Tytuł: Tylko pocałunek
Oryginalny tytuł: Just a Kiss
Autor: FrostInTheWarren
Zgoda na tłumaczenie: Czekam
Para: E. Aster Bunnymund/Jack Frost
Tłumaczenie: Lampira7
Beta: Tazkiel
Link: /works/1114700/chapters/2244797
Rozdział 1: I kazałem ci być cierpliwym
"Mądrość polega jednak na tym, by móc dokonać wyboru właściwego zła, a więc mniejsze wybrać jako coś dobrego."
Machiavelli, "Książę" 1532
Najwyraźniej bycie dziewicą lub prawiczkiem w świecie mitów i duchów zagrażało zdrowiu.
Jack wcierał śnieg w swoją nagą skórę, a kiedy ten się stopił, wyczarował go więcej. Bez względu na to, jak mocno się nim nacierał, nie mógł usunąć okropnego uczucia warg na klatce piersiowej lub dłoni na talii. Zatrzymał się dopiero, gdy jedna z jego dłoni stało się mokra od zakrwawionego śniegu. Wpatrywał się w czerwono nakrapianą breję. Zaciskając usta, Jack zacisnął dłoń w pięść, śnieg wysuwał się między jego palcami, a potem odrzucił go na bok. Siedział na ziemi obok swojej złożonej, białej koszuli i brązowego płaszcza, trzymając głowę skrytą w dłoniach.
To był dziewiąty raz w ciągu jednej trzeciej lat swojego istnienia, kiedy czuł się taki brudny, a to coś mówiło, biorąc pod uwagę, że pamiętał tylko ostatnie pięć lat. Pierwszy duch, którego spotkał również uznał za stosowne, by spróbować go dotknąć w ten sposób. Ledwo wydobył z siebie podekscytowane powitanie przed drugim - zimowym skrzat - a ten już miał palce we włosach Jacka, odciągając jego głowę do tyłu, by złożyć pocałunek na szyi Jacka.
— Odczep się! — krzyknął, odpychając drugiego i podnosząc defensywnie rękę do szyi.
— Och, czyżby ten mały prawiczek był nieśmiały? — Duszek uśmiechnął się. Ostre zęby wystawały z jasnoniebieskich ust, które były o ton ciemniejsze niż skóra duszka. — Jak słodko.
Jack wymierzył w niego swoją laską tak groźnie, jak tylko mógł, co nie było zbytnio przerażające, biorąc pod uwagę, że uczył się nią posługiwać dopiero od trzech lat i to na własną rękę. Z oszronionymi ze wstydu policzkami powiedział:
— Skąd to wiesz? To nie twój interes!
Skrzat przewrócił ciemnymi oczami.
— Czuję to na tobie, prawiczku. A teraz — skrzat zrobił krok do przodu, a Jack zesztywniał — może pomogę ci się tego pozbyć?
Jack natychmiast odrzucił go podmuchem wiatru i uciekł, unosząc się na prądach powietrza wysoko w chmury, aż znalazł się na tyle daleko, by rozpocząć proces szorowania, który teraz stał się rutyną.
Przez następne kilka lat Jack był atakowany przez duchy, które próbowały mu pomóc w "usunięciu" dziewiczego zapachu. Ten ostatni był szczególnie agresywny, jeden z tych typu wróżek, które szybko pozbawiłyby dziewictwa, jak podstępem skłoniły go do spędzenia wieczności w Undergii. Nawet próbował rzucić na niego urok. Jack mógł uważać się za silniejszego niż wcześniej, ale wciąż był całkiem nowy w magii i walce. Nie miał zbyt wiele okazji, by zbudować odporność na jakiekolwiek zaklęcia, a urok prawie zadziałał.
Nagle poczuł się tak oszołomiony. Słodki spokój rozluźnił jego mięśnie, gdy mglista przyjemność ogarnęła jego zmysły. Byłby cholernym kitem w rękach wróżki, gdyby ten się nie odezwał.
— Taka blada skóra — mruknął, gryząc pierś Jacka i zaciskając boleśnie uchwyt na jego biodrze. Jego język lizał sutek Jacka, który jęknął. — Takie słodkie jęki. Wydaj ich więcej, prawiczku.
To ocuciło Jacka, a laską upewnił się, aby wróżka trzymała się od niego z daleka. Jedyną rzeczą, która zniechęcała go bardziej niż gwałt było to, że nazywali go "prawiczkiem", jakby to był jakiś pomniejszy tytuł. Jakby nie był osobą.
Jack westchnął, przyciągając kolana do piersi i chowając w nich twarz.
— Co jest w ogóle złego w byciu prawiczkiem? — wymamrotał.
— Nic.
