NIE BAW SIĘ OGNIEM, BO SIĘ SPALISZ
][][][][
W wasze ręce oddaję rozdział piąty. Tym razem mam go dla was jeszcze przed weekendem. Obecnie pracuję nad 32 rozdziałem tekstu Cień Czarnego Pana, powinien pojawić się na dniach. Ach... mam również prawie cały rozdział pierwszy tekstu Nie zadzieraj z Czarnym, który dręczy mnie od jakiegoś czasu, ale o tym na razie szaaa. Wciąż jest on na etapie porządkowania pomysłów i przelewania ich na papier.
][][][][
Rozdział 5
Stare i nowe rany
Czas nie goi wszytskich ran.
Ewentualnie pomaga pogodzić się z bólem.
Po pewnym czasie po prostu się przyzwyczajasz
i nie zwracasz aż tak dużej uwagi.
xxx
][][][][
- Shaan, wstawaj.
- Shaan!
Słyszał, że ktoś go woła, jednak dłuższą chwilę zajęło mu rozbudzenie się na tyle, aby był w stanie zrozumieć gdzie i z kim jest. Otworzył oczy i wciąż nieco zaspany rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu. Voldemort zajmował ten sam fotel co wczoraj i właśnie popijał jakiś parujący napój z filiżanki. Przeniósł spojrzenie na okna dostrzegając, że znów są mokre od deszczu.
- Pada. - bardziej stwierdził niż zapytał, ale Voldemort i tak mu odpowiedział.
- Tak. Całą noc padało. Około drugiej nad ranem zaczęła się nawet burza, ale ciebie żaden grzmot nie obudził.
- Ty nie spałeś? - spytał zanim zdołał ugryźć się w język.
- Nie pozwalam sobie na sen w miejscach tego rodzaju. To zbyt nieprzewidywalne. - przytaknął, nie zamierzając zgłębiać tego tematu.
- Która godzina? - zapytał w zamian, zastanawiając się ile jeszcze czasu dzieli ich od przybycia Severusa. Voldemort może i zachowywał się względem niego całkiem normalnie, ale zdecydowanie bezpieczniej się będzie czuł mając Severusa u boku.
- Minęła dwunasta. Za godzinę spotkamy się z uzdrowicielem.
- Dwunasta? Nigdy nie sypiam tak długo... trzeba było mnie obudzić.
- Byłeś zmęczony. Wczoraj wiele się wydarzyło. Potrzebowałeś odpoczynku. - wcale nie był pewien, czy jest zadowolony z tego, że Voldemort dał mu się wyspać. Perspektywa tego, że spał pod opieką kogoś takiego jak on, wywoływała w nim mieszane odczucia.
- Gdzie spotkamy się z uzdrowicielem? - zapytał w końcu, aby zmienić temat.
- Z oczywistych względów nie możemy udać się do Munga, dlatego Salzar pojawi się u nas.
- Tutaj? - rozejrzał się po rozwalonym pokoju, nie bardzo wyobrażając sobie wizytę uzdrowiciela w takim miejscu.
- Nie. Miałem na myśli dom który skrzaty dla nas oczyściły. O świcie otrzymałem informację, że wszystko zostało już przygotowane. Możemy udać się tam w każdej chwili. - przytaknął na znak że rozumie i mimowolnie przygryzł sobie wargę. Dziwnie się poczuł uświadamiając sobie, że Voldemort już dawno mógł wynieść się z tej rudery, ale czekał aż wstanie. Nie wiedział co ma o tym myśleć.
- Skoro został przygotowany to możemy tam iść. - szepnął, nie wiedząc co jeszcze powiedzieć. Pospiesznie wyplątał się z koca i wstał. Poprawił na sobie zbyt dużą koszulkę która miała obecnie niezidentyfikowany kolor oraz przeczesał ręką wiecznie nie układające się włosy.
- Jestem gotowy.
- Czy wszystkie twoje ubrania przypominają szmaty do podłogi? Czy może ubierasz się tak żeby zrobić mi na złość? - słysząc to ponownie spojrzał na siebie, po czym wzruszył ramionami i odpowiedział.
- Nigdy nie dostałem nic normalnego do ubrania. To rzeczy po moim kuzy.. po chłopcu którego uważałem za mojego kuzyna. Zawsze otrzymywałem używane ubrania... Sam nigdy nie miałem okazji pójść na zakupy aby zaopatrzyć się w coś nowego, a teraz... Nie jestem Potterem, nie mam już więc pewnie nawet za co ich kupić.
- Dlaczego tak uważasz?
- Skrytka z której korzystałem należy do Harry'ego Pottera. Jeśli nie jestem nim, oznacza to, że nie mam do niej prawa, prawda?
- Sądzę, że akurat ty masz do niej większe prawo niż ktokolwiek. Jednak nawet jeśli Dumbledore ci ją odbierze, nie powinieneś się tym przejmować. Nie zapominaj, że jesteś moim synem. Twoje trzy skrytki wciąż mają się całkiem dobrze. Po twoim zniknięciu zostały zamrożone, musisz je tylko odblokować.
- Mam trzy skrytki?
- Jak każdy dziedzic szanowanego magicznego rodu. Czy jako Harry Potter nie otrzymałeś trzech kluczy?
- Nikt nigdy nie mówił, że posiadam kilka skrytek. Dostałem jeden klucz. Może po prostu Potter'owie trzymali wszystko w jednej skrytce?
- Niemożliwe. Majątek Potterów z pewnością nie zmieściłby się w jednej skrytce. Zresztą akurat w tym przypadku ilość złota nie ma znaczenia. Każdy ze starych rodów, do którego ród Potterów także się zalicza, posiada kilka skrytek. Jest Skrytka Rodowa gdzie przechowywane są pamiątki, biżuteria oraz dokumenty. Kolejna jest Skrytka Depozytowa w której trzymane jest złoto, a także Skrytka Spadkowa, do której najwidoczniej masz obecnie dostęp. W Skrytce Spadkowej umieszczane jest złoto przeznaczone na wydatki oraz na edukację młodego pokolenia. Jesteś obecnie uznawany za ostatniego z Potterów, powinieneś więc otrzymać wszystkie klucze.
- Może uznano, że byłem na to za młody?
- Niemożliwe. W wieku jedenastu lat powinieneś został poinformowany o majątku który posiadasz, a tuż po trzynastych urodzinach gobliny powinny wręczyć ci klucze do nich. Skoro ich nie masz pytaniem pozostaje, w czyich są rękach?
- Czy może je mieć Dumbledore?
