Nie wiele czasu zajęło Harry'emu uświadomienie sobie, że jedynym tematem, w którym Gilderoy "mów mi Gildy" był ekspertem, był ten dotyczący niego samego. Było to, częściej niż rzadziej, frustrujące. Jakim cudem jego matka pozwoliła temu facetowiOh, jasne, była jego fanką, nie ważne jak bardzo pragnęła temu zaprzeczyć. Harry nie był pewien co myśleć o tej nowo odkrytej rewelacji o swojej drogiej matce.

Na dworze, skrzaty domowe przygotowały salę lekcyjną dla Harry'ego, w której Lockhart uczył go w każdy dzień powszedni przez dwie godziny. Zazwyczaj lekcje wyglądały mniej więcej tak: Lockhart dawał Harry'emu coś do przeczytania, Harry wybierał czytanie czegoś innego, a Lockhart gadał o sam o sobie samym, wyraźnie nieświadomym poczynań Harry'ego.

Układ działał nawet dobrze.

—teraz, wierz mi, każdy inny czarodziej uciekłby, gdyby tam był! Dziesięć, nie, właściwie, myślę, że było tam prawie dwadzieściawilkołaków biegnących wprost na mnie, z wyraźnym zamiarem zakończenia mego życia. Ale hah, nie wiedziały z kim miały do czynienia! Ja, oczywiście, zdołałem pokonać je wszystkie— 'Nie mogę uwierzyć, że nie nasłano na niego jeszcze płatnych zabójców'pomyślał Harry, po tym jak skończył trzeci rozdział „Zielonej Wiedźmy" Susan Cooper.

- Powiedz mi, Harry – odezwał się nagle Lockhart, pochylając się – Czy rozważałeś może zaopatrzenie się w szaty z wzorem pawiego upierzenia? Kolory wyglądałyby na tobie fantastycznie! Jedyne w czym cię widzę, to czarny, i chociaż jest to wspaniały kolor łatwo łączący się ze wszystkim, nie jest on po prostu wystarczający.

- Pawie upierzenie? – powtórzył Harry, nie będąc pewnym jak w ogóle na to zareagować. – Um, nie. To znaczy, naprawdę, nie. Żadnych pawich szat. Proszę. Powiedz, jakie były inkantacje, których użyłeś do pokonania wilkołaków?

- Jesteś za młody, żeby je znać – odrzekł Lockhart wymijająco – Ale, co ty na to, żebym opowiedział ci o tym, jak uratowałem dwie niewiasty przed boginem, hmm? Byłem w Zimbabwe, gdzie kupiłem pomarańczowy zestaw szat, które pokażę ci jutro, kiedy bogin— cóż, to był właściwie więcej niż jeden bogin. To było bardziej jak zgraja boginów…

Harry wpatrywał się przez chwilę w mężczyznę, nim westchnął i postanowił powrócić do czytania swojej książki . Jeśli chciał się czegoś nauczyć, będzie musiał oczywiście uczyć się na własną rękę. Lockhart był wyraźnie niezainteresowany niczym innym, jak tylko marnowaniem jego czasu.

Jego mama powiedziała mu, że ten mężczyzna był z domu Ravenclaw w Hogwarcie, który był rzekomo dla tych o bystrym umyśle… Harry'emu trudno było w to jednak uwierzyć .

'Nie mogę się tak po prostu marnować' pomyślał mizernie Harry, powstrzymując ziewnięcie 'Naprawdę muszę się uczyć. Czegoś pożytecznego. Mama chce, żebym dostał się do Durmstrangu – co jeśli zawalę tylko dlatego, że nie przygotowywałem się wystarczająco dużo?'

Harry wiedział, że w Durmstrangu, dziedzice niektórych z owianych najgorszą sławą Mrocznych rodzin będą się uczyć. Inne dzieci były zobowiązane znać Mroczne zaklęcia i będą wiedziały jak się obronić, przynajmniej tyle. Jak Harry miał zaimponować komukolwiek w porównaniu z takimi ludźmi? Nie mógł sobie pozwolićna takie marnowanie czasu.

Harry słuchał wszystkiego o czym Syriusz opowiadał jego rodzicom o Durmstrangu. Najwyraźniej zasady akceptowania uczniów były jeszcze surowsze, niż do tej pory, a liczba przyjmowanych uczniów została obcięta do niecałej połowy. Chociaż jego mama stała się jeszcze bardziej zdeterminowana, żeby Harry dostał się do Durmstrangu, sam Harry wątpił, czy jest to aby na pewno możliwe.

A nawet jeśli by się dostał, jak by tam przetrwał? Jak poważne naprawdę zaszły zmiany? Po co tak gwałtownie zmniejszać liczę przyjmowanych uczniów, posuwając się nawet do przeniesienia tych, którym nie pozwolono od teraz pozostać w Durmstrangu?

Harry nie lubił się uczyć – nie za bardzo – ale wiedział, że miał jeszcze wiele do zrobienia, żeby miał szansę przetrwać w Durmstrangu.

- Profesorze Lockhart?

- Mówiłem ci już, Harry skarbie, przyjaciele mówią mi Gildy.

- Czy dostanę możliwość poćwiczenia zaklęć? – spytał Harry – To znaczy, uczenie się teorii jest fajne, ale chcę spróbować też praktyki.

- Nie ma potrzeby, żeby się z tym spieszyć – odrzekł wymijająco Lockhart – Wciąż jesteś –

- Będę szedł do Durmstrangu– przerwał mu Harry z powagą, strach słyszalny w jego słowach – Skończę ucząc się z dziećmi, które wszystkie były uczone przez swoich rodziców Śmierciożerców. Nie mogęmarnować moich dni słuchając ciebie opowiadającego o fikcyjnych wyczynach, kiedy wiem , że szkoła do której będę uczęszczał jest znana z praktykowania Czarnej Magii.

- Harry, skarbie – zaczął Lockhart, ale przerwano mu po raz kolejny.

- potrzebuję nauczycielanalegał Harry, z przerażeniem odkrywając, że łzy nie były tak dalekie od wypłynięcia z jego oczu – A nie… Nie wiem, czegokolwiek czym ty jesteś. Niańką? Muszęnauczyć się jak przetrwać, nie jak siedzieć na krześle, znudzonym do granic możliwości. Nie mogę sobie pozwolić na bycie przeciętnym. Nie mam nikogo, kto by mnie tam bronił. Muszę chronić samego siebie. Muszę się nauczyć jak. – Lockhart wpatrywał się w Harry'ego z dziwnie niewyrazistą miną przez chwilę. Wyglądało to niemal przerażająco nie na miejscu na jego twarzy.

- Jesteś pewien? – zapytał Lockhart –Bo gdy się czegoś uczysz, nie możesz się tego nigdy oduczyć. Wiedza może być ogromnym ciężarem. A im więcej wiesz, tym cięższe staje się przebaczanie tym, co nie wiedzą.

