NIE BAW SIĘ OGNIEM, BO SIĘ SPALISZ

][][][][

Dziękuję za wszystkie komentarze i liczę na więcej ;) A tak poważniej, cieszę się, że historia przypadła wam do gustu. Ci co znają inne moje opowiadania, pewnie już wiedzą, że tekst będzie specyficzny. Poza tym takie drobne ostrzeżenie, ten tekst to między innymi romans, więc pewnych wymownych scen można się w nim spodziewać... ( podtekstów, a także scen w których żadne podteksty potrzebne nie będą ). Czasem będzie słodko, a czasem dramatycznie, jak zawsze. Główna para tekstu to Severus/Harry, no ale to już chyba jest oczywiste.

Nie przedłużam. Dla ciekawskich powiem, że ukończyłam już rozdział czwarty, tymczasem was zapraszam do zapoznania się z drugim.

][][][][

Rozdział 2

Przełamując ciszę

Na pamiątkę tego co było albo tego

do czego nigdy nie doszło,

a zniszczyło wiele lat...

][][][][

Pomóż mi Severusie...

Pomóż mi, proszę... pomóż... - Nie wiedział jak długo płakał, ale końcu zabrakło mu łez i po prostu siedział niewidzącym wzrokiem wpatrując się w jeden punkt. Nie był pewien czy to szczęście czy nie, ale przez cały ten czas żaden uczeń, ani profesor nie pojawił się w korytarzu.

Gdy wreszcie udało mu się zebrać w sobie na tyle, aby się podnieść, przytrzymując się ściany, ruszył do najbliższej łazienki. Nie zauważony przez nikogo wślizgnął się do środka i zamknął za sobą drzwi. Upewniwszy się, że pomieszczenie jest puste, nieco chwiejnym krokiem zbliżył się do umywalki. Mocno się na niej wspierając, obmył twarz wodą i dopiero po tym, odważył się spojrzeć w wiszące nad nią zwierciadło. Zaczerwienione od płaczu oczy i włosy znajdujące się w jeszcze większym nieładzie niż zazwyczaj, były takie same jak zawsze. Z lustra patrzył na niego Harry Potter. Niewysoki, z zielonymi oczami ukrytymi zwykle za okrągłymi okularami. Harry Potter który wygląda tak samo jak ojciec, James, z wyjątkiem barwy oczu, odziedziczonej po mamie. Harry Potter którego znają praktycznie wszyscy. Harry Potter którego w rzeczywistości nie zna nikt. Harry Potter, który nie znał sam siebie.

- Shaan Nirmana Mokrits Sangdoro. - Tym razem, gdy wypowiadał te słowa, głos nie zadrżał mu ani razu. - Kto mi to zrobił, Severusie? - szepnął dużo ciszej, zaciskając palce na rancie umywalki. Kto odebrał mi wszystko co znałem? Shaan Nirmana Mokrits Sangdoro, wiem, że to moje imię. Wiem to, ale co się z tym właściwie wiąże? Jak stałem się Harrym? Dlaczego mam niespełna piętnaście lat skoro jestem pewien, że chodziłem razem z tobą do Hogwartu? Nic z tego nie rozumiem...

- Te imiona to dla mnie tylko puste słowa... - zamknął oczy biorąc głęboki wdech. Gdy ponownie je otworzył, po raz kolejny spojrzał na własne odbicie.

- Kto schrzanił całe moje życie? - westchnął. Co mam teraz zrobić? Snape. Jedyne wspomnienia jakie mam, dotyczą ciebie... osoby która nienawidzi mnie od chwili gdy cztery lata temu przekroczyłem próg tej szkoły. - odwrócił wzrok od lustra, nie wiedząc czy ma się śmiać, czy znów płakać. Uprzykrzasz mi życie zawsze gdy mnie widzisz. Z całego serca mnie nienawidzisz, a ja... jeszcze dwa dni temu bym w to nie uwierzył, ale teraz czuję, że nie mogę cię nienawidzić. Nie potrafię... Chyba tak naprawdę, nigdy cię nie nienawidziłem... - po raz kolejny przymknął oczy, pragnąć odciąć się od rzeczywistości. Wiem, że coś nas łączyło... coś innego, znacznie głębszego niż przyjaźń...

- Nie umiem cię znienawidzić, ale ty najchętniej nie widziałbyś mnie już więcej na oczy, prawda? Nienawidzisz Harry'ego Potter'a chyba bardziej niż ja Voldemorta. - przycisnął rękę do piersi, zaciskając palce na szacie. To boli.

- Mam pewność, że najchętniej potraktowałbyś mnie jakąś paskudną klątwą. - przygryzł wargę aby powstrzymać niechciane łzy. Czy jeśli powiem ci kim jestem, uwierzysz mi? Czy nie przeklniesz cholernego Harry'ego Potter'a zanim będę miał szansę cokolwiek ci wyjaśnić?

Czy wciąż kochasz Shaana? Czy pamiętasz?

- Wczoraj wyśmiałbym każdego kto by to powiedział, a teraz chciałbym, żebyś mnie po prostu przytulił. - ponownie zmusił się do spojrzenia w lustro. - Nazywam się Shaan Sangdoro. Nawet jeśli nie zechcesz mi uwierzyć, nic tego nie zmieni. - odetchnął i w jednej sekundzie podejmując decyzję, poprawił szatę i ponownie ochlapał twarz wodą. Opuszczając łazienkę, szedł pewnym krokiem. Szlaban miał mieć dopiero wieczorem, ale to nie mogło czekać.

Nawet jeśli miałbyś mnie wyśmiać, muszę spróbować, Severusie.

][][][][

Śniadanie musiało się już skończyć, bowiem w drodze do lochów spotkał kilku uczniów. Na szczęście byli tak zaabsorbowani rozmową, że zdawało mu się, iż nikt nie zwraca uwagi na to, dokąd idzie. Owszem usłyszał kilka słów gratulacji, został nawet zaproszony na wspólną imprezę zwycięzców w pokoju wspólnym puchonów, ostatecznie jednak nikt go nie zatrzymał, ani się do niego nie przyłączył.

Przechodząc przez kolejny ciemny korytarz, czuł, że z każdym krokiem serce coraz głośniej mu łomocze. W pewnym momencie nie wiedział już czy ma iść dalej, czy zawrócić. Kiedy jednak w końcu zatrzymał się przed gabinetem szkolnego Mistrza Eliksirów, zapukał bez wahania.

Nie otrzymał odzewu. Zapukał ponownie. Znowu nic. Przy trzecim pukaniu także nie było reakcji. Zaczął już podejrzewać, że Snape być może jeszcze nie wrócił ze śniadania. Gdy zastanawiał się nad tym czy czekać, czy jednak przyjść za jakiś czas, dobiegło go szorstkie:

- Wejść!

Nacisnął klamkę i pchnął drzwi wchodząc do gabinetu który widział już wielokrotnie w czasie szlabanów jakie odbył w ciągu nauki w Hogwarcie. Zazwyczaj gdy tu wchodził był zły, lub bał się tego co znów wymyśli dla niego Snape. Podczas każdej wizyty marzył o tym, żeby jak najszybciej opuścić to miejsce Dziś jednak było inaczej. Dziś chciał tu być i błagał w duszy żeby Severus uwierzył w jego słowa i nie wyrzucił go.

- Potter? Czyżbyś nie znał się na zegarku? Szlaban zaczynasz dopiero po obiedzie. - ignorując sarkazm w głosie profesora, upewnił się, że drzwi zamknęły się za nim i wszedł w głąb pomieszczenia.

