi osobami. Oczy M były niczym bladoszare kawałki obsydianu,, błyszczące przenikliwą inteligencją, którymi patrzyła bystro i wystarczająco ostro, by rozszarpać jednym spojrzeniem.

Do tej pory James i Alec nie poddali się, odmawiając wyjawienia prawdy, gdy zapytano ich o ćwiczenia treningowe z poprzedniego wieczoru. Unosząc jedną brew z wyraźnie niezadowolonym wyrazem twarzy, M przesłuchiwała ich przed podejrzanie krótki czas, zanim sprawdziła coś na ekranie swojego komputera i powiedziała:

— Przypuszczam, że to zbyt wiele, by mieć nadzieję, że któryś z was zachowa się poprawnie. Dwóch moich agentów powinno wkrótce przybyć z dodatkowymi informacjami. Do tego czasu obaj możecie siedzieć i się dusić w swoich sekretach.

I z tym kobieta wróciła do odpowiadania na e-maile i pracy papierkowej, ignorując dwóch stażystów tak całkowicie, jakby ci przestali istnieć.

Napięcie w pokoju było na tyle silne, że można było się nim udławić.

Szczerze mówiąc, po nocy, którą spędzili - zarówno w celach więziennych, jak i przedtem grając w "zdobądź flagę" - James i Alec radzili sobie całkiem nieźle. James miał migrenę na tyle bolesną, że mrużył oczy z powodu tego, jak daleko posunął się w używaniu swojej telepatii zeszłej nocy, a Alec miał odpowiednik kaca po odurzeniu narkotykami. Medycy zaopiekowali się nimi, aby upewnić się, że nie byli w żadnym niebezpieczeństwie, ale z powodu wyraźnego żądania M nie przyjmowali środków przeciwbólowych, dopóki nie będą współpracować, więc James i Alec nie byli okazami szczęścia i zdrowia. Ich piorunujące spojrzenia były marną próbą ukrycia ich dyskomfortu.

James i Alec zgodzili się, że zniosą o wiele więcej, zanim ujawnią imię Q.

Na szczęście oczekiwanie trwało tylko około dziesięć minut. Dziesięć minut, podczas których Alec i James udawali znudzenie, posuwając się w końcu do rozmowy za pomocą pewnych gestów. James był tym, który zaczął, przyklejając sobie do twarzy mały uśmiech, ukrywając fakt, że jego mózg został wypalony przez migrenę, co czyniło go praktycznie osobą bez daru aż do odwołania. Nie powiedział tego Alekowi, nie z kamerami, które obserwowały każdy ich ruch w celi, ani teraz z obserwującą ich M, ale zmiennokształtny uniósł pytająco jedną brew i wydawało się, że zrozumiał przelotny wyraz frustracji, który przemknął po twarzy Jamesa.

Ponieważ dar Jamesa nie działał, dwaj agenci w trakcie szkolenia nie otrzymali żadnego ostrzeżenia, gdy rozległo się pukanie do drzwi i M kazała wejść do pokoju dwóm nieznajomym - lub dwóm agentom, którzy weszli do środka z prowizoryczną torbą, której zawartość wiła się i wierciła, miaucząc, gdy znajdowała się w niebezpieczeństwie.

Wszelkie myśli by grać spokojnych i niczego nieświadomych zdawały się wylecieć prosto przez okno, gdy dźwięk przyciągnął uwagę Jamesa i Aleka, jak kompas odnajdujący północ, a mentalne krzyki Q z opóźnieniem przecięły mgłę migreny Jamesa.

James i Alec natychmiast wstali ze swoich miejsc, skupieni na tobołku, pomijając wszystko inne w pokoju. Kiedy nowo przybyli agenci spięli się na swoich miejscach, M rzuciła im ostre spojrzenie (nie przeoczyła wielu zadrapań na nich i na pewno nie umknął jej fakt, że przywieźli ich gościa owiniętego w marynarkę) i machnęła jedną ręką w bardzo widocznym geście odprawienia. Podczas gdy dwaj niezadowoleni starsi mężczyźni skrzywili się i wyszli, James rozplątywał materiał, szybko odsłaniając zawiniątko czarno-białego futra pod spodem. Q skulił się i na chwilę odsunął się od rąk. Miał szeroko otwarte oczy, źrenice rozszerzone ze strachu. Podczas gdy James uspokajał swojego mniejszego towarzysza z większą delikatnością, niż M szczerze sądziła, że był zdolny, Alec stał przy jego ramieniu - i miał luksus pozostania nieodkrytym, gdy zauważył imię nabazgrane na kołnierzu marynarki. Przechowując tę informację na później, niczym sztylet schowany w rękawie, Alec wycofał się z Jamesem, gdy Q w końcu rozpoznał swoich dwóch najlepszych kumpli i pozwolił się podnieść.

James był skupiony na Q, kładąc kota na kolanach, obejmując go jedną ręką, gdy mówił do niego niskim, kojącym tonem, wyrzucając z siebie łagodną rzeką słów, na które Q nastawił uszy. Jak na młodego człowieka, który był czujny i ostrożny jeszcze przed rekrutacją do MI6, James teraz całkowicie ignorował wszystko inne. Alec najwyraźniej również poświęcał dużo uwagi Q, ale siedział na krześle w wyraźnie prowokującej postawie i z oczami utkwionymi w M. Najwyraźniej nie było już nadziei, by w tym momencie zaprzeczyć zaangażowaniu Q we wszystko, ale błysk w oczach Aleca mówił, że osaczone psy atakują najszybciej.

