Rozdział 5: Kto cię pokocha?
Bardziej lubię marzenia o przyszłości niż historie z przeszłości.
Thomas Jefferson. List do Johna Adamsa 1 sierpnia 1816
— Jack Frost jest prawiczkiem?
— Ale jego zapach zawsze…
— Spójrz na jednorożce, z pewnością myślą, że jest niewinny.
— Jeśli jednorożce tak myślą…
— Dał im oznaczenia.
— To musi być prawda.
— Jack? — wyszeptał Bunny.
Jack zacisnął ręce na lasce.
— Jestem… prawiczkiem.
Miło było przyznać się do tego głośno. Miał wrażenie, że mówił to do siebie tak samo jak do nich.
North przepchnął się przez tłum, zatrzymując się, gdy dotarł na przód, a najbliższy jednorożec uniósł groźnie róg. Podniósł dłonie, aby pokazać, że nie ma złych intencji.
— Myśleliśmy, że jesteś.. ach… — North przerwał i zakaszlał.
Uśmiech Jacka był gorzki.
— Eliksir.
— Czemu? — Bunny nie spuszczał wzroku z Jacka.
Jack poczuł jak setki lat tłumionego strachu i niepokoju powracają do niego w jednej chwili z powodu stresu wywołanego tym jednym słowem. Domyślał się, że jego wyraz twarzy to ujawnia.
— Ponieważ ciągle mnie dotykali i bałem się.
Jednorożec trącił pyskiem jego szyję od tyłu, a głowa Jacka wygięła się w poczuciu komfortu. Źrebak przycisnęło swoją głowę do jego boku. Pozostałe jednorożce zajęły swoje pozycje wokół niego, zacieśniając krąg. Tooth nie żartowała, kiedy powiedziała, że jednorożce są lojalne, ale chyba zapomniała wspomnieć o stopniu ich opiekuńczości.
Wziął głęboki oddech, a kiedy spojrzał, Bunny miał wyciągnięta rękę, jakby chciał zrobić krok do przodu, ale przywódca stada nieugięcie starał się trzymać wszystkich na dystans.
— Oj! — Duszki zostały odepchnięte na bok, gdy wściekły leprechaun przedarł się przez tłum. — Przestańcie blokować drogę!
— Kith! — Jack uśmiechnął się.
— Mówiłem ci, że to się stanie! — Kith skrzyżował ramiona niezadowolony.
— Zgadza się — przyznał Jack. — Przepraszam, że cię nie posłuchałem.
Kith cmoknął językiem.
— Teraz to nie ma znaczenia. — Przeskanował twarz Jacka, ponieważ przy jego niskim wzroście i jednorożcach to i tak było wszystko, co mógł zobaczyć. — Wszystko w porządku?
— Ja… — Jack wziął głęboki oddech. — Nie wiem.
Bunny spojrzał między nimi. Zmrużył oczy z podejrzliwości.
— Wy dwaj…
— Ale te wszystkie plotki… — Toothiana unosiła się nad tłumem tuż za Northem.
Sandy przeniósł się do miejsca, gdzie letni skrzat leżał na podłodze drżąc i wydawał się cieszyć przytrzymywaniem go za pomocą piasku. Um. Jack nie wiedział, że Sandy miał tak groźny uśmiech.
— Niektóre duchy niezbyt dobrze znoszą odrzucenie — wyjaśnił Jack.
— Czyli wszyscy kłamali? Wszyscy, którzy kiedykolwiek powiedzieli, że spali z tobą? — Bunny rozejrzał się po tłumie i skrzywił się, gdy część osób odwróciła wzrok.
— Tak. — Jack przełknął ciężko i nie chciał niczego więcej, jak tylko się stamtąd wydostać. — North, możemy już iść? Proszę.
North skinął głową.