- Możesz mnie nauczyć? – chciał wiedzieć Harry, pełny nadziei słysząc powagę w jego głosie. – Kim ty w ogóle jesteś, tak naprawdę? Wojownikiem? Opowiadaczem historii?

- Jestem mną – powiedział mu Lockhart. – Uwielbiam to jaki jestem teraz, i daje mi to bardzo realne poczucie tożsamości. Jest wiele zaklęć odmieniających umysł, które na mnie nie działają, zwyczajnie dlatego, że doskonale wiem, kim jestem.

- …

- Jest potęga w byciu indywidualnym – kontynuował Lockhart, strzepując niewidzialny kurz z piór na swojej pelerynie – Ludzie nie rozumieją tych, którzy są od nich inni. Nie potrafią także przewidzieć, czego nie rozumieją.

- Czego mnie nauczysz? – zapytał niepewnie Harry. Lockhart posłał mu olśniewający uśmiech i machnął w jego stronę swoim piórem w kolorze jasnej fuksji.

- Nauczę cię tego, co przydatne – obiecał mężczyzna – Zaczynając od języka ciała, aż po dysponowanie nim. Ale najpierw, twoje ubrania potrzebują kolorowej metamorfozy.

- Gildy jest taki dziwny– zadeklarował Harry później przy kolacji. – Bardzo się różni od każdego, kogo wcześniej poznałem.

- Cóż, musi mieć w sobie to coś, tak, żebyś nazywał go Gildym – zauważył James. – Nauczyłeś się czegokolwiek pożytecznego?

- Nie, jeszcze nie. Strata czasu, jak dla mnie. – Przynajmniej póki co. Harry miał jednak przeczucie, że po dzisiejszej dyskusji z mężczyzną, rzeczy zmienią się na lepsze.

- Oh daj spokój – westchnęła Lily – Miałeś na razie ile, pięć lekcji? Daj mu trochę czasu. Nauczanie nowych uczniów zawsze jest nie lada wyzwaniem na początku. Nie wie ile już potrafisz, i czego powinien cię uczyć.

- Mówi, że powinienem przestać chodzić cały czas w czarnym. Chce mnie ubrać w kolory tęczy i pawie wzory!

- To byłby widok – mruknął James –Masz tez zielone szaty, w sumie. I niebieskie.

- Niebieski nie jest jego kolorem – zauważyła Lily – Zielony, szary, czarny, srebrny… powiedziałabym, że to te kolory najlepiej na tobie wyglądaj, młody człowieku.

- Czy możemy skupić się na tym, co istotne?– zapytał Harry – Nie będziecie przecież kazać swojemu jedynemu dziecku ubierać się na tęczowo, prawda?

- Mogłoby to być dobrym doświadczeniem dla ciebie – droczyła się Lily, sprawiając, że jej syn wyrzucił w górę ręce z frustracji, po czym wyszedł z kuchni, podczas gdy jego rodzice starali się nie śmiać zbyt głośno. Stąpając po schodach, czując się jakby cały świat był przeciw niemu, Harry nie był w nastroju na siedzenie i słuchanie śmiesznych historyjek.

Od kiedy tylko Harry dowiedział się o Durmstrangu i o swojej możliwości nauki tam, nie mógł przestać o tym myśleć. Czy znajdzie tam nowych przyjaciół? To była bezapelacyjnie jego największa obawa, bo pomimo tego, że Harry czuł się niekomfortowo wśród innych dzieci, czuł się on także bardzo samotny. Ale co jeżeli wszystkie będą jak Draco? Nie żeby Draco był szczególnie zły – jedynie niesamowicie egocentryczny i nudny. 'Pewnie powinienem się do tego przyzwyczaić' pomyślał Harry 'W końcu jestem nauczany przez kolejnego narcystycznego idiotę.'Tylko że właściwie to nie był już taki pewny, czy Lockhart rzeczywiście był aż takimidiotą. To wszystko było bardzo zagmatwane – jakim dokładnie był on człowiekiem?

Wzdychając, Harry zdecydował, żeby na razie skończyć rozmyślać nad problemem i sięgnął po pamiętnik, który znalazł w bibliotece. Może to najwyższy czas, żeby go przeczytać? Jeśli mu się poszczęści, być może będzie w nim gdzieś zapisane parę inkantacji lub zaklęć.

- Haines Potter – mruknął na głos Harry, wpatrując się w niechlujnie złożony podpis. Merlinie, jak czyjeś pismo mogło być aż tak koślawe, nie miał pojęcia. – Ciekawe jak dawno temu to napisał. – Strony dziennika były już częściowo zżółknięte, ale nie wydawało się, żeby papier przecierpiał choćby w połowie tak bardzo jak okładka. Pamiętnik nie był jednakże fikcją, i nie utrzymał jego zainteresowania na długo.

'Może Gildy będzie w stanie nauczać mnie na porządnie kiedy zacznę ubierać się bardziej kolorowo' pomyślał Harry z niechęcią 'Podczas swojej przemowy przez chwilę wyglądał poważnie'. Wcześniejsze słowa mężczyzny o byciu indywidualnym i nieprzewidywalnym sprawiły, że Harry czuł się, jakby miał wszystkie kawałki układanki tylko nie wiedział, jak je połączyć. Było to głupie uczucie – nie była to w końcu żadna enigma. Czy przyniosłoby to jakiekolwiek rezultat, jeśli Harry zrobiłby listę rzeczy, których chciałby się nauczyć? Czy Lockhart zignorowałby taką listę, czy może rzeczywiście by ją rozważył? Harry naczytał się już wystarczająco teorii – chciał robić coś, co było by pożyteczne.Coś, do czego mógł użyć swojej różdżki.

Nieśpiesznie, Harry ruszył się ze swojego łóżka, na którym siedział, i na chwilę utkwił swój wzrok w czerwonym pudełku, które mieściło w sobie jego różdżkę. Nerwowy, otworzył pudełko, żeby zobaczyć znajdującą się tam różdżkę. Jedenaście cali, zrobiona z ostrokrzewu. Pióro Feniksa jako rdzeń. I pomyśleć, że ta różdżka, która wyglądała tak niewinnie, była bliźniaczką różdżki Czarnego pana.

To było nadzwyczajne, i Harry nie mógł pomóc lekkiemu podekscytowaniu, które czuł. Miał coś wspólnego z samym Czarnym Panem. Jakgenialne to było?

Czarny pan Voldemort był oficjalnym władcą Brytyjskiego Świata Czarodziei, i nieoficjalnym przywódcą Europejskiego Społeczeństwa Czarodziei. Z tego co dowiedział się Harry, Czarny Pan wzrósł w potęgę po tajemniczej śmierci Albusa Dumbledore'a z dobrą dekadę temu. , i poprowadził ich wszystkich ku nowej erze […] i pokoju. Harry przeczytał wystarczająco opowieści, by […] , ale nie ważył się wyrażać swojego zdania na ten temat.