- Nawet jeśli jesteś tak nadgorliwy i z pewnością mógłbym znaleźć ci dość zajęć na cały dzień, jestem aktualnie zajęty, więc zejdź mi z oczu Potter. Nie mam ochoty oglądać cię dłużej niż to absolutnie konieczne. - Snape ponownie pochylił wzrok nad pergaminami które przeglądał, zupełnie ignorując jego obecność. Widząc to, wziął uspokajający oddech i po raz pierwszy od przekroczenia progu gabinetu, odezwał się.

- Czy może pan wycisz pomieszczenie, profesorze? - jego słowa sprawiły, że Snape oderwał się w końcu od sprawdzania prac i przeniósł spojrzenie na niego.

- Wyciszyć? Dlaczego miałbym Potter? - czując, że gdyby mógł, wzrok Snape zabiłby go na miejscu, odetchnął starając się to zignorować.

- Będę mógł powiedzieć dopiero gdy pan to zrobi, profesorze.

- Nie sądzę, żebyśmy mieli o czym rozmawiać, Potter.

- Sev proszę... - zaczął i urwał, po czasie orientując się co powiedział, było już jednak za późno.

- Jak mnie nazwałeś Potter?

- Ja... - zaczął ponownie i znów przerwał przymykając oczy. W końcu jednak, mając nadzieję, że głos go nie zawiedzie, wyszeptał, ignorując to, że ktoś na zewnątrz może go usłyszeć.

- Shaan... Czy jeszcze go pamiętasz?

- Gdzie usłyszałeś to imię, Potter?! - ponownie spojrzał w ciskające błyskawice oczy profesora. Nienawiść w jego spojrzeniu sprawiła, że ogarnął go chłód. Shaana również znienawidziłeś? Zadrżał na samą myśl, ale się nie wycofał. Nie mógł. Wiedział, że jeśli się wycofa, drugiej szansy być może nigdy już nie otrzyma. Dlatego po raz kolejny nabrał powietrza i drżącym głosem, odpowiedział:

- W mroku, świeć dla mnie. - po jego słowach Snape zerwał się zza biurka i w dwóch krokach znalazł się przy nim. Palce profesora zacisnęły się na jego szacie i Snape szarpnął nim.

- Jak śmiesz... Kto ci o tym powiedział?! - ignorując łzy które nie wiadomo skąd zakręciły mu się pod powiekami, uniósł głowę i wyszeptał:

- Ty.

- Oszalałeś Potter.

- Pewnej nocy powiedziałem ci coś na Wieży Astronomicznej, teraz ci to powtórzę... Świeć dla mnie Sev. Jesteś moją najjaśniejszą gwiazdą. Bez względu na to gdzie będę, chcę byś świecił tylko dla mnie. Świeć i bądź przy moim boku. Świeć i daj mi szansę abym ja mógł kiedyś zaświecić dla ciebie.

- Skąd.. - Snape szarpnął nim ponownie. Harry poczuł, że dłoń wciąż ściskająca jego szatę, drży.

- Nazywam się Shaan Nirmana Mokrits Sangdoro, Severusie. Jestem Shaan, bez względu na to, czy zechcesz w to uwierzyć, czy nie.

Snape puścił go robiąc krok w tył. Jego twarz miała nieodgadniony wyraz. Był pewien, że zaraz ponownie go skrzyczy lub po prostu wyśmieje wyrzucając za drzwi. Gdy w ręku profesora nie wiadomo skąd pojawiła się różdżka, mimowolnie sam cofnął się nieco. Czekał, a kolejne sekundy ciągnęły się niczym wieczność. Snape uniósł rękę, ale nie wycelował różdżki w niego. Zatoczył nią okrąg. Zaklęcie wyciszające. Kolejny czar zamknął drzwi. Gdy czarne oczy ponownie spojrzały w jego własne, usłyszał.

- Imię Mokrits znały tylko trzy osoby. Ja jestem jedną z nich. - Snape ponownie się zbliżył i nieco niepewnie wyciągnął w jego stronę dłoń, tym razem jednak nie szarpnął nim, a jedynie delikatnie musnął jego policzek. - Jednak to niemożliwe... przecież ty... jak... - maska Snape;'a zawiodła i Harry był przez kilka sekund w stanie dostrzec targające nim emocje. Czuł, że już nie tylko dłoń profesora drży. Schwycił go za rękę nim ten miał szansę się odsunąć.

- Nie wiem Severusie. Nie wiem. Wciąż niewiele z tego rozumiem, jednak choć brzmi to nierealnie, mam pewność, że nie jestem i nigdy nie byłem Harrym Potterem.

- Ale te wszystkie lata... wyglądasz zupełnie jak James Potter. Ukrywałeś się? - Snape wyswobodził dłoń, odsuwając się. Przez jego twarz przebiegł grymas.

- Dlaczego miałbym? Jeszcze do wczoraj byłem pewien, że mam prawie piętnaście lat i na imię mi Harry. Byłem Harrym... Uwielbiałem quiditch, starałem się uniknąć wiecznie mnie szukających kłopotów i z całego serca nienawidziłem eliksirów z tobą... - roześmiał się, nie będąc tak naprawdę pewnym czy to śmiech czy szloch. - Moje życie było normalne, przynajmniej na tyle na ile to możliwe, ale... dzisiejsza noc wszystko zmieniła... - głos załamał mu się, ale i tak zmusił się do tego aby mówić dalej.

- Nie wiem czemu tak nagle, dlaczego akurat teraz, ale tej nocy śniłem o tobie... o nas... to ze snów dowiedziałem się, że nie mam na imię Harry, ale Shaan i że my... - głos ponownie mu się załamał. - Nie wiem kto odebrał mi moje życie. Nie wiem dlaczego zrobiono ze mnie przeklętego Harry'ego Pottera! Nie wiem nawet czy prawdziwy Harry Potter istnieje... - nabrał powietrza, którego zaczynało mu brakować i mówił dalej. Słyszał, że mówi coraz bardziej chaotycznie, ale musiał to z siebie wyrzucić. - Pamiętam swoje prawdziwe imię, ale nie mam pojęcia co tak naprawdę się z nim wiąże. Nie wiem kim byłem, ani co robiłem... W snach widziałem tylko nas... tak naprawdę to było tylko kilka wspomnień, ale poczułem, w środku, że ty i ja... że my... w moich wspomnieniach byłeś zupełnie inny niż osoba z którą miałem do czynienia przez ostatnie cztery lata. Wiem, że minęło wiele czasu i pewnie nie chcesz mieć nic ze mną do czynienia, ale czuję... ja wciąż... - umilkł wreszcie, nie potrafiąc ubrać myśli w słowa.

W pomieszczeniu zapadła cisza. Dopiero po dłuższej chwili odważył się spojrzeć w czarne tęczówki. Jęknął w duchu, czując bolesny uścisk w piersi. Spojrzenie Severusa było nieprzeniknione. Odwrócił się, czując, że wszystko poszło nie tak jak planował. Nie zamierzał płakać przed profesorem, ale czuł, że kompletnie się rozkleja. W dodatku surowe spojrzenie Snape'a mówiło mu, co ten o nim myśli. To bolało.