W takich chwilach Jack był wdzięczny za zawziętość Northa. Oczyścił ścieżkę do drzwi wejściowych dla Jacka (i jego jednorożców, ponieważ nie pozwoliły mu tak łatwo uciec). Jack otoczony jednorożcami, z tym który miał wielki róg na czele i źrebakiem kłusującym radośnie u jego boku, wyszedł na zewnątrz, starając się jak najlepiej ignorować nagłe pełne podziwu spojrzenia, jakie otrzymywał od więcej niż jednej osoby w tłumie. Usłyszał za sobą bardzo przepraszającego centaura (jednego z tych starych, szanowanych typów bogów lasu) odbierającego od Sandy'ego letniego duszka. Sądząc po odgłosach, duszek będzie miał bardzo duże kłopoty przez bardzo długi czas… i zostanie bardzo surowo ukarany, jeśli ponownie zbliży się do Jacka, jeśli nagie baty, które trzymał Sandy były jakąś wskazówką.
W chwili, gdy zamknęły się za nimi drzwi, rozległy się pomruki i krzyki oskarżeń. Jack rzucił szybkie spojrzenie za siebie. North i pozostali wsiedli do sań. Jack zrobił krok do przodu, ale jednorożce zablokowały mu drogę. Prychnął.
— Jak mam w ten sposób wrócić do warsztatu? — Przywódca stada przykucnął i spojrzał na niego. Jack wpatrywał się w niego. — Wiesz, mógłbym po prostu polecieć. — Inny jednorożec szturchnął go od tyłu. Jęknął. — Okej, w porządku. — Wspiął się na grzbiet jednorożca, wydając nerwowy dźwięk, kiedy ten wstał.
North chwycił lejce sań, co kilka sekund rzucając jednorożcom zdumione spojrzenia.
— Więcej wyjaśnisz w warsztacie, da?
Jack skinął głową.
— Tak.
— I będę tam, aby w tym pomóc. — Kith wsiadł do sań, zajmując oryginalne miejsce Jacka.
— Oj! — krzyknął Aster.
— Kith! — Jack uśmiechnął się do leprechauna. — Co robisz?
— Ktoś musi potwierdzić twoją historię — powiedział. — Jestem jedynym duchem, który o tym wie, więc równie dobrze mogę przyjść.
— Skąd o tym wiedziałeś? — zapytał Bunny.
Kith uśmiechnął się.
— Jak myślisz, kto zrobił dla niego eliksiry?
— Racja — wtrącił się Jack, nie pozwalając na kontynuowanie rozmowy. Posłał Northowi przepraszające spojrzenie. — Chyba pojedzie z nami, jeśli to w porządku?
North machnął lekceważąco ręką.
— Nie ma problemu!
— Dziękuję. — Wpatrywał się w sanie, a potem spojrzał na swoje jednorożce. — Pytanie. Jak jednorożce mają mi pomóc wrócić do warsztatu?
Tooth westchnęła z rozmarzonym uśmiechem, posyłając jednorożcom spojrzenie pełne podziwu.
— Zobaczysz, Jack.
Sanie wystartowały, a zimowy duch patrzył za nimi, gdy wznosiły się w niebo.
— W porządku. — Pochylił się, by spojrzeć w oczy jednorożca, na którym siedział. — Jak za nimi podążymy?
Mógłby przysiąc, że jednorożec wydał rozbawiony dźwięk. Potem wykonał skok z rozbiegu i wzbił się w niebo, a pozostałe poszły jego śladem.
— Łał! — Jack szybko chwycił grzywę jednorożca. Dogonili właśnie sanie, gdy Jack krzyknął: — Nie powiedziałaś mi, że jednorożce potrafią latać!
— Nigdy nie pytałeś! — odpowiedziała Tooth.
Jack roześmiał się i był to prawdopodobnie jego najbardziej beztroski śmiech od bardzo dawna.
OoO
Jack znalazł się później na podłodze w jednym z salonów Northa posiadających kominek. Oparł się o przywódcę stada (naprawdę musiał wymyślić im imiona, tak trudno było je rozróżnić), gdy pozostała szóstka jednorożców zwinęła się wokół niego. Źrebię przytulało się do jego boku, a on głaskał jego grzywę, gdy wraz z Kithem wyjawiał Strażnikom swój długo ukrywany sekret.
— Byłem zmęczony traktowaniem mnie, jakbym był środkiem do celu… jakbym nie był osobą. — Jack odwrócił wzrok, wpatrując się w płomienie. Gorycz zaostrzyła jego rysy. — Dlatego kiedy Kith zaproponował eliksir, przyjąłem go. Niestety oznaczało to, że duchy sądziły, że jestem zdzirę, ponieważ zawsze pachniałem seksem. Niektóre próbowały to wykorzystać, ale zawsze im odmawiałem, jednak i tak twierdziły, że ze mną spały, jakby to była jakaś przechwałka.
