NIE BAW SIĘ OGNIEM, BO SIĘ SPALISZ

][][][][

Jak ostatnimi czasy co weekend, zapraszam was do zapoznania się z kolejnym rozdziałem. Tym razem będzie troszkę rozmów między Voldemortem i Harrym a także nieco zaskakujące informacje. Mam nadzieję, że rozdział przypadnie wam do gustu. Czekam na komentarze. Dla ciekawskich powiem, że piąty rozdział skończył się dzisiaj pisać. ;)

][][][][

Rozdział 4

Początek i koniec zarazem

Może to właśnie tak miało być,

może to w co cale życie się wierzyło nie istnieje,

może to już koniec, koniec

jeszcze przed właściwym początkiem.

xxx

][][][][

Odgłos deszczu uderzającego o szyby pociągu był usypiający. Jeszcze wczoraj panował upał, zaś dzisiejszy poranek przywitał wszystkich ciemnymi chmurami które zasnuły niebo. Jechali już od kilku godzin. Niedawno pojawił się wózek ze słodyczami, a teraz siedzieli każde zajęte czymś innym. Ron przeglądał nowy numer Quiditch przez wieki, zaś Hermiona zaczytała się w jakiejś kolejnej grubej księdze. Został pozostawiony sam sobie, ale w sumie nie przeszkadzało mu to. Siedział najbliżej okna, wpatrując się w krople wody spływające po oknie. Siedział i myślał.

Zastanawiał się co przyniosą mu nadchodzące wakacje. Wiedział, że ma wraz z wujem opuścił peron i odjechać. Wiedział też, że ma wysiąść z samochodu tuż po opuszczeniu dworca. Wsunął dłoń do kieszeni i odruchowo zacisnął palce na świstokliku ukrytym w jej wnętrzu. Przeniesie cię do punktu skąd zostaniesz odebrany przez Czarnego Pana. Ja dołączę dopiero wieczorem, po ostatniej radzie pedagogicznej. - westchnął, gdy powróciły do niego usłyszane wczoraj od Severusa słowa. Wcale nie uśmiechało mu się spędzenie kilku godzin sam na sam z Voldemortem, ale zdawał sobie sprawę, że nie ma alternatyw. Jakbym tak spróbował wymknąć się sam na pokątną to jestem pewien, że nie tylko Voldemort ale i Severus zdecydowanie próbowaliby mnie za to powiesić... - uśmiechnął się do własnych myśli. W sumie może warto by było zaryzykować?

Pociąg zaczął zwalniać. Wyrwany z rozmyślań, poderwał się i zrzucił z siebie szatę. Schował ją do kufra i rzucając przyjaciołom, że zobaczą się na peronie, opuścił przedział. Do końca podróży pozostało zaledwie kilka minut, a miał jeszcze coś do zrobienia. Na szczęście wcześniej dyskretnie podpytał Rona, także teraz bez problemu znalazł przedział zajmowany przez jego braci.

- Fred. George... - zwrócił się do nich i zajrzał do środka, z ulgą przyjmując, że są sami w przedziale.

- O, hej Harry. Coś się stało? - zamiast odpowiedzieć, sięgnął do kieszeni i wcisnął w rękę George'a sakiewkę.

- Ej stary, to jest...

- 500 galeonów, na wasz sklep z dowcipami.

- Harry... nie możemy tego przyjąć...

- To nie jałmużna, tylko inwestycja.

- Ale Harry, przecież to... - usłyszał i w tej samej chwili poczuł, że pociąg w końcu się zatrzymał.

- Do zobaczenia we wrześniu. - machnął im ręką i ignorując ich dalsze protesty, wyszedł. Kierując się w stronę najbliższego wyjścia, miał na twarzy uśmiech. Wiedział, że nagroda z turnieju trafiła we właściwe ręce.

][][][][

Po pożegnaniu się z przyjaciółmi i zapewnieniu ich, że przynajmniej raz w tygodniu będzie wysyłał list, opuścił peron 9 i 3/4. Przechodząc do świata mugoli po raz kolejny z wdzięcznością pomyślał o eliksirze który wczoraj wręczył mu Severus. Dzięki niemu przynajmniej nie zdaje mi się, że zaraz ogłuchnę...

Pchając przed sobą wózek, powoli ruszył w kierunku wuja, którego niezadowolenie był w stanie dojrzeć już z daleka. Ponownie tego dnia uśmiechnął się, dobrze wiedząc, że po raz pierwszy wuj będzie zadowolony z tego co zamierza za chwilę robić. To będą dla ciebie najszczęśliwsze wakacje, czyż nie, Dursley?

- Pospiesz się smarkaczu! Nie mam dla ciebie całego dnia! - ignorując jego komentarze, posłusznie ruszył za nim w stronę wyjścia z dworca.

- Do zobaczenia Harry!

- Nie daj się tym mugolom! - słysząc za sobą okrzyki odwrócił się i pomachał bliźniakom na pożegnanie.

- Nie odstawiaj mi tu komedii! Ludzie się patrzą! - po raz kolejny puszczając mimo uszu komentarz wujka, zawołał:

- Miłych wakacji! - po czym opuścił dworzec. Wychodząc na zewnątrz już z daleka rozpoznał samochód wujka. Podprowadził bagaże do niego i wpakował je do środka. Hedwiga zahuczała w klatce gdy stawiał ją na siedzeniu.

- Wsiadaj wreszcie!

- Dobrze wujku. - zajął miejsce i zapiął pas. - Możemy jechać.

][][][][

Samochód ruszył. Spoglądając przez ramię na oddalający się dworzec, zacisnął palce na materiale spodni i czekał. Gdy tylko miał pewność, że odjechali wystarczająco daleko i jest już mała szansa na to, że ktoś nieodpowiedni ich zobaczy, przerwał panującą w pojeździe ciszę.

- Zatrzymaj się wujku.

- Jeszcze czego! Nie będziesz mi rozkazywał smarkaczu! Dlaczego niby miałbym się zatrzymać? - gburliwa odpowiedź wuja, nie zaskoczyła go.

- Jeśli się zatrzymasz, to obiecuję ci, że nie zobaczysz mnie do końca wakacji. - spojrzał w lusterko i na kilka sekund jego wzrok spotkał się z wodnistymi oczami Vernona Dursley'a.

- Chcesz uciec?

- To już moja sprawa wujku. - jeszcze przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu jednak Vernon zjechał na pobocze i zatrzymał się.

- Ty znikniesz a ja będą przez to miał kłopoty z takimi dziwolągami jak ty? Myślisz, że dam się na to nabrać?

- Nie będziesz miał żadnych problemów. Nikt nie zainteresuje się, że mnie nie ma, przynajmniej na razie. A jakby ktoś do was przyszedł, powiedz, że zagroziłem ci różdżką i nie miałeś wyboru. Nikt tego nie podważy. - po jego słowach, wuj obrócił się do niego, po czym wskazał podbródkiem drzwi.