- Przepraszam, pójdę już. - skierował się w stronę drzwi, zupełnie zapominając o tym, że są zablokowane. Zapominając o tym, że wciąż nie wie o sobie więcej niż, przed przekroczeniem progu gabinetu. Schwycił za klamkę, jednak nim miał szansę ją nacisnąć, silne ramiona zamknęły się w okół niego i został obrócony. Ukrywając twarz w czarnych szatach, pozwolił opaść ostatnim blokadom. Jego ciałem wstrząsnął szloch.

Nie był pewien ile tak stali. W końcu jednak zabrakło mu łez. Odsuwając się nieco od Severusa, zaskoczony zauważył, że on również ma zaczerwienione oczy. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Wreszcie profesor schwycił go za rękę i pociągnął w stronę biurka. Wystarczyło jedno machnięcie różdżki i krzesło rozszerzyło się tak, że mogli usiąść na nim wspólnie. Wciąż czując dłoń profesora spoczywającą na jego własnej, odetchnął i wyszeptał:

- Dwa dni temu nie chciałem cię znać, ale te wspomnienia sprawiły że ja... myślę, że ja ciebie... - przymknął oczy. Bał się wypowiedzieć te słowa na głos, zamiast tego zapytał więc:

- Nie nienawidzisz mnie, prawda? - Snape nie odezwał się, jednak długie palce mocno zaciskające się na jego własnych, posłużyły mu za całą odpowiedź.

- Co teraz? Ja... nie sądzę, żebym był w stanie dłużej żyć jako Harry Potter.

- Pytaniem pozostaje, dlaczego właściwie stałeś się Harrym Potterem? Jaki był tego cel? Nie sądzę, żeby to była twoja decyzja. Gdyby tak było, zapewne pamiętałbyś kim jesteś, zresztą jaki miałbyś w tym interes? Co miałoby być tak ważne, że porzuciłbyś wszystko co znasz i dobrowolne naraził się na niebezpieczeństwo?

- Sam chciałbym to wiedzieć. Może rzeczywiście coś zmusiło mnie do podjęcia takich kroków? - urwał, zaraz jednak dodał znacznie ciszej. - Mimo wszystko dziwne wydaje mi się porzucenie znanego życia i zaczęcie na nowo jako cudze dziecko... to nie ma sensu.

- Nie ma. Nawet gdybyś chciał komuś w ten sposób pomóc, nie zrezygnowałbyś ze wspomnień i wiedzy którą już posiadłeś... Wszystko wskazuje więc na to, że ktoś umyślnie wymazał twoją przeszłość i uczynił cię Potterem.

- Ale kto mógł coś takiego zrobić? Dlaczego właściwie? Czemu ktoś skazał mnie na życie jako przeklęty zbawca?

- Na ostatnie pytanie nie jestem jeszcze w stanie ci odpowiedzieć, jednak jeśli pytasz o to, kto mógł to zrobić, nasuwa mi się tylko jedna odpowiedź. Odpowiedź na którą sam powinieneś wpaść. - gdy nie bardzo rozumiejąc o kim myśli profesor, ponownie spojrzał w jego oczy, usłyszał.

- Zastanów się, kto robi wiele w imię tak zwanego „większego dobra"? - Snape nie musiał mówić nic więcej. Sens tego co chciał mu przekazać uderzył w niego z bolesną jasnością.

- Dumbledore. Chcesz powiedzieć, że to może być jego sprawka? Przecież on jest jasnym czarodziejem! Chyba nawet on nie mógłby być tak okrutny, żeby...

- Nie wszystko jest czarno białe, Shaan. Czy nigdy nie zastanowiło cię, jak pierwsza wojna mogła zakończyć się w ciągu jednego wieczoru?

- Co masz na myśli?

- Pierwszą wojnę zakończyła noc po której pozostała ci twoja słynna blizna. Nagle nie tylko zniknął Czarny Pan ale i wszyscy śmierciożercy przestali być zagrożeniem dla jasnej strony. Wystarczyło kilka godzin i nim nastał świt, zbierająca krwawe żniwo wojna, stała się jedynie odległym wspomnieniem... Czy naprawdę wierzysz, że zniknięcie Czarnego Pana mogło mieć aż tak silny efekt na jego zwolenników? Przecież nie byli marionetkami! Zresztą, skąd jego zwolennicy rozsiani po całym kraju mieliby równocześnie zrozumieć, że ich mistrz został pokonany?

- A Mroczny Znak? Czy to nie przez niego wiedzieli o tym? - znów spojrzał na Severusa i uznając, że nie ma sensu utrzymywać tego w tajemnicy dodał. - Wiem, że twój Mroczny Znak ciemnieje, czy nic się z nim nie działo, gdy Voldemort zniknął?

- Mroczny Znak zaczął blaknąć dopiero po kilku miesiącach od zniknięcia Czarnego Pana. Tamtej nocy nic nie wskazywało na to, że coś jest nie ta, a jednak w ciągu doby większość sojuszników Czarnego Pana została aresztowana. Zamknięto ich w Azkabanie. Część z nich od razu otrzymała pocałunek dementora. Pomyśl Shaan, jak to możliwe? Złapano blisko pięćdziesiąt osób. Jak udało się jednocześnie pojmać tak wielu dobrze wyszkolonych czarodziei?

Pięćdziesiąt osób? W jeden dzień? Prawdę mówiąc wcześniej nigdy nie myślał nad tym od tej strony. Przecież oni nie oddaliby się dobrowolnie... Nie czekali aż ktoś przyjdzie obdarować ich pocałunkiem, zresztą kto normalny czekałby na wyssanie duszy?! - zamknął oczy wiedząc już do czego zmierza Severus. Słowa nie chciały przejść mu przez gardło, ale i tak je wypowiedział.

- Ktoś musiał to wcześniej przygotować.

- Tak.

- Ale skąd mógł wiedzieć, że mama odda za mnie życie i odbije się ode mnie Avada? Przecież Dumbledore nie jest jasnowidzem! Nawet on nie potrafiłby tego przewidzieć. - zapytał, ponownie otwierając oczy. Snape milczał.

- Wiesz coś na ten temat. - bardziej stwierdził niż spytał, gdy cisza między nimi zaczęła się przedłużać. Severus przytaknął, po czym wyczarował filiżanki z parującą herbatą i wręczając mu jeną, w końcu rzekł:

- Jeszcze dzisiejszego ranka nie przyszło by mi to do głowy... Dotąd podejrzewałem, że w jakiś sposób zmusił Lily do poświęcenia się za ciebie, teraz jednak sprawa nabrała zupełnie innych barw i wydaje się przerażająco jasna. To nie poświęcenie Lily Potter ocaliło cię tamtej nocy. Przeżyłeś, bo zaatakował cię Czarny Pan.

- Ja... nie rozumiem.

- Dumbledore naprawdę zaplanował wasze starcie. Dążył do tego aby Czarny Pan skierował przeciwko tobie różdżkę. Chciał aby rzucił w ciebie avadę. Chciał, bowiem wiedział, że zaatakowanie cię pozbawi go tarcz, a czar rykoszetem odbije się w niego. To dlatego cię potrzebował. Dlatego zrobił z ciebie Harry'ego Pottera.

- Ale dlaczego? Czemu zaatakowanie akurat mnie miałoby pozbawić Voldemorta tarcz?

- Ponieważ jesteście spokrewnieni, przynajmniej magicznie Shaan. Dumbledore uciekł się do wykorzystania rodzinnej magii przeciwko wam.