Polityka. Samo słowo wystarczyło, by przeszedł go dreszcz. Wszystko robiło się dużo bardziej skomplikowane niż powinno, gdy do gry wkraczała polityka. Harry był wdzięczny, że jego rodzina nie była pośród politycznych kręgów. Tata Draco był w nie głęboko zaangażowany, Syriusz także. Ale znowu… oboje byli wysoko postawionymi Śmierciożercami.

Harry dopilnuje, aby pójść śladami swoich rodziców i nigdy nie zostać wciągniętym w politykę. Bez względu na wszystko.

Mijały tygodnie a wszystko pozostawało niemal bez zmian. Harry wciąż musiał tkwić na swoich „lekcjach"pięć razy w tygodniu, ku jego irytacji. Jego błyskotliwy, ekstrawagancki nauczyciel nie był jednakże tak denerwujący jak na początku, i nauczył Harry'ego paru całkiem przydatnych zaklęć.

Nie to, żeby Harry mógł używać tych zaklęć poza lekcjami.

- Mam pytanie – powiedział pewnego dnia Harry, zakłócając słowotok Gildy'ego. Pomimo wszystkich jego dziwactw i tego, jak wkurzający czasami potrafił być mężczyzna, Harry doszedł ostatnio do szokującego odkrycia, że tak właściwie, wcale nie darzył Gildy'ego niechęcią.

- Pytaj śmiało, mój drogi – odpowiedział starszy czarodziej. – Jestem tutaj w końcu po to, aby rozwiać twe wszelkie wątpliwości.

- Dzięki – powiedział płytko Harry – Jeśli Hogwart jest tylko dla Brytyjskich uczniów, a Durmstrang przyjmuje ich teraz tak nie wielu, a Beauxbatons nie przyjmuje ich wiele więcej od Hogwartu, a Szkoła Zaklęć Flory jest dla tych ze specjalnymi potrzebami… to co z resztą? Gdzie idzie reszta?

- Do innych szkół, na innych kontynentach – odparł Gildy – Albo mają nauczanie domowe. W małych wioskach bardzo częstym jest zbieranie wszystkich dzieci i prowadzenia lekcji, podczas których każdy rodzic uczy innego przedmiotu, tego, w którym jest dobry. Tak bywa.

- Nigdy o tym nie słyszałem – wymamrotał Harry.

- Cóż, nie możesz oczekiwać od każdego bycia tak wyedukowanym, jak ja – powiedział Glidy wzruszając ramionami – Przywykłem do tego, spokojnie.

'A ja przywykłem do ciebie'pomyślał Harry kiedy zauważył, że nie był w stanie wykrzesać z siebie irytacji, którą kiedyś odczuwał na samą myśl o mężczyźnie.

- I właśnie po to tu jestem – kontynuował Gildy – Żeby oszczędzić ci głupoty i ignorancji, które nie są twoją winą, drogie dziecko. Nie każdy rodzi się geniuszem, jak ja.

Zapomnijcie. Już mógł.

- Mama wspomniała, że rozmawiałeś z nią o jakiejś wycieczce? – zapytał Harry, zmieniając temat – Czy to prawda?

- Właściwie, to tak. Zauważyłem, że twój sposób komunikacji międzyludzkiej jest dosyć tragiczny i nędzny. Musisz być bardziej wylewny, towarzyski. Jak ja.

- Nie sądzę, żebym potrafił być jak ty.

- Oh, Harry – roześmiał się Gildy – Musisz mieć więcej wiary w siebie.

- Nie, serio – nalegał drętwo Harry – Nie potrafiłbym. Gdzie będziemy iść ? Kiedy w ogóle jest ta wycieczka? To nie jest żaden pokaz mody, czy coś podobnego, prawda? Bo jeśli jest, to nie idę.

- Oh no weź, Harry, skarbie. Nie bądź takim nudziarzem.

- Czyli jest!W czym ma mi pomóc zobaczenie garści ubrań?

- Sprawi, że poczujesz się lepiej, oczywiście – odrzekł Gildy tonem, który był naprawdę niedaleki od osądzającego – Nauczysz się wiele o materiałach: które z nich ochronią cię przed ogniem, ceny butów ze smoczej łuski, które sprawią, że się nie utopisz - albo nie zanurkujesz, w tym wypadku. Nie wspominając już, że moja bliska przyjaciółka Peppita Peppino pokaże ci swoją nową linię szat, na którą czekam od zeszłych Świąt. Poza tym, możemy kupić ci coś, co nie jest czarne.

- I moje zdanie—

- Ja słucham tego, czego pragnie twa dusza,nie tego, co mówią twoje usta. Idziemy jutro. Nie ubieraj czarnego, albo każę ci się ubrać na pomarańczowo.

I oto właśnie dlaczego Harry Potter, dziesięcioletni i ubrany w ciemnozielone szaty, znalazł się w Rzymie dnia następnego.

Jego nauczyciel, odziany w złociste szaty, fruwał wśród tłumu, który zdawał się znać bardzo dobrze. Harry zmuszony był za nim podążać i jego policzki były wyściskane – za bycie uroczym– zbyt wiele razy by mógł zliczyć, ale z pewnością wystarczająco, żeby go rozbolały.

- A toGildy-kochany, ma na sobie pióra Lelka Wróżebnika! Spójrz! – kobieta z ciemnymi włosami związanymi w coś, co wyglądało na bardzo skomplikowaną fryzurę zawierającą złoto i kokardy mówiła silnie zaakcentowanym angielskim – Pióra te odbijają tusz i olej i generalnie się nie plamią. Widzisz, zaprojektowałam tą pelerynę, żeby okryć nią ramiona, ponieważ dzięki temu – odpycha ona też wodę, jak wiesz – będziesz bezpieczny od deszczu nosząc ją! Czarująca, czyż nie? - Peppito jesteś geniuszem– powiedział Lockhart z podziwem – To jest cudo! Harry, chodź tutaj, Harry!Popatrz na to.

- To twój… syn? – spytała Peppita, spoglądając na Harry'ego – Urocze dziecko. Przepiękne, gratulacje.

- Harry jest moim uczniem – Gildy poprawił ją pospiesznie – Miałem nadzieję, że znajdziemy tutaj dla niego jakąś pamiątkę. Biedne dziecko, prawie zawsze chodzi w czarnym.

- Ależ to grobowe! – zapowietrzyła się Peppita. – Nic się nie martw, nigdy więcej! Peppita się tobą zajmie, młody człowieku. Ile ma lat, Gildy-kochanie?

- Dziesięć, i będzie wkrótce zaczynał szkołę.

