Na szczęście krzaki smerfojagodowe były tak samo magiczne, jak żywiące się tymi owocami Smerfy i dawały owoce przez cały rok. Inna sprawa, że w pobliżu krzaczków nie znajdowało się dobre miejsce na bazę czy kryjówkę, toteż musieli długo wędrować, aby zdobyć zapasy. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak bardzo wieczne zimowe mrozy i ogromne ilości śniegu utrudniały istotom o wielkości trzech jabłek wyprawę.
Najbliższe cztery krzaczki smerfojagód były już blisko, do pokonania pozostał jedynie pagórek, który może nie robił na ludziach imponującego wrażenia, ale dla Smerfa była to nie lada przeszkoda.
Wiatr wiał im prosto w twarze, przez co oczy wytwarzały jak największą ilość łez, aby nie wyschnąć. Niewiele to pomagało, a strumienie łez szybko zasychały bądź tworzyły na ich policzkach lodowe wzorki, które drażniły niebieską skórę i powodowały ból.
Sasetka nie potrafiła nawet wyrazić słowami, jak bardzo było jej zimno, jak bardzo była zmęczona i głodna, jak bardzo bolały ją nogi od wędrówki, zimna i wysiłku. Gdyby nie to, że Pracuś trzymał ją za rękę i uparcie brnął przed siebie, Smerfka na pewno dawno by przystanęła i przymarzła do ziemi albo nawet upadła na twarz i już się nie podniosła.
Dlaczego nie mogła po prostu zostać w kryjówce? Przecież nigdzie by nie wyszła, nikogo nie sprowokowała, niczego nie zniszczyła. Zawinęłaby się w kłębek, nakryła kocami i zapadła w zimowy sen. Oczywiście Smerfy nie zapadają w zimowy sen, a rudowłosa ubolewała bardzo nad brakiem tej umiejętności. Fakt, że najprawdopodobniej już nigdy by się nie obudziła, ale i tak nie widziała już większego sensu dalszej egzystencji.
Przynajmniej tak wmawiała sobie w sytuacjach, kiedy było już naprawdę źle. Wyprawa po żywność była trudna, owszem, ale to wciąż było za mało, aby dziewczyna oddała się tak depresyjnym myślom.
- Na zziębnięte zięby! Za chwilę stracę czucie w stopach! - wyjąkała, ledwo włócząc nogami.
Jej marudzenie wcale nie pomagało Pracusiowi, który również był już smerfnie zmęczony. Na pewno jej słowa nie niosły korzyści i Farmerowi, który jak zwykle przewodniczył ekspedycji. Jeżeli ruda Smerfka myślała, że jej marudzenie poprawia komukolwiek humor, to bardzo się myliła. Obu Smerfom coś zaciskało się na sercu, kiedy dzień w dzień musieli wysłuchiwać, jak bardzo jej źle. Sasetka na pewno o tym wiedziała, przecież nie była głupia.
- Jeszcze tylko kilka kroków! - odparł Farmer, próbując przekrzyczeć wyjący wiatr.
Gdyby Farmer spojrzał za siebie, odetchnąłby z ulgą zauważając, że przeszli już przez większą część górki. Jednak Smerf zobaczyłby także swoich towarzyszy, idących coraz wolniej i coraz bardziej chwiejnym krokiem.
Całe szczęście, że udało im się znaleźć niezamarznięte na kość zimowe stroje, inaczej mogliby nie przetrwać w tej lodowej krainie. Ciepła peleryna wykonana z grubej wełny na pewno pomagała, aby mały Smerf nie dygotał na mroźnym wietrze, nie mogąc opanować drgawek.
Mimo wszystko Farmer zaryzykował zerknięcie kątem oka za siebie i przystanął. Sasetka zaparła się nogami w śniegu i skuliła jak tylko mogła, nie dając się ciągnąć dalej. Dystans między nią i Pracusiem a Farmerem powiększył się na tyle, że nie było szans, żeby usłyszeli jego krzyk, choćby Farmer zdarł sobie gardło.
- Dalej, Sasetko, nie zostało już dużo - nalegał Pracuś, pocierając jej dłoń między swoimi. - Wystarczy dojść na szczyt i jesteśmy na miejscu.
- Wiem, ale nie mogę - jęknęła dziewczyna.
Farmer z trudem zrezygnował z dalszej wspinaczki i ostrożnie zszedł do nich.
- Hej. - Smerf pochylił się przy Sasetce, położył dłoń na jej ramieniu i potrząsnął lekko. - Możesz iść?
Ruda pokręciła początkowo głową, chowając przed nimi twarz. Delikatnie poruszyła stopami, aż była w stanie podnosić je i opuszczać na tyle, by kontynuować wspinaczkę. Niepewnie podniosła głowę i kiwnęła nią ledwo zauważalnie, wyciągając wolną dłoń do Farmera. Chłopak owinął swoją dłoń wokół jej ręki i wraz z Pracusiem zaczęli iść dalej. Smerfka pół szła, pół dawała się jedynie ciągnąć niczym worek ziemniaków.
Ostatecznie dotarli na szczyt górki, gdzie powitał ich taki sam biały krajobraz. Drzewa cudem wciąż trzymały się twardo korzeniami w ziemi przy wichurach, które nawiedzały las każdego dnia. Pomiędzy nimi, w bliskiej od siebie odległości, stały cztery krzewy smerfojagodowe, pokryte niewielką ilością śniegu. Położenie krzaczków sprzyjało roślinkom, drzewa ochraniały je przed wiatrem i nadmiarem śniegu.
- Zbieramy tyle, ile się da - zarządził Farmer i puścił Sasetkę.