Ze swojej strony M obserwowała to wszystko z czymś podobnym do zaskoczenia i fascynacji na swojej skądinąd niewzruszonej twarzy. Nic nie powiedziała ani nie zareagowała, pozwalając ich trójce uspokoić się teraz, gdy pułapka została zastawiona a wszystkie karty leżały na stole. Chociaż była przygotowana na to, że jej taktyka wywoła niewielkie pandemonium, miała nadzieję, że nieautoryzowana "zewnętrzna konsultacja" Jamesa i Aleka nie zostanie wprowadzona z tak dużą ilością dramatów - jednak warto było dowiedzieć się, że James zdecydowanie był zdolny do emocjonalnych przywiązań. Psycholog był na skraju dyskwalifikacji Jamesa jako stażysty, ponieważ był psychopatą. MI6 zatrudniało kilku bardzo upośledzonych moralnie i emocjonalnie ludzi, ale niemożność współczucia innym powodowała niebezpieczny poziom nieprzewidywalności - a także agentów niegodnych zaufania. M słyszała jednak doniesienia o tym, jak blisko James był ze swoim partnerem treningowym, Alekiem, i podejrzewała, że było w tym coś więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydawało.

Teraz okazało się, że miała rację. James Bond, sierota i telepata, mógł wydawać się całkowicie nieczuły i powściągliwy, kiedy jego rzekome dziewczyny były zagrożone, ale teraz promieniował opiekuńczym współczuciem wobec niejakiego Quincy'ego Boothroyda, zmiennokształtnego kota.

Alec również był niespodzianką, którą M zauważyła z dobrze skrywaną ostrożnością. Musiałaby zalecić dalsze szkolenie w ukrywaniu myśli i emocji, ponieważ nawet gdyby M sama nie była telepatką, byłaby w stanie zobaczyć serce Jamesa niczym na wyciągniętej ręce i lojalność Aleka w niebezpiecznym układzie jego ciała. Biorąc pod uwagę jeszcze tylko kilka miesięcy treningu i dorastania Alec i James byliby niewiarygodnie groźni fizycznie, ale postawa Aleka mówiła o poświęceniu, koniecznym by w razie potrzeby bronić kota leżącego na kolanach Jamesa.

Bez względu na to, jak przydatna była ta sytuacja w ujawnieniu różnych sekretów i cech charakteru jej dwóch najbardziej obiecujących (i dokuczliwych) rekrutów, wciąż był jeden problem - prawdziwy powód, dla którego zorganizowała to spotkanie.

— Bond, Trevelyan, wahałam się, czy wierzyć, że któryś z was zwierzył się zewnętrznemu źródłu, ale obawiam się, że wasze przywiązanie, w połączeniu z raportami z zeszłej nocy, czyni sprawę raczej oczywista — powiedziała M, stanowcza i niewzruszona niczym góra.

James w końcu spojrzał na nią, a pod niepokojem, który przemknął przez jego umysł, wyczuła, że jego myśli wyostrzają się niczym noże sprężynowe, zanim to wszystko ukrył.

Cóż, nie wszystko.

Nie był jeszcze taki dobry.

— Czy któryś z was zaprzecza, że wplątał tego młodego człowieka, pana Quincy'ego Boothroyda, w interesy MI6? — zapytała M.

W tym momencie była to głównie formalność, ponieważ znała odpowiedź, ale była ciekawa, jak odpowiedzą. Do tej pory kłamali całkiem dobrze, chociaż nie mogła sobie pozwolić na to, by o tym wiedzieli. Wskazując na Quincy'ego, zerknęła na niego. Lata dyplomacji pozwoliły jej zignorować fakt, że w zasadzie rozmawiała z kłębkiem futra i wąsów. Był dla niej prawie niewidoczny. Jego ciało było bardzo małe, nawet jak na jego wiek, a kiedy James pochylał się nad nim, otaczając go przedramionami, M widziała tylko zwinięte plecy kota i jego ciemne uszy, kiedy je podnosił.

Teraz zobaczyła zielono-złote oczy, które z niepokojem skierowały się w jej stronę, ale wkrótce za nimi podążyła reszta drobnej, kanciastej głowy Quincy'ego, który usiadł chwiejnie. James wymamrotał coś do niego - jego umysł powtórzył to, czego M nie mogła usłyszeć: "Spokojnie, Q, nie musisz nic robić" - ale pan Boothroyd wyprostował się mimo wszystko. M zwróciła na niego uwagę, natychmiast walcząc z chęcią lekkiego uśmiechu, gdy zarejestrowała jasny jak diament umysł, pełen ciekawości i determinacji, tuż obok potężnej fali strachu. W tym młodym umyśle było wiele rzeczy, których nie powinno tam być, teraz, gdy M była wystarczająco blisko, by przeczytać, ale było to wyjątkowo dobrze ukryte - efekt uboczny spędzania dużej ilości czasu z telepatą.

Jednak tym, co najbardziej ją zainteresowało, była nić lojalności, która wibrowała w umyśle młodego mężczyzny jak doskonałe środkowe C, brzęcząc coraz głośniej z każdą sekundą, gdy drżąc usiadł twarzą w twarz z M. Umysły Aleca i Jamesa, jak M już widziała , wibrowały dokładnie tym samym tonem i nagle starsza kobieta nie mogła powstrzymać drobnego uniesienia jednego kącika ust.