- Oh, wybornie! Co myślisz o butach? Genialna skóra! I nie tylko jakaś tam skóra, nie. Peppita nie projektuje butów by zostały zrobione ze zwyczajnej skóry. – Kobieta potrząsnęła głową z zadowolonym uśmiechem na twarzy, zanim kontynuowała. – Żabercia skóra! Gładka i bezwłosa i zielona. Zielony ci pasuje, młody człowieku. Pasuje bardzo dobrze. – Właściwie, to liczyłem na coś bardziej… konkretnego – rzucił Gilderoy figlarnie, a Harry zamrugał zaskoczony na nagłą zmianę jego tonu. Zdecydowanie coś knuł. – Harry tutaj ma duże szanse na pójście do Durmstrangu.

- Ah – powiedziała Peppita, i wyglądało na to, że jakieś rodzaju zrozumienie zaświtało w jej głowie. Harry nie był pewny o co dokładnie chodziło, ale miał nadzieję, że nie będzie to zbyt naruszające jego dumę. – Peleryna niewidka? Znaleźliśmy parę Demimozów i zdołaliśmy wytworzyć dwie narzutki. –Nie – powiedział Gilderoy, kręcąc głową – To jest bardzo, cóż, nie zwyczajne, ale możliwe do pozyskania przez innych. – To co powiesz na płaszcz z pierza Dimikraka? – zaproponowała Peppita, po czym odwróciła się do Harry'ego – Dimikraki są znane ze swojej metody uciekania od niebezpieczeństwa: Dimikrak potrafi zniknąć w kłębku piór i pojawić się gdzie indziej. W mniejszym stopniu, płaszcz pozwala ci na zrobienie tego samego.

- To byłoby jak Teleportacja, której i tak będzie musiał się kiedyś nauczyć.

- To może kórtka ze skóry buchorożca? Odbija większość klątw.

- Hm – Gildy zacisnął usta i myślał przez parę długich chwil, nim pokręcił głową – Przepraszam, ale muszę powiedzieć nie. Istnieją konkretne zaklęcia, które sprawiają ból kiedy ktoś nosi skórę buchorożca, a nie chcę narazić na to Harry'ego. – Zrozumiałe – pokiwała głową Peppita – Nic się nie martw, mój drogi, znajdziemy coś prędzej czy później. Wiesz, parę dni temu oszust próbował sprzedać mi, jak on to nazwał, skórę z Nundu! Ha! Pięćdziesięciu czarodziei wspólnie nie jest wstanie zabić Nundu, żeby dostać jego skórę!

- [fabric scammers] są bezwstydni – zgodził się Gildy – Słuchaj, chciałem spytać cię o to cały wieczór… ta suknia, którą nosisz, czy to nie jest przypadkiem Pogrebin?

- Dobry dla kamuflażu – potwierdziła Peppita z uśmiechem – Ludzie zauważają mnie tylko wtedy, kiedy tego chcę.

Harry stał, zanudzony na śmierć, przyglądając się ich wymianie zdań. Wprawdzie właściwości różnych skór i łusek używanych do robienia ubrań były ciekawym tematem, ale Harry wiedział, że i tak najpowszechniejszymi materiałami były te podstawowe: bawełna, wełna i inne temu podobne. Poza tym, jego matka była dosyć przeciwna zabijaniu zwierząt dla rzeczy takich jak ubrania.

- Dla Harry'ego, chciałbym czegoś subtelnego, nawet jeśli nie ma tego w kolekcji z tego sezonu. Jak już mówiłem, idzie on do Durmstrangu, i chcę aby był chroniony bez wiedzy innych. - Projektantka nabrała wtem gwałtownie powietrza i chwyciła rękę Gilderoya. Harry [tensed], nie wiedząc do końca co uległo zmianie.

- Mam rzecz wręcz stworzonądla ciebie – wyszeptała Peppita – Ale jest ona droga i nieprzychylna do przemycania, Lockharcie. Trzymam ją na zapleczu, w sejfie, do którego tylko ja mam dostęp. Jeśli chcesz, możemy iść tam nawet i teraz, ale chłopiec musi od razu ją ubrać – to najbezpieczniejszy sposób, żeby ją wynieść. Peppita wie, Gilderoy, że gdyby kto wiedział, że ją posiada, z przyjemnością zabiliby go, aby mu ją odebrać.

- A cóż by to mogło być? – zapytał mężczyzna, a Harry na wpół oczekiwał zaproponowania przez kobietę raz jeszcze czegoś skandalicznego.

- zrobiona z mantykory, jak wy to Anglicy nazywacie, podkoszulka – odpowiedziała Peppita głosem jeszcze cichszym niż wcześniej – Skóra mantykory odbija niemal wszystkie znane zaklęcia i klątwy bez względu na to, jak cienka jest. Będzie nosił podkoszulkę pod czymkolwiek co będzie nosił, i jego klatka piersiowa będzie chroniona. Materiał jest całkiem rozciągliwy, więc może je używać przez parę lat, zależnie od tego, ile urośnie. – Ty, moja pani – westchnął Gilderoy, głęboko pod wrażeniem – jesteś diamentem.

- Wiem – powiedziała kobieta z kiwnięciem głowy –Jestem w końcu Peppitą Peppino!

- Słyszysz, Harry? – spytał mężczyzna z szerokim uśmiechem, jego ręka spoczęła na ramieniu Harry'ego – Nie cieszysz się teraz, że to ja jestem twoim nauczycielem, a nikt inny? Nie cieszysz się, że cię tutaj przyprowadziłem? Peppito, moja droga, dodatkowo chciałbym dla niego jeszcze tą tutaj kurtkę – powiedział Gildy, wskazując lśniącą srebrną kurtkę, która zdawała się być zrobiona z łusek – To prawdziwa skóra?

- Skóra wsiąkiewki – potwierdziła Peppita – Bardzo dobra kórtka, jedna z moich najlepszych. Wsiąkiewki mają tą zdolność skurczania się i rośnięcia kiedy chcą – to sprawia, że ubrania zrobione z wsiąkiewki dopasowują swój rozmiar w miarę jak rośnie ich właściciel.

- I wygląda dobrze – wymamrotał Gilderoy – Chodź, Harry, sprawdzimy to.

'Więc ta wycieczka jednak nie była na nic' pomyślał Harry, podążając za mężczyzną do miejsca, w które prowadziła ich projektantka 'Może jednak jest dobrym n-'

- Harry skarbie – powiedział Gilderoy, obracając się do chłopca – Teraz kiedy masz coś, co cię ochroni, nie musisz się uczyć inkantacji, prawda?

Parę miesięcy minęło, niosąc za sobą zmiany.

Sytuacja z Rebeliantami – ogólnoświatową grupą, która sprzeciwiała się Czarnemu Panu i chciała położyć kres jego reżimu – stawała się coraz gorsza, co sprowadziło się do jego rodziców pracujących więcej niż przedtem. Nawet Syriusz, który był wysoko postawionym Smierciożercą, był zapracowany ze swoimi wszystkimi obowiązkami.

To z kolei sprowadziło się nieszczęśnie do Harry'ego spędzającego jeszcze więcej czasu z mężczyzną, którego musiał nazywać 'Gildy'.