Trio podeszło do pierwszego krzewu. Każde z nich przyniosło ze sobą na plecach głębokie kosze na smerfojagody. Zbieranie owoców przebiegało w pośpiechu nie tylko ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne, ale także na możliwe niebezpieczeństwa. Już nieraz odwieczny wróg Smerfów natrafił na źródło ich diety i starał się zapamiętać lokalizację krzewów oraz zastawiał w pobliżu rozmaite pułapki.
Co chwila któryś z dorosłych przerywał zbiory i rozglądał się podejrzliwie, stawiając prosto uszy i stając na palcach. Na otwartym terenie zawsze przynajmniej jedna para oczu musiała patrolować okolicę, aby w razie zagrożenia grupa mogła szybko zareagować.
Nieopodal coś trzasnęło, ogromny konar spadł i utonął w puszystym śniegu, płosząc żerujące w pobliżu sarny. Smerfy rozejrzały się pospiesznie, nie było czego się bać, grupa zakończyła zbiory.
- Kiedy pójdziemy do wioski? - spytała przy kolacji Sasetka.
Tego dnia ukryli się w najbliższej czterem krzewom kryjówce, gdzie planowali spędzić co najmniej trzy dni. Było to stare drzewo, którego pień był prawie pusty w środku. Prawie to trafne określenie, ponieważ znajdowało się tam dużo jamek, a więc miejsce było świetną kryjówką. Największa przestrzeń służyła za schronienie, pozostałe jamki przydawały się jedynie, kiedy w pobliżu był Klakier.
Sasetka siedziała najbliżej ogniska i bawiła się suchym patykiem w dłoni, czekając na swoją porcję kolacji. Dziewczyna obserwowała uważnie dorosłych, wsypujących zebrane smerfojagody do jednej z jamek.
- Nie powinniśmy się tam teraz zapuszczać - odpowiedział Pracuś. - Ostatnio omal nie zostaliśmy zauważeni przez Gargamela. Okolice wioski nie są już takie bezpieczne, jak kiedyś.
- Nigdzie nie jest już bezpiecznie - zauważył Farmer, wkładając kilka jagód do mniejszego koszyka. Smerf stanął przy wyjściu i powiedział cicho: - Dwanaście.
Pracuś kiwnął głową, nie spuszczając z niego wzroku, kiedy Farmer opuszczał kryjówkę. Sasetka bez trudu dostrzegła, jak jego usta poruszają się, kiedy bezgłośnie odliczał do dwunastu. Taki był szyfr. Kiedy jeden z nich wychodził, rzucał liczbę, wyznaczającą czas w sekundach, jaki miał spędzić poza kryjówką. Ta metoda jedynie utwierdzała Sasetkę w przekonaniu, jak bardzo niebezpiecznym miejscem stał się las, skoro nawet wyjście na chwilę mogło zakończyć się tragicznie.
Wraz z liczbą dwanaście wrócił Farmer. Smerfojagody w koszyku wyglądały inaczej - nie pokrywał ich już brud i fragmenty liści. Smerf w słomkowym kapeluszu potrzebował dokładnie dwunastu sekund, aby umyć owoce w śniegu.
Szatyn kucnął przy Sasetce, pozwalając jej zabrać z koszyka trzy jagody. Rudowłosa nadziała je na swój patyk i powiesiła nad ogniem. Końcówki płomieni ledwo dosięgały okrągłych jagód. Smerfka przyglądała się swojej kolacji błyszczącymi oczkami, a z kącika ust wyciekło jej kilka kropel śliny.
Farmer i Pracuś szybko dołączyli do niej przy ognisku i zabrali kilka smerfojagód dla siebie. Jedna wycieczka po owoce pozwalała im przetrwać około tydzień. Oczywiście nie samymi smerfojagodami Smerfy żyły, dlatego zdarzało się, że trio powracało do wioski lub w jej okolice, aby zabrać coś jadalnego stamtąd.
- Zaczekajmy jeszcze tydzień - odezwał się po dłuższej chwili ciszy Pracuś. - Po tygodniu zbadamy okolice wioski. Do tego czasu damy radę z tym, co mamy tutaj i w wypalonym buku.
Farmer kiwnął z wolna głową, utrzymując kontakt wzrokowy z blondynem. Szatyn siedział po turecku, ze zgarbionym grzbietem i opierał brodę na splecionych dłoniach. Odkąd zostało ich tylko troje, dorośli nie potrafili ustalić hierarchii między sobą, ponieważ żaden nie ufał samemu sobie na tyle, by czuć się pewnie w roli przywódcy. Postawili więc na partnerstwo, a Farmer zawsze chętnie wysłuchiwał pomysłów i rad Pracusia, którego uważał za o wiele bardziej odpowiedniego na miejsce lidera.
Pracuś natomiast miał identyczne zdanie o Farmerze. Nie czuł się najlepiej w gloryfikowanej roli i mimo że zazwyczaj realizowali jego plany, w sytuacjach kryzysowych na potęgę polegał na pomysłach szatyna.
- Należałoby w końcu tam zawitać i zrobić porządek - mruknął Farmer. - Powinniśmy przenieść wszystko, co przydatne do kryjówek, a pozbyć się zniszczonych przedmiotów.
- Myślę, że naszym obowiązkiem jest zająć się też naszą rodziną - dodał ponuro Pracuś. - Nie chcę, żeby zostali tak na mrozie na zawsze, to nie w porządku. Udało nam się jakoś przeżyć, to w naszym interesie jest odpowiednio pożegnać i uszanować pozostałych.
Sasetka pociągnęła nosem, myślami wracając do tego pamiętnego dnia, w którym powrócili do zamarzniętej na kość wioski i znaleźli inne Smerfy, martwe od wychłodzenia. W niektórych przypadkach ich skostniałe ciałka uległy odłamaniu różnych części. Smerfka z trudem powstrzymywała łzy, które przywołało wspomnienie. Ponownie pociągnęła nosem i wytarła twarz rękawem.
- Chyba możemy powiedzieć dzisiejszemu dniu dobranoc - mruknął blondyn i otoczył ją ramieniem, przyciskając lekko do siebie.