— Nic nie powiedziałeś? — Tooth unosiła się obok krzesła Northa. — Nie zaprzeczyłeś ich twierdzeniom?
— Kto by mi uwierzył? Jestem dziwką, pamiętasz? — Jack wzruszył ramionami. — Poza tym łatwiej było pozwolić duchom uwierzyć w to, co chciały wierzyć, niż próbować wymyślić historię wyjaśniającą zapach.
— Dlaczego zaproponowałeś Jackowi pomoc? — North zapytał Kitha, który siedział na kanapie obok Bunny'ego. — Nie żebym nie był ci wdzięczny, ale dlaczego?
— Dziewicza krew to niesamowity składnik eliksirów — odpowiedział.
— To wszystko? Tylko dla jego krwi?
North zmrużył oczy, jakby nie pochwalał tej odpowiedzi.
Kith spojrzał na Jacka, który patrzył na niego z ciekawością i westchnął.
— Może też było mi go trochę żal. — Jack zmarszczył brwi, a Kith spojrzał na niego groźnie. — Kiedy pierwszy raz cię spotkałem, próbowałeś pocierać skórę śniegiem po tym, jak ktoś cię zaatakował. Tak, było mi ciebie żal. Ale trzymam się tego, co powiedziałem. Wtedy głównie chodziło o twoją krew.
— Dziękuję, Kith. — Jack uśmiechnął się do niego delikatnie.
Kith prychnął i odwrócił wzrok.
— No cóż — powiedział jowialnie North z ukrytym humorem — będą jakieś duchy, które będą chciały cofnąć swoje słowa, gdy się rozejdzie, że Jack Frost jest w rzeczywistości prawiczkiem.
Jack roześmiał się i wyszło to tylko trochę gorzko.
— Prawda. — Pogłaskał małego jednorożca, przesuwając dłonią po krótkim rogu. — Gdzie będę trzymać siedem jednorożców? Nie mam domu, w którym mógłbym je trzymać i nie wiem, jak się nimi zająć?
— Jednorożce zadbają o siebie — powiedziała Tooth. — To bardzo mądre stworzenia, pamiętasz? Czasami potrzebują tylko miejsca, w którym mogą pobiegać i uspokoić się. Prawdopodobnie chętnie będą podróżować z tobą, ale to może ci przeszkadzać w twojej pracy, więc może próba znalezienia miejsca, w którym mogłyby zostać na stałe, może być dobrym pomysłem.
— Na wyspie miały ogromny las, po którym mogły wędrować. — Jack zmarszczył brwi. — Gdzie znajdę miejsce wystarczająco duże, aby mogły biegać tak samo swobodnie? Nie chcę ich całkowicie zamykać.
— Możesz zostać ze mną.
OoO
Aster nie był pewien, co miał czuć. Jack był prawiczkiem? Przepełniało go poczucie winy. Był obrażony, że został odrzucony przez Jacka, ale w tym nowym świetle… był takim idiotą. To on zbyt nachalnie zbliżył się do dziewicy. Prawiczka, który bardzo ciężko pracował, by się ukryć (ponieważ był przestraszony, a to sprawiło, że każdy jego instynkt opiekuńczy stawał na baczność i warczał), a który najwyraźniej odrzucał innych za mniejsze gesty.
Ale w takim razie, dlaczego Jack pozwolił Asterowi się pocałować? Jack powinien był go odepchnąć od razu! Nigdy nie powinien zajść tak daleko, ani do miejsc, do których prawie dotarł. Ale Jack nie odepchnął go i tak się stało. Potrząsnął głową, gdy nadzieja zakwitła w nim. Czy to oznaczało, że Aster był… wyjątkowy?
Poczucie winy zostało chwilowo stłumione na rzecz uniesienia.
Był wyjątkowy dla Jacka? Jack mimo wszystko pozwolił jemu, E. Asterowi Bunnymundowi, pocałować go. Nie pozwolił nikomu innemu zbliżyć się do siebie. Czy to oznaczało, że pomimo jego wcześniejszej wpadki, kiedy się poznali, może mieć szansę?