- Nie zostało już wiele czasu do dnia egzaminującego – rzekł Gildy pewnego deszczowego poniedziałku – Jak się czujesz, Harry-skarbie?

- Nie wiem – chrząknął Harry, nie podnosząc wzroku znad książki, którą czytał. Gildy przyglądał mu się przez chwilę, nim westchnął i obrócił się, żeby poprawić kapelusz, który nosił, przysięgając, by nigdy już nie ubierać niczego czerwonego. To po prostu nie był jego kolor.

- Jeśli się dostaniesz, przyniesie to twojej rodzinie dużo chwały. I mi, oczywiście, jako że jestem twoim korepetytorem. Nie to żebym już nie miał wystarczająco chwały. Jestem, w końcu, bohater Gilderoy Lockhart!

- Skoro jesteś takim bohaterem, dlaczego nie walczysz z Rebeliantami?

- Żeby się tobą opiekować. Poświęcam wszystkie moje przyszłe Ordery Merlina, tylko po to, żebyś nie czuł się samotny.

- Twoja nieobecność nie będzie źródłem nieszczęść.

- Ah, nieobecność – westchnął Gildy - Odszedłeś od mego wzroku jak piękny sen. I na próżno szukam nad łąką i strumieniem.

- Co? – wykrztusił Harry. Blond włosy mężczyzna mrugnął do niego i zaoferował szeroki uśmiech.

- George Linley. Dziewczyny to uwielbiają.

'Ciekawi mnie jaka kobieta chciałaby mieć z nim cokolwiek wspólnego' zastanowił się Harry, nim potrząsnął głową i powrócił do swojej książki. Gildy skrzywił się, będąc w nastroju na dzielenie się swoją wiedzą na temat, cóż, wszystkiego i niczego.

- Zawsze czytasz bajki – powiedział mężczyzna – To nie są nawet fakty. Bajki są, niektórzy ludzie stwierdzili, kompletnie pozbawione korzyści.

- Niektóre bajki są prawdą, która nigdy się nie ziściła – odpowiedział Harry, nie podnosząc wzroku znad książki. – Wyobraźnia i fikcja tworzą ponad trzy-czwarte naszego prawdziwego życia.

- Ty… cytujesz mi ludzi – rzekł Gildy, zaskoczony – To co powiesz na to? Ten, co posiada wyobraźnię, ale się nie uczy, ma skrzydła, lecz brak mu nóg. Joseph Joubert. Znasz go?

- Nie.

- Cóż, był charłakiem. Jednym z bardziej znanych, ale wciąż charłakiem.

-A-ha.

- Oh, robisz się opryskliwy. Czy to dlatego, że moja wiedza cię onieśmiela? Harry skarbie, nie martw się – mam ponad dwadzieścia lat więcej doświadczenia niż ty.

- Doświadczenia w czym?

- W życiu – odpowiedział Gildy – W byciu bohaterem. Celebrytą. Uczy mnie to, by żyć moim życiem inaczej. W przeciwieństwie do ciebie, ja mam wielu wrogów. Ty nie masz żadnych.

- Na razie – poprawił Harry – Tata mówi, że każdy mężczyzna z opinią ma wrogów. A mama mówi, że mam ich wiele.

- To okropnie przygnębiające. Powiedz, Co sądzisz o pójściu na kolejny pokaz mody?

- Dobrze się czujesz?

- Czemu każdy mnie o to pyta? – Gildy wymamrotał, kręcąc głową – Super. Wracaj do czytania swoich głupich książeczek w takim razie, Harry. Ale nie oczekuj, że będę z tego powodu zadowolony.

- To w porządku – zapewnił go Harry – Ja jestem z tego powodu zadowolony.

I był. Jego opowieści nie były dotknięte Rebeliantami, w przeciwieństwie do jego rodziny.

Harry czekał na nadejście lipca w, jak mu się zdawało, nieskończoność. I teraz, kiedy miesiąc ten w końcu się rozpoczął, nie miał pojęcia co robić. Egzamin wstępny do Durmstrangu miał nadejść za trzy dni, i Harry był zbyt nerwowy, nawet na naukę.

'Co jeśli nie uda mi się dostać?' rozmyślał chłopiec 'Cóż, zawsze jest jeszcze Hogwart, ale i tak.' Decydując, żeby wybrać się na przechadzkę przed snem, wyszedł z pokoju tylko po to, by zatrzymać się gdy usłyszał głos swojej matki.

- Tylko dziesięcioro uczniów zostanie przyjętych – mówiła Lily nerwowo – Ciekawi mnie, czemu zmienili system?

- Krążą plotki, że Czarny Pan chce przekształcić Durmstrang w szkołę wojskową – odpowiedział Syriusz – Najwyraźniej Rebelianci staja się niebezpieczni i chcą zacząć formować armię zawczasu.

- Rebelianci – westchnął James, trąc oczy – Jakbym chciał, żeby już się poddali… Dlaczego oni w ogóle walczą? Za co walczą?

- Równouprawnienie szlam – powiedziała cierpko Lily, i Harry wzdrygnął się, nienawidząc swojej matki za mówienie tego, co powiedziała wiedząc, że ona sama była 'szlamą' w oczach wielu innych.

- Lils…

- Co? To właśnie za to—

- Nie musisz używać tego słowa – powiedział delikatnie James – Nie ma nic złego w nie byciu czystej krwi. Wiesz o tym lepiej niż większość – nie ma potrzeby rekompensować czegokolwiek.

- Ja-

- Nie sądzę, że Harry nie zda - Syriusz pospiesznie wciął się w jej zdanie – To znaczy, Karkarow wie, że Harry jest moim chrześniakiem. Rzecz w tym, czy jesteście pewni, że chcecie żeby był w Durmstrangu wiedząc, że może zostać on zamieniony w szkołę wojskową? Co jeżeli wszystkie wizyty, które Czarny Pan do tej pory złożył w Durmstrangu były właśnie w tym celu? Właściwie, Merlinie, jak mogłem być tak ślepy? To ma całkowity sens! - Harry zostanie Śmierciożercą bez względu na to, do której szkoły będzie uczęszczał – wytknęła Lily – Więc tak, jestem pewna, że Durmstrang będzie dla niego najlepszy.

- Taa – powtórzył James, mniej pewny siebie – po prostu, wszystko jest tak nieprzewidywalne ostatnimi dniami.

- Życie jest nieprzewidywalne – rzekł Syriusz wzruszając ramionami – Więc nawet nie próbuj.

- Moja największą obawą jest, że ktoś dowie się o różdżce Harry'ego – wyznałą Lily – Jaki test Syriusz mówił, że to ma być?

- Cóż, powiedziano mu, że będzie to jakiegoś rodzaju test na kompatybilność magii, ale nie mam pewności, tyle się już zdążyło pozmieniać – odpowiedział James – Co o tym sądzisz, Syriuszu?