- Okay. - Farmer kiwnął głową i wstał. Przeciągnął się i odszedł od ogniska, aby zabrać z jednej jamki metalowy garnek. - Czterdzieści - mruknął, łapiąc kontakt wzrokowy z drugim Smerfem.
Kiedy Pracuś kiwnął lekko, szatyn wyszedł na zewnątrz, aby nabrać śnieg, który po roztopieniu i podgrzaniu miał im służyć do umycia się.
Bywały takie dni, kiedy uszy mogły odpocząć od ciągłego skowytu wiatru. W takie dni świeciło słońce i choć wcale nie sprawiało, że temperatura powietrza podnosiła się, na pewno dodawało uroku krajobrazowi i dostarczało pozytywnej energii mieszkańcom lasu.
W takie dni Smerfy chętniej wychodziły ze swoich kryjówek i wędrowały po jedzenie, patrolowały okolicę lub po prostu korzystały z bardziej przychylnej pogody.
Zdarzało się, że ich zabawy na świeżym powietrzu odbiegały od typowych smerfowych rozrywek, a przypominały raczej zwierzęce figle. Dzięki temu ocalałe trio odreagowywało stres związany z przetrwaniem.
Farmer stał na czatach. W tym celu wybrał sobie dorodny kamień na lekkim wzniesieniu, skąd doskonale widział okolicę. Na skraju lasu bywało różnie, czasami wydawało się, że jest tu o wiele bezpieczniej, niż w lesie, ale w wielu przypadkach polne okolice przypominały, że zagrożenie czyha wszędzie.
Zza zaspy śnieżnej wyskoczył Pracuś i wdrapał się na pieniek. Na linii horyzontu można było dostrzec pojedynczą chatę, jakiś płot i podwórze. Z komina wydobywał się dym. Chłopak z zaciekawieniem przyglądał się budynkowi, zapominając o zabawie.
Chwilę później, kawałek dalej, spod śniegu wychyliła się głowa Sasetki. Ruda rozejrzała się ostrożnie, a kiedy dostrzegła blondyna, zachichotała cicho i ponownie zniknęła w grubej warstwie śniegu. Przeszła powoli około metr, aż dotarła pod pień. Wyjrzała spod śniegu, niezauważona. Pracuś stał odwrócony do niej tyłem, a więc wszystko przebiegało zgodnie z jej planem. Przez chwilę jej wzrok podążał za kołyszącym się w prawo i lewo ogonem Smerfa. Sekundy później rudowłosa wyskoczyła jak strzała i rzuciła się na włochaty ogon.
Niestety minęła się z celem. Blondyn zrobił zaskakująco szybki unik, przez co dziewczyna przeskoczyła nad pieńkiem i wylądowała po jego drugiej stronie. Jej niezadowolenie zostało stłumione przez śmiech Pracusia, który wskoczył za nią w zaspy i zabawa rozpoczęła się od nowa.
Obserwujący towarzyszy Farmer nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu, który wkradł się na jego twarz. Pracuś i Sasetka skakali wśród zasp, zupełnie jak podekscytowane porą roku fretki.
Nie tylko Smerfy dokazywały tego dnia na polu. Bystre oko szatyna dostrzegło grupkę królików, dzielnie przemierzających białą równinę. Długouche ssaki kierowały się wzdłuż wsi w stronę miasteczka. Farmer nigdy nie był w mieście, ale dużo słyszał o miejskim życiu od Smerfów, którym dane było poobcować z ludzkimi osadami. Pracuś i Sasetka należeli do tych szczęściarzy, którzy swoje w mieście widzieli.
Nagle uszy Smerfa wyłapały niepokojący odgłos, dochodzący z lasu. Był on bardzo cichy i bawiący się w śniegu nie słyszeli, jak dźwięki powoli zbliżają się do pól. Zaalarmowany Farmer rzucił szybkie spojrzenie w kierunku nadchodzącego hałasu. Widok otworzył mu szerzej oczy i szatyn zeskoczył w panice z kamienia.
W tym samym czasie z lasu wybiegł pierwszy dzik, a chwilę po nim następny, a potem jeszcze jeden, a za nim kolejne sztuki. Smerf gwizdnął ostro na pozostałych, nakazując im usunąć się spłoszonej zwierzynie z drogi i schować w bezpiecznym miejscu.
Wśród dzików oraz za nimi biegła sfora, szczekając i warcząc, próbując wyłapać najsłabsze osobniki. W lesie rozbrzmiewało rżenie koni i krzyki ludzi.
Farmer schował się szybko między kamieniami, nerwowo rozglądając się za swoimi towarzyszami. Biedna Sasetka w ostatniej chwili wspięła się na pieniek, ponieważ chwilę później w miejscu, w którym stała, zostały jedynie tropy po dziku. Na nieszczęście dla niej, jeden z psów wyraźnie zainteresował się jej obecnością i ruszył w jej kierunku z obnażonymi zębami.
Przerażona ruda z piskiem wskoczyła z powrotem w zaspę, a Farmer pobiegł w jej stronę. Potężna dawka adrenaliny dodała im energii do działania. Pies wgryzł się w śnieg pomiędzy nimi i zaczął trzepać agresywnie pyskiem, zaskoczony mroźnym puchem między zębami. Szatyn wykorzystał ten moment, aby złapać Sasetkę za rękę i oddalić się z powrotem między kamienie.
Pies pognał za nimi, kierując się zapachem.
- Szybciej, Sasetko! - ponaglił Farmer, ale w tej chwili sam potknął się o wystający korzeń jakiejś rośliny i oboje upadli, dając na chwilę przewagę psu.