- Wysiadaj. - ruszył się natychmiast, nie zamierzał dać mu się powtarzać. Wysiadł i wyciągnął swoje bagaże.

- Do widzenia wuju. Do zobaczenia za rok. - rzucił i zatrzasnął drzwi.

Samochód odjechał natychmiast. Jeszcze przez chwilę patrzył na pustą ulicę, w końcu uśmiechnął się do siebie i szepnął:

- Mam nadzieję, że już nigdy się nie zobaczymy.

][][][][

Rozejrzał się, na szczęście nikt zdawał się nie zwracać zbytnio na niego uwagi. Jak na razie tylko jakaś dziewczynka wskazała jego sowę palcem, ciągnąc swoją mamę za rękaw. Nie czekając, aż jego chowaniec wzbudzi więcej zainteresowania, mocniej złapał klatkę i chwytając w drugą rękę uchwyt kufra, zaczął oddalać się od głównej ulicy. Kluczył przez dobrych kilka minut, w końcu jednak udało mu się znaleźć zaułek który zdawał się być zupełnie opustoszały.

Odstawił ciężki kufer na ziemię i rozejrzał się ponownie. Otaczały go wąskie mury. Nie było tu wielu okien, a te które były, miały zaciągnięte zasłony. Uznając, że lepszego miejsca nie znajdzie, wyciągnął z kieszeni świstoklik. Parsknął ponownie, jak za pierwszym razem gdy go zobaczył. Właściwie czego innego mogłem oczekiwać? - pomyślał obracając w palcach mały,ciemnozielony flakonik na eliksiry. W sumie nie mógł zaprzeczyć, że jest piękny. Buteleczka miała wyrzeźbione delikatne listki i została umieszczona na srebrnym łańcuszku.

- To cały ty, Severusie. - szepnął i usiadł na kufrze, aby upewnić się, że nie zostanie on w tej uliczce. Poprawił jeszcze klatkę z sową, tak aby jak najmniej trzęsło nią w trakcie podróży, po czym zacisnął dłoń na flakoniku i aktywował świstoklik.

- Światło nocy i dnia. - szarpnięcie w okolicy pępka poinformowało go, że świstoklik zadziałał. Zaraz po tym, świat rozmył się przed jego oczami w plątaninie barw. Zacisnął powieki, upewniając się w tym, że ze wszystkich środków magicznego transportu, jedynym normalnym, są miotły.

Nie wiem co gorsze, teleportacja czy te przeklęte świstokliki...

][][][][

Jęknął. Lądowanie nie było miękkie, jak zresztą żadne w jego wykonaniu. Chociaż siedział i realnie nie miał jak się przewrócić to i tak udało mu się spać z kufra. Na szczęście klatkę trzymał na tyle mocno, że Hedwiga nie poturlała się po trawie. Mimo wszystko nie była zadowolona z transportu o czym poinformowała go donośnym hukiem. Głaszcząc ją uspokajająco, pozbierał się i spróbował ustalić gdzie jest.

- Nie... - wyrwało mu się, gdy w pełni dotarło do niego, w jakim miejscu wylądował. Prawdę mówiąc spodziewał się wszystkiego, tylko nie widoku który rozpościerał się właśnie przed jego oczami. Znał to miejsce, znał bardzo dobrze i z pewnością nie miał ochoty znaleźć się tutaj ponownie. Niech cię cholera Voldemort! Dlaczego musiałeś wybrać akurat ten przeklęty cmentarz? Bawi cię to?!

W ostrych promieniach słońca nie wyglądał tak przerażająco jak tamtej nocy, przywoływał jednak wspomnienia o których nie chciał pamiętać. Drewniany kościółek majaczący za wielkim cisem miał bielone ściany, a dzwon na wieżyczce właśnie wygrywał melodię. Cmentarz wciąż tak samo zarośnięty jak w czasie jego ostatniej bytności na nim, był opustoszały. Przyglądając się zapadniętym i porozwalanym pomnikom, mógł stwierdzić, że nie jest zbyt często odwiedzany. Wygląda tak, jakby nikt nie przejmował się stanem tego miejsca...

- Cieszę się, że dotarłeś bezpiecznie. - podskoczył, odwracając się gwałtownie. Nie usłyszał zbliżających się kroków.

- Voldemort. - rzucił, spoglądając mu w oczy. Spiął się, odruchowo robiąc krok w tył, gdy ten zaczął się zbliżać.

- Spokojnie, nie jestem przecież twoim wrogiem, Shaan. Sądziłem, że już to zrozumiałeś. Nic ci nie zrobię, nie musisz się mnie obawiać.

- To, że jesteś moim ojcem, nie znaczy, że od razu zacznę ci ufać, Voldemort. - po raz kolejny cofnął się nieco, aby zachować dystans.

- Nie oczekiwałem tego. Rozumiem twoje obawy, choć nie ukrywam, że liczę na to iż z czasem zmienisz swój stosunek do mnie, Shaan. Przez lata wierzyłeś w punkt widzenia Dumbledore'a, nie będzie ci łatwo tego zmienić, ale chciałbym abyś dał nam szansę.

Tym razem nie odpowiedział. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że Voldemort łapie go za słówka, ale nie miał siły na wdawanie się z nim w kłótnie. Zdecydował się zostawić to jak jest. Im mniej będę zmuszony z nim rozmawiać, tym lepiej... - pomyślał i uznając, że najlepiej zmienić temat, zapytał:

- Dokąd teraz? - w odpowiedzi Voldemort odwrócił się i ręką wskazał na dom znajdujący się na szczycie wzgórza.

- Tam. To dom mojego ojca. Dziś spędzimy w nim noc.

- W nim? Dlaczego? - zapytał, ponownie spoglądając na dom który nawet z tej odległości, w świetle dnia, wyglądał na mocno zniszczony.

- W czasie mojej kilkunastoletniej nieobecności, wiele moich nieruchomości zostało dość mocno zaniedbanych. Skrzaty są w trakcie ostatnich napraw jednego z nich. Jutro będziemy mogli wprowadzić się.

Jutro? Wcale nie podobała mu się ta zmiana planów. Nie napawała go radością perspektywa spędzenia nocy w ruinie z widokiem na cmentarz. Zwłaszcza ten cmentarz, z którym nie wiązał zbyt dobrych wspomnień

- Czy Severus o tym wie? - zapytał, nagle uświadamiając sobie, z czym jeszcze ta zmiana planów się wiąże.

- Wie. Dołączy do nas rano.

- Rano? Ale powiedział... obiecał... - zadrżał. Nie chciał spędzić nocy pod wątpliwą opieką Voldemorta. Za żadne skarby.