- Ale jak... przecież on... on nie może,... nie może być moim krewnym. - wyszarpnął dłoń i zerwał się, rozlewając herbatę na podłodze. Nerwy rozszarpane ostatnimi rewelacjami, wymknęły mu się spod kontroli. To co mówił Snape było absurdalne.

- Jak niby miałby być moim krewnym?! Kim miałby być, moim wujkiem? A może dziadkiem?! I co właściwie oznacza, że jestem z nim magicznie spokrewniony? Przyszedłem do ciebie po pomoc, a ty zwyczajnie zdecydowałeś się sobie ze mnie zażartować?!

- To nie jest temat z którego śmiałbym sobie żartować, Shaan. - Snape odwrócił się, tak, aby spojrzeć mu w oczy. - Nie pochodzisz bezpośrednio z jego linii krwi, jednakże żyjesz dzięki jego magii. Magia Czarnego Pana sprawiła, że się narodziłeś, tym samym też stał się on twoim magicznym rodzicem.

- Rodzicem, ale... chcesz powiedzieć, że on jest... - to nie mieściło się w jego systemie pojmowania. - On nie może być...

- Jest twoim ojcem, Shaan. - tym razem nie dał rady, upadł na kolana, a jego ciałem wstrząsnęły torsje. Nie miał czym wymiotować, ale nie mógł zapanować nad własnymi odruchami. Świat wirował mu przed oczami. Nagle, poczuł obejmujące go dłonie. Zacisnął powieki i przytulił się do klęczącego teraz obok mężczyzny. Napięcie powoli ustępowało. W końcu, po nieznośnie długiej chwili zdołał opanować się na tyle, by wydobyć z siebie kolejne słowa:

- Ale on nie jest tak naprawdę moim ojcem, prawda? Powiedz że nim nie jest... Wspomniałeś, że nie łączy nas krew, że jest jedynie moim magicznym rodzicem.

- Rodzicielstwo nie wymaga połączenia krwi, przynajmniej nie w naszym świecie, Shaan. Magia tworzy o wiele silniejsze połączenie niż krew. To dlatego, tego rodzaju rodzicielstwo jest znacznie bardziej poważane wśród czarodziejów. Krewnego z krwi możesz się wyrzec, krewnego z magii nie odrzucisz nigdy. Sama magia ci na to nie pozwoli.

- Ale, nawet jeśli jest moim magicznym rodzicem, to wciąż mam innych rodziców prawda? On mnie tylko adoptował więc nie jest...

- Nie adoptował cię, Shaan. Czarny Pan pozwolił ci się narodzić. On jest twoim ojcem, nie masz innych rodziców.

- Nawet jeśli pomógł mi się narodzić, cokolwiek to znaczy, to moja matka wciąż...

- Nie Shaan, ty nie masz matki. Nie masz i nigdy nie miałeś.

- Ale jak to, przecież... o czym ty mówisz... Każdy ma matkę!

- Nie ty Shaan. Nie masz matki bowiem nie jesteś i nigdy nie byłeś człowiekiem. Jesteś magiczną istotą która nie została poczęta lecz stworzona...

-Nie! - krzyknął, ponownie się wyrywając. To co mówił Snape nie miało sensu. Nie było prawdą. Nie mogło być prawdą.

Istota nie człowiek? Stworzony? To niemożliwe... niemożliwe... ja nie nogę być... nie mogę... - szyba w oknie pękła z trzaskiem zasypując posadzkę odłamkami szkła.

- Kłamiesz! - pobiegł w stronę drzwi i szarpnął za klamkę. Nie ustąpiła. - Wypuść mnie! - krzyknął po raz kolejny. - Chcę wyjść! - drewno wygięło się i od drzwi rozległ się jęk.

- Maerens – nie rozpoznał czaru który w niego uderzył. Nagle wszystko stało się czarne.

][][][][

- Wypij. - przełknął rozpoznając mdlący smak eliksiru uspokajającego. Usiadł, gdy dotarło do niego że leży na ziemi z głową wspartą na kolanach Severusa.

- Jak się czujesz?

- Dobrze. - szepnął, czując przytłumiający wpływ eliksiru. - Czy ja naprawdę... nie jestem człowiekiem? Czy naprawdę jestem jedynie czyimś eksperymentem?

- Nie wiem Shaan. Przykro mi, ale nie wiem. Znam jedynie twoje własne opowieści. Wiem, że Czarny Pan znalazł cię w czasie jednej ze swoich podróży. To dzięki niemu się obudziłeś. To on cię wychował, dał ci imię i dom. Czy ci się to podoba czy nie, to on jest twoim ojcem i jedyną rodziną jaką kiedykolwiek posiadałeś.

- Ale on... przez tyle lat próbował mnie zabić. Wymordował tylu ludzi, a ty mówisz o nim jako o ojcu który troszczył się o mnie. To dla mnie nierealne. Ja nie potrafię... nie umiem wyobrazić sobie tego mordercy jako osoby która o kogokolwiek mogłaby dbać.

- Czarny Pan nigdy nie był taki jak ostatnimi laty przedstawiał go światu Dumbledore. Nie, nigdy nie był jasnym czarodziejem, a jego metody działania często były okrutne, ale nie był szaleńcem, wbrew temu co twierdzi Dumbledore. Zresztą tak naprawdę nie ma i nigdy nie było jasnej i ciemnej strony. Wszystko to jedynie odcienie szarości. Spójrz na to co zrobił Dumbledore, czy z czystym sumieniem możesz nazwać go teraz jasnym czarodziejem? - pokręcił głową, nie będąc w stanie odpowiedzieć. Wiedział, że Snape ma rację, jednak te słowa wciąż bolały. W ciągu jednej doby cały jego poukładany świat rozsypał się w pył i nie był pewien czy zdoła poskładać go na nowo.

Jestem synem Voldemorta...

- Czy to dlatego wypuścił mnie z tego cmentarza? Zorientował się? - zapytał sam siebie, dopiero po cichych słowach Severusa orientując się, że musiał wypowiedzieć własne myśli na głos.

- O jakim cmentarzu mówisz?

- Puchar okazał się świstoklikiem. Przeniósł mnie i Cedrika na cmentarz w jakiejś wiosce... tam czekał na nas Voldemort z Glidogonem... - urwał. Dopiero teraz dotarło do niego o czym mówi.

- Spotkałeś Czarnego Pana? Dlaczego nikomu o tym nie powiedziałeś?!

- Nie mogłem. Voldemort rzucił na mnie jakieś zaklęcie. Nie mogłem o tym mówić ani pisać. Wciąż nie wiem dlaczego ten czar nie powstrzymał mnie przed wyjawieniem prawdy tobie. - spojrzał na Snape'a, ten zdawał się zamyślony. W końcu odezwał się:

- Ja chyba wiem.

- Wiesz?

- Tak, ale zostawmy to na razie. Najpierw opowiedz mi wszystko. Chcę dokładnie wiedzieć co się stało od chwili gdy opuściłeś błonia Hogwartu do momentu, aż pojawiliście się z powrotem przed labiryntem. - przytaknął i zaczął opowiadać. Nie pominął niczego. Wspomniał o powrocie Voldemorta, o tym, że ten mógł go dotknąć. Opowiedział o ich rozmowie, o usłyszanych słowach, że nie jest wrogiem choć jego oczy temu przeczą i urwał nie mogąc powstrzymać się przed zadaniem kolejnego pytania:

- Czy to o to chodziło? Powiedział, że nie jestem jego wrogiem bo mnie rozpoznał? - zamilkł, nagle coś sobie uświadamiając. - Wiedział. Zanim świstoklik zabrał mnie z powrotem, nazwał mnie Shaan.