Nim jednak drapieżnik zdążył ich zagryźć, drogę przeciął mu Pracuś, gwiżdżąc i cmokając na psa, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Blondyn był najsprawniejszy z trójki ocalałych i najczęściej odwracał uwagę od Farmera i Sasetki w takich sytuacjach. Jego plan nigdy nie zawodził, toteż i tym razem pies zmienił kurs i pobiegł za nim w stronę pieńka.
Tymczasem szatyn dźwignął się z ziemi i szarpnął Smerfkę za sobą, ledwo dając jej czas na stabilne stanięcie na nogach. Sasetce zaczęło kręcić się w głowie od nadmiaru bodźców, była przerażona, zestresowana, obolała i zdezorientowana. Kiedy Farmer wcisnął ją w jamkę między kamieniami, nie pamiętała już tych kilkunastu sekund biegu, jakby nigdy się nie wydarzyły. Jej mózg nie zarejestrował również słów dorosłego Smerfa.
- Nie waż się stąd ruszyć!
Szatyn wyskoczył ze śniegu i wdrapał się na kamienie, obserwując sytuację. Dziki uciekały wzdłuż pola, na środku równiny psy rozszarpywały dwa słabsze osobniki. W ich stronę zbliżały się konie i ludzie, oprócz jednego chłopaka, który nieudolnie starał się przywołać do porządku psa bardziej zainteresowanego gonitwą za Smerfami.
Pies skakał wokół pieńka, ujadał i warczał jak wściekły, wykonując slalomy i kłapiąc pyskiem dokoła. Farmer usiłował nie tracić zimnej krwi, zwinął ręce przy ustach i krzyknął:
- Na kamienie!
W całym tym chaosie miał nadzieję, że Pracuś go usłyszał. Nie mógł pozostać na widoku i obserwować, zsunął się więc w zaspy i dołączył do Sasetki, która zdawała się wychodzić z szoku.
Oboje nasłuchiwali przez chwilę, ale nic się nie zmieniało. Pies nadal ujadał, ludzie ciągle krzyczeli. Dopiero po chwili ujadanie zaczęło dochodzić z innego kierunku, najpierw się oddaliło, ale szybko zaczęło się zbliżać.
Między kamienie wpadł zdyszany Pracuś z obłąkańczym spojrzeniem i bez zastanowienia popchnął Farmera i Sasetkę głębiej w szczelinę. Zaraz za jego plecami pojawiły się kły, rozległ się warkot i poleciała ślina. Pies próbował wepchnąć swój pysk między kamienie, a kiedy na nic zdały się jego starania, usiłował złapać któreś ze Smerfów łapą. Jednak nawet łapy miał zbyt potężne, by zmieściły się w jamce.
Zbliżające się kroki ludzkie wywołały u Smerfów mieszane uczucia. Człowiek był w stanie odciągnąć od nich psa, ale mógł sam zainteresować się tym, co odwróciło uwagę zwierzęcia od pożądanego celu, a to również oznaczało kłopoty.
- No zostaw już, zostaw! - stęknął mężczyzna, ciągnąc psa za obrożę.
Czworonożny myśliwy odpuścił po kilku szarpnięciach. Pies odbiegł, aby dołączyć do reszty sfory, a kroki człowieka oddaliły się.
Dopiero wtedy Farmer odważył się wziąć oddech.
Nigdy nie było tak, że było dobrze albo niedobrze. Gdyby zapytać Farmera odparłby, że w czasach wiecznej zimy dni dzielił na bardziej udane lub mniej udane. Nie było dni idealnych albo dni wyłącznie beznadziejnych.
To popołudnie było jednak wyjątkowo beznadziejne, ponieważ w drodze do kryjówki trio trafiło na ślady Gargamela, Nicponia i Klakiera. Ich tropy wskazywały na to, że czarownik targał ze sobą coś wielkiego i ciężkiego, co bardzo zaniepokoiło dorosłe Smerfy.
- Zostań tu - powiedział twardo Farmer, kiedy znaleźli się w kryjówce. Szatyn wpatrywał się w Sasetkę poważnym wzrokiem na znak, że to nie są żarty i nie ma miejsca na żadne dyskusje.
- Dokąd idziecie? - zapytała, marszcząc czoło.
- Sprawdzimy, co planuje Gargamel i czy ma to jakiś związek z nami - odpowiedział pospiesznie Pracuś. - Jeżeli nie wrócimy przed zachodem, możesz zacząć się martwić.
- Nawet jeżeli nie wrócimy do zachodu, pod żadnym pozorem nie waż się opuszczać kryjówki - dodał ostrzegawczo szatyn. - Możliwe, że coś nas po prostu zatrzyma i się spóźnimy.
Oba Smerfy opuściły szybko kryjówkę, pozostawiając zatroskaną Sasetkę, stojącą pośrodku głównego pomieszczenia z niepewną miną.
Droga do chaty Gargamela była Smerfom dobrze znana, niejeden raz istotki musiały zakradać się, aby ocalić współtowarzyszy, znaleźć odpowiednie zaklęcie bądź składnik albo ukraść czy odzyskać jakiś przedmiot. Tym razem świeże ślady wyznaczały trasę czarownika, jego ucznia i kota.
Po drodze Farmer często spoglądał w stronę słońca, zastanawiając się, czy zdążą wrócić do Sasetki przed zachodem zgodnie z obietnicą. Jeżeli nie, dziewczyna zacznie się martwić lub, co gorsza, opuści bezpieczną kryjówkę w drzewie i wyruszy na poszukiwania. Jeżeli tak postąpi i wpadnie w tarapaty, to będzie ich wina.
Chłopcy zastanawiali się, jak Gargamel tego dokonał, że udało mu się odmrozić swoją chatę. Była przecież skuta lodem, podobnie jak dom Matki Natury. Była to jedna z wielu zagadek, których jeszcze nie rozwiązali, a których klucz mógłby pomóc im w uratowaniu świata przed wiecznymi mrozami. Chata stała sobie pośrodku białej nicości jak gdyby nigdy nic, a wewnątrz na pewno panowała przyjemniejsza temperatura powietrza, niż na dworze.