Wysłuchał obaw Jacka na temat jednorożców i od razu wiedział, co musiał zrobić.
(A poza tym, jego umysł szeptał, że gdyby nawet Jack nie był prawiczkiem, gdyby nawet nic z tego się nie wydarzyło, to czy w najmniejszym stopniu zmieniłoby jego uczucia? Czy nadal czułby się w ten sposób, gdyby Jack okazał się być "zdzirą", za jaką był uważany? Uświadomił sobie, że nie miałoby to znaczenia, ponieważ Jack był Jackiem i jego właśnie chciał. Wszystko inne nie miało znaczenia.)
— Możesz zostać ze mną — zaproponował.
Jack był zdumiony tą propozycją, a kiedy spojrzał na Astera, rumieniec rozkwitł na nim od czubków uszu do koniuszków palców.
— Nie… nie mogę tego zrobić!
— Dlaczego nie? — Bunny zabębnił palcami w kolano. — W Norze jest na tyle dużo miejsca, aby twoje jednorożce mogły się swobodnie bawić, o ile nie będą zadzierać z jajkami. I to nie tak, że zajmujesz dużo miejsca, gdy większość czasu fruwasz na wietrze.
Jack zmarszczył brwi w sposób, który jak najbardziej świadczył o dąsaniu się.
— Nieprawda. I mówimy tutaj o siedmiu jednorożcach. To byłby ogromny dodatek do twojego domu.
— W każdym razie nie jest tak, że mieszka tam ktoś oprócz mnie. — Błysk dawnego bólu ścisnął mu serce i zniknął tak szybko, jak się pojawił. — Myślałem, że to miejsce wymaga ożywienia i również dobrze może się to stać w ten sposób.
— Cóż… — Jack przygryzł wargę. — Jeśli jesteś pewny.
— Jestem.
Uśmiech Jacka pojawił się na jego wargach, miękki i słodki niczym płatki kwiatów.
— Dziękuję ci.
Och, do diabła, uświadomił sobie Aster. Zakochiwał się coraz mocniej.
OoO
Dostarczenie jednorożców do Nory nie trwało długo. Jak się okazało, wbiegły do tuneli równie łatwo, jak wzbijały się w powietrze. Na początku nie chciały opuścił Jacka, ale w końcu udało mu się nakłonić je do zbadania ich nowego domu.
— Chyba znajdę drzewo do spania — powiedział Jack, kierując się w dół wzgórza, na którym stali, w kierunku drzew, które zauważył na dole.
— Och, nie. Nie musisz. — Bunny fizycznie zablokował mu drogę. — Nie ma potrzeby kłaść się spać na drzewach, skoro istnieje doskonałe gniazdo, którym możemy się podzielić.
Jack zarumienił się i cofnął.
— To… to nie jest konieczne! Śpię na drzewie!
Bunny przeskanował jego twarz, zatrzymując się na oszronionych policzkach Jacka. Westchnął.
— Przypuszczam, że tak będzie, jeśli spanie ze mną w gnieździe sprawi, że będziesz czuć się niekomfortowo.
— To nie tak… — Jack z frustracją przesunął dłonią po twarzy.
— O co w takim razie chodzi? — Aster spojrzał Jackowi w oczy. Wydawało się, że podjął decyzję. — Jack, dlaczego pozwoliłeś mi się pocałować?
Och, gdyby był człowiekiem, twarz Jacka byłaby teraz całkowicie czerwona od gorącego rumieńca.
— Co?
— W 68 — wyjaśnił Bunny. — Pozwoliłeś mi się pocałować. Powinieneś mnie odepchnąć. — Zrobił krok do przodu. — Dlaczego tego nie zrobiłeś?
— Ponieważ… ponieważ… — wykrztusił — ty… byłeś jedynym, który kiedykolwiek próbował.
Bunny zamrugał.
— Naprawdę?
Jack skinął głową.