- Z pewnością poznał prawdę. W przeciwnym wypadku nie wypuściłby cię z cmentarza żywego. Sądzę, że naprowadziły go na to wadliwe skutki rytuału. To dzięki temu zrozumiał że nie jesteś jego wrogiem, choć nienawidzisz go. Zrozumiał, że tylko jako syn możesz zarazem być mu przychylny i nienawidzić go. - Snape na chwilę zamilkł po czym dodał. - Wróćmy do tego co było dalej. - przytaknął zgadzając się i kontynuował opowieść. Wspomniał o czarze którym potraktował go Voldemort a także o tym, że to właśnie po jego rzuceniu wypuścił go i powiedział, że nie musi się go więcej obawiać. Gdy skończył, zadał kolejne pytanie:

- Czy wiesz co to za czar, Agir? Po co go na mnie rzucił?

- To jedno z zaklęć starej magii, niewielu ludzi je dzisiaj zna. Agir to czar wywołujący ogień, jednak w przeciwieństwie do powszechnego dzisiaj Incendio pozwala spalić wybrany obiekt, bez szkód dla otoczenia.

- Chciał mnie spalić? - zapytał, ale Snape zaprzeczył.

- Nie. Sądzę, że już wcześniej cię rozpoznał. To zaklęcie miało jedynie to potwierdzić.

- Jak zaklęcie spalające miało potwierdzić moją tożsamość?

- Ciebie nie można spalić, Shaan. Ma to związek z twoją naturą. Ogień nigdy nie zrobi ci krzywdy.

Ogień mnie nie skrzywdzi...?

- Kim ja jestem? Skoro nie jestem człowiekiem, to kim? Ty wiesz... - Snape przerwał mu ruchem ręki, na korytarzu rozległ się czyjś śmiech.

- Wiem. Wyjaśnię ci wszystko. Obiecuję, ale jeszcze nie teraz. Już późno. O tej porze nie powinno cię tu w ogóle być. Jeśli zostaniesz tu dłużej, ściągniemy na siebie niepotrzebną uwagę. Idź już. Gdyby ktoś pytał powiesz, że przesunąłem twój szlaban. Idź i wróć gdy wszyscy zasną. Moje kwatery znajdują się za salą eliksirów. Wisi tam tylko jeden portret, na pewno znajdziesz. Hasło to tojad. Pamiętaj, że nikt nie może cię zobaczyć.

- Dobrze.

Wcale nie chciał przerywać tej rozmowy ale posłusznie podniósł się i opuścił ciemny gabinet. Gdy szedł wzdłuż korytarza, mijany przez sporadycznie pojawiających się uczniów, myślami był daleko od zamku. Mijając Wielką Salę, ledwie zauważył że trwa obiad. Nie wszedł do środka. Swoje kroki skierował wprost na Wieżę Astronomiczną.

][][][][

Nie był na obiedzie, nie poszedł także na kolację. Nie był głodny. Po rewelacjach które tego dnia usłyszał zupełnie stracił apetyt. Wciąż pragnął aby ktoś powiedział mu, że to tylko jakiś kiepski żart, niestety wiedział, że to złudne nadzieje. Snape nie żartowałby sobie z niego, na pewno nie w taki sposób.

Syn Voldemorta. Mdliło go na samą myśl i wolał nawet nie zastanawiać się jak zareagowaliby jego przyjaciele na tego rodzaju informację. Dobrze wiedział jak sam zareagowałby na to, gdyby to oni powiedzieli mu coś takiego. Poza tym nie miał pojęcia co ma zrobić z tą wiedzą. Wciąż nienawidził Voldemorta ale teraz równie mocno nienawidził Dumbledore'a, który jeszcze niedawno stanowił dla niego oparcie. Miał ochotę wyć z bezsilności.

Jak mogłeś? Jak mogłeś tak po prostu odebrać mi wszystko co znałem? W jednej chwili wykasowałeś całe moje życie aby uczynić mnie cholernym Złotym Chłopcem... Czy pokonanie Voldemorta naprawdę było tego warte? - zadrżał ukrywając twarz w dłoniach. Nie wierzył aby cokolwiek mogło być tego warte. Jest tylu doświadczonych czarodziei a ty tak po prostu uznałeś, że zniszczysz moje życie... - mocniej zacisnął powieki.

Co bym teraz robił gdybyś nie obrócił wszystkiego co znałem w pył? Czy miałbym normalne życie? Czy ja i Severus bylibyśmy razem? - Jeszcze niedawno ta myśl byłaby dla niego absurdalna, teraz jednak wywołała delikatny uśmiech na jego twarzy. Czy dziś możemy spróbować na nowo? - westchnął, unosząc lekko głowę aby spojrzeć w niebo. Uczucia które go przepełniały wciąż były dla niego nowe, ale wspomnienia ze snów jakie miał tej nocy mówiły mu, że powinien dać im szansę. Powinien tylko...

- Czy ty będziesz tego chciał Severusie? - ponownie przymknął oczy, wracając do wspomnień. Znów czuł obejmujące go silne ramiona. Chciał w nich utonąć, ale bał się, że gdy o to poprosi, Snape odtrąci go. Tak, chwila w gabinecie to jedno, a wspólna przyszłość to zupełnie co innego.

- Teraz ty jesteś nauczycielem a ja tylko dzieciakiem którego nienawidziłeś przez ostatnie kilka lat. To co się między nami wydarzyło, to dal ciebie tylko odległa przeszłość, prawda? Tylko przeszłość.

- Znów tu siedzisz Shaan? - usłyszał niespodziewanie ciche pytanie. Rozejrzał się, ale wciąż był na wieży sam. - Nie powinieneś tu siedzieć, robi się chłodno. - dobiegły go kolejne słowa i wraz z nimi zalazła go fala wspomnień.

vvv

- Nie powinieneś tu siedzieć, robi się chłodno.

- Nic mi nie będzie.

- Nawet jeśli nie odczuwasz zimna, nie znaczy to że nie możesz się przeziębić. Powinieneś bardziej dbać o siebie. - Nie zaprotestował gdy Snape wyczarował koc i narzucił mu ciężki materiał na ramiona. Otulił się nim szczelniej, po czym uchylił jedną stronę zapraszającym gestem.

- Sam nie będę z niego korzystał. - Sev uśmiechnął się i przysiadł obok. Gruba tkanina osłoniła ich obu przed przenikliwym wiatrem. Przez kilka minut siedzieli w ciszy zapatrzeni w gwiazdy, w końcu jednak Severus przerwał milczenie.

- Dlaczego zawsze tu uciekasz?

- Sam nie wiem, chyba tu czuję się wolny. Zamek jest duży ale czasem gdy przebywam w czterech ścianach, mam wrażenie że się duszę... tu przynajmniej widzę gwiazdy.

- Zwykle ludzie wolą mieć dach na głową.

- Nie jestem człowiekiem.

- Nie, nie jesteś. Jesteś kimś znacznie lepszym. - Na usta zabłąkał mu się uśmiech, gdy palce Severusa splotły się z jego własnymi.

vvv

- Już późno, musimy iść.

- Jeszcze chwila.

- Shaan...

- Zaczekaj, możemy się spóźnić kilka minut.

- Naprawdę chcesz się spóźnić i wejść jako ostatni?