Quincy (Q jak najwyraźniej lubił być nazywany) był przerażonym, ale odważnym małym draniem i chociaż jego futro było zmierzwione we wszystkich kierunkach, usiadł prawie sztywno. Dopiero wtedy James wyprostował się odrobinę, wcześniej jednak w pocieszającym geście musnął porośniętym zarostem podbródkiem o czubek uniesionej głowy Q, sprawiając, że kotek drgnął i miauknął impulsywnie. Strach promieniował tak samo z jego umysłu, jak z jego ciała. Odwrócił się z wyraźnym zamiarem wczołgania się prosto pod kurtkę Jamesa (M uniosła jedną brew, gdy dowiedziała się nieco więcej o tym, jak blisko byli ci trzej mężczyźni). Jednak już po sekundzie zmiennokształtny kot odzyskał skrawek odwagi i ponownie odwrócił się do przodu z lekkim westchnieniem wydobywającym się z jego malutkiej klatki piersiowej.

To było po prostu niezwykłe widzieć dwóch niewątpliwie niebezpiecznych praktykantów metaforycznie (i fizycznie) owijających się wokół kogoś, kto był z natury tak kruchy.

Bond uniósł głowę, a jego postawa zaczęła naśladować tę Trevelyana - stała się niebezpieczna - nawet M wyczuła nieoczekiwaną zmianę w jego umyśle. Trzeba przyznać, że James miał przed sobą długą drogę, zanim stanie się naprawdę potężnym telepatą, ale ostatnio ją zaskoczył… i uznała, że wie skąd ta zmiana. Ten powód był obecnie cichy i siedział tak dumnie, jak tylko mógł, na kolanach Jamesa.

Kiedy stało się jasne, że nikt jej nie odpowie, M położyła dłonie na biurku i po kolei spojrzała na każdego młodego mężczyznę, świadoma, że James wzdrygnął się najmocniej, - ponieważ bardziej niż ktokolwiek inny wiedział, do czego była zdolna. Bramy jego umysłu nie były dokładnie zakute w żelazo, ale mimo to zatrzasnął je najlepiej, jak potrafił. Najbardziej wymowny był sposób, w jaki zacisnął jedną rękę na piersi Q, aż futro zmarszczyło się pod jego palcami.

James, po prostu jej powiedz - głos Q odbił się echem za cichym nosowym miauknięciem, kiedy obrócił głowę, żeby złapać wzrok telepaty. James, oczywiście, był w tej chwili głównie ogłuszony przez ból głowy, więc M miała przyjemność słuchania zapału i szczerości w mentalnym głosie Q: Nie musisz pogarszać sytuacji, próbując mnie chronić. W końcu ciągle pytałem, a to nie tak, że nie umiesz dochować tajemnic. Q szturchał łapą grzbiet dłoni Jamesa, która w odpowiedzi zacisnęła się ochronnie wokół niego. Jestem jedyną osobą, której powiedziałeś. Wiem to. Ledwo ufasz innym ludziom w sprawie daty swoich urodzin!

M była prawie pewna, że usłyszała wystarczająco dużo. Miała nadzieję, że to był jednorazowy problem, ale uspokoiło ją to, że Q bezmyślnie potwierdził jej nadzieję, nieświadom, że James nie był jedynym telepatą w pokoju. Nie była to etyczna taktyka, ale z drugiej strony to było MI6.

— Dobrze. Ja będę mówić. — Niepokój wypełnił pokój, a M czuła się trochę źle, pozwalając tej atmosferze rosnąć, jednak z drugiej strony miała tak mało przyjemności w życiu, a sam Bóg wiedział, że ci dwaj w przyszłości zrobią z jej życia piekło, nie mówiąc już o niespodziewanym trzecim członku. — Dowody mówią same za siebie i nie mogę odpowiednio oddać, jak bardzo jestem rozczarowana tym, że już udowodniliście, jak macie luźne usta. Jednakże…! — Kiedy James i Alec chcieli coś powiedzieć, by się z tym spierać, M podniosła władczo palec. Po chwili napiętej ciszy kontynuowała: — Wiedząc, że pan Boothroyd wydaje się być jedyną osobą, z którą mieliście okazję o tym porozmawiać, nie mam zamiaru kazać usunąć was z programu. — M poczekała, aż ulga po tym zdaniu obmyje ich niczym karaibsko niebieska fala (nawet Q odczuł ulgę chociaż nie groziło mu wyrzucenie), po czym dodała przejmująco: — To nie znaczy, że nie otrzymacie bardzo rygorystycznej lekcji dotyczącej zachowania tajemnic, więc mam nadzieję, że moje zaufanie nie zostanie zaprzepaszczone, gdy mówię, że uważam to za jednorazowy incydent. — James i Alec już kiwali głowami, starając się wyglądać na niewzruszonych, ale w dużej mierze było to bezskuteczne. M podobał się ten widok, ponieważ nie miała wątpliwości, że wkrótce ta dwójka będzie na tyle dobrze wytrenowana, że nawet z telepatią nie będzie w stanie przejrzeć ich masek. — Jeśli znajdziecie więcej przyjaciół, przy których poczujecie potrzebę ujawnienia…

— Nie zrobimy tego, proszę pani.

To wyszło od Jamesa i uznała, że naprawdę tak myślał. Spokój w jego arktycznych niebieskich oczach świadczył nie tylko o utrzymaniu tajemnicy na zawsze poza zasięgiem innych, ale o patologicznej odmowie łatwego nawiązywania przyjaźni. M zauważyła to wieki temu i początkowo współczuła mu, ale patrząc na mały klan Jamesa - dwóch zmiennokształtnych - nie martwiła się już o niego.

— Dobrze. Ponieważ uwierz mi, praca naprawcza, którą dla was zaplanowałam, sprawi, że będziecie żałować ujawniania tajemnic — dokończyła cierpko M, w duchu rozkoszując się ledwo powstrzymanymi jękami rozpaczy.