- Spokojnie Shaan. Obiecuję ci, że nic ci nie grozi.

- Severusie, obiecałeś... - szepnął, spuszczając wzrok na ziemię. Jak mogłeś mi to zrobić? Ledwie zwrócił uwagę na to co mówi do niego Voldemort. To bolało. Naprawdę nie sądził, że ktoś taki jak on, od tak złamie dane przez siebie słowo.

- Prosił abym przekazał ci to. - dopiero po chwili dotarły do niego słowa Voldemorta. Uniósł głowę spoglądając na kopertę znajdującą się w jego ręku. - Dumbledore zwołał nadzwyczajne zebranie którego Severus nie może opuścić.

Zebranie?Jakie zebranie? Odebrał list od Voldemorta i rozerwał kopertę. Pergamin umieszczony w środku zawierał tylko kilka zdań. Mimo wszystko po przeczytaniu ich, od razu poczuł ciepło rozlewające się w sercu.

vvv

Przepraszam,

Obiecałem, że od teraz będę przy Tobie jednak ten szurnięty starzec po raz kolejny pokrzyżował Nasze plany. Jak zapewne już słyszałeś od Czarnego Pana, zostało zwołane zebranie, którego nie mogę opuścić. Jeśli zbyt szybko zniknę z Hogwartu, wyda się to podejrzane. Lepiej byśmy nie znaleźli się teraz w ogniu pytań... Jeszcze raz Cię przepraszam i obiecuję, że jutro już na pewno będę przy Tobie.

Uśmiechnij się dla mnie

SS.

vvv

Po przeczytaniu ostatniej linijki, nie zdołał powstrzymać uśmiechu cisnącego się na usta. Chociaż wciąż czekała go noc sam na sam z Voldemorterm, jakoś mniej go już ona przerażała. Ponownie spojrzał na list, zastanawiając się, czego właściwie to zebranie może dotyczyć, skoro jeszcze wczoraj Severus o nim nie wiedział.

- Wiesz dlaczego to zebranie zostało tak nagle zwołane? - odważył się zapytać, ponownie spoglądając na Voldemorta.

- Domyślam się.

- To znaczy? - zapytał ponownie, gdyż Voldemort nie kwapił się do powiedzenia czegokolwiek więcej. Po jego pytaniu Czarny Pan spojrzał na niego i w końcu rzucił:

- Osoba od kilkunastu lat martwa, która nagle pojawia się w tłumie czarodziejów, wzbudza sensację, nie uważasz?

- Widzieli ciebie? - zapytał zanim zdołał ugryźć się w język. Po jego słowach Voldemort, roześmiał się.

- Gdyby zobaczyli mnie, opuszczałbyś szkołę w towarzystwie grupy aurorów. Widzieli tego idiotę który nie wie jak powinien się zachować. Powinienem zabić go jak tylko skończył z tym rytuałem... - Voldemort nie powiedział nic więcej, ale nie musiał mówić. Wiedział już o kogo chodzi.

Parszywek.

Spoglądając jak machnięciem różdżki zmniejsza jego kufer, schwycił klatkę z sową i pozwolił mu poprowadzić się wzdłuż wąskich ścieżek. Mijając kolejne nagrobki, nie skupiał się na otoczeniu, jego myśli wciąż krążyły w okół pewnego szczura.

Skoro Parszywek był widziany, powinni zrozumieć, że Syriusz jest niewinny... - pomyślał, zaraz jednak pokręcił głową, czując, że sam siebie oszukuje. Nawet jeśli go widzieli i wiedzą, że Syriusz go nie zabił to... musiałby przyznać się do tego, że to on był strażnikiem tajemnicy moich... Lily i Jamesa. - spojrzał na plecy idącego przed sobą czarodzieja i po chwili wahania zapytał:

- Gdzie teraz jest Parszywek?

- Parszywek? - Voldemort zerknął na niego przez ramię.

- Glizdogon.

- Uciekł, po ostatnim zebraniu. Nie wiem gdzie obecnie przebywa, możesz być jednak pewien, że gdy go znajdę, pożałuje swojej lekkomyślności.

- Chcesz go zabić? - zapytał, przeklinając się za to, że głos mu drży.

- Najpewniej. - Voldemort zatrzymał się i odwrócił stając tuż przed nim. - Nie mów mi, że chcesz ocalić tego idiotę? Czy aż do tego stopnia Dumbledore zaszczepił w tobie gryfonie serce?

- Ja... - zaczął i urwał zastanawiając się jak to powiedzieć. W końcu uznał, że po prostu wyjawi prawdę. - Przez Parszywka, przyjaciel mojego... Jamesa został niesłusznie oskarżony i zamknięty w Azkabanie. Teraz jest na wolności, ale musi się ukrywać. Może gdyby Glizdogon został złapany i zeznał, że to on był strażnikiem tajemnicy, to wtedy Syriusz... przestaliby go ścigać.

- Syriusz? Masz na myśli Syriusza Blacka? - przytaknął.

- Tak. Poznałem go w zeszłym roku. Wtedy też dowiedziałem się, że jest moim... ojcem chrzestnym Harry'ego. Przez chwilę nawet myślałem, że będę mógł z nim zamieszkać, niestety wtedy Parszywek uciekł. Od tego czasu Syriusz musi się ukrywać. Jeśli go złapią, otrzyma pocałunek dementora.

- Chwała za to Merlinowi. Nie chcę wiedzieć, co by się stało gdybyś rzeczywiście znalazł się w jego rękach. Pocałunek dementora jest jedynym na co ktoś jego pokroju zasługuje. - te słowa zabolały go. Owszem nie ufał już Dumbledore'owi, jednak wciąż uważał Syriusza za przyjaciela. Miał nadzieję, że nawet gdy ten dowie się, że nie jest Harrym Potterem, nie zerwie z nim kontaktów.

- Wiem, że nie jest tak naprawdę moim ojcem chrzestnym ale to nie znaczy, że zamierzam zerwać z nim znajomość

- Zerwiesz. Definitywnie.

- Nie będziesz mi rozkazywał! - krzyknął, czując, że puszczają mu nerwy.

- Będę, zwłaszcza w tej sprawie. Nie pozwolę ci na kontakty z osobą która bez skrupułów łamie przysięgę strażnika tajemnicy i wydaje najlepszego przyjaciela.

- To Glizdogon był strażnikiem! On ich wydał!

- Mylisz się Shaan. To był Black.

- Kłamiesz! - poczuł, że zalewa go fala gorąca. Pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć, w to co właśnie usłyszał. To nie mógł być Syriusz. To był Parszywek! Parszywek!Przecież Syriusz wyjaśnił wszystko wtedy we Wrzeszczącej Chacie... To nie był Syriusz... nie był... dlaczego Voldemort kłamie.. to nie był Syriusz...nie mógł być...