- Niewykluczone, chociaż to oznaczałoby złamanie wszystkich zasad jakimi kierują się gobliny. Zgodnie z dawnym prawem, jedynie dziedzic może odebrać klucze. Jeśli nie dostałeś ich od goblinów, powinny wciąż być w Gringocie, to jednak nie tłumaczy tego, dlaczego nie otrzymałeś ich w wyznaczonym czasie. Według mnie mogą być tylko dwa wyjaśnienia takiego obrotu spraw. Dumbledore odebrał je osobiście lub w jakiś sposób wpłynął na gobliny sprawiając, że te nie poinformowały cię o tym gdy powinny. - te słowa sprawiły że zamyślił się. Wciąż było dla niego w tym wszystkim zbyt wiele niewiadomych.
- Ale dlaczego Dumbledore miałby robić coś takiego? Wciąż mam dostęp do jednej ze skrytek. Nie jestem biedny. Co by mu dało odcięcie mnie od dwóch pozostałych? Nie widzę sensu w takich działaniach.
- Odcięcie od głównych skrytek wydaje ci się mało istotne, gdyż nie znasz jeszcze wszystkich kwestii wiążących się z byciem dziedzicem starego rodu. Jesteś uznawany za ostatniego z Potterów tym samym tytuł lorda przynależy do ciebie. Z tym tytułem wiążą się miejsca w Wizengamocie. Wiesz czym on jest?
- Ron wspominał że to sąd decydujący o dalszych losach czarodziejów, którzy w jakiś sposób złamali prawo.
- Zgadza się, chociaż to dość powierzchowne wyjaśnienie. Wizengamot rzeczywiście jest instytucją rozstrzygającą w sprawach karnych, ale to jedynie wierzchołek tego czym zasiadający w nim czarodzieje zajmują się. Wizengamot odpowiada za zatwierdzanie oraz odrzucanie wszelkich praw które obowiązują w magicznym świecie. Decyduje o statusie ludzi, wampirów, wilkołaków oraz wszelkich innych istot. Może podważyć nie tylko wiarygodność ministra ale także całego ministerstwa. Tak naprawdę żadna oficjalna decyzja w naszym świecie, nie odbywa się bez udziału Wizengamotu.
- I twierdzisz że mam swoje miejsce w tym sądzie?
- Twierdzę nawet, że nie jedno. Posiadasz prawa do zasiadania w Wizengamocie nie tylko jako dziedzic Potterów ale również jako mój syn.
- Ale przecież nie jestem Potterem. Prawda o tym prędzej czy później wyjdzie na jaw. Jak miałbym ubiegać się o coś co realnie nie należy do mnie?
- Sądzę, że kwestia twojego pochodzenia akurat w tym przypadku nie ma większego znaczenia. Nawet jeśli ludzie dowiedzą się, że nie masz w sobie krwi Potterów, wciąż pozostaniesz dziedzicem ich tytułu. Skoro nie doczekali się własnego dziecka, ty jako przysposobiony, odziedziczysz wszystko.
- Przysposobiony?
- Nadano ci wygląd oraz imię i nazwisko które połączyło cię z Rodem Potterów. Chociaż zmiany w twoim wyglądzie nie są permanentne to wraz z nazwiskiem które otrzymałeś, dostałeś wszystkie związane z nim prawa i obowiązki. Rozumiesz?
- Tak, ale to wciąż dla mnie ma zbyt wiele niewiadomych. Rozumiem, że pod względem prawnym stałem się dziedzicem Potterów, ale... co z ich dzieckiem? Czy oni naprawdę nie mieli własnego dziecka? Skoro zniknąłem miesiąc przed naszym starciem to to wszystko nie ma żadnego sensu... Naprawdę nikogo nie zastanowiło, że u Potterów tak nagle pojawiło się dziecko?
- Potterowie przez prawie dwa lata, ukrywali się. Z tego co się orientuję, w tamtym czasie nikt ich nie odwiedzał.
- Nie znam się zbyt dobrze na matematyce, ale wydaje mi się, że Lily i tak musiałaby być w ciąży zanim się ukryli?
- To prawda, jednak jak pewnie wiesz, ciąża nie jest zauważalna od pierwszego dnia. Ludzie byliby skłonni zaakceptować to, że nie powiedziała im zanim się nie ukryli pod Fideliusem.
- Czy to możliwe, że Dumbledore zaplanował to takim wyprzedzeniem? Dwa lata czekał na to, żebyś mnie mógł zaatakować?
- Chciałbym móc powiedzieć ci, że jest inaczej, ale nie możemy zaprzeczać prawdzie. Nie bez powodu umieścił James'a Potter'a w moich szeregach i wystawił jako zdrajcę. - słysząc to zamknął oczy, skupiając się na własnym oddechu. Gdy po kilku głębokich wdechach był w stanie ponownie się odezwać, wyszeptał:
- Jak ktoś może być tak okrutny?
- Dla niego nie ma żadnej świętości, Shaan.
- Mam ochotę go zabić. - wykrztusił zaciskając palce na własnej bluzce.
- Nie Shaan. Nawet o tym nie myśl. Ta przyjemność będzie należała do mnie. - gdy ponownie zerknął na Voldemorta dostrzegł uśmiech na jego twarzy. Widząc go, nie zdołał powstrzymać własnego.
- Chodźmy. Robi się późno.
- Dobrze. Jestem gotowy.
][][][][
Nie był pewien czego się spodziewał, jednak dom w którym miał spędzić najbliższe dwa miesiące, okazał się całkiem przyzwoity. Nie, nie była to wcale jakaś wielka rezydencja. Już na pierwszy rzut oka dom był znacznie mniejszy od Nory. Szczerze, przyjął to z ulgą. Nigdy nie czuł się zbyt swobodnie w domu przyjaciela. Zbyt wiele było tam pokoi i ciągłego zamieszania. Z tego samego względu Hogwart go przytłaczał. Oczywiście w porównaniu do Privet Drive, w zamku czuł się dużo lepiej. Hogwart stał się jego jedynym domem, ale wciąż... był dla niego zbyt wielki, zimny i ciemny. Tylko na wieży astronomicznej czuję się w miarę swobodnie... Czy może mieć to jakiś związek z tym kim jestem?
- Wejdźmy do środka. Zanim kompletnie przemokniemy. Zaklęcia odpychające wkrótce stracą swą moc. - słysząc to, dołączył do Voldemorta, który stał w wejściu i pozwolił mu wprowadzić się do środka.
Rozglądając się po niewielkim przedsionku, po raz kolejny, z ulgą pomyślał, że Voldemort nie każe mu mieszkać w posiadłości w której ostatnio odbyło się zebranie. Będąc tam chyba zacząłbym krzyczeć... Wszedł głębiej. Dom naprawdę był nieduży. Na dole znajdowała się kuchnia, salonik pełniący także rolę biblioteki oraz niewielki gabinet do którego, już na wstępie,Voldemort zabronił wchodzić mu samemu. Na piętrze były trzy sypialnie ze wspólną łazienką na końcu korytarza. Poinstruowany przez niego, zajrzał do pierwszego pokoju z lewej, który w najbliższym czasie miał należeć do niego.