"Praca naprawcza" dla szpiegów zawsze była wyczerpująca i nigdy nie była zabawna, nawet dla dwóch szaleńców, takich jak James i Alec. Zerknęła na Q, który przez chwilę był sfrustrowany, że tak nagle znalazł się w centrum uwagi, kiedy starsza kobieta dokończyła:

— A teraz, jeśli łaska, panie Boothroyd, istnieje również wykład dla pana i wolałabym, żeby był pan w swojej ludzkiej formie, kiedy będę go wygłaszać. Oraz będzie pan potrzebować przeciwstawnych kciuków, aby podpisać odpowiednie formularze, które prawnie zobowiążą pana do zachowania tajemnic, które panu ujawniano.

M doznała drugiego zaskoczenia tego ranka, kiedy zamiast posłusznie się przemienić, Q promieniował jedynie najwyższym zakłopotaniem i opuścił uszy. Jego spojrzenie prześlizgiwało się tam i z powrotem między Alekiem i Jamesem, a M ledwo słyszała błaganie w jego umyśle.

Alec, mimo że jego darem nie była telepatia, był tym, który odchrząknął i odezwał się:

— Uch, to może być problem. Widzi pani, tutaj obecny Q, Quincy, nie zmienia się tak dobrze tam i z powrotem. Z przemianą w kota radzi sobie całkiem dobrze, ale kiedy to zrobi, zwykle spędza kilka godzin w tej formie z Jamesem jako tłumaczem, zanim będzie mógł przekształcić się z powrotem.

Tym razem obie brwi M powędrowały ku jej srebrzystym włosom. Była w trakcie sondowania myśli Q w celu potwierdzenia tego, kiedy James nagle podniósł małe, kocie ciało i bez ostrzeżenia umysł Q został wciągnięty za mentalne ściany Bonda. M przeniosła spojrzenie na swojego podopiecznego i pomyślała wymownie: Całkiem niezła sztuczka, panie Bond. Uważaj, przeciwko komu ośmielasz się jej użyć.

— Przepraszam, nie słyszę cię przez tę migrenę.

Niebieskooki gówniarz miał czelność odpowiedzieć - werbalnie - z całkowicie kamienną twarzą. Zarówno Alec, jak i Q obrócili się, by na niego spojrzeć, ale maska Jamesa niczego nie zdradzała, nawet gdy jego nowe, surowe ściany zacisnęły się nieco ciaśniej wokół Q, odcinając jego myśli. M podejrzewała, że zrobiłby to samo dla siedzącego obok niego młodego przyjaciela, ale z tym telepatycznym bólem głowy James już przekroczył swoje granice. Później M mogłaby kazać mu zaprezentować swoje umiejętności, ale wątpiła, aby Bond kiedykolwiek stracił talent do dramatyzmu.

W ramionach Jamesa, teraz przyciśnięty do piersi i na wpół schowanego za rozpięta kurtką (dokładnie tam, gdzie chciał się znaleźć), Q wiercił się trochę, zanim wydał z siebie piskliwe miauczenie. Jego wysoki krzyk sprawił, że James spojrzał w dół i nagle zmienił uścisk.

— Co to było? — zapytał Alec.

Na twarzy Jamesa pojawiło się coś gwałtownego. M czekała, powstrzymując swoją telepatię, ciekawa dokąd to zmierzało. Szczerze mówiąc, całe to spotkanie było pełne niespodzianek jak pierwszorzędny film akcji, a ona nie bawiła się tak dobrze, odkąd trenowała ostatniego agenta 007. Wciąż z pochyloną głową, by spojrzeć na Q, James zmrużył oczy z bolesnym grymasem koncentracji, zanim odpowiedział nisko.

— Q jest ranny.

— Kurwa. — Alec zesztywniał, a jego gniew M słyszała głośno i wyraźnie, nawet nie starając się. — To był jeden z tych drani wysłanych po niego?

M usiadła wygodnie za biurkiem z dłońmi złożonymi na brzuchu, obserwując jak rozwijała się sytuacja…

— Część obrażeń pochodzi z zeszłej nocy — przyznał James z grymasem i był na tyle łaskawy, by spojrzeć na M z rozgoryczoną i zagubioną miną. Posłała mu wymowne spojrzenie, które mówiło, że już o tym wszystkim wiedziała, pozostawiając otwarte okno w swoim umyśle, aby mógł wyłuskać tę myśl, jeśli miał na to ochotę, albo jeśli miałby na to mentalną siłę. — Ale tak.

James z nieskończoną delikatnością przesunął palcem po kocim kręgosłupie Q. Mały drobiazg zadrżał, a M zaczęła pisać na klawiaturze, aby wysłać drobiazgowo sformułowany email do agenta MacGregora i agenta Hutchisona o tym, jak wykonali swoje rozkazy. M widziała, jak bardzo byli podrapani mężczyźni, ale bez względu na to, jak wielką walkę stoczył Q, gdy był kotem, to najwyraźniej był traktowany z niepotrzebną brutalnością.

M szybko i sprawie pisała swój email, podczas gdy Alec i James przyglądali się swojemu małemu i dość przerażonemu przyjacielowi. Część tego spotkania została zaprojektowana z myślą o pewnej dozie traumy, aby podkreślić powagę problemu, ale istniała różnica między niezbędną bezdusznością a prawdziwym okrucieństwem.