- Maerens - usłyszał i wszystko stało się czarne.

][][][][

Zamrugał. Przykładając chłodną dłoń do czoła, starał się pozbierać myśli. W końcu usiadł, wciąż nie będąc w stanie przypomnieć sobie co się stało. Głowa pulsowała tak, że czuł się jakby ktoś przyłożył mu w nią tłuczkiem.

- Czujesz się lepiej? - słysząc pytanie, odwrócił się. Gdy jego wzrok padł na siedzącego w fotelu Voldemorta, przypomniał sobie wszystko. Syriusz... Glizdogon... strażnik tajemnicy...

- Dlaczego twierdzisz, że to Syriusz był strażnikiem tajemnicy? - odpowiedział pytaniem na pytanie i spuścił nogi na dół, wygodniej siadając na kanapie.

- Ponieważ sam mi o tym powiedział. To on wyjawił mi lokalizację domu w dolinie godryka, gdzie Potterowie ukrywali się razem z tobą.

- To niemożliwe... - zamknął oczy nie chcąc tego słuchać. Nie chciał zaakceptować tego co słyszy. - Rozmawiałem z Syriuszem, mówił, że to Glizdogon zrobił, to dlatego potem odciął sobie palec i uciekł!

- Ucieczka Glizdogona rzeczywiście była widowiskowa i miał on swój udział w tamtych wydarzeniach, jednakże lokalizację domu Potterów otrzymałem nie od niego, a od Blacka.

- Dlaczego? - zabrakło mu słów. Nie potrafił tego zaakceptować. Pokochał Syriusza i nie mieściło mu się w głowie to, że mógł on zrobić coś takiego. Chciał, chciał zarzucić Voldemortowi kłamstwo, ale zdawał sobie sprawę, że to dziecinne zachowanie. Voldemort nie miał powodu aby kłamać, zwłaszcza w tej kwestii.

- Zdaję sobie sprawę, że ciężko ci to zaakceptować, ale takie są fakty. Jeśli zaś pytasz o powody które kierowały Blackiem, sądzę, że najłatwiej będzie ci to zrozumieć, gdy zobaczysz to na własne oczy.

Zobaczę? Jak mam zobaczyć coś co wydarzyło się kilkanaście lat temu? - zastanawiał się nad tym, nagle jednak przypomniał sobie o artefakcie o którym kiedyś opowiadał mu Remus.

- Masz myślodsiewnię?

- Posiadam jedną, jednak ona bywa zawodna, znacznie lepszą metodą jest projekcja. Jeśli się zgodzisz, zastosujemy ją.

- Czym jest projekcja?

- Projekcja polega na wpuszczeniu do umysłu drugiego człowieka i ukazaniu mu wybranego wspomnienia.

- Chcesz wejść do mojego umysłu?

- Nie Shaan, to ja wpuszczę cię do swojego. - To całkowicie go zaskoczyło. Chce wpuścić mnie do swojego umysłu? Coś takiego w ogóle jest możliwe? Owszem wiedział, że można przelać wspomnienia w dziennik, sam miał z takim do czynienia, ale to było zupełnie co innego.

- Jak? - to było jedyne o co zapytał.

- Słyszałeś kiedyś o magii umysłu? - nazwa był mu całkowicie obca, dlatego pokręcił głową w zaprzeczeniu i dodał.

- Nie.

- Magia umysłu jest sztuką pozwalającą wejrzeć we wspomnienia drugiej osoby. Jest również metodą która daje możliwość skutecznej obrony własnego umysłu. Zazwyczaj dzieli się ją na dwa działy: oklumencję i legilimencję. Legilimencja pozwala przejrzeć wspomnienia, oklumencja postawić bariery i obronić umysł. Niewiele osób o tym wie, ale magia umysłu posiada także trzeci dział, projekcję o której wspomniałem. Projekcja tym różni się od legilimencji, że jest dobrowolnym wpuszczeniem w wybrane wspomnienie w umyśle. Działa tak jak myślodsiewnia, z tą różnicą jednak, że umysł nie kłamie. Myślodsiewnię można zmanipulować, umysłu się nie da.

Kilka chwil zajęło mu przetrawienie tego czego się właśnie dowiedział. Wciąż nie był pewien czy jest na to gotowy. Nie chcę wchodzić do jego umysłu... - pomyślał i przymknął oczy czując, że sam próbuje siebie oszukać. Nie bał się wejścia w umysł Voldemorta. Bał się tego co w nim ujrzy. Syriusz naprawdę ich zdradził? Tyle mi o nich opowiadał... jak mógłby... - westchnął i ponownie spojrzał w czerwone tęczówki.

- Niech będzie. Pokaż mi. - Po jego słowach Voldemort podniósł się i przysiadł tuż przy nim na pożółkłym dywanie. W jego ręce pojawiła się różdżka w kolorze kości.

- Usiądź przede mną. Tak abyśmy siedzieli twarzą w twarz. - po tym poleceniu, odsunął się od ściany i obracając do niej bokiem, usiadł po turecku.

- Dobrze. Wyjmij różdżkę. - gdy tylko jego palce zacisnęły się na chłodnym drewnie, Voldemort wyjaśnił kolejną kwestię. - Aby wejść w projekcję, po tym jak ja rzucę zaklęcie, ty musisz wskazać różdżką na mnie i powiedzieć: Tesnel. Zaczniemy gdy będziesz gotowy.

- Bardziej gotowy nie będę. - szepnął nie chcąc tego dłużej odwlekać.

- Zaczynajmy więc. - Voldemort zatoczył różdżką krąg nad sobą i szepnął: Regai. - ledwie zaklęcie przebrzmiało, jego postać otoczyło białe światło. Wiedząc co ma robić, wskazał na Voldemorta różdżką i powiedział wyraźnie:

- Tesnel.

Pokój rozmył się przed jego oczami.

vvv

Ostre promienie słońca zmusiły go do zmrużenia oczu. Zamrugał, wzrok potrzebował kilku sekund na przyzwyczajenie się do zmiany oświetlenia. Gdy światło przestało go razić, rozejrzał się. Stał na łące, otoczonej przez gęsty, iglasty las. Szybko pojął, że to nie leśne tereny, które otaczają Hogwart. To miejsce było dla niego całkowicie obce.

- Za tobą, Shaan. - Voldemort niespodziewanie znalazł się przy nim, po czym ręką wskazał za siebie. Odwrócił się i zamarł dostrzegając scenę która właśnie rozgrywała się na ich oczach.

Zaledwie kilka kroków na lewo, tuż przy skraju lasu, stały trzy postacie. W jednej z nich rozpoznał Voldemorta z tymi samymi czerwonymi oczyma co zawsze. Pozostałe dwie stały do niego tyłem, ale gdy postąpił kilka kroków i dojrzał twarze, poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go w policzek. Na wprost Voldemorta stał Glizdogon i Syriusz.