Nie do końca był pewien, czego powinien oczekiwać, jednak wystrój pokoju całkowicie go zaskoczył. Nie tylko ściany, ale i meble, a nawet narzuta na łóżku, były niebieskie. Nie, powiedzenie że były niebieskie, stanowiło spore niedopowiedzenie. Wszystko w pokoju było w różnych odcieniach od jasnego błękitu po granat tak ciemny, że niemal czarny. Oglądając każdy zakątek pomieszczenia obawiał się, że będzie dziwnie się czuł w takim pokoju. Od Hermiony wiedział, że niebieski jest zimną barwą i może być przytłaczający. Mimo wszystko, ku własnemu zaskoczeniu, już po kilkunastu minutach poczuł, że jest w domu.
][][][][
Układając w przestronnej szafie ostatnie ubrania z kufra, uśmiechnął się sam do siebie i pokręcił zrezygnowany głową, zauważając, że nie zajęły nawet jednej czwartej wolnego miejsca.
- Chyba naprawdę pomysł z uzupełnieniem garderoby nie jest taki zły. - powiedział, zamykając pusty już kufer. Wsunął go pod łóżko, aby mu nie przeszkadzał i zadowolony z końcowego efektu, opadł na pościel. Zapadając się w miękki materiał, miał ochotę uciąć sobie krótką drzemkę, jednak okrzyk który dotarł do niego chwilę później, zniweczył jego plany.
- Shaan! - słysząc własne imię wstał i opuścił sypialnię. Był już w połowie schodów, gdy dotarły do niego strzępy cichej rozmowy. Zwolnił, przysłuchując się.
- To szczęście, że spotkaliście się w takich okolicznościach. Gdyby nie był obecny przy rytuale odrodzenia, być może zaklęcia nigdy nie zostałyby zruszone.
- Najpewniej.
- Strach pomyśleć, że wciąż mógłby być skazany na szalone pomysły tego starca. Ten wariat prędzej czy później zmusiłby go do ponownego starcia z tobą. Nie chcę myśleć jak mogłoby się to skończyć dla was obu.
- Na szczęście, ten scenariusz już nam nie grozi. Shaan, możesz już wyjść. - przyłapany na podsłuchiwaniu nie zdołał powstrzymać zdradzieckiego rumieńca wkradającego się na twarz. Zszedł kilka ostatnich stopni i stanął przed Voldemortem, nie mając zamiaru z niczego się tłumaczyć. Na szczęście ten zdawał się nie wymagać tego od niego.
- Shaan, to jest Salzar o którym ci wspominałem. Zbada cię.
- Witaj młodzieńcze. Cieszę się, że mam szansę ponownie cię spotkać. Sądziłem, że już nie będzie mi to dane.
- Czy my się znamy? - zapytał, spoglądając w błękitne oczy mężczyzny.
- Powiedziałbym, że nawet całkiem nieźle.. Przez ładnych kilka lat byłem prowadzącym cię uzdrowicielem.
- Miałem swojego uzdrowiciela? Dlaczego? - taka perspektywa wcale nie napawała go optymizmem. Dlaczego u licha miałem swojego uzdrowiciela? Czy coś ze mną było nie tak?A może po prostu cholernie rozczulałem się nad sobą?
- Spokojnie, wszystko było z tobą w porządku, jak mniemam. Oczywiście musimy wziąć poprawkę na to, jaką istotą jesteś. - mężczyzna uśmiechnął się do niego, zakładając sobie za ucho jasny kosmyk włosów. Harry wziął uspokajający oddech, mając wrażenie że mężczyzna czyta z niego jak z otwartej książki. Chciał zadać kolejne pytanie, jednak wyjaśnienia Voldemorta, uprzedziły je:
- Każda bardziej zamożna rodzina posiada własnego uzdrowiciela. Biedniejsze zazwyczaj korzystają z usług znachorów i mądrych bab. Jedynie nagłe przypadki trafiają do Munga. - przytaknął na znak, że rozumie.
- W porządku, nie ma na co czekać. Połóż się na kanapie, żeby było ci wygodnie. Badanie trochę potrwa.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał, zbliżając się do kanapy stojącej przy kominku.
- Na początek przeprowadzę skan całego twojego ciała. Wykaże on wszelkie urazy i choroby które przeszedłeś przez kilkanaście ostatnich lat. Muszę wiedzieć w jakim jesteś stanie po przebywaniu przez tyle czasu pod kuratelą Albusa Dumbledore'a. Później zajmiemy się przebadaniem zaklęć które blokują twoje wspomnienia. - słysząc to, usiadł na kanapie, ale wzbraniał się przed położeniem. Nie chciał być badany. Nie chciał aby pewne kwestie wyszły na wierzch...
Za nic.
- Czy to konieczne?
- Słucham? Czy co jest konieczne? - Salzar spojrzał na niego z pytaniem w oczach.
- Czy nie możemy pominąć tego skanu? - spuścił głowę, aby uniknąć patrzenia im w oczy. - Wszystko ze mną w porządku. Naprawdę, nie sądzę aby był potrzebny.
- Shaan, czy jest coś o czym powinienem wiedzieć? - tym razem to Voldemort zadał pytanie. Nie odpowiedział, bojąc się, że głos go zawiedzie.
- Shaan i tak się dowiem. Lepiej abyś powiedział o tym sam.
- Ja... mogę nie być taki jak sądzisz...
- Co przez to rozumiesz? - Voldemort zbliżył się, uważnie spoglądając mu w oczy.
- Po prostu to powiedz dziecko. - tym razem odezwał się Salzar, kładąc mu uspokajająco dłoń na ramieniu.
- Mój wujek... człowiek którego przez lata uważałem za mojego wuja, nienawidzi magii i wszystkiego co się z nią wiąże. On... starał się ją ze mnie wyplenić. - ostatnie jego słowa były ledwie słyszalne, ale i tak poczuł, że ręka Salzara zaciska się na jego ramieniu.
- Przeprowadź pełny skan.
- Oczywiście. Sądzę, że musimy w nim również uwzględnić budulec kości i poziom składników mineralnych w organizmie. Połóż się na kanapie Shaan.
- Ale... - zaczął w ostatniej próbie protestu, Salzar jednak jedynie delikatnie popchnął go, skłaniając do położenia się.
- Im szybciej zaczniemy, tym szybciej będzie po wszystkim. - przytaknął zrezygnowany, dziwnie pewien, że żaden z nich nie da mu uciec. Niech to się szybko skończy. - pomyślał i położył się. Utkwił spojrzenie w suficie, nie chcąc teraz patrzeć na żadnego z nich. Obawiał się, że jeśli spojrzy, jego krucha obrona rozsypie się. Nie chciał płakać. Nie przy Voldemorcie.