Jack podskoczył, obrócił się w pozycji siedzącej i z łatwością podniósł swoją laskę, by wskazać na nowo przybyłego ukrywającego się w zagajniku drzew.
— Kim jesteś?
Leprechaun podniósł ręce. Rozczochrane rude włosy z grzywką zaplecioną po obu stronach czoła otaczały piwne oczy, które patrzyły na niego ze znudzeniem. Był niski, ale nie tak niski, jak Jack kiedyś sądził, że powinny być leprechauny. Ten mógł być nawet dość wysoki, mając swoje półtora metra. Spojrzał na Jacka nad swoim spiczastym nosem, unosząc protekcjonalnie brwi. Skórzana torba podskoczyła na biodrze leprechauna, gdy westchnął niecierpliwie.
— Zamierzasz coś zrobić, czy będę tu stać cały dzień? Mam pracę do wykonania!
— Dlaczego się do mnie podkradłeś? — zapytał Jack.
— Podkradłem się do ciebie? — zadrwił leprechaun. — To ty kręcisz się przed moim domem!
Jack zamrugał i rozejrzał się, lekko opuszczając laskę. Widział tylko drzewa.
— Niby gdzie jest?
Leprechaun, wyczuwając, że Jack już nie planował go skrzywdzić, podszedł do niego i pokręcił dłonią na pozornie zwyczajnym drzewie tuż za nim. Kora wydawała się falować i rozszczepiać na środku, składając się na boki, ukazując zagłębienie w środku i schody prowadzące pod ziemię. Leprechaun zrobił krok do przodu, po czym obrócił się lekko, by spojrzeć na Jacka.
— I? — powiedział Leprechaun. — Idziesz czy nie? A może chcesz się dalej kręcić tam, gdzie mogą cię złapać inni entuzjaści dziewictwa? To krew w niczym ci nie pomaga.
Jack wstał, podniósł koszulę i płaszcz, nakładając je na siebie, zanim poszedł za drugim duchem z laską w pogotowiu. Leprechaun przewrócił oczami i zszedł po schodach. Jack podążył za nim, jedynie lekko zaskoczony, gdy kora ponownie rozłożyła się i zamknęła za nimi wejście. Schodzili w dół przez około pół minuty, zanim kręte schody skończyły się, a przed nimi ujawniło się duże pomieszczenie, które wydawało się podzielone zgodnie z przeznaczeniem. W prawym rogu, oddzielona odsuniętą kurtyną znajdowała się "sypialnia" ze starym materacem oraz grubymi, pluszowymi poduszkami i kołdrami. Ten obszar był ciemniejszy niż reszta pokoju, zasłony zasłaniały go przed światłem ognia w dole pośrodku pokoju i latarniami zwisającymi z sufitu na hakach. Dziesiątki roślin, których Jak nie rozpoznawał, wisiały pod sufitem w wiązkach na cienkich drucikach.
Obok "sypialni" znajdował się "salon" z duża biblioteczką rozciągającą się na tylnej ścianie z jednej strony prawie do przegrody. Jej półki były wypełnione książkami różnej wielkości i zwojami. Ogromne poduszki, prawdopodobnie służące jako krzesła, były porozrzucane wokół niskiego, okrągłego stołu. Poza tym pokój wypoczynkowy wydawał się być przeznaczony na swego rodzaju "kuchnię", lewa i prawa ściana były wyłożone gładkimi, kamiennymi blatami, aż do miejsca, w którym zaczynały się "sypialnia" i "salon". Prawy kontuar był zawalony pustymi butelkami, kałamarzami, piórami i grubymi czasopismami. Półki wmurowane w ścianę nad ladami były wypełnione miksturami w małych, zakorkowanych butelkach.
Jeśli Jack miał rację, to prawa strona służyła do butelkowania i przechowywania eliksirów, a może zapisywania lub przepisywania formuł, jeśli grube dzienniki o czymś świadczyły, a lewa służyła do robienia samych eliksirów. Na wierzchu blatu ustawiono kilka małych kociołków, między którymi znajdowały się tłuczki i moździerze. Półka nad ladą była wypełniona czymś, co musiało być składnikami. Słoje z dziwnymi płynami i pastami oraz wiązki roślin ostrożnie umieszczonych na swoich miejscach. Na podłodze przed ladą leżało wiadro wody i chochla, a obok niego był wysypany worek jabłek.
Jack rozglądał się po wnętrzu, podczas gdy leprechaun położył swoją torbę na lewym blacie. Leprechaun zaczął wyjmować jej zawartość. Nóż, fiolkę czerwonego płynu, jakiś pęk korzeni, kilka złotych monet i… czy to były włosy?