Smerfy wdrapały się na parapet i przetarły szybę dłońmi. W tej chwili priorytetem ich było dowiedzieć się, czego takiego poszukiwał w lesie Gargamel, co takiego znalazł i zabrał ze sobą oraz do czego mu ów rzecz posłuży.
Na pierwszy rzut oka wnętrze chaty wyglądało tak samo, jak za każdym razem, kiedy dane im było znaleźć się w środku. W środku było dość ciemno, przestrzeni nie wypełniało wiele mebli. Gargamel stał odwrócony tyłem do okna i wertował strony jednej ze swoich ksiąg, Klakier ucinał sobie drzemkę w swoim koszyku w kącie, a Nicpoń zamiatał. Rudy chłopak usypywał kupkę liści, które bystre oko Farmera od razu rozpoznało.
- Kolcorośl - szepnął.
- Na co Gargamelowi kolcorośl? Przecież ludzie jej nie jedzą.
- Ludzie nie, ale my tak.
- To za mało informacji, żeby wysnuwać jakieś wnioski - stwierdził Pracuś. - O ile dobrze pamiętam, ludzie używają różnych części kolcorośli do leczenia się. Gargamel może potrzebować też jej jako składnika do jakiegoś wywaru.
Farmer zwęził powieki, nie spuszczając wzroku z Nicponia, gdy chłopak wyrzucał liście do wiadra na śmieci.
- Najwyraźniej liście nie były im do niczego potrzebne...
Tymczasem wewnątrz chaty łysy czarownik marudził cicho pod nosem, nie mogąc znaleźć zaklęcia, którego tak uparcie szukał. Nie umknęło to uwadze Nicponia. Rudzielec skończył zamiatać podłogę i rzucił miotłę w kąt, płosząc tym Klakiera. Kocur miauknął przeraźliwie i podskoczył pod sam sufit, zaczepiając się pazurami w drewnianą belkę.
- Czego szukasz, Gargusiu? - spytał niby od niechcenia uczeń czarnoksiężnika, podchodząc do swojego nauczyciela.
- Mówię ci, Nicpoń, że teraz już wiem! - krzyknął sfrustrowany Gargamel. - Tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem, tylko jak na złość nie mogę znaleźć tego przepisu!
- A po co ci w ogóle ten głupi przepis?
- Nie rozumiesz, matole, że te głupie Smerfy jedzą to paskudztwo? Teraz wystarczy, że zbiorę odpowiednią ilość tych obrzydliwych smerfowych jagód i fragmentów ich krzaków, a nasz problem z tymi niebieskimi gremlinami wreszcie się skończy!
- Och, dałbyś już spokój - jęknął Nicpoń. - Ciągle tylko Smerfy i Smerfy! Lepiej wykombinuj, jak naprawić pogodę!
- Przypominam ci, bęcwale, że nasze ferie zimowe zawdzięczamy właśnie tobie! - Gargamel wskazał na chłopaka palcem. - Jedna z moich ksiąg opisuje, jak przyrządzić miksturę, która pozwoli mi raz na zawsze wykończyć to niebieskie tałatajstwo! Muszę tylko znaleźć odpowiedni rozdział!
- O nie - mruknęły Smerfy.
Nie zapowiadało to niczego dobrego. Niestety, chłopcy nie mieli pojęcia, jak powstrzymać Gargamela przed zrealizowaniem swojego planu, nie wiedzieli nawet, jak miałaby działać ów tajemnicza mikstura.
- Wracajmy do Sasetki - zadecydował Farmer. - Słońce niedługo zajdzie. Przyjdziemy tu jutro i zobaczymy, co możemy zaradzić.
Kiedy szatyn wycofał się z parapetu, poślizgnął się lekko i uderzył w Pracusia, który upadł do przodu i z impetem walnął czołem w szybę okna. To zwróciło uwagę kłócących się ludzi oraz Klakiera, który syknął złowrogo i rzucił się na parapet.
Oba Smerfy w popłochu zeskoczyły w zaspy. Śniegu było na tyle dużo, że Gargamel i Nicpoń nie mieli szans z wypatrzeniem ich, jednak Klakier miał tę przewagę, że jego czuły słuch i węch pozwoliłby mu na bezproblemowe namierzenie swoich ofiar.
- Smerfy! Klakier, bierz je! - wrzasnął Gargamel, jednocześnie pchając Nicponia w stronę drzwi.
Kocur wydostał się na zewnątrz jako pierwszy i natychmiast zniknął w śniegu. Gargamel i Nicpoń wybiegli przed chatę i zaczęli rozglądać się agresywnie. Nie mieli jednak najmniejszych szans na złapanie Smerfów, których wzrost dawał im nie lada przewagę. Mogli więc polegać jedynie na kocie.
Farmer i Pracuś biegli ile sił w nogach, wybierając trudną trasę, pełną niewielkich przestrzeni, w których Klakier mógłby się zaklinować lub ulec kontuzji na tyle poważnej, by zrezygnować z dalszego pościgu. Kocur był jednak nieustępliwy, zwinnie wymijał i przeskakiwał przez przeszkody, prychając od czasu do czasu.
Smerfy postanowiły się rozdzielić i Farmer zakręcił ostro w prawo przy najbliższym drzewie, aby się ukryć. Wcielenie w życie ich standardowego planu to jedyne, co przyszło im do głowy w tej sytuacji. Szatyn miał nadzieję odczekać trzy minuty, a potem pójść śladem kota i ocenić sytuację.
Klakier nie zwrócił uwagi na Smerfa w zielonych spodenkach, skupiając się maksymalnie na jednym celu. Pracuś postanowił spróbować pobawić się z nim w krzewach, gdzie gałązki były cieńsze, ale mocne i gęste. Tam bez problemu mógłby unieruchomić kota, a szamoczący się drapieżnik tylko pogorszył by swoją sytuację, raniąc się o ostrzejsze gałązki.