- Sarosi. - usłyszał nieznane zaklęcie i poczuł że cieple powietrze owiewa jego ciało. Nic więcej się nie stało. Nie mogąc powstrzymać się, zerknął na uzdrowiciela, jednak wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, aby odwrócił wzrok i zamknął oczy. Salzar był wściekły i niestety Harry dobrze wiedział, dlaczego.
Minuty mijały. Nie był pewien jak długo cała ta procedura trwała. W końcu jednak Salzar pozwolił mu usiąść. Otworzył oczy, akurat by zobaczyć jak opuszcza różdżkę i z nieodgadnionym wyrazem twarzy odwraca się do czekającego Voldemorta.
- Co z nim? - słysząc to pytanie, spuścił nogi na podłogę i zacisnął pięści, w napięciu czekając na relację uzdrowiciela. Chociaż wiedział, że są na to marne szanse, wciąż miał nadzieję, że temu nie udało się wyłapać wszystkiego.
- Ostatni raz widziałem tak zmaltretowane dziecko w czasie poprzedniej wojny. Nie wiem nawet od czego zacząć. W jego organizmie brakuje podstawowych składników odżywczych, dlatego między innymi jest znacznie niższy niż powinien być. Jego własna magia uchroniła go przed chorobami, ale znalazłem wiele starych urazów. W okresie ostatnich czternastu lat otrzymał wiele siniaków i cięć. Jego żebra były osiem razy pęknięte i dwa razy złamane. Ślady w płucach sugerują, że wielokrotnie go katowano. Dziwie się, że mając tyle zrostów w płucach, nie wykazuje objawów astmy. Najbardziej jednak martwi mnie jego prawa ręka. Nadgarstek był złamany trzydzieści sześć razy. Wygląda to tak jakby goiła się i ktoś od razu łamał ją ponownie.
- Wyjaśnij. - tym razem Voldemort zwrócił się do niego. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu jednak zrezygnowany odpowiedział mu.
- Gdy miałem pięć lat wuj złamał mi rękę, ponieważ przypaliłem jego śniadanie...
- Gotowałeś mając pięć lat? - szok wyraźnie słyszalny w głosie Salzara który wtrącił się w rozmowę sprawił, że zerknął na niego i przytaknął.
- Tak. Odkąd pamiętam, przygotowywałem śniadanie.
- Co z ręką? - Voldemort zmusił go do powrócenia do przerwanego wątku, więc uznając, że i tak nie zdoła już nic ukryć, wyjaśnił:
- Ręka wygoiła się w czasie nocy, więc wuj wściekł się rano i złamał mi ją ponownie... - znów urwał. Nie chciał mówić o tym jak wiele razy to robił. Jak się jednak okazało, wcale nie musiał.
- Tego się właśnie obawiałem. Ślady wskazują na to, że ręka została złamana dwanaście razy w ciągu dwóch tygodni.
- A pozostałe dwadzieścia cztery razy? - niestety Voldemort nie dał mu porzucić tego tematu.
- Gdy miałem siedem lat Dudley... mój kuzyn zniszczył ulubiony wazon cioci i wina spadła na mnie... ostatni raz był tuż przed moim wyjazdem na pierwszy rok do Hogwartu... przypadkiem wypuściłem boa dusiciela.
- Wypuściłeś?
- Byliśmy w zoo, kuzyn mnie popchnął i niechcący prawiłem, że szyba w terrarium zniknęła. Wąż nastraszył Dudleya i udał się do Brazylii.
- Brazylii? Skąd to wiesz?
- Powiedział mi.
- Jesteś wężousty?
- Tak. - zaskoczyło go to, że Voldemort o tym nie wie.
- Nigdy wcześniej nie posiadałeś tej umiejętności.
- Dumbledore powiedział, że otrzymałem ją od ciebie. Podobno dostałem ją po tym jak mnie zaatakowałeś. Mówił, że z tego samego powodu tiara przydziału chciała umieścić mnie w Slytherinie.
- Nie sądzę. Nie jest to umiejętność którą można by zdobyć w taki sposób. Zresztą odbijając zaklęcie zabijające nie mógłbyś otrzymać żadnej mocy, szybciej osłabiłbyś własną. - do rozmowy wtrącił się Salzar. - To nie stąd masz tę zdolność.
- W takim razie dlaczego ją mam? Skoro twierdzisz, że nie posiadałem jej wcześniej, czemu teraz się ujawniła? - tym razem skierował pytanie do Voldemorta.
- Być może ma to jakiś związek z rozwijającą się mocą w tobie. Na razie jednak to tylko spekulacje. Przeprowadzimy kilka testów, które pozwolą nam to ustalić.
- Dobrze, zostawmy na razie tę kwestię. Wracając do twojego zdrowia, zauważyłem, że złamania pozostawiły uszkodzenia w kościach i połączeniach nerwowych. Czy nie masz problemów z pisaniem? Nie boli cię ręka?
- Piszę normalnie. Nigdy nie miałem z tym żadnych problemów. - odruchowo poruszył nadgarstkiem nim dodał. - Czasem gdy długo piszę, boli mnie, ale każdego boli od ślęczenia kilka godzin nad esejem.
- Nie zaprzeczę, weźmy jednak poprawkę na to, ze twój próg bólu różni się od tego jak odczuwają go twoi koledzy.
- Napisz coś.
- Słucham? - to polecenie uzdrowiciela całkowicie go zaskoczyło. - Mam coś napisać? Teraz?
- Tak. Teraz. Chcę żebyś pokazał mi jak piszesz.
- Nie mam pióra... - zaczął i urwał gdy pojawiły się przed nim przywołane przez Voldemorta przybory.
- Co mam napisać?
- Napisz swoje pełne imię. Obecne i to które nadał ci Dumbledore. - zastanawiając się co Salzar chce w ten sposób osiągnąć, zanurzył pióro w kałamarzu i napisał: Harry James Potter, po czym ponownie umoczył pióro i nieco niżej dopisał: Shaan Nirmana Mokrits Sangdoro.
- I ty twierdzisz, że nie masz problemów z pisaniem? - sarkazm w głosie uzdrowiciela który odebrał od niego pergamin, zdenerwował go.
- Co jest nie tak z moim pisaniem? Wiem, że nie mam pięknego pisma, ale to nie znaczy, że możesz się z tego naśmiewać!
- Twoje pismo było wręcz kaligraficzne, a teraz jest ledwo czytelne.
- Może nie pamiętam jak się ładnie pisze? Tym razem nie miał mnie kto tego nauczyć.
- Nawet jeśli straciłeś wspomnienia, twoje ciało pamięta ruch i uchwyt. Widać po literach ich kształt jest taki sam, ale ręka źle prowadzi pióro. - te wyjaśnienia uzdrowiciela sprawiły, że uspokoił się i zapytał:
- Chcesz powiedzieć, że gdyby moja ręka nie została tyle razy złamana, pisałbym lepiej?