— Skąd to masz? — Jack wskazał na to, co mógł się tylko domyślać, było obciętymi włosami, mającymi wciąż ozdobną kokardę związaną na końcu.
— Obciąłem to pewnemu młodzieńcowi — odpowiedział. Leprechaun podniósł jedną ze złotych monet i przerzucając ją między palcami. — Należały do syna chciwego kupca, który chciał pomnożyć swoją fortunę, zbliżając się do końca mojej tęczy w poszukiwaniu garnca złota. — Leprechaun prychnął i rzucił monetę przez ramię. — Głupcy. Dostają tylko jedną monetę, a ta nawet nie jest z prawdziwego złota.
— W takim razie, co to jest? — Jack patrzył, jak moneta podskakuje, po czym już matowa leży na ziemi.
— Magia, oczywiście. W chwili, gdy to dostają, znika z powodu zaklęcia na nim i pokazuje im, co trzeba zobaczyć. — Leprechaun podniósł włosy i pomachał nimi. — W zamian za udzielenie im lekcji, biorę to, czego potrzebuję do moich eliksirów. Robią to wszystkie leprechauny.
— Wiedziałem, że wszyscy jesteście wytwórcami eliksirów, ale nie sądziłem, że potrzebujecie składników od ludzi — powiedział ostrożnie Jack.
— Tylko do niektórych i to nie tak, że ich zabijamy. — Leprechaun zaczął odkładać przedmioty na półki. — Poza tym tak naprawdę ich nie krzywdzimy. Tu pasmo włosów, tam trochę krwi. To nic wielkiego.
Jack nie był pewien, czy w ogóle go to pocieszało, ale odłożył na bok swoje obawy i podszedł bliżej do drugiego ducha.
— Jak masz na imię?
Leprechaun spojrzał na niego.
— Kith. — Skończył rozkładać składniki i zamknął torbę, odkładając ją na bok. — A ty?
— Jack Frost.
Jack podążył za Kithem, kiedy wskazał na niski stolik i poduszki. Jack usiadł ze skrzyżowanymi nogami na czerwonej i patrzył, jak Kith siadał z jednym kolanem przyciągniętym do piersi, a drugim wyciągniętym pod stołem.
— Jesteś prawiczkiem. — Kith oparł policzek o kolano.
Na lico Jacka wstąpił szron.
— Tak, jestem. — Zawahał się, po czym dodał: — Co miałeś na myśli, mówiąc, że bycie prawiczkiem nie jest niczym złym?
— Twierdzisz, że nie wiesz? — Kith uniósł brwi ze zdziwienia.
— Tak.
— Cóż, to jest interesujące. — Kith zabębnił palcami po łydce. — Dziewice czy prawiczki są rzadkością w naszym świecie. Ci nieliczni są trzymani w ukryciu przez mentorów lub opiekunów, dopóki nie będą gotowi do zalotów, zwykle w wieku około czterdziestu lub pięćdziesięciu lat. W tym czasie wydzielają zapach. Im silniejszy zapach, tym silniejsza dziewica lub prawiczek. I w rezultacie bardziej pożądana. — Kith spojrzał na Jacka z nieodgadnionym wyrazem. — Masz najsilniejszy zapach, jaki kiedykolwiek czułem, a zapach staje się silniejszy, gdy dziewica albo prawiczek starzeją się, a ich umiejętności rosną.
— Masz na myśli, że ataki będą coraz gorsze? — Jack zacisnął leżące na udach dłonie w pięści.
Kith skinął głową.
— Ile masz lat, Jack? Z zapachem takim jak twój i tym jak bardzo jesteś naiwny, powiedziałbym, że twój zapach musiał pojawić się wcześnie… i jesteś zimowym duchem. Są one notorycznie bezpłodne i wredne, więc nie jest dla mnie zaskoczeniem, że nie masz mentora ani opiekuna, tak jakby było, gdybyś był z innej pory roku lub gatunku. Powiedziałbym, że masz trzydzieści pięć lat? We wczesnych latach czterdziestych? Od jak dawna jesteś atakowany z powodu swojego zapachu?
— Od trzech lat — odpowiedział Jack. — A istnieję od pięciu.
Kith wpatrywał się w niego.
— Pięć lat? Więc twój zapach pojawił się po jakichś dwóch latach?
Jack skinął głową.
— Czy to bardzo dziwne?
— Powiedziałem, że czterdzieści lub pięćdziesiąt lat to średnia. — Wzrok Kitha prześledził Jacka, jakby był szczególnie interesującym okazem. — Nie słyszałem, żeby pojawił się tak wcześnie. — Roześmiał się zdumiony i zdezorientowany. Potrząsnął głową. — I pomyśleć, że będzie tylko gorzej. Musisz być całkiem potężną dziewicą, Jack.