- Dlaczego... - szepnął i zaraz poczuł dłoń na ramieniu. Zerknął przez ramię na Voldemorta który z nim tu przybył. Gy ich oczy się spotkały, usłyszał.

- Jeśli czujesz się gotowy, odblokuję to wspomnienie. - tym razem wahał się tylko przez ułamek sekundy. Musiał to usłyszeć. Musiał.

- Jestem gotowy. - ledwie jego słowa przebrzmiały, postacie przed nimi poruszyły się i wyraźnie dobiegły do nich wypowiadane słowa.

vvv

- Panie, to jest człowiek o którym ci mówiłem. Przyprowadziłem go tak jak rozkazałeś. - piskliwy głos Glizdogona przeszył powietrze i ten skłonił się niemal po pas.

- Dobrze się spisałeś szczurze, zostaw nas.

- Oczywiście mój Panie. - Parszywek po raz kolejny się pokłonił i pospiesznie wycofał się. Trzask aportacji który Harry usłyszał, gdy tylko szczur znikł mu z oczu, zaświadczył mu o tym, że ten deportował się.

Na polanie pozostali już tylko Voldemort i Syriusz.

- Przekazano mi, że możesz mieć dla mnie kilka cennych informacji, panie Black. W takim razie słucham, jestem ciekaw co masz mi do powiedzenia.

- Dobrze wiesz po co przyszedłem, Voldemort.

- Wiem, wolę to jednak usłyszeć od ciebie. Szczurom nie można ufać. - wzrok Voldemorta podążył w kierunku z którego chwilę wcześniej rozległ się trzask, zaraz jednak ponownie skupił się na Syriuszu.

- Wiem gdzie są Potterowie. Powiem ci, jednak pod dwoma warunkami, Voldemort. - słowa Syriusza sprawiły, że Harry zamknął oczy, zaraz jednak zmusił się do tego, aby ponownie je otworzyć.

- Niewielu jest na tyle odważnych aby próbować stawiać mi warunki. Podziwiam Black, jednak nie zapominaj, że moja cierpliwość ma swoje granice.

- Moje warunki nie podlegają negocjacjom, Voldemort. Możesz mnie zabić, ale wtedy nie uzyskasz potrzebnych informacji. - po słowach Syriusza zapadła cisza. Harry obserwujący tą scenę, mógł stwierdzić, że Voldemort naprawdę jest wściekły. Nagle jednak wszystko opadło. Zdawało mu się, że Voldemort nawet się uśmiechnął, choć trwało to takie ułamki sekund, że nie mógł być tego pewnym.

- W porządku, dziś rządzisz ty Black. Jakie są twoje warunki?

- Nie skrzywdzisz Lily Potter. Nie obchodzi mnie co stanie się z Jamesem czy też z dzieckiem. Zrobisz z nimi co chcesz, ale nie tkniesz Lily.

- Mam pozwolić by żona zdrajcy przeżyła? Prosisz o wiele, Black. - Zdrajcy? - zerknął na Voldemorta, który wciąż trzymał mu dłoń na ramieniu. Chciał o to zapytać, ostatecznie uznał jednak, że zrobi to gdy wydostaną się z tego wspomnienia. Na razie przysłuchiwał się dalej.

- To mój pierwszy warunek. Albo ona przeżyje, albo nie znajdziesz żadnego z nich. - ponownie między mężczyznami zapadła cisza.

- Dobrze. Zgodzę się na to. Nie zabiję jej.

- Przysięgnij.

- Rzadko obiecuję, jednak nie łamię danego słowa Black. - widział, że Syriusz mocuje się sam ze sobą, w końcu jednak jego były ojciec chrzestny przytaknął, godząc się z jego słowami.

- Dobrze, zaufam ci.

- Jaki jest twój drugi warunek?

- Lily nigdy nie może dowiedzieć się, w jaki sposób poznałeś lokalizację ich domu.

- To nie będzie problemem.

- W porządku. Dom Potterów znajduje się w Dolinie Godryka w West Country w Wielkiej Brytanii. Dom numer dwanaście. - słowa przebrzmiały i wspomnienie rozmyło się.

Znów siedzieli naprzeciw siebie, w tym samym zniszczonym pokoju.

][][][][

Niewidzącym wzrokiem śledził wyblakłe wzory na starym dywanie. Sceny które ujrzał we wspomnieniu Voldemorta, wciąż były przerażająco wyraźne w jego umyśle. Nie chciał w to wierzyć. Nie chciał, ale słowa które usłyszał, mówiły same za siebie.

Dom Potterów znajduje się w Dolinie Godryka w West Country w Wielkiej Brytanii. Dom numer dwanaście. - zacisnął dłonie w pięści, nie zważając na to, że wbija sobie paznokcie w skórę.

- Syriuszu... jak mogłeś? - uderzył pięścią w ziemię. Raz, drugi i kolejny. Łzy zalały mu twarz, ale nie próbował ich ocierać. Syriuszu... dlaczego? Dlaczego! - niespodziewanie silne ręce unieruchomiły, uniemożliwiając dalsze tłuczenie w posadzkę.

- Wypij. - nie zaprotestował, posłusznie przełykając eliksir. Znał jego smak. Zaraz ogarnął go spokój, rozjaśniając skołatany umysł. - Lepiej?

- Tak. Dziękuję. - szepnął i przymknął oczy. - Syriuszu dlaczego to byłeś ty, a nie ten przeklęty Parszywek...

- Dlaczego nazywasz Glizdogona Parszywkiem? - Voldemort zapytał go, podnosząc się. Patrząc jak znów zajmuje fotel, sam także przeniósł się na rozklekotaną kanapę i dopiero wtedy odpowiedział:

- Przez kilka lat Glizdogon udawał szczura. Mieszkał w domu mojego przyjaciela i był jego zwierzątkiem. Tam dostał imię Parszywek. - spodziewał się wszystkiego, ale na pewno nie oczekiwał, że Voldemort po jego słowach głośno się roześmieje.

- Parszywek? Rzeczywiście pasuje do niego to miano. - przez twarz Harry'ego także przemknął cień uśmiechu, zaraz jednak spoważniał. Sięgnął po filiżankę i upił łyk herbaty. Przez kilka kolejnych minut milczał, w końcu jednak odważył się zadać dręczące go pytanie:

- W tym wspomnieniu, dlaczego nazwałeś mnie synem zdrajcy?

- James Potter był śmierciożercą i zdradził.

Śmierciożercą? Przecież on...

- Nie mógłby.

- Był nim, chociaż nie sądzę, aby zrobił to z własnej woli. - zaskoczony odstawił filiżankę. Nie z własnej woli?