Smerf wykonał bardzo wysoki skok, pojawiając się nad zaspami śniegu i wskoczył na pierwszy lepszy krzew, po czym wykonał serię zwinnych skoków między gałązkami. Za sobą słyszał satysfakcjonujące odgłosy, które oznaczały, że Klakier dał się zaciągnąć w pułapkę. Jednak sytuacja okazała się jeszcze lepsza, niż początkowo sądził. Kocur nie utknął na dobre, ale za to na horyzoncie pojawił się lis. Drapieżnik poruszał się powoli, na ugiętych kończynach, zapatrzony w Klakiera.
Pracuś schował się na tyle, na ile mógł w krzewie i obserwował. Klakier potrzebował chwili, by zauważyć lisa, nim ten zdążył rzucić się na niego z zębami. Biedne kocisko pisnęło w przerażenia i w nagłym napływie adrenaliny zdołało uwolnić się z gałązkowego labiryntu. Kot rzucił się do ucieczki, a lis pognał za nim, nie zwracając najmniejszej uwagi na Smerfa.
Blondyn odetchnął z ulgą, po czym rozejrzał się. Okolica robiła się ciemniejsza z każdą chwilą. Chłopak z niepokojem zorientował się, że słońce zdążyło już zniknąć za linią horyzontu.
Sasetka z niepokojem wpatrywała się w niebo, z którego słońce zniknęło kilka minut temu. Ruda wychylała swoją głowę z kryjówki tak dyskretnie, jak tylko potrafiła. Jeżeli nie wrócili do zachodu, dziewczyna miała pełne prawo, by zacząć się martwić. Poza tym bardzo chciała opuścić kryjówkę i rozpocząć poszukiwania wbrew słowom Farmera.
Smerfka owinęła się ciasno peleryną i rozejrzała z wolna, wykonując pierwsze niepewne kroki w śniegu. Miała wrażenie, że z każdym mrugnięciem powiek świat staje się o jeden odcień ciemniejszy, co tylko wzmagało jej wewnętrzną panikę.
Wiał lekki, ale zimny wiatr, kołysząc delikatnie gałęziami drzew, na których rozsiadły się sowy i puchacze. Latające drapieżniki obserwowały okolicę, hucząc głośno. Sasetka obawiała się, że wezmą ją za dobrą kolację zamiast jakiegoś gryzonia, a nie miała szans w ucieczce przed sowami.
Dodatkowo, rudowłosa bała się odezwać, ponieważ tylko zwróciłoby to uwagę wszystkich stworzeń w zasięgu jej głosu, a nie miała pojęcia, kto jeszcze czai się w okolicy. Odkąd wieczna zima spowiła cały znany jej świat, przyroda przestała być Smerfom tak przyjazna, jak niegdyś. Każde zwierzę mogło być wrogiem, jeżeli chciało, więc trio unikało kontaktu ze wszystkimi mieszkańcami lasu, zwierzętami gospodarskimi oraz udomowionymi, tak na wszelki wypadek.
Ostrożnymi krokami przemierzała zaspy śnieżne, nasłuchując i rozglądając się. Bez gwałtownych ruchów, powoli i niepewnie stawiała stopy. Śnieg trzeszczał pod jej niewiele ważącym ciałkiem, odgłos wydawał się być nieznośnie głośny przez panującą w lesie ciszę, przerywaną jedynie co jakiś czas.
Nowy śnieg zdążył zasypać ślady sprzed zmroku, właściwie to opady przybrały na sile na tyle, że ślady za Sasetką bardzo szybko się zacierały.
- Na zasypane zaskrońce - wydukała Smerfka, obejmując się ramionami. Być może chłopcy byli w pobliżu i nie mogli odnaleźć właściwej drogi? - Halo?! - zawołała, lecz odpowiedziało jej jedynie echo. - Chłopaki! Gdzie jesteście?!
Po kilku minutach marszu i nawoływania dziewczyna zwiesiła głowę, pociągając nosem. Zasady był jasne, skoro Farmer i Pracuś obiecali wrócić przed zachodem i nie wrócili, stało im się coś złego. Problem polegał na tym, że Smerfka nie miała pojęcia, co mogło im się przytrafić, gdzie są i czy w ogóle jeszcze żyją.
Jej rozpaczliwe nawoływania dotarły jednak do uszu kogoś, kto dobrze ją znał. Kiedy Sasetka oddalała się coraz bardziej od kryjówki, drżąc z zimna i przerażenia, bystre ślepia obserwowały każdy jej ruch, a ich właściciel bezszelestnie podążał za nią krok w krok.
- F-F-F-Farmerze! - kontynuowała Smerfka, kierując się, a przynajmniej tak jej się wydawało, w stronę chaty Gargamela. - P-P-P-P-Pracusiu!
Dzięki księżycowi w pełni dziewczyna mogła obserwować swój cień, który rozlewał się na śniegu przed nią. Cień drżał niemniej niż ona, ale coś tu było nie tak. Po chwili obserwacji pojawił się większy cień, padając na jej postać i połykając jej własny cień.
Bicie jej serca nabrało na prędkości i sile, aż rozbolała ją cała klatka piersiowa. Jak w zwolnionym tempie Smerfka odwróciła się, najpierw samą głową, potem resztą ciała.
Żółte ślepia Klakiera wpatrywały się w swoją ofiarę. Kocur wyglądał na wściekłego, z jednego ucha leciała mu krew. Drapieżnik obnażył ostre zęby i prychnął agresywnie, zmuszając Sasetkę do wykonania kilku spanikowanych kroków w tył. Łzy, które ruda dzielnie powstrzymywała przez pewien czas, teraz ruszyły na wyścig wzdłuż jej policzków.