- Nie wiem co mam o tym myśleć – przyznał mężczyzna – Po prostu czuję, że wszystko nagle jest bardzo zagmatwane, i nie wiem ile się zmieniło, i dlaczego. Nie wiem nawet, czy plotki o Durmstrangu okażą się być prawdą. Dlaczego Czarny Pan miałby potrzebować specjalnego oddziału Śmierciożerców? Dlaczego nagle— Czy on potrzebuje specjalnego oddziału? Z pewnością Rebelianci nie są aż takim zagrożeniem?

- Myślisz – Lily wciągnęła powietrze, nachylając się do nich – Że coś związane z Rebeliantami jest przed nami ukrywane? Coś wielkiego?

- Nie wiem. Jestem Generałem Porucznikiem,nie ma wielu rzeczy, których ja nie wiem. Jeśli Rebelianci są gorszym problemem niż nam się zdawało, to najpewniej zostałbym o tym poinformowany.

- Z tak małą liczbą uczniów ryzyko, że Harry będzie się wyróżniał w sposób, w jaki tego nie chcemy, będzie większe.

- Nie tylko to – rzekł Syriusz – Ale jeśli Harry się dostanie i będzie jedynie przeciętny i nie będzie wykazywał się żadną szczególną ambicją – z pewnością zostanie to zauważone. I z pewnością nie wyjdzie to Harry'emu na dobre.

- Nie ma co się martwić na zapas – zadecydował James – Jedyne co możemy teraz zrobić, to polecić Harry'emu, żeby był ostrożny i nie ściągał na siebie uwagi, jeśli to możliwe. Właściwie to jest w tym całkiem dobry. Ludzie zawsze zdają się go… zapominać. Nie zauważać go.

- To się zmieni jeśli ludzie staną się świadomi jego istnienia z tego lub innego powodu – stwierdziła Lily – A to wszystko przez jedną różdżkę!

- To nie jest jakaś tam różdżka – przypomniał jej Syriusz – Choć przyznaję, bardzo ciekawi mnie, czemuż to Harry dostał różdżkę bliźniaczkę Czarnego Pana? Czyżby mogli być ze sobą jakoś powiązani?

- Nie mów tak! – krzyknęła Lily, myśląc o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby Czarny Pan i jej syn rzeczywiście byli ze sobą w jakiś sposób powiązani – Harry jest normalny. Jest zwyczajny.

- Wiemy – zapewnił ją James.

- Póki co – dodał Syriusz.

Pomimo, że było to wczesnym lipcem, dzień egzaminu był chłodny i wietrzny.

- Nic cię nie bierze, prawda? – zapytał James z zatroskaniem na twarzy, gdy dostrzegł swojego syna wzdrygającego się.

- Po prostu jest nerwowy – stwierdził Lily – Też mi się to zdarza. Odczuwanie zimna i wzdryganie się kiedy jestem nerwowa. Podobne.

- Czy świstoklik jest już gotowy? – spytał Syriusz z miejsca, w którym stał i poprawiał swój kołnierz – Bo musimy już wychodzić.

- Tak. Czy każdy jest gotowy do wyjścia? Harry, to już czas. Masz ze sobą swoją różdżkę?

- Taaaak – powiedział Harry, już czując się niedobrze. Tak wiele rzeczy mogło pójść źle, i jedynym co mogło dać mu teraz odrobinę otuchy, były słowa jego ojca o nie martwieniu się na zapas. Nie miał zresztą innej możliwości. Jego ręka była pokryta potem gdy chwycił świstoklik, i nim dotarli na miejsce, odczuwał takie mdłości, że prawie zwymiotował. Chłodna dłoń Lily na jego czole i wymamrotane przez nią zaklęcie sprawiły jednak, że poczuł się odrobinę lepiej. Bynajmniej wystarczająco by iść naprzód.

Budynek Durmstrangu wyglądał dokładnie tak, jak opisał go Syriusz, i nie wyglądał on przyjaźnie nawet w najmniejszym stopniu. Ojciec chrzestny Harry'ego poprowadził ich przez tłum; było tam mnóstwo innych rodzin, każda z nich odprowadzająca swoje dzieci do Sali egzaminacyjnej mówiąc ostatnie 'powodzenia'.

- Tutaj musi być co najmniej z tysiąc dzieci – wyszeptał James pod wrażeniem.

- Właśnie tak wielkim zainteresowaniem cieszy się Durmstrang – rzucił Syriusz – Ale i tak dostanie się tylko dziesięć osób. Z czego jedną będzie nasz Harry. Chodź, dzieciaku! Zaraz zabierzemy cię do Sali egzaminacyjnej. Jak się trzymasz?

- W porządku – odpowiedział z zawahaniem Harry, gdy tylko przekroczyli próg budynku. Całe miejsce zdawało się być zrobione z dziwnej kombinacji kamienia, drewna i szkła, i podczas gdy, z zewnątrz, budynek wyglądał prosto, od wewnątrz, był on imponujący i trochę złowieszczy.

Syriusz rozmawiał z ciemnowłosym mężczyzną, którego uśmiech był zbyt szeroki, by być do końca normalnym. Harry wzdrygnął się, mając złe przeczucia co do niego. Nagle, Syriusz obrócił się i pokazał Harry'emu, żeby ten do niego podszedł. Lily złapała ramię Jamesa, i dwójka została z tyłu podczas gdy ich syn podszedł do swojego ojca chrzestnego.

- To jest Harry Potter – powiedział Syriusz – Harry, to jest Igor Karkarow, dyrektor Durmstrangu.

- To zaszczyt móc pana poznać – powiedział nerwowo Harry, a w oczach Karkarowa rozbłysło coś, czego Harry nie był w stanie zidentyfikować.

- Wzajemnie, młody Potterze. Chciałbyś zostać tutejszym uczniem, czyż nie?

- Tak, proszę pana.

- Zdyscyplinowany i grzeczny – wymamrotał Karkarow – Podoba mi się to. Chodź. Osobiście odprowadzę cię do sali egzaminacyjnej. Syriuszu, możesz zaczekaż tutaj z rodzicami chłopca. – Czując się jeszcze gorzej, Harry nie miał nawet szansy spojrzeć na swojego ojca chrzestnengo nim został od niego odciągnięty, i musiał biec, żeby nadążyć za długimi krokami dyrektora.

'Ciekawi mnie, jakiego typu będzie to egzamin' myślał Harry 'Czuję się jakbym nie wiedział nic'.

- Masz jedenaście lat, prawda? – spytał nagle Karkarow.

- Dziesięć – odpowiedział Harry – Ale będę miał jedenaście za kilka tygodni.

- Poszczególne kroki egzaminu będą wyjaśnione tutaj – powiedział Karkarow gdy weszli do przestronnej hali, która była już prawie pełna – Liczba aplikantów w tym roku przekracza tysiąc, i musieliśmy załatwić więcej audytorium, by każdy miał miejsce. Jesteś przygotowany?

- Nie wiem – odpowiedział szczerze Harry i szeroki uśmiech dyrektora zmienił się w ten z zaciśniętymi ustami, który, mimo że nie był radosny, zdawał się być dużo szczerszy.