- Chcesz powiedzieć, że ktoś go do tego zmusił?

- Najpewniej.

- Kto mógłby zrobić coś takiego?! - podniósł głos, ale zupełnie się tym nie przejął.

- Naprawdę musisz jeszcze o to pytać?

- Dumbledore. - odpowiedział sam sobie, z wściekłością uderzając pięściom w kanapę. - Jak on mógł? Jak można zmusić kogoś do tego, żeby... Jak wieloma życiami manipulował?

- Dla Albusa Dumbledore'a, cudze życie nigdy nie miało większej wartości niż środek do celu który mógłby wykorzystać. Zawsze tak było. Zawsze liczyło się dla niego tylko to, co mogło pomóc mu w zadaniu jakie sobie aktualnie wyznaczył. Koszty które inni muszą ponieść, to dla niego jedynie zło konieczne.

- Ale zmuszenie kogoś do tego aby został śmierciożercą i szpiegiem jest... - urwał, nie będąc w stanie dokończyć.

- Nie sądzę, aby tak naprawdę zależało mu na zrobieniu z Jamesa szpiega. W tamtym czasie wciąż miał Severusa, drugi szpieg nie był mu potrzebny.

- Severus był szpiegiem Dumbledore'a? - to było dla niego całkowitym zaskoczeniem.

- Nie do końca Shaan. Będąc dokładniejszym, Severus był moim szpiegiem w gnieździe tego starego idioty. Zdołał sprawić aby ten mu zaufał i powierzył stanowisko mistrza eliksirów w Hogwarcie. - w to potrafił uwierzyć.

- Co z Jamesem? W jaki sposób został jednym z twoich śmierciożerców?

- Został wprowadzony przez innego śmierciożercę który poręczył za niego. - Voldemort sięgnął po własny napój, upił łyk i dopiero po tym, kontynuował. - On również już nie żyje.

- A w jaki sposób cię zdradził? Powiedziałeś, że Dumbledore'owi nie zależało na zrobieniu z Jamesa szpiega... skoro nie nim, to kim miał być?

- Przynętą. Dla Dumbledor'a James Potter od samego początku nie był niczym więcej niż przynętą. Potrzebował go abym zorientował się, że mnie zdradził. Chciał aby James stał się moim wrogiem numer jeden. Wiedział, że zdrajców zabijam osobiście. W tamtym czasie jeszcze nie byłem tego świadom, teraz jednak już wiem, że James został śmierciożercom, abym zaatakował ciebie. To dlatego zaledwie w miesiąc po jego dołączeniu, wyszło na jaw, że współpracuje on z Dumbledore'm.

- W jaki sposób się tego dowiedziałeś?

- Widziano ich. Kilkukrotnie. Dumbledore zawsze wybieram takie miejsce na spotkanie aby on i James byli dobrze widoczni. Wystawił mi Potter'a na tacy, niestety w tamtym czasie nie było to dla mnie tak jasne jak dziś. Mój umysł był rozproszony i to mnie zgubiło.

- Rozproszony? - zapytał zanim zdołał się zastanowić. Zapadła cisza. Voldemort milczał. Podejrzewał, że na to pytanie nie otrzyma odpowiedzi, ale ten udzielił mu jej, choć jego głos zdawał mu się znacznie cichszy i bardziej odległy niż jeszcze chwilę temu:

- To miało miejsce wkrótce po twoim zniknięciu Shaan. - słysząc to, przygryzł wargę. Zniknięciu? Dotąd nie zastanawiał się jak dokładnie trafił w ręce Dumbledore'a.

- W jakich okolicznościach zniknąłem?

- Stało się to w wakacje, tuż po zakończeniu przez ciebie siódmego roku nauki Hogwarcie. W sumie miały miejsce trzy ataki na ciebie, po ostatnim z nich, nie zdołaliśmy cię odnaleźć.

- Dumbledore mnie zabrał?

- Tak podejrzewam. Zniknąłeś kilkanaście metrów od domu. Ataku musiał dokonać ktoś na tyle potężny, kto zdołał przebić się przez bariery ochronne, otaczające teren. Niewielu czarodziei byłoby zdolnych do dokonania czegoś takiego. - przytaknął na znak, że rozumie i zadał następne pytanie:

- A wcześniejsze ataki? Gdzie miały miejsce?

- Pierwszy z nich zdarzył się na ulicy Pokątnej, drugi w wiosce Hogsmeade. Na szczęście w obu przypadkach był przy tobie Severus i zdołaliście w porę umknąć. Żałuję, że nie przewidziałem tego, iż może on dopaść cię tak blisko domu. Gdybym pomyślał o tym uważniej, nigdy nie zostawiłbym cię samego... - tym razem Harry zmieszał się, zupełnie nie wiedząc jak zareagować na takie wyznanie. Słowo przepraszam nie padło, ale czuł, że jest ukryte pomiędzy wierszami.

- Pamiętam atak na Pokątnej. - szepnął aby rozładować napięcie które zawisło w powietrzu. - Myślałem, że to atak twoich ludzi, ale szybko okazało się, że ci czarodzieje przyszli po mnie...

- Pamiętasz to?

- To jedno ze wspomnień które ostatnio mi się przyśniło... - urwał, po czym poruszył kwestę która coraz bardziej zaczynała go dręczyć. - W tym ataku brało udział kilka osób. Zastanawiam się... jak wielu czarodziei jest zamieszanych w plan Dumbledore'a? Nie wydaje mi się aby mógł to wszystko osiągnąć sam...

- Mi również, niestety jednak na chwilę obecną nie wiem kogo ma po swojej stronie, a kim jedynie manipuluje. Większość zapewne jest nieświadoma twojego pochodzenia i natury, jednakże ingerencja w twoje palenie, wymagała uczestnictwa przynajmniej dwóch osób.

- Dlaczego?

- Tego rodzaju manipulacji można dokonać jedynie za pomocą rytuału opartego na czarnej magii, ale o tym już wiesz, prawda?

- Severus o tym wspominał. - po jego słowach Voldemort skinął mu głową i kontynuował:

- Nie wyjaśnił ci jednak, że rytuał ten opiera się na magii ofiary. Aby dokonać tak dogłębnej przemiany w drugiej osobie, trzeba poświęcić własne życie.

- Życie? Przecież Dumbledore ma się całkiem dobrze,.. Chcesz powiedzieć, że poświęcił kogoś innego żeby zrobić ze mnie dziecko?

- To nie działa w ten sposób. Rytuał wymaga aby każda z rzucających go osób poniosła ofiarę. Jeśli przeprowadza go jeden człowiek, umrze, ale jeśli ludzi jest więcej, przeżyją konsekwencje jakie ze sobą niesie. - Harry wziął głęboki wdech, czując, że robi mu się niedobrze na samą myśl.