— Bond, Trevelyan, macie zgłosić się do punktu medycznego. Poinformowałam, że przyprowadzicie przyjaciela. Są wyposażeni i gotowi, by poradzić sobie z kotem — odezwała się M, sprawiając, że spojrzały na nią dwie pary oczu, podczas gdy trzecia, kocia, pozostawała zamknięta. Wyglądało na to, że Q oparł swój ciężar na wspierającej go prawej ręce i przedramieniu Jamesa, a jeśli w ogóle nie spał, to nie miał już zamiaru wchodzić w interakcję z resztą świata. Alec wyciągnął rękę i bardzo delikatnie przesuwał palcem po jednym z kocich uszu Q. Z pewnością była to najłagodniejsza rzecz, jaką M widziała u Trevelyana. — Będę miała kolejne rozkazy dla waszej trójki, zanim medycy skończą — zakończyła rozmowę tonem, który powiedział, że próba kłótni byłaby bardzo nierozsądnym wyjściem.

Wydarzenia z ostatniej pół godziny spełniły swoje zadanie, ponieważ James i Alec byli zbyt zastraszeni, by zrobić cokolwiek poza powiedzeniem:

— Tak, proszę pani.

Po tym wstali, by udać się do wyjścia.

Jednak M właśnie zauważyła coś w spojrzeniu Aleca, co sprawiło, że ponownie skupiła na nim swój dar telepatii, a jej oczy otworzyły się odrobinę szerzej.

— Panie Trevelyan — powiedziała ostro.

Odwrócił się i James zatrzymał się tuż przed nim. Do tej pory Bond prawie całkowicie ukrył Q w swojej kurtce, co było zaskakujące głównie dlatego, że James wydawał się unikać osobistego kontaktu, chyba że walczył albo był w trakcie zalotów, a ta sytuacja nie pasowała to żadnej z tych dwóch kategorii. Twarz Aleka była całkowicie pusta i ostrożnie wykorzystywał każdą uncję mentalnego blokowania, jaką znał - którą poznał zarówno podczas szkolenia MI6 i, jak można było bez wątpienia przypuszczać, od swojego współlokatora telepaty.

— Tak?

Już zdając sobie sprawę, że będzie to trudna rozmowa M, powiedziała spokojnie, ale ostrożnie:

— Pan MacGregor jest moim najlepszym poszukiwaczem.

To była kolej Jamesa, by wyglądać na oszołomionego rozmową toczącą się poza nim, ale podczas gdy spojrzenie jego niebieskich oczu przeskakiwało tam i z powrotem między jego najlepszym przyjacielem a szefem, M i Alec kontynuowali subtelną walkę.

— Naprawdę? — powiedział w końcu Alec konwersacyjnym tonem, poświęcając nawet chwilę na sformułowanie uśmiechu.

Cholera. M już widziała, dokąd to zmierzało - w żadnym dobrym kierunku.

— Proszę również pamiętać, że poszukiwacze są dość rzadcy.

Uśmiech Aleka stał się szerszy i był to uśmiech niczym latarnia Jacka, świecący przerażająco.

— Cóż, sprawię, że staną się jeszcze rzadsi, jeśli on i ja zbliżymy się do siebie. — Bezwstydnie poinformował M, a starsza kobieta oparła się z całej siły pokusie westchnienia i ukrycia twarzy w dłoniach. Pozwoliła mu dokończyć uprzejmą groźbę: — Każdy agent, który jest na tyle okrutny, aby skrzywdzić kociaka i na tyle głupi, aby umieścić swoje imię na marynarce, tak naprawdę nie zasługuję na bycie agentem MI6. To tylko moja opinia.

M postanowiła zmniejszyć straty, wyprowadzając całą trójkę z pokoju. Gdy drzwi zamknęły się, poddała się pragnieniu przetarcia oczu dłonią. Kiedy nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć jej zrezygnowany ton, powiedziała:

A jeśli nie ma wystarczających umiejętności, aby przetrwać konfrontację z jednym praktykantem, to również nie zasługuje na swoją pracę. - Szansa na to, że James także tam będzie, była duża i prawdopodobnie wyrwie nazwisko Hutchisona z głowy MacGregora, aby dorwać również drugiego agenta. - Boże, pomóż im obu - westchnęła M, niepewna, czy miała na myśli swoich dwóch stażystów, którzy wykazywali się większą lekkomyślnością niż instynktem samozachowawczym, czy swoich dwóch starszych agentów, którzy zapomnieli, że drobna ofiara nie zawsze była bezzębną ofiarą.

OoO

Przednie łapy Q zwisały między palcami Bonda, podczas gdy tylne delikatnie wbijały się w spód przedramienia Jamesa - nie dlatego, że chciał go podrapać, ale dlatego, że Q tak desperacko potrzebować czegoś solidnego, żeby się oprzeć. Jedynie co mógł zrobić, to nie czepiać się go każdym pazurem, który miał. James miał na sobie te same ubrania, które widział u niego poprzedniego wieczoru, co wskazywało, że prawdopodobnie w nich spał, co potwierdzał nos Q, ale uznał, że znajomy zapach był równie uziemiający jak dotyk. Uparcie przycisnął głowę do piersi Bonda, aż każdy jego wąsik mówił mu, że otaczało go coś znajomego.

— Wszystko będzie dobrze, Q — zapewnił go szeptem James, delikatnie przyciskając dłonią uszy Q do jego głowy.