- Nie, ale wolę to niż zjawić się przed czasem. Jak się spóźnię przynajmniej nie będą mieli czasu na zadawanie mi tysięcy bezsensownych pytań.

- I tak nie zdołasz uniknąć ich wszystkich.

- Wiem.

- Może po prostu w ogóle tam nie idźmy? - gdy Severus to zaproponował, uśmiechnął się w odpowiedzi. Chciałby tego, nawet bardzo ale ostatecznie pokręcił jedynie głową w zaprzeczeniu.

- Muszę się tam pojawić. Dobrze wiesz co się stanie jak mnie nie będzie.

- Tak, ktoś zdecydowanie spróbuje cię zabić.

- Nie mnie, nas, nie zapominaj. Od teraz zawsze będziesz dla niego współwinnym.

- W co ja się wpakowałem? Może powinienem...

- Ani się waż. - przerwał mu w pół słowa i chwytając najbliższą poduszkę cisnął nią w niego. Severus uchylił się w ostatniej chwili, po czym poprawiając elegancką szatę uśmiechnął się do niego niewinnie.

- Idziemy?

- Tak. Chodźmy. - Severus palcem przesunął mu zabłąkany kosmyk włosów za ucho po czym chwycił go za rękę i pociągnął za sobą.

vvv

Boli... dlaczego to tak boli..? - przygryzł wargę tak mocno, że w ustach poczuł smak własnej krwi. Czemu to zawsze musi tak boleć...

Otaczające go płomienie były przyjemnie ciepłe. Czuł, że powoli spalają mu skórę, ale nie stąd pochodził ból. Bolało go w środku, bolało tak mocno że nie był w stanie schwytać powietrza.

Niech to się już wreszcie skończy... zacisnął powieki gdy jedna z kości złamała się z cichym trzaskiem. Tym razem poczuł to. Poczuł także kolejną kość i jeszcze jedną. W końcu i skóra zapłonęła, wywołując zawroty głowy. Eliksir przestał działać.

Boli...

Wrzasnął ale nie usłyszał własnego krzyku. Wciąż otaczała go dzwoniąca cisza.

Pomóż mi Severusie...

][][][][

Nadejście ciszy nocnej przywitał z ulgą. Ostatnią godzinę spędził z przyjaciółmi którzy większość czasu poświęcili na karcenie go za omijanie kolejnych posiłków. Na szczęście w końcu każde z nich poszło spać. Gdy tylko z łóżka obok rozległo się chrapanie Rona, wyciągnął spod poduszki przygotowaną wcześniej pelerynę niewidkę. Zarzucając ją na ramiona, na palcach opuścił dormitorium, niemal automatycznie omijając skrzypiące deski.

Pokój Wspólny był opustoszały dzięki czemu bez przeszkód udało mu się wydostać na korytarz. Gruba Dama jedynie coś tam odburknęła przez sen gdy portret cicho się za nim zamykał. Starał się nie robić zbędnego hałasu, w obawie przed przyłapaniem przez jednego z dyżurujących na korytarzach profesorów. Na szczęście jedynym kogo spotkał był Irytek, ale i on zdawał się go ignorować, pochłonięty przygotowywaniem jakiejś nowej pułapki na nic nie świadomych uczniów. Notując w pamięci by jutro omijać te rejony, prześlizgnął się koło ducha i skręcił w boczny korytarz.

Gdy dotarł do lochów, owiało go chłodne powietrze, ale niemal tego nie zauważył. Nie było mu zimno. Minął klasę eliksirów i tak jak instruował go Severus zatrzymał się przed wiszącym kawałek za nią portretem. Obraz przedstawiał groźnie wyglądającego staruszka z fiolką eliksiru w ręku. Przełknął nerwowo ślinę mając nadzieję, że ten nie narobi rabanu i zsuwając z siebie pelerynę wyszeptał hasło.

- Tojad. - Czarodziej na portrecie zmierzył go uważnym spojrzeniem po czym usunął się, otwierając mu wejście do kwater profesora. Wsuwając się do środka nie do końca wiedział czego właściwie może się spodziewać, jednak na pewno nie oczekiwał że ujrzy ładny, urządzony w granacie i bieli salonik.

Dlaczego nie barwy Slytherinu? - zamyślił się, nim jednak miał okazję dłużej się nad tym zastanowić, przez boczne drzwi do pomieszczenia wszedł Severus.

- Usiądź. Mamy wiele do omówienia.

Wszedł głębiej i przysiadł na ustawionej przed kominkiem kanapie. W palenisku wesoło trzaskał ogień. Nie zdziwiło go to, w lochach zawsze było zimno. Uczniowie wielokrotnie żałowali, że w salach lekcyjnych nie ma kominków.

- Napij się. - Severus postawił przed nim filiżankę z parującym białym płynem, po czym usiadł naprzeciw niego. Harry sięgnął po filiżankę i dmuchnął na powierzchnię napoju po czym ostrożnie spróbował. Był pyszny.

- Co to jest?

- Biała czekolada. Jedyna słodka rzecz która ci zawsze smakowała.

- Nie jadłem słodyczy?

- Nie, zawsze cię po nich mdliło.

- Teraz tak nie jest. Nie mdli mnie.

- Wiem i zastanawiam się dlaczego. - Severus sięgnął po własną filiżankę i również upił z niej łyk, nie odrywając jednak ani na moment spojrzenia od niego.

- Może po prostu zmienił mi się smak? - szepnął, czując się nieco niezręcznie pod tym świdrującym spojrzeniem. Upił łyk, nie wiedząc co jeszcze powiedzieć. Napój rzeczywiście był pyszny.

- To niemożliwe. Nie chodzi tu bowiem o twoje upodobania Shaan. Twój zmysł smaku zawsze był znacznie wrażliwszy niż człowieka lub innych znanych mi magicznych stworzeń. Nie jadłeś nic słodkiego, słonego, kwaśnego czy ostrego, Prawdę mówiąc większość tego co jadłeś była zupełnie bez smaku.

- Jem wszystko.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Nie raz widziałem cię w czasie posiłków tu w Hogwarcie, tym bardziej mnie to zastanawia. Wygląda na to, że twoje zmysły w jakiś sposób zostały przytępione. Wskazuje na to nie tylko twój zmysł smaku ale także wzrok. Nigdy wcześniej okulary nie były ci potrzebne, dziś zaś bez nich widzisz niewiele, prawda?

- Jestem ślepy jak kret. - Snape uśmiechnął się na jego słowa, zaraz jednak spoważniał mówiąc dalej:

- Podejrzewam że wszystkie twoje zmysły nie działają tak jak powinny, nie jestem jednak w stanie stwierdzić, czy jest to skutkiem umyślnej manipulacja Dumbledore'a czy też... - Snape urwał przenosząc wzrok na płonący w kominku ogień.

- Myślisz że może to być skutek uboczny tego co mi zrobił? Tego że wyglądam teraz jak Harry?

- Nie możemy tego wykluczyć Shaan. - Na kilka minut zapadła między nimi cisza, w końcu jednak zdecydował się przerwać ją.

- Da się to odwrócić?

- Nie wiem. Być może twoje zmysły zostały nieodwracalnie stłumione.

- Nie. Nie o to pytałem. Chcę wiedzieć czy da się przywrócić mi mój dawny wygląd. - po tych słowach Snape zaskoczony spojrzał ponownie na niego.

- Ty chcesz... - zaczął, ale wszedł mu w słowo nie dając dokończyć.