- Z pewnością.
- Jesteś w stanie coś z tym zrobić? - do rozmowy ponownie wtrącił się Voldemort.
- Zbyt wiele uszkodzeń nałożyło się na siebie aby ponowne złamanie i złożenie kości, pomogło w tym wypadku. Uszkodzenia dotyczą także złączeń nerwowych, więc całkowita odbudowa kości także na niewiele się zda. Sądzę jednak, że Shaan przynajmniej do pewnego stopnia sam zdoła się uzdrowić w czasie kolejnego palenia.
- Do pewnego stopnia?
- To tylko moje przypuszczenia, jednak wydaje mi się, że wiele uszkodzeń jest zbyt starych aby palenie pomogło. Wygląda to tak samo jak rana która pozostawiła bliznę na jego nodze.
- Rana na nodze? - tym razem sam wtrącił się w ich rozmowę.
- Masz podłużną bliznę na lewej stopie, prawda? - przytaknął Voldemortowi, nie pytając już nawet skąd ten o tym wie. - Powstała ona jeszcze zanim pomogłem ci się w pełni narodzić. Chociaż rana się zagoiła to żadne palenie nie było w stanie tej blizny zlikwidować.
- Z moją ręką może być tak samo?
- Tak. - ponownie odpowiedział mu Salzar i dodał. - Jednak nie to wzbudza moje największe obawy. Najbardziej martwią mnie twoje zmysły, dzieciaku. Zostały one na siłę przytępione za pomocą czarnej magii. Zwłaszcza w twoim wzroku oraz wyczuciu smaku wykryłem wiele uszkodzeń. Nie wiem czy można je uleczyć całkowicie.
- Akurat liczyłem, że uda mi się pozbyć okularów. Widać jestem na nie skazany. - wzruszył ramionami. Na reszcie zmysłów naprawdę mu nie zależało, ale wolałby widzieć trochę lepiej.
- Czy nie da się nic z nimi zrobić? - pytanie Voldemorta sprawiło, że znów spojrzał na uzdrowiciela.
- Wszystko zależy od tego, do jakiego stopnia wpłynie na nie proces palenia. Z pewnością ten proces nie przywróci im pełni sprawności, być może jednak umożliwi nam ich późniejsze wyleczenie.
- Czyli jednak jest szansa, że pozbędę się okularów?
- Tak. - po tej odpowiedzi nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Salzar również się do niego uśmiechnął, zaraz jednak spoważniał.
- Zanim przejdziemy do sprawdzenia blokady na twoich wspomnieniach, chciałbym jeszcze wspomnieć o twoim żołądku. Twoje zmysły są przytępione, słyszałem też, że jesz wszystko, nie mylę się?
- Tak.
- Twój organizm powinien zareagować na nieodpowiednią dietę, ale nie wykryłem żadnych zmian. Wszystko zdaje się być tak jak powinno i szczerze mówiąc, martwi mnie to.
- Martwi cię to, że nic mi nie jest? - zdołał tylko zapytać, zaskoczony tym, że uzdrowiciela martwi to, że wszystko jest w porządku.
- Tak. Martwi mnie to, bowiem to niemożliwe, żeby tego rodzaju dieta nie odcisnęła piętna na twoim ciele. Żołądek nie nosi nawet śladów tego, że byłeś głodzony, choć poziom składników mineralnych w ciele, w pełni to pokazuje. Wygląda to tak jakby coś maskowało twój realny stan. Coś maskuje to, że sam sobie robisz nieświadomie krzywdę.
- Jesteś w stanie temu zaradzić? - zapytał Voldemort którego twarz wskazywała, że analizuje słowa uzdrowiciela.
- Bez wiedzy co dokładnie jest nie tak, niewiele mogę zrobić. Sądzę jednak, że Shaan powinien przejść na dietę. Mam też nadzieję, że po kolejnym paleniu, będę w stanie w końcu stwierdzić jakie są uszkodzenia.
- Czyli to też się nie wyleczy samo? - zapytał, wtrącając się w ich rozmowę.
- Nie sądzę. Podobnie jak w przypadku twojego wzroku, organizm przyzwyczaił się już, że jest tak a nie inaczej. Trudno będzie mu samodzielnie powrócić do prawidłowego funkcjonowania, zostawmy to jednak już dzisiaj. Teraz chciałbym jednak sprawdzić, w jaki sposób zostały zblokowane twoje wspomnienia. Połóż się i spróbuj rozluźnić. - tym razem spełnił polecenie bez ociągania się. Chciał odzyskać wspomnienia. Jak najszybciej.
- Anamniseis.
][][][][
- Shaan...
- Shaan! - potrząśnięcie za ramię przywróciło go do świadomości. Zamrugał próbując zrozumieć co się stało.
- Zasnąłem? - usiadł, wciąż półprzytomnie rozglądając się po saloniku.
- Tak, ale to normalne przy tym zaklęciu. Gdy śpisz ta procedura jest łatwiejsza do przeprowadzenia i nie powoduje niepotrzebnego bólu. - przytaknął na znak, że rozumie i zapytał:
- I co z nimi? Kiedy odzyskam pamięć? - Salzar zajął jeden z wolnych foteli i dopiero gdy Voldemort zrobił to samo, odezwał się.
- Do usunięcia twoich wspomnień nie zostało wykorzystane zaklęcie zapomnienia, ale tego się spodziewałem.
- Dlaczego? - przerwał mu, w duchu przeklinając własną ciekawość.
- Zaklęcie zapomnienia może wywołać trwałe uszkodzenia w mózgu przyczyniając się do otumanienia a nawet upośledzenia umysłowego. Dumbledore z pewnością nie chciał zrobić z ciebie kaleki. Wtedy do niczego byś mu się nie przydał. - to miało sens.
- Skoro jednak nie użył obliviate, to co zrobił? Jak sprawił, że niczego nie pamiętam?
- W twoim umyśle zostały postawione bariery. To one blokują wspomnienia.
- Możesz je zdjąć?
- Tak, przynajmniej większość.
- Co przez to rozumiesz? - tym razem to Voldemort zapytał. Salzar odwrócił się w jego stronę i wyjaśnił.
- Znalazłem trzy bariery. Dwie z nich możemy zdjąć nawet dzisiaj, jednak w okół części wspomnień jest bariera której nie jestem w stanie ruszyć. Nie wiem jakich wspomnień dotyczy, Dumbledore jednak zakładając ją, wplótł w zaklęcie pętlę uczuć.
- Pętla uczuć? - tym razem sam zapytał, nie rozumiejąc. Nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszał. Wyjaśnił mu to Voldemort.
- Pętla uczuć jest zaklęciem które przełamać możesz jedynie ty sam.
- Ja?