Jak, do diabła, będzie wszystko w porządku? - odciął się w myślach Q, ale ponieważ telepatia Jamesa wydawała się dzisiaj w nienajlepszym stanie, wszystkim, co inny młodzieniec prawdopodobnie usłyszał, był nieżyczliwy warkot. Plecy Q nadal go bolały, ale nie wiedział, czy coś zostało poważnie uszkodzone, czy też po prostu miał posiniaczoną skórę i nadwyrężone mięśnie. Jego łapa bolała na tyle, że ból zagłuszał prawie wszystko inne. W sumie czuł się jak wrak i to wszystko było winą MI6, chociaż część jego obwiniania agencji wynikała po prostu z przemawiającego przez niego bólu - musiał jednak przyznać, że trochę spodobała mu się M, a przynajmniej lubił jej chęć wybaczenia popełnionego przez niego naruszenia bezpieczeństwa.

Nie był jednak pewien, co myśleć o oddziale medycznym.

Q wciąż wtulał się w dłoń Jamesa, kiedy się zatrzymali. Telepata sprytnie nie próbował go odłożyć na bok, ponieważ Q był w bardzo "czepliwym" nastroju. W rzeczywistości mruknął ostrzegawczo pod nosem, gdy James usiadł i przyłożył dłoń do futra na jego karku, przyciskając pysk do środkowych palców Jamesa i próbując przetłumaczyć swój całkowity brak zainteresowania przemieszczaniem się.

— Czy to pan Boothroyd? — Usłyszał gdzieś nad swoją głową młody, kobiecy głos.

Znużony James odpowiedział twierdząco. Zamiast odciągnąć od siebie Q, ponownie oparł rękę na kolanach, jednocześnie palcami wolnej dłoni bardzo delikatnie muskając tylny odcinek kręgosłupa Q w kierunku jego ogona.

— Myślę, że ktoś go chwycił i nie wiem, co mu zrobił, ale jest bardzo ranny. — James brzmiał, jakby bardzo ciężko walczył, aby brzmieć spokojnie i racjonalnie, a Q poświęcił chwilę, by przypomnieć sobie, że nie był jedynym, który potrzebował pomocy medycznej.

Q był już w pobliżu Jamesa, kiedy ten nadwyrężył swój dar telepatii, a jeśli niebieskooki młodzieniec nie spał po tym przez jeden dzień, to spędzał go na mocnych środkach przeciwbólowych, wciąż odczuwając dyskomfort, sprawiający że każdy wyraz jego twarzy i ruch był subtelnie napięty.

Dzięki umiejętności, która najwyraźniej nie zmieniła się, nawet gdy Alec leczył kaca wywołanego odurzeniem narkotykami, zmiennokształtny kruk niemalże zwerbalizował obawy Q:

— Hej, James, a może pozwolisz mi trzymać naszego najbardziej futrzanego współlokatora? Wyglądasz tak, jakbyś miał zaraz się przewrócić, jeśli mogę tak powiedzieć.

Tym razem to Bond warknął, a Q poruszył się na tyle, by na niego spojrzeć, widząc mięsień napinający się pod jego szczęką, gdy przełykał.

— Nie przeszkadza mi — parsknął James, po czym dodał: — I ty też wyglądasz jak gówno.

— Jakie miłe rzeczy mi mówisz.

Pielęgniarka, która okazała się pulchną, młodą brunetką o miłej twarzy, wyglądała na nieco niepewną, jak postępować, ale z pewnym wahaniem wyciągnęła dłoń w stronę Q.

— Uch… Czy mogę…? Czy któryś z was mógłby trzymać swojego zmiennokształtnego przyjaciela, kiedy będę go sprawdzać? Mam przeszkolenie weterynaryjne.

Alec, będąc nie do opanowania, natychmiast odpowiedział:

— Również jestem zmiennokształtnym przyjacielem Jamesa. I sama mogłabyś mnie potrzymać za rączkę.

Pielęgniarka nie miała pojęcia, jak na to zareagować, ale poprawiło to nastrój i w końcu Q został podniesiony i przemieszczony. Wił się, kiedy zdał sobie sprawę, że podniósł go ktoś obcy. Wpadając w panikę, zrobił zasadniczo to, czego się nauczył: miauknął rozdzierająco. To było logiczne, że to zrobił, biorąc pod uwagę, jak zawsze szybko przynosiło to rezultaty. Gdyby zaczął płakać w koci sposób, miał gwarancję, że James lub Alec (zazwyczaj obaj) będą gotowi do otwarcia bram piekielnych lub ściągnięcia w dół Nieba, aby rozwiązać problem. Dlatego kiedy miał dziwne ręce owinięte wokół klatki piersiowej i nie był w stanie się wyswobodzić ani zmienić w bardziej budzący grozę kształt… odsłonił swoje małe, białe zęby i wypuścił przeszywający, bolesny płacz lepszy niż jakakolwiek syrena naprowadzająca.

Nie trzeba dodawać, że pielęgniarka nie trzymała długo w dłoniach kociego Q. Czując się trochę zmartwiony tak bezwstydnym zachowaniem, Q miał na tyle przyzwoitości, by skulić się i rzucić młodej kobiecie przepraszające spojrzenie, gdy już wygodnie usiadł na kolanach Aleka. Po tym zniósł szturchającą i dotykającą go kobietę, próbując zapomnieć, jak brutalnie potraktowali go wcześniej dwaj agenci, ale to było trudne. Ciągle musiał zerkać na Jamesa i Aleka ( ten pierwszy siedział na sąsiednim łóżku szpitalnym, gdzie sprawdzano jego funkcje życiowe, podczas gdy drugi zapewniał mu poziomą powierzchnię, na której mógł przysiąść, trzymając w dłoni pigułki przeciwbólowe), aby się uspokoić.