- Tak. Nie chcę być dłużej Harrym Potterem.

][][][][

Po jego słowach Snape wstał i okrążywszy stolik, opadł na siedzenie tuż koło niego. Czując stykające się z jego własnym ramię, zauważył, że profesor jest spięty. Zerknął na niego zastanawiając się co się dzieje, nim jednak miał okazję zapytać, usłyszał:

- Znam na to sposób, Shaan. Znam nawet kilka, niestety większość z nich jest mało przyjemna.

- To znaczy?

- Przede wszystkim musisz pamiętać, że Dumbledore nie tylko zmienił twój wygląd upodabniając cię do Potterów, ale również wpłynął na twój wiek. sprawiając, że obecnie masz niespełna piętnaście lat. Jestem pewien że twój wygląd zewnętrzny można zmienić przywracając ci twoje właściwe rysy, jednak wydaje mi się, że na twój wiek nie będziemy mieli żadnego wpływu. Nawet jeśli znów będziesz wyglądał jak Shaan, pozostaniesz piętnastolatkiem.

Piętnastolatkiem? - prawdę mówiąc nie wiedział co ma myśleć o tej perspektywie. W ciągu ostatnich godzin już kilkukrotnie nachodziła go myśl o tym, że chce znów być Shaanem, ani razu jednak nie wziął pod uwagę tego, że będzie miał dalej piętnaście lat. We wspomnieniach widział siebie jako osiemnastolatka i tak sobie siebie wyobrażał. Oczywiście wiedział, że skoro chodził do szkoły w tym czasie co Severus musi być starszy, ale jakoś nie potrafił przywołać obrazu siebie jako dorosłego. Mimo wszystko jednak we wspomnieniach był pełnoletni, tymczasem jako piętnastolatek... Przepaść pomiędzy moim wiekiem a Severusa będzie jeszcze większa... poza tym ja będę dzieckiem a on...

- Czy, będzie ci to przeszkadzać? - szepnął ledwie dosłyszalnie, jednak siedzący obok niego profesor usłyszał każde słowo, a palce które mocno zacisnęły się na jego dłoni posłużyły mu za odpowiedź, jeszcze zanim Severus się odezwał.

- Zbyt długo na ciebie czekałem, abym przez coś takiego miał z ciebie zrezygnować. Bardziej boję się że to mój wiek będzie dla ciebie przeszkodą.

- Nie będzie, ale obawiałem się, że jeśli ja jestem dzieckiem to ty... - zaczął, jednak Snape przerwał mu kładąc palec na jego ustach.

- Nie zapominaj, że tylko przy tobie jestem w stanie świecić.

][][][][

Wtulił się w ramię profesora pozwalając sobie przynajmniej przez kilka chwil nie myśleć o niczym. Czuł się bezpiecznie. Wreszcie jednak zebrał się w sobie i szepnął:

- W jaki sposób Dumbledore zdołał cofnąć mój wiek? Jak to możliwe że z dnia na dzień stałem się niemowlakiem?

- Cofnięcie wieku jest niemożliwe. Owszem eliksir wielosokowy pozwala przybrać dowolną postać, jednak są to jedynie zmiany chwilowe. Nie ma eliksiru ani zaklęcia które może odmłodzić organizm, gdyby takie istniało, na świecie nie byłoby staruszków.

- Ale ja odmłodniałem.

- To prawda. W twoim przypadku doszło jednak do rzeczywistego odmłodzenia. Sądzę, że ma ono związek z tym kim jesteś. Tylko ty mogłeś w ten sposób odmłodnieć, Shaan.

- Chcesz powiedzieć, że ma to związek z tym, że jestem jakimś porąbanym eksperymentem?

- Jesteś feniksem, Harry. - po tych słowach obejmująca go dłoń profesora mocniej zacisnęła się na jego ramieniu, zaraz po tym Snape przesunął się tak aby ponownie spojrzeć mu w oczy. - Dumbledore zmusił twoją własną naturę do tego, byś przyjął wiek niemowlęcia. Sądzę także, że wykorzystał to do tego abyś przyjął wygląd dziecka Potterów.

W jego własnych myślach zapanował chaos. Feniks... to jedno słowo obróciło wszystko do góry nogami. Owszem wiedział, że jest skutkiem jakiegoś eksperymentu ale sądził, że wciąż jest człowiekiem, przynajmniej w miarę... Myślałem że może jestem jakimś wilkołakiem, czy wampirem, ale feniks? Przecież to ptak! Jak ja mogę być...

- Nie rozumiem. Feniks to przecież ptak, jak ja mogę być... czy to jakiś żart? Ja nie... - Snape uciszył go przykładając mu palec do ust.

- Szsz, spokojnie... Nie przyrównuj siebie do chowańca takiego jak ten którego posiada Albus. Znane nam dzisiaj feniksy to jedynie echo tego kim ty jesteś Shaan.

- Kim w takim razie jestem?

- Choć jak wspomniałem nie jesteś człowiekiem, najłatwiej będzie ci zrozumieć to jeśli nazwę cię ludzkim feniksem. Nie jesteś i nigdy nie byłeś ptakiem. Jesteś jednym z Feniksów Starej Krwi i nawet nie wiem jak wiele czasu minęło nim Czarny Pan cię odnalazł. Mam jednak pewność, że wyglądasz niemal jak człowiek ale zarazem posiadasz wszystkie znane nam dzisiaj zdolności feniksów. Masz je, a także moce o których współcześni czarodzieje nawet nie słyszeli.

- Nie wydaje mi się bym posiadał jakieś specjalne moce. - Snape puścił jego rękę i przeczesał mu palcami włosy.

- Masz. choć jak sądzę, Dumbledore zatroszczył się o to aby zblokować wszystko co mogłoby odróżniać cię od przeciętnego czarodzieja. Nie o wszystkim wiem, jednak jeśli będziesz chciał przekażę ci to o czym mi powiedziałeś, oraz to czego domyśliłem się sam. - słysząc to odwrócił wzrok w stronę magicznego okna które teraz ukazywało bezchmurne, gwieździste niebo.

- Chcę wiedzieć. Wciąż nie wydaje mi się abym mógł posiadać jakieś specjalne zdolności, ale chcę wiedzieć jakie niby posiadałem. Chcę wiedzieć, nawet jeśli okaże się że jedynie wszystkich oszukiwałem.

- Nawet tak nie mów, Shaan. Z pewnością nie oszukiwałeś.

- Ale to zbyt nierealne. Feniks? Jak mogę być feniksem? - wyswobodziwszy się z uścisku, wstał i bezwiednie zaczął krążyć po saloniku.

- Przyznaję, że gdy pierwszy raz mi o tym powiedziałeś, zareagowałem podobnie jak ty teraz. Jednak jesteś feniksem Shaan. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Wielokrotnie mi to udowodniłeś.

- Ale to nie ma sensu... jak mogę być ptakiem?

- Nie jesteś ptakiem Shaan. Mówiłem ci już, jesteś ludzkim feniksem. Potrafiłeś przenosić olbrzymie ciężary, latać bez miotły czy zaklęć, jednak nigdy nie przemieniałeś się w ptaka.

- Latałem? - to było tak zaskakujące, że zatrzymał się w miejscu, ponownie spoglądając na Severusa.

- Tak. Razem lataliśmy. - wzrok profesora na kilka sekund stał się zamglony, a przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu. Widząc to, mimowolnie sam się uśmiechnął po czym ponownie opadając obok niego na kanapę, zapytał:

- Co jeszcze potrafiłem?