- Pomocy - zająkała się niepewnie, kiedy jej plecy dotknęły kory jakiegoś drzewa.
Była w potrzasku, to było pewne. Wyszła po zachodzie słońca i oddaliła się kryjówki. Farmer i Pracuś byli Smerf wie gdzie i nie mieli pojęcia, że ich podopieczna miała zostać za chwilę rozszarpana na strzępy przez Klakiera.
- Na pomoc! - krzyknęła wreszcie w nadziei, że ktoś postanowi ją jednak ocalić.
Jej nogi straciły nagle czucie i dziewczyna usiadła w śniegu, kuląc się i wyczekując najgorszego. Klakier podniósł łapę i wysunął pazury, otwierając coraz szerzej pysk.
Ani kocur, ani Sasetka nie spodziewali się śnieżki, która trafiła drapieżnika prosto w głowę, tuż za zranionym uchem. Kocur syknął ze wściekłości i odwrócił głowę w stronę, z której nadleciała kulka śniegu.
Kilka metrów dalej, na powalonym drzewie, stał Pracuś i podrzucał w dłoni kolejną śnieżkę, gotowy ponownie obrzucić kota śniegiem. Jego poważny wyraz twarzy informował kocura, że Smerf nie żartował i przybył ocalić rudowłosą Smerfkę.
- Pamiętasz mnie jeszcze, sierściuchu? Zapoznałem cię z pewnym lisem. Pytał o ciebie przed chwilą - warknął blondyn i rzucił w Klakiera kolejną śnieżką. - Powiedział, że chętnie pożuje teraz twoje drugie ucho!
Kot uniknął tym razem śnieżki, wydał z siebie zdziczały pisk i rzucił się w stronę Pracusia. Ten natychmiast zniknął w śniegu, by odciągnąć kota jak najdalej od Sasetki oraz ich kryjówki.
Sasetka nie wiedziała, czy ma odetchnąć z ulgą, czy zamartwiać się o los Pracusia. Nie miała jednak zbyt dużo czasu do namysłu, ponieważ znikąd pojawił się Farmer i szarpnął ją za pelerynę, zrywając na równe nogi. Bez słowa złapał ją za rękę i pociągnął za sobą, kierując się biegiem w stronę kryjówki. Dziewczyna jeszcze nie mogła czuć się bezpiecznie, od szatyna biła aura takiej wrogości, że spodziewała się co najmniej linczu za opuszczenie schronienia.
Farmer wepchnął ją brutalnie do środka.
- Zostań tu - warknął i wybiegł na mróz.
Nie miał czasu użerać się w tej chwili z nieposłuszną Smerfką. Pracuś prowadził Klakiera coraz dalej od ich kryjówki, ale również coraz dalej od chaty Gargamela i ogólnie znanej im okolicy. To mogło się skończyć tragedią, szatyn musiał działać i myśleć szybko, aby ostatecznie Pracuś wrócił bezpiecznie do domu.
Zdesperowany Smerf pobiegł na skróty. W świetle księżyca widział ze wzniesienia Klakiera, który siedział Pracusiowi na ogonie. Nie było szans, aby ich przegonił lub skrzyżował z nimi drogę, był na to stanowczo za wolny. Ale musiał próbować, ponieważ od tego zależało przeżycie ich wszystkich.
Pracuś ponownie starał się wprowadzić Klakiera w ciasną przestrzeń, w której kocur mógłby się zaklinować na wystarczająco długo, aby Smerf oddalił się i wrócił bezpiecznie do kryjówki. Niestety, drapieżnik nie był aż taki głupi, drugi raz nie dał się nabrać na tę sztuczkę.
Blondyn zaklął cicho pod nosem, wyskakując zza krzewu. Pech tak chciał, że wyskoczył prosto na urwisko i ześlizgnął się z niego, po czym wylądował na zamarzniętym jeziorze. Klakier skoczył ze wzniesienia tuż za spadającym Smerfem, jednak przed tym zdążył zahaczyć o jakąś gałąź, ponieważ na lodzie znalazł się bardziej poharatany, niż kilka minut wcześniej. Wydawało się też, że stara się nie stawać na jednej ze swoich tylnych kończyn.
Obaj przez chwilę zajęci byli sobą, usiłując utrzymać równowagę na gładkiej tafli lodu. Farmer ostrożnie kucnął i rozpoczął powolną wędrówkę w dół wzniesienia. Nie spuszczał przy tym zamarzniętego jeziora z oczu, jakby obawiał się, że gdy spuści z niego wzrok choć na sekundę, stanie się coś złego.
Klakier zaparł się pazurami i na drżących łapach powoli podniósł się do pozycji stojącej. Kiedy znalazł odpowiednią pozycję i zbalansował poprawnie swoje ciało, powrócił nienawistnym spojrzeniem do swojej ofiary. To było wystarczającą motywacją dla Pracusia, aby natychmiast zebrał się na nogi i pognał przed siebie po lodzie. Niestety, tutaj przewaga kocura diametralnie wzrosła i, choć Klakier poślizgnął się w tym samym momencie, zamachnął się potężnie łapą, która wraz z pazurami uderzyła z dużą siłą w plecy Smerfa, spychając go z drogi.
Rudy drapieżnik upadł wtedy na jeden bark, na którym prześlizgał się przez resztę jeziora, aż wypadł na brzeg i uderzył nieszczęśliwie zranioną tylną kończyną o korzeń jednego z drzew.
Blondyn zaś pod wpływem uderzenia w połowie leciał nad lodem, w połowie ślizgał się po nim, zbaczając z wcześniejszego kursu, by ostatecznie wpaść w jedną z zasp śnieżnych, pozostawiając za sobą ciemny ślad.