— Dlaczego to w ogóle ma znaczenie? — Frustracja sprawiła, że jego słowa zabrzmiały ostro. — Mówisz, że zapach oznacza moc, ale co moc jednej osoby ma wspólnego z duchami, którzy mnie atakują? Czy po prostu zapach jest tak pożądany?
— To trochę bardziej skomplikowane. — Kith postukał palcem w blat stołu. — Kiedy dziewica przeżywa swój pierwszy raz, dostaje zastrzyk mocy. Wzmocnienie, którym dzieli się ze swoim partnerem. Im silniejsza dziewica, w twoim przypadku prawiczek, tym większy impuls. Czyli im silniejszy zapach, tym silniejsza dziewica, tym silniejszy zastrzyk mocy i krąg się zamyka.
— Ale nie wydajesz się być mną zainteresowany.
— Bo interesuje mnie nie tyle osobista moc, co moc eliksiru, a spanie z dziewicą mi w tym nie pomoże.
Jack zwinął się w sobie z przygnębienia.
— To się nie skończy, czyż nie?
— Nie, dopóki jesteś prawiczkiem.
— Czy… — Jack spojrzał na Kitha z bólem i nadzieją — czy nic nie mogę zrobić, aby to powstrzymać? Nie chcę być cały czas atakowany, ale nie chcę też tak po prostu pójść z kimś do łóżka.
Na twarzy Kitha pojawił się chytry uśmieszek.
— Cóż, istnieje coś, co mogłoby ci pomóc.
Jack położył ręce płasko na stole, pochylając się z desperacją bliżej drugiego ducha.
— Co to jest?
— Mogę zrobić eliksir — wyjaśnił Kith. — Nie pozbędzie się twojego dziewictwa ani niczego w tym rodzaju, ale może zamaskować zapach, zakrywając go innym.
— Jaki to będzie zapach?
— Seksu. — Kith zaśmiał się, widząc zdziwione spojrzenie Jacka. — Jeśli regularnie będziesz zażywać ten eliksir, będziesz ciągle pachniał, jakbyś niedawno uprawiał seks. Wystarczająco mocno, aby było to oczywiste, ale na tyle słabo, że nikt nie będzie w stanie powiedzieć, z kim rzekomo to zrobiłeś. Tylko najsilniejszy z nosów będzie w stanie wykryć odrobinę twojego dziewiczego zapachu, ale nawet wtedy będzie tak słaby, że nie będą wiedzieć, co oznacza.
— Zrobię to — powiedział entuzjastycznie Jack.
— Ale — wtrącił Kith — poproszę o coś w zamian.
Jack zmrużył oczy, a całe jego ciało zesztywniało z podejrzliwości.
— O co?
— Jak powiedziałem, interesują mnie potężne mikstury. Potężne eliksiry wymagające specjalnych składników. — Kith wskazał na Jacka. — Tak się składa, że dziewicza krew jest bardzo dobrym składnikiem mikstur miłosnych.
— Chcesz mojej krwi? — Jack poczuł się nieswojo z tą myślą.
— Tylko odrobinkę od czasu do czasu. — Kith trzymał palec wskazujący i kciuk w niewielkiej odległości od siebie. — Wystarczy na moje eliksiry. A z tym, jak silny jest twój zapach, jestem pewien, że mogę zrobić najsilniejsze mikstury miłosne i afrodyzjaki na rynku.
— Afrodyzjaki? — zapytał ostrożnie Jack.
— Są zaskakująco popularne wśród nimf — powiedział rzeczowo Kith. Umilkł na chwilę. —... i satyrów.
Jack wzdrygnął się. Miał kiedyś spotkanie z satyrem. To nie było przyjemne doświadczenie.
Poświęcił chwilę na przemyślenie oferty Kitha. Nie był pewien, czy czuł się dobrze z tym, że jego krew będzie używana do eliksirów, ale z drugiej strony… gdyby mikstura działała tak, jak powiedział Kith, ataki na niego ustałyby. Nie musiałby ciągle oglądać się przez ramię ani budzić się w środku nocy, zastanawiając się, czy dźwięk trzaskających gałęzi nie oznaczał kogoś przygotowującego się do ataku. Nie musiałby nacierać się śniegiem, by pozbyć się uczucia niechcianych dłoni, dopóki nie zacznie krwawić. Nie bałby się tak bardzo.
Jack westchnął ciężko i skinął głową.
— W porządku. Mamy umowę.
Kith uśmiechnął się i wyciągnął rękę.
— Nie pożałujesz tego, Jack.
Uścisnęli sobie ręce. Jack uśmiechnął się niepewnie.
— Mam nadzieję, że masz rację.
Naprawdę na to liczył.