— Wszyscy pozostali, przed i po tym, jak zacząłem brać eliksir, zawsze szli prosto do celu. Próbowali wziąć to, co chcieli, zakładając, że się z tym zgodzę. Nigdy nie próbowali mnie pocałować… Nigdy nie chcieli pocałować mnie. Ale ty… — Jack spojrzał na Bunny'ego, przyszpilając go wzrokiem. — Chciałeś mnie pocałować. Sprawiłeś, że wydawało się to doświadczeniem, którym należy się dzielić, a nie kraść, a to było wszystko, do czego byłem przyzwyczajony. — Jack odwrócił wzrok, a jego głos stał się cichszy. — Nie wiedziałem, że to może tak wyglądać.
— Ale odepchnąłeś mnie — zauważył Bunny.
— Tylko dlatego, że wspomniałeś o mojej "reputacji".
Aster wyglądał na odpowiednio zmartwionego.
— Przepraszam, Jack. "Reputacja" czy nie, nadal nie powinienem być tak do przodu.
— Nie musisz przepraszać. — Jack spuścił wzrok i jedną rękę zasłonił oczy, a drugą zacisnął na swojej lasce. Bał się patrzeć na Bunny'ego. — Prawda jest taka — wziął głęboki, uspokajający oddech, by zebrać odwagę — podziwiam cię od dawna. Od dawna cię lubię, od bardzo długiego czasu.
Rozległ się dźwięk kroków i Jack poczuł, jak ciepło Bunny'ego zatrzymuje się przed nim.
— Dlaczego więc nic z tym nie robisz?
Jack zerknął na niego przez palce.
— Naprawdę tak myślisz?
Aster przeczesał włosy Jacka.
— Tak.
Jack opuścił rękę i podniósł głowę. Gdy Aster pochylił się do przodu, szepnął nerwowo:
— Tylko pocałunek?
— Tylko pocałunek — mruknął Aster.
I tak było. Tak jak wtedy, usta Astera były inne niż jego, ale dobrze inne. Zabawnie inne. I być może Jack poczuł te cienkie wargi przesuwające się delikatnie po jego własnych w najwspanialszych muśnięciach, że z czasem mogły być one nawet radosne.
Aster odsunął się z cichym westchnieniem i oparł głowę na ramieniu Jacka. Zimowy duszek stanął na palcach i owinął ramiona wokół Astera, upuszczając na chwilę laskę. Zastanawiał się, czy jego twarz wyrażała takie samo szczęście, jakie czuł w sercu.
Jack mógł przyzwyczaić się do "tylko pocałunek". W końcu przyzwyczai się do czegoś więcej, ale do tego czasu będzie się dobrze bawił, odkrywając to, dzieląc się tym z Asterem.
— Byłem taki zazdrosny — wymamrotał Aster w jego ramię. — Na początku nie wiedziałem dlaczego. Ale zawsze chciałem cię tak trzymać, Jack. Żebym mógł cię dotykać.
Sentyment w tych słowach wstrząsnął zimowym duchem do głębi. Warga Jacka drżała do momentu, aż ją przygryzł.
— Również zawsze tego chciałem — mruknął w odpowiedzi.
Bunny zaśmiał się i przytulił mocniej Jacka. Milczeli przez chwilę.
— Czy to oznacza, że mimo wszystko będziesz spać w gnieździe?
Jack zaśmiał się.
— Może. Tak długo, jak będzie to tylko spanie.
— Oczywiście. — Bunny wtulił twarz we włosy Jacka za jego uchem. — Mogę z tym pracować.
Jack uśmiechnął się, ciesząc się ciepłem. Spojrzał przez ramię Bunny'ego i zamrugał ze zdziwienia.
— Um, Aster?
— Mmmm?
— Myślę, że jednorożce chcą cię zaatakować.
Aster zamarł, gdy coś ostrego wbiło się w podstawę jego kręgosłupa. Powoli puścił Jacka, a ostrość cofnęła się. Odwrócił się i siedem jednorożców ze źrebakiem z przodu, spojrzało na niego.
— Cóż — powiedział, bardziej niż trochę onieśmielony — wygląda na to, że w najbliższym czasie nie będziesz potrzebować innych obrońców.
Jack roześmiał się serdecznie, a potem sapnął uświadamiając coś sobie.
— O mój Boże!
— Co? — Bunny spojrzał na niego.
— Nie mogę się doczekać, kiedy Kapucha je pozna!
Fin