— Hej, Q. — Głos Aleka był jowialny w sposób, który budził podejrzenia u każdej rozsądnie myślącej osoby. Q obserwował, jak pielęgniarka przeszła od dotykania jego kręgosłupa do zawstydzającego przesuwania palcami po jego tylnych łapach, ale teraz obrócił głowę, aby spojrzeć na Aleka ze zmrużonymi oczami. Drugi zmiennokształtny uśmiechnął się do niego złośliwie. — Chcesz usłyszeć, co zrobiłem, kiedy ty i James bawiliście się w berka z innymi praktykantami?

Uszy Q poruszyły się do przodu.

Alec nie był telepatą, ale przyjął to za tak i uśmiechnął się nieco szerzej.

— Pamiętasz tę nauczycielkę darów, którą miałeś, a która była taką małostkową suką? — Uśmiech wyglądał teraz zdecydowanie jak uśmiech złoczyńcy. — Złożyłem jej wizytę.

Alec! - wykrzyknął Q w swojej głowie. Szok sprawił, że jego oczy zrobiły się wielkie, przestał też zwracać uwagę na zranioną łapę. - Alec, zostałeś tak odurzony, że nie funkcjonowałeś prawidłowo! Nie powinieneś nic robić poza odsypianiem tego, więc po co, do diabła, odwiedzałeś innych ludzi?!

Alec wyglądał na bardziej zadowolonego niż wąż, który dostał się do ptasiego gniazda. Mruknął porozumiewawczo:

— Krzyczysz na mnie w tej chwili, czyż nie? James, czy on…

— Migrena, Alec — przypomniał rzeczony telepata.

— Ale co ze sztuczkami, z których skorzystałeś w gabinecie M? Ponieważ wiem, że coś tam robiłeś.

Tym razem odezwała się lekarka, nie brzmiąc na zadowoloną, gdy wyciągnęła strzykawkę z mlecznym płynem.

— A te "sztuczki", jak je pan nazwał, panie Trevelyan, są powodem, dla którego pański przyjaciel musi przyjąć silne środki medyczne. Nie chcę, żeby używał swojego daru przynajmniej przez jeden dzień.

James wyglądał na równie niezadowolonego z tego powodu, jak każdy inny, wykrzywiając się, ale nie walczył, gdy jego ramię przetarto wacikiem i tylko warknął trochę, gdy wbito mu igłę.

— W porządku, w każdym razie… — Alec radośnie powrócił do swojej historii, zapominając o pozostałej publiczności poza Q. — Siedziałem sam, nie będąc nikomu przydatny, ale potem zacząłem myśleć o twojej bezużytecznej korepetytorce. Widzisz, miejsce, w którym zostawił mnie James, znajdowało się w pobliżu jej mieszkania…

— Tak było? — zapytał James ze swojego miejsca, przeszkadzając tym pielęgniarce w sprawdzeniu reakcji jego źrenic.

Leki, które mu podali, musiały być całkiem mocne, jeśli tak dokładnie go sprawdzali - a może telepaci byli po prostu tak cenni, że zawsze traktowano ich trochę jak przekorne rasowe konie wyścigowe.

— Tak. — Alec szarpnął lekko ogon Q, bezmyślny nawyk, który miał jako kruk. Q odruchowo cofnął ogon, który opadł na nadgarstek pielęgniarki z wykształceniem weterynaryjnym. Sięgnęła po środek antyseptyczny i gazę. — Od wieków chciałem do niej wpaść, żeby powiedzieć jej, jak beznadziejna jest w nauczaniu. Wydawało się więc, że to idealna okazja.

Alec, nie mogłeś nawet stać prosto! Albo latać - przypomniał mu Q z irytacją, która było zbyt spóźniona, by miała znaczenie. Najwyraźniej zrobił to wszystko, o czym mówił.

I najwyraźniej telepatia Jamesa nie była stuprocentowo wyłączona, bo przetłumaczył słowa Q. W efekcie lekarz klepnął go mocno w ramię i rozpocząć namiętny wykład na temat nadużywania telepatii w związku z krwotokiem śródczaszkowym. Wszystkie te teorie medyczne brzmiały na dość naciągane i przestarzałe według Q, ale to nie on je cytował.

— Och, mogłem latać — zapewnił Alec, ożywiając się. Kiedy Q został rozproszony przez ostre ukłucie w łapę, Trevelyan miał czelność pociągnąć za jedno z jego uszu, aby odzyskać jego uwagę. — Nie w linii prostej ani nie więcej niż kilka metrów za jednym razem, ale mogłem latać. Miałem po prostu szczęście, że okno nie było zamknięte, bo trochę przez nie wpadłem.

Trudno było skupić się na opatrywanej łapie, kiedy był tak oszołomiony wybrykami Aleca. Żałował, że nie może uznać tego za kłamstwo, problem polegał jednak na tym, że wierzył w jego historię. Alec w każdej chwili zrobiłby coś tak głupkowatego.

Podczas gdy pielęgniarka kontynuowała sprawdzanie Q (identyfikując tylko siniaki w dolnej części pleców i na prawym ramieniu oraz płytkie nacięcie na opuszce prawej łapy, przy czym to ostatnie zostało pokryte klejem bezpiecznym dla zwierząt, a siniaki maścią sklejającą futro, ale natychmiast łagodzącą ból), Alec zaczął snuć swoją opowieść o przygodzie. Zawierała absolutnie okropny poziom niezdarności, co najmniej trzy złamane prawa i jedną kobietę, która prawdopodobnie będzie miała fobię przed ptakami do końca życia. Alec przynajmniej zapewnił Q, że nigdy nie ujawnił jej swojej twarzy, ale to było wystarczająco zawstydzające, że Alec latał po kuchni jak masywna, zwabiona światłem ćma i to było, zanim chwycił w swój dziób nóż. Alec nie miał w tamtej chwili koordynacji ani siły chwytu, by naprawdę zrobić cokolwiek z nożem, ale pani zaczęła krzyczeć, zanim w końcu upuścił nóż. Fizycznie i metaforycznie Alec w kształcie kruka był bardziej przyjazny niż wojowniczy, ale pani Morris o tym nie wiedziała.