- Czyli rzeczywiście ktoś musiał współpracować z Dumbledore'm. Myślisz, że było ich tylko dwoje? Czy nie jest tak, że im więcej uczestników, tym mniejsze konsekwencje ponosi każda pojedyncza osoba?

- Szybko łączysz fakty. Tak im więcej jest rzucających, tym słabsze są dla nich konsekwencje. Nie zapominaj jednak, że sprawa tego kim jesteś, nie mogła trafić na niepowołane uszy. Dumbledore z pewnością miał pomoc, nie sądzę jednak, żeby były to więcej niż trzy, może cztery osoby.

- Czy myślisz, że może to być któryś z nauczycieli uczących obecnie w Hogwarcie? - sama perspektywa tego, że ktoś stale go obserwował, sprawiła, że zadrżał.

- Nie wolno nam tego wykluczać, chociaż osobiście wątpię w takie rozwiązanie. Bardziej jestem skłonny uwierzyć w to, że pozbył się swoich pomocników tuż po rytuale. Tak byłoby dla niego wygodniej.

- Zabił ich?

- Najpewniej. Ktoś taki jak on...

- Nie! Proszę nie... nie kończ. Mam dosyć na dzisiaj. - przerwał Voldemortowi w pół zdania i zamknął oczy, czując bolesne pulsowanie pod czaszką. Syriusz zdrajcą... James śmierciożercą... Dumbledore i rytuał... To naprawdę było dla niego zbyt wiele. Nie chciał słyszeć niczego więcej.

Nie teraz.

- Oczywiście Shaan. Odpocznij. Zresztą jest już późno. Powinieneś się przespać, jutro czeka nas pracowity dzień. - Voldemort przywołał kilka koców, tworząc prowizoryczne posłanie na ziemi. Harry widząc to, nie zdołał powstrzymać się przed zadaniem kolejnego pytania.

- Mam spać na podłodze?

- Obaj się dzisiaj na niej prześpimy. W tym domu reszta pomieszczeń nie nadaje się do tego aby w nich przebywać. Nie będziemy niepotrzebnie ryzykować. - miał ochotę zapytać, dlaczego to aż takie ryzyko, ale powstrzymał się i zamiast tego poruszył inną kwestię.

- Co będzie jutro?

- Hmm?

- Powiedziałeś, że czeka nas jutro pracowity dzień. Co miałeś na myśli?

- Zdejmiemy z ciebie zaklęcia które blokują twoje wspomnienia.

- Już jutro?

- Tak, nie ma na co czekać. Wkrótce po tym jak odzyskasz wspomnienia powinno nastąpić kolejne palenie. Im szybciej przestaniesz wyglądać jak Harry Potter tym lepiej. Będziesz bezpieczniejszy. Zanim jednak spróbujemy odblokować twoje wspomnienia, przebada cię uzdrowiciel. Nie praktykuje już, jednak jest uzdrowicielem wysokiej klasy. Być może jemu uda się ustalić jak wiele czarów na ciebie rzucono.

- Czy uzdrowiciel jest do tego konieczny? - nienawidził szpitali. Prawdę mówiąc, odkąd pamiętał, lekarze przerażali go. Nie miało znaczenia czy byli to uzdrowiciele, czy mugolscy specjaliści. Sama ich obecność przyprawiała go o drżenie. Do Pomfrey zdołał się nieco przyzwyczaić, ale i tak uciekał spod jej skrzydeł gdy tylko było to możliwe.

- Jest konieczny. Nie zapominaj, że nie chodzi jedynie o kwestię twojego cofniętego wieku, Shaan. Chodzi również o to, w jaki sposób usunięto ci wspomnienia Być może nie wiesz, ale Obliviate nie jest jedyną metodą. Ponadto interesuje mnie w jaki sposób Dumbledore zniszczył twoje zmysły i cechy nieodłączne dla feniksa. - po tym, przytaknął mu, nie mogąc się z nim nie zgodzić. Sam był tego ciekaw.

- Rozmawiałem na ten temat z Severusem. Wspominał, że nigdy wcześniej nie potrzebowałem okularów aby dobrze widzieć. Mówił też, że kiedyś wielu rzeczy nie jadłem i dziwne jest to, że teraz jem praktycznie wszystko.

- To prawda. Nie ukrywam, że wiążę z tym pewne obawy.

- Obawy?

- Twoje zmysły nie bez powodu były przewrażliwione na niektóre potrawy. Ostrzegały twój organizm, że nie powinieneś ich jeść. Obawiam się, że nieodpowiednia dieta przez te lata mogła się negatywnie odbić na twoim organizmie.

- Dobrze się czuję.

- Wiem i to jeszcze bardziej mnie zastanawia.

- Nie rozumiem. Chcesz powiedzieć, że nie powinienem się dobrze czuć?

- Zostawmy to na razie Shaan. Po tym jak zbada cie uzdrowiciel, powrócimy do tego tematu. Prześpij się. Naprawdę zrobiło się już późno. - nie chcąc się kłócić, wsunął się pod koc, wyszukując najwygodniejszej pozycji na dywanie. Nie czuł się senny, ale i tak posłusznie zamknął oczy. Był pewien, że nie zaśnie, nie po tym czego się dowiedział, jednak szybko okazało się, że ciało bywa przewrotne. Nie chciał spać, jednak nim minęło pięć minut, musiał się poddać.

vvv

Zapach igliwia rozchodził się po całym domu, sprawiając, że na jego ustach nieustannie gościł uśmiech. Dawno nie czuł się tak szczęśliwy. Teraz też, siedząc przed kominkiem z książką na kolanach, oderwał spojrzenie od tekstu i spojrzał na zagrzebanego w pergaminach Severusa. Był tak zaabsorbowany pracą, że nawet nie zauważył, że rozmazał sobie atrament na policzku.

Wiedział, że jest zajęty przygotowaniami do egzaminów do Akademii Warzelniczej i nie zamierzał mu przeszkadzać. Nie, cieszył się po prostu, że może być z nim w jednym pokoju i obserwować go przy pracy... Tak, nigdzie nie czuł się tak swobodnie, jak przy jego boku...

- Jeszcze ci się nie znudziło?

- Hmm? - spojrzał mu w oczy, pytająco. Nie bardzo zrozumiał o czym on mówi.

- Od godziny nie przewróciłeś strony. - tym razem się uśmiechnął, zamykając książkę której od dawna i tak nie śledził.

- Próbowałem czytać, jednak ty jesteś ciekawszy. - po jego słowach Severus wstał i wolnym krokiem zbliżył się do kanapy którą zajmował.

- Ciekawszy? O ile ciekawszy?