- Tak. Gdy wypowiesz odpowiednie słowa czując przy tym określone emocje, bariera samoistnie zniknie odblokowując wspomnienia.
- Jakie słowa?
- To wie jedynie Dumbledore.
- Czyli chcesz powiedzieć, że bez tego hasła nic sobie nie przypomnę?
- Przypomnisz. Nie słuchałeś uważnie. Dwie z barier zdejmiemy ci jeszcze dzisiaj. Tylko w okół części wspomnień jest bariera z pętlą. Jakie to wspomnienia, być może odkryjemy gdy przywrócimy ci resztę.
- Kiedy to zrobimy?
- Teraz, jeśli czujesz się gotowy. - przytaknął, spoglądając w czerwone tęczówki Voldemorta i potwierdził.
- Jestem gotowy.
- Salzar? - tym razem Voldemort zwrócił się do uzdrowiciela, ten podniósł się i ponownie zbliżył do kanapy.
- Usiądź po turecku i oprzyj się wygodnie. To nie potrwa długo, jednak sam proces nie jest zbyt przyjemny. Zaczniemy gdy będziesz gotowy.
Usiadł tak jak mu Salzar kazał i wziął uspokajający oddech. Po raz ostatni spojrzał na Voldemorta i przymykając oczy, wyszeptał.
- Możesz zaczynać.
Poczuł, że Salzar kładzie mu ręce na skroniach. Słyszał, że coś szepce ale ni był w stanie wyłapać pojedynczych słów. Wszystko wypełnił ból. Wraz z nim nadeszły wspomnienia.
vvv
Sala Bankietowa zdawała się mu wypełniona po brzegi. Czarodzieje i czarownice, w eleganckich, świątecznych szatach tańczyli na parkiecie, lub rozmawiali cicho przy okrągłych stolikach. Pod sufitem unosiły się migoczące srebrem i złotem gwiazdki. Salę wypełniał zapach świerku i pomarańczy.
Opierając się o jedną ze ścian, z ulgą zniknął w rogu, przysłonięty przez przyjaciół. Przez ostatnią godzinę był w centrum uwagi. Miał już serdecznie dość odpowiadania w kółko na te same pytania oraz dyskusji na temat polityki. Najchętniej wycofałby się i opuścił tą salę na dobre, niestety przyrzekł, że zostanie do północy.
- Masz już dość? - spoglądając na przyjaciela dostrzegł niewinny uśmiech na jego zwykle poważnej twarzy. Widząc to pokręcił głową i siląc się na powagę, odpowiedział:
- Ależ skądże Lucjuszu! Przecież wiesz, że uwielbiam takie przyjęcia. Z pewnością nie wyjdę przed świtem.
- Tak tak, już widzę, że patrzysz tylko, jak tu zwiać. - do rozmowy wtrącił się Rabastian. - Do której obiecałeś nie dać stąd dyla?
- Do północy. - zamiast niego odpowiedział Severus który właśnie zbliżył się do ich grupki. Uśmiechając się do niego wyciągnął rękę i gdy ten ją uścisnął, przyciągnął go do siebie. Miał ochotę zanurzyć się w jego ramionach i nie myśleć o niczym. Żałował, że nie może zrobić tego natychmiast, niestety zbyt wiele par oczu ich obserwowało.
- Do północy? Czym cię zaszantażował? - Lucjusz otwarcie zapytał, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego.
- Nie chcesz wiedzieć. - wyszeptał, pozwalając sobie na otarcie się ramieniem o Severusa. Przyjaciele widząc to tylko się roześmiali.
- Severus, chyba masz ptaszka w garści. - Severus nie odpowiedział, jedynie mocniej zacisnął palce na jego dłoni.
vvv
- To wszystko na dziś. Na następne zajęcia proszę napisać wypracowanie na temat wykorzystywania zaklęć niestandardowych w zaawansowanej transmutacji. Minimum dwie rolki pergaminu. - surowa mina McGonagall mówiła, że sprawdzi to w najdrobniejszych szczegółach.
Zapisał pospiesznie temat na skrawku pergaminu, wrzucił przybory do torby i jako jeden z pierwszych opuścił salę transmutacji. Spieszył się. Ból w klatce piersiowej przypominał mu, że ma coraz mniej czasu.
Dwa kolejne piętra pokonał niemal biegiem, wpadając przy okazji na kilka osób. W końcu jednak dopadł drzwi wyjściowych i wybiegł na zewnątrz. Kierował się wprost na ścianę zakazanego lasu, nie przejmował się tym, że pada deszcz.
Gdy tylko skryły go pierwsze pnie drzew, osłaniając przed wścibskimi oczami, odetchnął, zaraz jednak spiął się, kiedy kolejne uderzenie rozeszło się od środka, wypełniając każdą komórkę jego ciała.
Dlaczego teraz? - po raz kolejny zadał sobie to samo pytanie, wsuwając się głębiej w las. - Pozostał jeszcze tydzień... dlaczego dziś?
- Aghh. - krzyknął. Ból powalił go na kolana.
Zaczyna się...
Przyciągnął kolana do siebie, aby zmniejszyć uczucie palenia. Zacisnął powieki czując, że nie zdoła już zrobić ani jednego kroku więcej.
Mam tylko nadzieję, że nic mnie tu nie zaatakuje. - ledwie ta myśl przebiegła mu przez głowę, do jego otumanionego umysłu dobiegło głośne warczenie. Zmusił się do otworzenia oczu.
Wilk...
Chciał sięgnąć po różdżkę, ręce jednak nie chciały go słuchać. Warczenie stawało się coraz głośniejsze. Widział, że zwierzę szykuje się do skoku, ale był bezsilny... Nagle otoczyło go blade, fioletowe światło.
Tarcza.
Kolejny błysk i wilk czmychnął między drzewa. Odwrócił głowę chcąc zobaczysz kto mu pomógł, jednak wszystko zamazywało mu się przed oczami. Zdołał zarejestrować tylko że to wysoki, czarnowłosy chłopak...
Wszystko spowiły płomienie.
vvv
Hogwart Express był dokładnie taki jak w opowieściach. Czerwone wagony pełne były ludzi. Pod nogami plątały się koty. Nawoływania mieszały się z miauczeniem i pohukiwaniem sów.
Pchając przed sobą wózek, dwa razy wpadł na kogoś, jednak przeprosił pospiesznie. Chciał jak najszybciej znaleźć się wewnątrz. Nie lubił tłumów. Tak, jeśli to było możliwe unikał zatłoczonych miejsc.
Ściągnął kufer który nie ważył więcej niż piórko i z ulgą skrył się wewnątrz jednego z wagonów. Idąc wzdłuż przedziałów, szukał wolnych miejsc. Do odjazdu pozostało niewiele czasu, więc większość wagonów była już zapełniona. Wreszcie niemal na końcu pociągu znalazł pusty przedział. Umieścił kufer na półce i zajął miejsce przy oknie.