- Dobra odpowiedź – powiedział – Syriusz, twój ojciec chrzestny, jest moim dobrym przyjacielem. Chce żebyś się dostał, i zapewniał mnie, że masz predyspozycje do zostania wybitnym czarodziejem. Ja sam nie miałem jeszcze okazji tego sprawdzić, ale w końcu cię nie znam. Postaraj się i udowodnij, że ma rację.

- Spróbuję, proszę pana – odpowiedział ostrożnie Harry.

- Zajmij teraz sobie miejsce, i czekaj na Profesora Lyubena aż zacznie mówić. – Po powiedzeniu tego Karkarow nie czekał ani chwili. Harry został zostawiony samemu, pełen wątpliwości. Niezliczenie wiele ludzi próbowało dostać się do Durmstrangu… Jakim cudem Harry miałby być jednym z czołowej dziesiątki? To było niemożliwe! 'Nie będziemy egzaminowani indywidualnie, więc to musi być jakiś proces masowej eliminacji' myślał Harry, próbując się uspokoić. Utrata pewności siebie teraz byłaby fatalnym błędem. 'Wujek Syriusz powiedział, że nie jest egzamin pisemny, i stoliki są puste, ale…'

Głośny odgłos zamykanych drzwi wyrwał Harry'ego z jego rozmyślań. Rozejrzał się wokół i ujrzał setki innych chłopców i dziewczynek w jego wieku siedzących i czekających ze zdenerwowaniem. Na przedzie stał wysoki, stary mężczyzna z długą, szarą brodą i równie szarymi włosami upiętymi w krótki warkocz. Na jego nosie spoczywały okulary, i stał on z wyraźną pewnością siebie czarodzieja, który doskonale wiedział, gdzie jego miejsce.

- Jestem Thomas Lyuben – zaczął, zmęczony głos rozniósł się po ogromnym audytorium z łatwością. – Jestem wicedyrektorem Durmstrangu a także nauczycielem Historii Magii. Jesteście tutaj, aby spróbować dostać się do Durmstrangu i to czy wam się uda, czy też nie, zależne będzie od wyniku dzisiejszego egzaminu.

'No to zaczynamy' pomyślał Harry, biorąc głęboki wdech. – Ponieważ nie uczęszczacie jeszcze do szkoły, zakładamy, że nie znacie żadnych zaklęć. Jednakże, wszyscy macie swoje różdżki. Nad swoją głową, ujrzycie pióro i kawałek pergaminu unoszące się w powietrzu – waszym pierwszym zadaniem jest użyć zaklęcia, żeby przywołać je do siebie. Pokażę wam zaklęcie i ruchy różdżki. Jeśli wam się powiedzie, dostaniecie pergamin i odpowiecie na pytania, po czym wstaniecie. Podejdzie do was wtedy asystent i zabierze was w następne miejsce.

'To musi być zaklęcie przywołujące, to, które nam pokaże' pomyślał Harry 'zastanawia mnie ile osób tutaj już je zna'. Harry znał inkantację i ruchy różdżki – oboje z jego rodziców używało tego zaklęcia wystarczająco często – ale nie był pewny czy uda mu się rzucić je poprawnie. – Inkantacja brzmi: Accio – powiedział profesor Lyuben – Wskażcie różdżką rzecz którą chcecie przywołać, albo nazwijcie przedmiot. Macie godzinę, żeby ukończyć tę część egzaminu. Możecie zaczynać. 'Koncentracja to klucz do sukcesu' powiedział sobie Harry, spoglądając w górę na fioletowe pióro i zwinięty pergamin czekające na niego. Mógł usłyszeć za sobą dziewczęcy głos powtarzający inkantację kilka razy z frustracją i spróbował go wyciszyć. Jego różdżka była ciepła w jego uścisku i mógł poczuć ją w sposób, który przywodził mu na myśl brata bliźniaka, którego nigdy nie miał. Ufał swojej różdżce bardziej, niż ufał sobie samemu.

Harry mógł dosłyszeć odgłos szurających pergaminów i piór albo spadających w dół albo uderzających o coś, a kilka nawet wybuchających. Mógł usłyszeć syczane pod nosem przekleństwa przez tych blisko niego i mógł usłyszeć swój własny drżący oddech gdy w końcu uniósł swą różdżkę i wypowiedział zaklęcie.

Zwinięty papier I fioletowe pióro zleciało w dół i zatrzymało się na stoliku przed nim. Zdając sobie sprawę z tego, że pierwsze zadanie egzaminu było wykonane dopiero w połowie, Harry nie pozwolił sobie jeszcze na laury. Nerwowo, odwiązał wstążkę, która trzymała pergamin związany, i przeczytał znajdujące się tam pytania.

Gdzie widzisz siebie za dziesięć lat? Które przedmioty w programie nauczania Durmstrangu interesują cię najbardziej? Jak świadomy obecnej sytuacji politycznej jesteś? Czy wybierasz wykonywanie rozkazów od robienia tego, co uważasz za słuszne? 'To jak ankieta' zauważył Harry, zapisując nijakie odpowiedzi, które najpewniej zapomni do czasu aż staną się związane z tematem 'Ciekawe po co. To nie tak, że te pytania naprawdę zadecydują o tym czy jesteśmy wystarczająco dobrzy na uczenie się tutaj, prawda? Zastanawia mnie ile przeszło przez tą część egzaminu.'

Pośpiesznie kończąc, Harry wstał rozglądając się dookoła. Poza nim, jedynie trzech chłopców wraz z jedną dziewczynką wstało ze swoich miejsc, i po paru minutach podeszli do nich, jak mniemał Harry, ich asystenci. On sam, także, poczuł dłoń na swoim ramieniu i pozwolił wyprowadzić się z zali.

- Dobra robota – powiedziała osoba prowadząca go, i zatrzymała się aby obrócić Harry'ego w swoją stronę. Młody mężczyzna był wysokim, niebieskookim brunetem z piegowatą twarzą ubranym w czarne szaty. – Jestem Felix. Jestem tutaj prefektem, zaczynam mój siódmy rok po wakacjach. Dobra robota, naprawdę… zaklęcie przywołujące może brzmieć łatwo, ale jest całkiem podstępne. Um, jesteś zdenerwowany?

- O co chodziło z tą ankietą? – spytał go Harry zamiast odpowiedzieć – To znaczy, wydawało się do bez sensu.

- Analiza osobowości – odparł Felix, wznawiając swój marsz – Będzie istotna jedynie w finalnej selekcji.

- Jakie jest następne zadanie? Jak wielu jest tutaj prefektów? Jak wielu uczniów?

- Wiele się zmieniło przez ostatnie miesiące. Liczba uczniów została drastycznie zmniejszona, ale to już pewnie wiesz.

- Gdzie mnie zabierasz? – zapytał Harry.