- Tak jak znane ci dziś feniksy posiadałeś moc uzdrawiania, jednakże nie za pomocą łez a własnej krwi.

- Moja krew uzdrawia?

- Tak, choć nie może być odebrana siłą. Musi zostać podarowana przez ciebie świadomie i dobrowolnie, tak jak ma to miejsce w przypadku krwi jednorożców. Odebrana siłą staje się trucizną. - przytaknął na znak, że rozumie, choć tak naprawdę wciąż trudno było mu zaakceptować to co usłyszał. W końcu też odważył się poruszyć pominiętą kwestię.

- Załóżmy, że rzeczywiście jestem tym feniksem o którym mówisz. Wciąż to dla mnie zbyt nierealne, ale załóżmy że tak jest. W jaki sposób Dumbledore wykorzystał moją naturę do tego abym stał się piętnastolatkiem?

- Sądzę, że wykorzystał moment twojego odrodzenia.

Odrodzenia? Jakiego odrodzenia? - chciał o to zapytać, jednak nagle sen tych słów w pełni do niego dotarł. Feniks... odrodzenie... Przed oczami stanął mu spalający się Fawkes.

- Ja nie... to... Ja się spalam? - nawet dla niego samego te słowa brzmiały absurdalnie, ale Snape zamiast roześmiać się, przytaknął czyniąc boleśnie prawdziwymi jego nierealne domysły.

- Tak. To dobre określenie. Spalasz się w ogniu choć nie w taki sposób jak chowaniec Dumbledore'a.

- To znaczy jak?

- Znane ci feniksy, jak na przykład Fawkes, przechodzą cały proces dojrzałości. Rodzą się jako pisklaki, dorastają, w końcu starzeją się i tracą siły. Zanim jednak umierają, spalają się i odradzają na nowo. Cały ten cykl trwa zazwyczaj rok. W twoim przypadku proces ten wygląda nieco inaczej. Ty dojrzewasz tak jak każdy normalny człowiek. Z informacji do których udało się Czarnemu Panu dotrzeć wiadomo, że twój rozwój w pewnym wieku zostanie zatrzymany, choć nikt jednak nie wie czy będzie to dwadzieścia czy może trzydzieści lat. W każdym jednak razie twój proces palenia odbywał się co trzy miesiące i polegał bardziej na odnowie poziomu magii oraz zdrowia. Po każdym paleniu wszelkie twoje rany i dolegliwości znikały.

Trzy miesiące? Spalałem się co trzy miesiące? Ale czy to znaczy, że obracałem się w proch?

- Naprawdę się paliłem? Spalałem się na proch?

- Nie, nie spalałeś się. Paliło się twoje ciało, jednak nie obracałeś się w proch. Z tego co sam opisywałeś, wiem, że twoja skóra, mięśnie i organy odnawiały się w tym czasie. Trwało to zazwyczaj kilka godzin.

- Skoro miało to miejsce co trzy miesiące, dlaczego teraz nic takiego się nie dzieje? Czemu już się nie palę? Przecież pamiętałbym coś takiego. Zresztą ktoś zauważyłby, że co trzy miesiące znikam na cały dzień.

- Sam chciałbym znać na to odpowiedź, Shaan. Sądzę, że Dumbledore'owi w jakiś sposób udało się zblokować ten proces. Nie wykluczone też, że jest to skutkiem ubocznym tego, że cofnął twój wiek do niemowlęctwa.

- Ale jak właściwie go cofnął? Mówiłeś, że to palenie się odnawiało jedynie moje ciało i magię. Jak sprawił, że stałem się dzieckiem?

- Mogę tylko zgadywać. - Severus podniósł się i zbliżył do magicznego okna. Otworzył je i dopiero wtedy odezwał się ponownie.

- Wydaje mi się, że podczas twojego procesu palenia zmusił twoją magię nie tylko do odnowy ciała, ale i do permanentnego odmłodzenia go. Jeśli pytasz w jaki sposób zdołał tego dokonać, na myśl przychodzi mi jedynie czarna magia, Shaan. - Severus ponownie się odwrócił i spojrzał na niego. - Niestety nie wiem jakie niesie to ze sobą konsekwencje.

- Dumbledore nie mógłby użyć czarnej magii, jest jasnym czarodziejem. Pewnie masz rację, że to on stoi za tym wszystkim, ale czarna magia?

- Shaan mówiłem ci już, Dumbledore nie jest tak jasny za jakiego chce uchodzić. Wpływ na twój proces palenia mogła mieć jedynie czarna magia. Jego nie można od tak zmanipulować. - tym razem zabrakło mu argumentów. Wiedział, że Severus zapewne ma rację. Zdawał sobie z tego sprawę, ale sama myśl, że Dumbledore był zdolny do posługiwania się taką magią jak Voldemort, przerażała go. Czytał na temat czarnej magii i znał cenę jaką ze sobą niesie posługiwanie się nią.

- Wspomniałeś, że istnieje kilka sposobów na przywrócenie mi mojego wyglądu. Czy do tego również potrzebna będzie czarna magia? - zapytał cicho, nie będąc pewnym czy chce to usłyszeć. - Severus ponownie się zbliżył, siadając naprzeciw niego.

- Z pewnością zastosowanie czarnej magii jest jednym ze sposobów którego można użyć do odwrócenia skutków działań Dumbledore'a, są jednak inne. Jeśli rzeczywiście zmusił twój organizm do zmian w czasie palenia, to tą samą drogą możemy go odwrócić.

- Jednak powiedziałeś, że zrobił to używając czarnej magii.

- Tak, ale do cofnięcia skutków jego działań, nie powinna być ona potrzebna. To tak samo jak masz zaklęcia z dziedziny czarnej magii i z dziedziny obrony która chroni przed jej skutkami. Nie likwidujesz czarnej magii za pomocą kolejnych mrocznych zaklęć. - przytaknął, rozumiejąc to.

- Czy jesteś w stanie odwrócić ten proces?

- Tak, choć nalegam abyśmy najpierw skontaktowali się z Czarnym Panem.

Sama perspektywa tego spotkania sprawiła, że zaschło mu w ustach. Ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę było stanięcie po raz kolejny twarzą w twarz z przeklętym Voldemortem. Być może tak jak powiedział Severus był on jego magicznym rodzicem, nie znaczyło to jednak, że umierał z niecierpliwości przed spotkaniem z nim. Nie chciał go widzieć. Dla niego Voldemort i Dumbledore byli siebie warci. Jeśli mógłby wybierać to wolałby zostawić obu w diabły.

- Czy to konieczne?

- Obawiam się że tak Shaan. Wiedza Czarnego Pana na temat natury twojej magii będzie niezbędna do odwrócenia skutków działań Dumbledore'a. Poza tym to twój ojciec, prędzej czy później i tak musisz się z nim rozmówić.

- Wolałbym później. - szepnął zanim zdołał ugryźć się w język. Severus słysząc to uśmiechnął się do niego i odparł:

- Wiem.

][][][][

Maerens - czar mojego pomysłu, słowo z języka łacińskiego w tłumaczeniu "mdleć"

Agir – przypominam że to także czar stworzony na potrzeby tego opowiadania. słowo pochodzi z języka kurdyjskiego - oznacza "ogień".

Incendio – zaklęcie wywołujące płomienie, zaczerpnięte z cyklu książek o HP.

][][][][

Koniec Rozdziału 2