Pociąg ruszył.
Spoglądając na coraz szybciej przemykające za oknem krajobrazy, czuł się zdenerwowany. Chciał pojechać do szkoły, wciąż nie był jednak pewien czy to dobry pomysł. Bał się. Miał zbyt wiele do ukrycia aby mógł jechać tam bez obaw.
Czy na pewno dam radę? - zacisnął palce na szacie, czując ściskający wewnątrz strach. Może powinienem... - nagły odgłos przesuwających się drzwi przywrócił go do rzeczywistości. W przejściu stała niewysoka dziewczynka z włosami które kolorem przypominały mu zboże w słońcu.
- Czy można? Wszędzie jest już pełno. - Chciał zaprzeczyć, ale ostatecznie wziął głęboki wdech i wskazując miejsce przed sobą, wyszeptał:
- Proszę. - jego nowa towarzyszka wrzuciła kufer na półkę i odrzucając warkocz na plecy, usiadła.
- Jestem Cis, a ty?
- Cis? Ktoś tak nazwał swoje dziecko? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Narcyza, nie wiem skąd mama wynalazła tak fatalne imię. A twoje? Jak ciebie nazwali?
- Shaan...
- Shaan? I ty się czepiasz imienia Cis? - zapytała, uśmiechając się do niego. Odpowiedział jej tym samym.
Może jednak w szkole nie będzie tak źle?
vvv
- Bratasz się ze ślizgonami? - usłyszał cichy syk przy uchu i zaraz po tym silne uderzenie w plecy posłało go na ziemię. Jęknął czując ból w ręce na którą upadł. Spróbował się podnieść ale kopniak w żebra sprawił, że ponownie opadł na posadzkę.
- Jesteś hańbą naszego domu!
Kolejny cios i jeszcze jeden. Zachłysnął się. Oczy zaszły mu łzami. Miał problem ze schwytaniem powietrza. Chciał sięgnąć po różdżkę, ale ta przy upadku potoczyła się poza zasięg jego dłoni.
- Zrób to jeszcze raz a nie będę tak łaskawy!
Szybkie kroki echem rozniosły się po korytarzu. Został sam. Po raz kolejny spróbował się podnieść i znów upadł. Mięśnie nie chciały go słuchać.
Zapłacisz mi za to.
Zapłacisz... - powtarzał raz po razie. Przy trzeciej próbie w końcu zdołał usiąść, a potem wstać. Przytrzymując się ściany, powoli ruszył przed siebie. Nie nie kierował się do własnego dormitorium. Szedł wprost do kwater ślizgonów.
Nikt nie będzie decydował za mnie.
vvv
Deszcz z każdą minutą przybierający na sile uzmysławiał, że wyprawa do Hogsmeade nie była najlepszym pomysłem. Zimny wiatr przenikający przez ubranie także utwierdzał w tym. Mimo wszystko jak zdążył już zauważyć, nie był jedynym odważnym. Tak, to było ostatnie wyjście przed przerwą świąteczną i wielu chciało to wykorzystać.
Kręcił się po wiosce już od blisko godziny i większość prezentów świątecznych miał już bezpiecznie zmniejszoną w kieszeni, został mu jednak jeszcze najważniejszy...
- Wciąż nie mam nic dla Severusa... - szepnął sam do siebie, rozglądając się po wiosce. Zastanawiał się co powinien mu kupić. Chciał aby było to coś wyjątkowego. - Jesteśmy razem niemal od roku.. to musi być coś co mu o tym przypomni... - dodał i uśmiechnął się do siebie dostrzegając napis nad niewielkim sklepikiem. Już wiedział co powinien mu kupić.
Szybkim krokiem ruszył w wybranym kierunku, mocniej naciągając kaptur na głowę aby choć trochę osłonić się przed deszczem. Niestety przez chwilę nieuwagi wpadł na kogoś po drodze.
- Przepraszam - szepnął, unosząc lekko głowę i zamarł dostrzegając z kim się zderzył. Cofnął się momentalnie, zaciskając palce na ukrytej w rękawie różdżce.
- Oblałem przez ciebie rok! - jego krzyk sprawił, że cofnął się jeszcze bardziej. - Nie wiem jak to zrobiłeś, ale przez ciebie oblałem!
- Może nie starałeś się zbyt mocno? Trzeba się było więcej uczyć. Nie sądzisz, że to trochę dziecinne o własny brak wiedzy obwiniać innych? - sarknął, nie spuszczając z niego wzroku. Dobrze wiedział dlaczego Abrax nie zdał, nie zamierzał jednak przyznawać się do czegokolwiek.
- Zabiję cię. Dziś umrzesz śmieciu! Crucio! - w ostatniej chwili uchylił się przed zaklęciem, wciąż nie do końca wierząc w to, że ten odważył się rzucić taki czar na środku ulicy. Rozejrzał się aby sprawdzić czy ktoś to widział, szybko jednak zrozumiał, że deszcz zagłuszył słowa.
- Nikt ci nie pomoże śmieciu. Jesteś mój! - Abrax uśmiechnął się, a w jego oczach zabłysły iskierki szaleństwa.
- Posuwasz się za daleko Fein. Zastanów się zanim zrobisz coś czego będziesz później żałował. - szepnął wysuwając jednocześnie różdżkę z rękawa.
- Jesteś trochę za słaby aby mi grozić, nie sądzisz? Rozejrzyj się, nie ma tu nikogo kto by cię uratował. Crucio!
- Sheel! - wywołał tarczę, wiedząc, że tym razem nie zdoła uskoczyć. Fioletowa bariera osłoniła go, zaklęcie jednak było zbyt silne, aby zdołała powstrzymać je całkowicie. Upadł. Każdą cząstkę jego ciała wypełnił ból, jednak nie krzyknął. Nie zamierzał dawać mu tej satysfakcji.
- Widzisz jaki jesteś słaby! Widzisz jak... - kolejne słowa zagłuszyło głośne Rictusempra. Czerwone promienie nadleciały z trzech stron. Fein upadł nieprzytomny w błoto.
Ból ustał.
- W porządku. - dostrzegając kto się nad nim pochyla, spojrzał w czarne oczy i zamiast odpowiedzieć, schwycił go za skraj szary, przyciągnął bliżej i pocałował.
- Ej nie publicznie! - Lucjusz wykrzywił się teatralnie, ale Severus jedynie machnął na niego ręką i pogłębił pocałunek.
vvv
- Shaan, w porządku? - zamrugał, próbując skupić się na obrazie pokoju. Kolejne wspomnienia przelatywały mu przez głowę niczym film odtwarzany na podglądzie. Wydarzenia mieszały się ze sobą. Pierwsza lekcja latania, nocna wyprawa do zakazanego lasu, kolacja na wieży astronomicznej, a nawet wylanie zgniłej wody z jeziora na twarz wciąż stającego mu na drodze Abraxa... Miał wrażenie, że głowa zaraz eksploduje mu od natłoku obrazów i barw. Naprawdę chciał, żeby to się wreszcie skończyło.