- Aaa! - krzyknął, gdy Severus niespodziewanie poderwał go do góry, jakby ważył tyle co piórko. Książka stuknęła o podłogę. - Miałeś się uczyć! - zawołał, próbując się uwolnić z ucisku, ale Severus nic nie robiąc sobie z jego wysiłków, usiadł, sadzając go sobie na kolanach.

- Nauka może poczekać.

- Zostało ci tylko pół roku do egzaminów. Nie powinieneś... - chciał dodać coś jeszcze, jednak w tym momencie Severus zamknął mu usta pocałunkiem. Czując dłoń manipulującą przy guzikach koszuli, przymknął oczy, wiedząc, że dalsze spieranie się i tak nie ma sensu.

Zresztą, wcale nie miał ochoty się spierać...

vvv

Ostatnie zajęcia tego dnia nareszcie dobiegły końca. Zbierając pospiesznie wszystkie przybory, z ulgą przyjął fakt, że może w końcu opuścić tą przeklętą salę. Tym razem pracowali we dwójkę, udało mu się więc uniknąć wysadzenia kociołka w powietrze, ale i tak nie bardzo cieszył się z tego powodu.

Wiedział, że Severus nalegał na pracę z nim wyłącznie z troski... Tak, ręka zraniona w czasie upadło dwa dni temu wciąż dawało o sobie znać, ale wciąż czuł, że źle zrobił godząc się na to by publicznie mu pomógł.

Współpraca między domowa z reguły była negatywnie przyjmowana, zwłaszcza przez pozostałych uczniów. Przez całe zajęcia widział krzywe spojrzenia którymi obdarzali go współdomownicy. Prawdę mówiąc nie przejmował się nimi. Nie dużo więcej niepokoju wzbudzał w nim wrogi wzrok którym ślizgoni obdarzali Severusa. Nie chciał narobić mu problemów.

Wrzucił książkę do torby i nakładając ją na ramię, wycofał się z sali, powstrzymując jęk, gdy jeden z kolegów z jego własnego domu umyślnie trącił go ramieniem. Gdy tylko znalazł się na korytarzu, ruszył przed siebie, zmuszając się do tego aby nie opuścić głowy. Obawiał się, że to tylko pogorszyłoby całą sytuację.

- Shaan, stój! - ignorując okrzyk za plecami skręcił w boczy korytarz. Był niedaleko jednego z tajnych przejść i wiedział, że jeżeli się pospieszy, zdoła mu zniknąć.

Nie zatrzymuj mnie Severusie... nie rób sobie kłopotów - pomyślał i w tej samej chwili smukłe palce schwyciły go za nadgarstek. Silniejszy chłopak zmusił go do odwrócenia się tak aby stanęli twarzą w twarz.

- Dlaczego uciekasz? Czemu się ich boisz?

- Nie boję się, ale nie chcę żebyś miał przeze mnie kłopoty.

- Shaan, mam w nosie co ktoś sobie o mnie pomyśli!

- Ale... - Severus nie dał mu dokończyć. Pociągnął go za rękę za kolejny zakręt, a tam stuknął w ramę jednego z portretów i otworzył tajne przejście. To samo którym jeszcze chwilę temu chciał uciec.

- Wchodź. - nie mając wielkiego wyboru, wsunął się w ciemną klatkę schodową. Severus podążył za nim.

Przejście zamknęło się.

- Lumos. - usłyszał i zaraz po tym, blade światło rozjarzyło koniec różdżki ślizgona. Sięgnął po własną, ale został zatrzymany w połowie ruchu, gdy palce Severusa delikatnie musnęły jego policzek.

- Co robisz? - zapytał, nie potrafiąc zapanować nad drżeniem własnego głosu. Ślizgon mu nie odpowiedział. - Severusie? - szepnął, nim miał szansę coś jeszcze dodać, starszy chłopak go objął i przyciągnął do siebie. Spróbował się odsunąć, zamarł jednak, słysząc jego kolejne słowa.

- Pozwól mi siebie chronić.

vvv

- Nie śpisz? - cichy szept przy uchu sprawił, że odwrócił głowę. Spoglądając w czarne tęczówki, równie cicho odpowiedział.

- Obudziłem cię? Przepraszam, nie mogę zasnąć. Nie najlepiej sypiam w czasie pełni.

- Może masz w sobie coś z wilkołaka? - uśmiechnął się, starając się pokryć własne zmieszanie. Wciąż mu o tym nie powiedział, ale nie czuł się jeszcze na to gotowy. Kiedyś na pewno mu powiem... ale jeszcze nie dziś...

- Być może zaraz zacznę wyć do księżyca. Nigdy nic nie wiadomo, Sev.

- Znów skróciłeś moje imię...

- Tak mi się bardziej podoba.

- Co masz do mojego imienia w normalnej formie? - Severus starał się wyglądać groźnie, gdy jednak leżał tuż obok niego, jego stalowe spojrzenie traciło cały efekt. Uśmiechnął się ponownie do niego i rzekł.

- Jest takie trochę dziadkowe, nie uważasz? W sumie jednak dziadek Severus, brzmi całkiem ładnie, prawda?

- Chyba ja ci zaraz znajdę powód do wycia... kilka powodów!

- Ktoś może nas usłyszeć. - starał się odsunąć dłoń która zaczęła manipulować przy jego guzikach od piżamy.

- Jak będziesz cicho, to nie usłyszą... - palec delikatnie musnął jeden z jego sutków.

- Sev... - nie zdołał dodać nic więcej. Jego usta zostały zamknięte pocałunkiem.

][][][][

Po namyśle zdecydowałam się użyć określenia rada pedagogiczna które wykorzystywane jest między innymi w polskich szkołach. Myślę, że w ten sposób każdy będzie dobrze wiedział o co chodzi.

Maerens - czar był wykorzystywany już w tym tekście, słowo z języka łacińskiego w tłumaczeniu "mdleć".

Projekcja – jest moim własnym pomysłem będącym nieco zmodyfikowaną wersją oklumencji i legilimencji znanej z książek HP. Planuję je wykorzystać choć z pewnymi modyfikacjami. Zaklęcia wykorzystane przy projekcji: regai - w języku shona oznacza wpuścić. tesnel - oznacza zobaczyć w języku ormiańskim.

Myślodsiewnia – magiczne narzędzie służące do przechowywania oraz przeglądania wspomnień, a także sortowania i badania myśli oraz pomysłów. Myślodsiewnie były bardzo rzadkie, co spowodowane było ich wielką magiczną mocą i możliwościami.

Dolina Godryka - lokalizację domu Potterów zaczerpnęłam ze strony Harry Potter Wiki, choć przyznaję, że jeśli chodzi o numer domu, to już mój pomysł. Nie pamiętam czy w książce jest on podany, a jeśli jest, to jaki był...

][][][][

Koniec rozdziału 4