- Niewiele dzieci przeszło pierwszy etap, ale wciąż jest ich za wiele. Następny etap wyeliminuje ich jeszcze więcej, i pozostanie wyłącznie najlepsza dziesiątka – dlaczego mówię to tobie? To jakbym, nie wiem, mówił sam do siebie. – Powiedział Felix z grymasem i pokręcił głową nim wreszcie zatrzymał się przed wielkimi drzwiami. – Jesteśmy na miejscu. Do środka. – Harry pokiwał głową, przełykając nerwowo ślinę. Wziął głęboki wdech i otworzył drzwi.

I wtedy ogarnęła go ciemność.

Pierwszą rzeczą, której Harry stał się świadomy, było otaczające go przeszywające zimno. A potem, twarde drewno, na którym leżał. Odgłos przejeżdżających pociągów był osobliwie kojący, ale wciąż dziwny. Harry w końcu otworzył oczy i usiadł, rozglądając się po prawie pustej stacji kolejowej, na której teraz się znajdował.

'jest zimno' pomyślał Harry, pocierając swoje ramiona 'Gdzie ja jestem?' Czuł się, jak gdyby był we śnie… Zdawało się, że miejsce spowite było delikatną mgłą, i jak w ogóle skończył na stacji kolejowej sam w środku nocy?

- A ty… Dlaczego tu jesteś? – spytał głos, i, zaskoczony, Harry obrócił się aby ujrzeć starego mężczyznę stojącego obok ławki, na której siedział. Mężczyzna był wysoki i szczupły, z długimi srebrnymi włosami i długą brodą. Błyskotliwe niebieskie oczy świeciły w sposób, w jaki Harry nigdy wcześniej nie sądził, że był możliwy.

- Kim jesteś? – spytał powściągliwie Harry.

- Martwym mężczyzną – odpowiedział spokojnie mężczyzna – Jednym z wielu. Rzadkością są tutaj jednak młodzi, tacy jak ty.

- Nie możesz być martwy – powiedział Harry – Ja nie jestem! Ja— O Boże! Egzamin! Byłem w Durmstrangu i przystępowałem do egzaminu wstępnego! Co ja tutaj robię? Dlaczego tutaj jestem! Czy to… Gdzie ja jestem?

- Tej stacji nie znajdziesz na żadnej mapie – rzekł starzec i przysiadł na ławce – Egzamin wstępny, mówisz.

- Tak – potwierdził Harry, wstając i rozglądając się dookoła siebie z rosnącą paniką – powinienem wykonywać teraz drugie zadanie, a nie być tutaj! Moja mama i mój tata…

- Może właśnie je wykonujesz –zasugerował mężczyzna życzliwie. Powiedział coś jeszcze, ale przejeżdżający pociąg zagłuszył jego słowa swoim hałasem. Harry rozejrzał się wokół ponownie, zmuszając się do uspokojenia. Jeżeli nie dostanie się do Durmstrangu, po prostu pójdzie do Hogwartu. Bez paniki. Naprawdę, nie ma powodu do paniki.

- Dokąd jadą te pociągi? – spytal nagle – Czy któryś z nich może zabrać mnie do domu?

- Te pociągi? – starzec zaśmiał się – Nie. One jadą… donikąd.

- To głupie –powiedział Harry – Niemożliwe. Jeśli wyjeżdżają stąd, to jadą gdzieś indziej. Nie donikąd!

- Być może źle to ująłem. Jadą one do Nikąd. Przynajmniej niektóre z nich. Pozostałe jadą gdzie indziej.

- Nie rozumiem.

- Nie wielu rozumie. To w porządku.

Kim jesteś? – pragnął wiedzieć Harry – Jak mam się dostać tam, gdzie byłem? Starzec uśmiechnął się do niego tęsknie i westchnął.

- Młodzież. Zawsze taka niecierpliwa.

- Jak mam się stąd wydostać? – zapytał Harry – Pomóż mi, proszę.

- Ależ ty nie potrzebujesz niczyjej pomocy – rzekł mężczyzna, wyraźnie zaskoczony – Zjawiłeś się tu na własna rękę, i na własna rękę się stąd wydostaniesz.

- Ale jak?

- Jak się tutaj dostałeś?

- Nie wiem!

- Mój chłopcze, uspokój się wpierw – powiedział starzec kojąco – Twoja magia cię tutaj zaprowadziła, i to właśnie ona cię stąd wyciągnie, jeśli tylko je na to pozwolisz.

- Ale egzamin…

- To może być jego część. Durmstrang znany był ze swej podstępności kiedy jeszcze żyłem.

- Chodziłeś tam? – spytał Harry, zaciekawiony. Starzec pokręcił głową.

- Nie, nie. Byłem uczniem Hogwartu, ale… dawny bliski mi przyjaciel uczęszczał do Durmstrangu.

- Kto?

- Wątpię, żebyś go znał – powiedział starzec, jego błękitne oczy pociemniały odrobinę – To było tak dawno temu.

- Mówiłeś, że to może być część egzaminu. Jak? – zapytał Harry.

- Kto wie – odparł mężczyzna, i Harry mógł dostrzec, że mówi coś jeszcze, ale nagle nie mógł słyszeć. Zupełnie jakby nagle ogłuchł czy coś. Dziwne pchanie wykręcało jego wnętrzności, i czuł się jak gdyby używał świstoklika i—

Harry obudził się próbując złapać oddech. Usiadł, czując się niedobrze.

- Numer trzy! – zawołał kobiecy głos – Mamy tutaj numer trzy! Obudził się trzeci.

- Gratulacje, panie Potter – mówił mężczyzna, a Harry ledwo mógł go zrozumieć – Przeszedł pan drugi test.

- Co? – spytał nieprzytomnie Harry, krzywiąc się i próbując uspokoić tętnienie w swojej głowie – Co się dzieje?

- Po tym jak wszedłeś do tego pokoju, zostałeś ogłuszony – wytłumaczył mężczyzna – Każdy z uczniów został ogłuszony, aż każdy kto przeszedł pierwszą część egzaminu znalazł się w tym pomieszczeniu. Potem przerwaliśmy ogłuszenie i rzuciliśmy zaklęcie usypiające. Dziesiątka uczniów, której udałoby się obudzić jako pierwszej zdałaby egzamin.

- Zaklęcie usypiające? – zapytał Harry – Ja spałem? – czy to znaczyło, że stacja kolejowa była snem? Ale to wszystko zdawało się być takie… prawdziwe.

- Tak – powiedział mężczyzna, podciągając Harry'ego do pionu – Byłeś trzecim, który się obudził. Gratulacje. Teraz, chodźmy znaleźć twoich rodziców, musimy jeszcze wykonać trochę papierkowej roboty, i następnym razem kiedy tutaj przyjdziesz, będzie już wrzesień.

- Dziękuję – powiedział Harry, oszołomiony, podążając za mężczyzną na zewnątrz.

Udało mu się. Naprawdę mu się udało.