- Wypij. - usłyszał i zaraz po tym poczuł chłodne szkło przy wargach. Posłusznie przełknął gorzki eliksir i odetchnął gdy ból głowy momentalnie zmniejszył się przynajmniej o połowę. W końcu był w stanie nieco przytomniej rozejrzeć się. Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie gdy zrozumiał, kto podał mu eliksir.
- Severus! - zawołał, zanim zdołał się powstrzymać i objął starszego czarodzieja. Ten nie odtrącił go lecz również objął, mocniej przyciągając do siebie.
- Ehm. - chrząknięcie ze strony Voldemorta które rozległo się chwilę później, zmusiło go do oderwania się od Snape'a. Przesunął się na kanapie aby ten usiadł obok niego, nie zamierzał pozwolić mu się oddalić. Nie po tym wszystkim czego się dowiedział. Tak pamiętał, w końcu naprawdę pamiętał.
- Jak się czujesz? - ciche pytanie zmusiło go do przeniesienia uwagi na Salzara który właśnie skanował go różdżką.
- Głowa mnie jeszcze trochę boli, poza tym, chyba w porządku.
- Nie mdli cię?
- Nie.
- Nie masz zawrotów?
- Nie. - zaprzeczył ponownie, na co Salzar uśmiechnął się do niego.
- Myślę, że proces przebiegł prawidłowo. Obie bariery zniknęły. Z pewnością w takim natłoku myśli nie byłeś w stanie wszystkiego zrozumieć, jednak z czasem twój umysł zacznie porządkować wspomnienia. W ciągu trzech, czterech tygodni wszystko powinno się unormować. Do tego czasu możesz miewać bóle głowy, może też pojawiać się senność o dziwnych porach. Gdy poczujesz zmęczenie po prostu idź zrobić sobie drzemkę. Gdyby objawy nie zniknęły po miesiącu, daj mi znać.
- Dobrze. - szepnął i odwrócił się do Voldemorta, aby na niego spojrzeć. Gdy ich oczy się spotkały, powiedział. - Ciebie nie ma.
- Słucham? - Voldemort zdawał się nie rozumieć co chce przez to powiedzieć, powtórzył więc, precyzując.
- Pamiętam Severusa. Wiem, że przyjaźniłem się z Lucjuszem i Rabastianem. Wiem nawet, że Abrax Feim wciąż uprzykrzał mi życie. Pamiętam ich wszystkich ale w żadnym ze wspomnień nie ma ciebie. Nie istniejesz w mojej pamięci.
- Mamy już więc odpowiedź, co obejmuje ostatnia bariera. - słysząc to, odwrócił się do uzdrowiciela.
- Chcesz powiedzieć, że Dumbledore osobno zablokował wszystkie moje wspomnienia o Voldemorcie?
- Wszystko na to wskazuje. - tym razem odpowiedział mu Severus.
- Ale dlaczego? - zapytał, wodząc wzrokiem po obecnych w pomieszczeniu czarodziejach. - Czemu nałożył pętlę akurat na te wspomnienia?
- Aby się zabezpieczyć. - słowa Voldemorta sprawiły, że zmieszał się.
- Zabezpieczyć?
- Wiedział, że ktoś pewnego dnia może zdjąć z ciebie bariery i umożliwić ci przypomnienie sobie kim byłeś. Z tego powodu zabezpieczył te wspomnienia na których najbardziej mu zależało pętlą która wymaga hasła. Liczy na to, że nigdy jej nie złamiesz i nie odzyskasz ich.
- Czemu jednak akurat te wspomnienia?
- Zaufanie Shaan. Nie chce dopuścić do tego abyś ponownie mi zaufał. Przez ostatnie lata byłem dla ciebie wrogiem. Dumbledore chce aby tak pozostało.
- Skoro tego chce, czemu nie nałożył pętli na wszystkie moje wspomnienia?
- Bo nie mógł. Powód jest bardzo prosty Shaan, pętla pochłania wiele energii od rzucającego. Jeśli nie chciał stać się charłakiem, nie mógł rzucić jej na wszystkie wspomnienia. Dlatego skupił się na jednym elemencie na którym najbardziej mu zależało. Usunął z twej pamięci relację która nas łączyła. Zastanów się, jakie jest twoje najwcześniejsze wspomnienie? Czy nie jest to może pierwsza podróż do Hogwartu?
- Skąd o tym wiesz? Czytałeś mi w myślach? - spytał czując jak wzbiera w nim złość. Co jak co ale nie chciał aby Voldemort od tak zaglądał mu do umysłu bez jego własnej zgody.
- Nie musiałem Shaan. To było dla mnie oczywiste. Twoja podróż do szkoły była pierwszym razem kiedy tak naprawdę byłeś z dala ode mnie. - tym razem nie odpowiedział. Nie wiedział co miałby odpowiedzieć.
][][][][
Salzar - imię nie zawiera w sobie literówki. Tak ma być. Wzięte jest od imienia Salazar ( odnośnie Salazara Slytherina ) jednak zostało zmienione ze względu na to, że nie wypada aby ktoś nazywał się tak jak założyciel szkoły. Będzie to wyjaśnione w dalszych częściach opowiadania.
Wizengamot — jego zastosowanie nieco zmieniłam na potrzeby opowiadania, choć zgodnie z książkami HP to sąd decydujący o losach czarodziejów, którzy złamali panujące w Wielkiej Brytanii prawo magiczne. Jego historia jest dłuższa nawet od samego Ministerstwa Magii, pierwsze o nim wzmianki sięgają czasów Rady Czarodziejów. Siedziba zarządu Wizengamotu znajduje się w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a rozprawy odbywają się na niższych poziomach. Składa się aż z pięćdziesięciu członków.
Sarosi - zaklęcie wykorzystane do badania zostało zaczerpnięte z języka greckiego, w tłumaczeniu na polski oznacza "skan".
Anamniseis - kolejne zaklęcie, słowo również z języka greckiego, w tłumaczeniu są to "wspomnienia".
Abrax Fein - jak ktoś zauważył, zaczerpnęłam to imię z książek HP od ojca Lucjusza Abraxasa.
Rictusempra - zaklęcie wywołuje łaskotki, jednak w jednej z gier o Hp wykorzystywane jest także jako czar oszałamiający i ja do tego zastosowania się odnoszę.
Shell - to już całkowicie moje zaklęcie, słowo z języka angielskiego oznaczające powłokę. Tworzy ono tarczę silniejszą niż powszechnie używane protego.
][][][][
Koniec rozdziału 5