Krem wcierany w futro Q w strategicznych miejscach, był też najwyraźniej środkiem usypiającym, ponieważ zanim Alec skończył swoją historię (zakończenie, które obejmowało wyjście w stylu jego wejścia), Q kołysał się sennie na nogach. Alec również wyglądał na zmęczonego. Dokuczał mu ból głowy, pomimo działających leków przeciwbólowych, a James opadł ze zmęczeniem na swoje łóżko szpitalne.

Ale każdy z nich uśmiechał się. Dochodzili do siebie.

OoO

Później Q rzeczywiście podpisał cholernie dużo papierów, czyniących go oficjalnym strażnikiem tajemnic MI6. Miną tygodnie, zanim naprawdę pogodzi się z faktem, że MI6 zaakceptowało jego ingerencję, ale ta akceptacja nadejdzie jeszcze szybciej, gdy technologiczny talent Q stanie się widoczny. MI6 była bardzo zainteresowana umiejętnością Q do naprawy rzeczy - ale jeszcze bardziej była zainteresowana umiejętnościami kodowania i hakowania, których nie miał zwyczaju reklamować.

Jednak po grupowej wycieczce do placówki medycznej cała ich trójka miała otrzymać dzień łaski. Wyjdą z MI6 z obietnicą powrotu w ciągu dwudziestu czterech godzin - i oczywiście, z obietnicą, że nie będą próbować uciekać. Wszystko, na czym im zależało, to znalezienie jakiegoś kąta, w którym mogliby się zwinąć i przespać całą tę mękę - bo niezależnie od zabawnej historii, czy leków przeciwbólowych, James i Alec będą mieli okropny ból głowy, a Q będzie odurzony do całkowitej uległości.

Q przegapił rozmowę o pracę, ale później zorientuje się, że przeżył ważniejszą z szefową MI6.

Z mieszkaniem Q będącym w rozsypce nie było żadnych dyskusji na temat tego, żeby wrócić do pokoju Jamesa i Aleca. Niemal zasnęli podczas jazdy taksówką i mniej więcej wpadli do sypialni z Q ukrytym w swojej kociej postaci w kapturze Jamesa. Q szczęśliwie zasnął tam, podczas gdy jego dwaj przyjaciele - po wymianie tylko jednego zmęczonego spojrzenie, aby podjąć decyzję - zsunęli swoje dwa łóżka. Czasami pragnienie bezpieczeństwa po ciężkim dniu przysłaniało takie uprzejmości jak osobista przestrzeń.

Po cichu, z wyczerpaniem, ale z odrobiną triumfu w kościach, aby utrzymać ich w ruchu jeszcze trochę, James i Alec rozebrali się i na zmianę poszli pod prysznic - najpierw Alec, podczas gdy James odrywał pazury Q ze swojego kaptura, aby umieścić kota na najbliższej poduszce. Wtedy James (po tym jak wrócił z łazienki, żeby zrobić sobie miejsce na ich wspólnym posłaniu), poświęcił czas na to, by założyć jedynie spodnie do biegania, zanim padł na łóżko. Obaj agenci - stażyści zasypiali z głowami w pobliżu Q, który wyglądał dość tragicznie, ale jednocześnie mruczał i wydawał dźwięki zadowolenia.

Gdy nadszedł rzadki słoneczny dzień w Londynie, a promienie słoneczne zostały zatrzymane przez zasunięte rolety, Q w końcu przemienił się z powrotem we śnie - zmiana wymiarów, która sprawiła, że wszyscy przez chwilę narzekali. James i Alec rozpoznali go jednak jako przyjaciela, a nie wroga i ledwo otworzyli oczy, gdy wszyscy przyzwyczajali się do większego ciała w ich łóżku. Wkrótce Q znalazł się między nimi, ledwo się budząc, z posiniaczonymi plecami przyciśniętymi do ciepłej klatki piersiowej Aleka i potarganymi włosami łaskoczącymi Jamesa w nos, dopóki ten nie wstał z parsknięciem. Po przebudzeniu James w rzeczywistości nie miał nic przeciwko Q. Westchnął, a potem zdjął buty zmiennokształtnego kota. Później wszyscy czuli się komfortowo i szczerze mówiąc byli zbyt poobijani, zmęczeni i nafaszerowani lekarstwami, by przejmować się czymkolwiek innym.

Nikogo nie obchodziło trzech studentów zwiniętych w kłębek niczym trzy szczeniaki na jednym posłaniu.

Nikogo nie obchodziło dwóch świeżo upieczonych szpiegów trzymających między sobą pewnego nerda, który powinien być nieświadomy ich statusu.

Nikogo nie obchodził ten niepozorny student, który wkrótce stanie się dla MI6 tak samo cenny jak dwaj lekkomyślni praktykanci, pomiędzy którymi spał. Właściwie było to niepoprawne: wielu ludzi bardzo by się tym przejmowało, gdyby zdali sobie sprawę, że trzech studentów faktycznie wstrząśnie fundamentami MI6.

Ale na to wszystko przyjdzie czas później, po leniwym poranku zasłużonego odpoczynku.