Obserwujący całe zajście Farmer wstrzymał oddech na widok śladów cieczy, która przerażająco przypominała mu krew. Nagle zapominając o swoim bezpieczeństwie zbiegł szybko z urwiska i pobiegł w kierunku, w którym Pracuś zniknął między zaspami. Szatyn przystanął jedynie na chwilę, kiedy dostrzegł zbierającego się na łapy Klakiera. Kot utykał już na dwie łapy, spojrzał na Smerfa jeden raz, jakby zmieszany, po czym powoli pokuśtykał w stronę chaty Gargamela.
Biorąc to za znak poddania się, Farmer odetchnął z ulgą, po czym pokonał te ostatnie metry, dzielące go od Pracusia. Nim zdołał tam dopiec, blondyn zdążył wygrzebać się spod śniegu i stanąć chwiejnie.
- Pracusiu! - krzyknął Farmer, biegnąc w jego stronę. Szatyn powtarzał sobie w głowie, że wszystko było w porządku, ale stan stojącego przed nim przyjaciela mówił mu zupełnie co innego.
Smerf w niebieskich spodniach kulał, starając się jak najmniej ruszać prawym biodrem. Ale nie to niepokoiło Farmera najbardziej. Rozdarta peleryna, na której powstała powiększająca się ciemna plama, a ciemne krople spływały w dół i barwiły śnieg pod stopami Pracusia. Słaby blask księżyca pozwalał jednak na zidentyfikowanie koloru jako ciemnoczerwony.
Chłopcy nie zamienili ze sobą słowa w drodze powrotnej. Blondyn napierał swoim ciałem na Farmera, oszołomiony, obolały i słabnący z każdą chwilą przez utratę krwi i mroźną pogodę. Walczył bardzo ze sobą, aby nie poddać się i nie zasnąć. Z zaciśniętymi zębami uparcie brnął z szatynem do kryjówki.
W kryjówce Sasetka wstała z ziemi, kiedy tylko dorośli wtargnęli do środka. Farmer był wściekły, co było dobrze zauważalne. Szybko pomógł Pracusiowi osunąć się spokojnie na ziemię, po czym natychmiast dopadł do Sasetki. Złapał ją za ramiona i spoliczkował, po czym potrząsnął gwałtownie.
- Chcesz nas pozabijać?! - wrzasnął, gromiąc ją srogim spojrzeniem. - Kazaliśmy ci zostać w kryjówce! Nie rozumiesz po smerfowemu?! Dlaczego nie słuchasz, co się do ciebie mówi?!
Na początku rudowłosa była w zbyt wielkim szoku, aby zareagować na to w jakikolwiek sposób. Dopiero, gdy Farmer przestał tarmosić ją jak lalkę, dziewczyna ponownie się rozpłakała.
- Przepraszam! - pisnęła spanikowana. - Długo nie wracaliście i myślałam, że coś wam się stało! Nie chciałam, żeby komuś stała się krzywda! Naprawdę!
- Ale stało się! I to wszystko twoja wina! Gdybyś siedziała grzecznie w kryjówce, jak ci kazałem, nie doszłoby do tego!
Nie tylko Sasetka płakała, dorośli sami zalewali się łzami, odreagowując niebezpieczną sytuację. Frustracja Farmera zaczęła opadać dopiero po kilku minutach głuchej ciszy. W tym czasie biedna Smerfka wycofała się w kąt i usiadła, przyciskając kolana do klatki piersiowej. Wiedziała, że Farmer miał rację, to przez nią Pracuś był ranny.
Szatyn przejechał dłońmi po twarzy, wzdychając ciężko.
- Mogłabyś chociaż poprawnie przeprosić - mruknął ponuro.
Następne minuty spędzili w ciszy, żadne nie zwracało uwagi na pozostałych. Pracuś i Sasetka nie ruszyli się nawet o centymetr, podczas gdy Farmer krzątał się po kryjówce. Rozpalił ognisko na środku izby, po czym zabrał duży garnek ze sobą i wyszedł na zewnątrz. Nie zawracał sobie głowy podaniem liczby, nie miał siły myśleć w tej chwili. Nabrał szybko dużo śniegu i wrócił do środka. Powiesił garnek nad ogniskiem i zabrał ze sobą następny.
Minęły kolejne minuty, nad ogniskiem zawisły cztery garnki. Szatyn pochylił się nad klęczącym Pracusiem i ostrożnie zdjął mu pelerynę, a następnie odpiął szelki i zabrał sweter, pozostawiając jego górną połowę ciała nieodzianą.
Jego i Sasetki oczom ukazały się rany szarpane, biegnące wzdłuż prawej łopatki i ramienia. Blondyn otulił się rękami, drżąc z zimna i wycieńczenia. Wyglądał na spłoszonego i złego, złego na siebie, że dał się dorwać kotu.
Farmer wyciągnął z jednej z jamek dość pokaźny patyk i wymoczył go porządnie w jednym z garnków. Następnie to samo zrobił z jedną ze szmatek, po czym wykręcił ją i zawiązał w supeł na jednym końcu kija. Patyk oparł ostrożnie o ścianę i zostawił na później. Wszystkie garnki postawił na ziemi.
- Woda nie jest gorąca, ale jest odpowiedniej temperatury - powiedział cicho, stając nad Pracusiem.
Kiedy drugi Smerf kiwnął lekko głową, obserwując go kątem oka, szatyn wylał mu na plecy zawartość jednego z garnków. Pracuś syknął ostro, zaciskając oczy i zęby, pozwalając kilku łzom na wydostanie się spod jego powiek. Farmer powtórzył to samo z drugim garnkiem, starając się nie reagować na dyskomfort przyjaciela. Czuł się okropnie w tej sytuacji, ale wiedział, że to nie było w połowie tak okropne jak następna rzecz, jaką zamierzał zrobić.
- Nie możemy tego po prostu opatrzyć, te rany są zbyt rozległe - stwierdził, sięgając po ręcznik. Najostrożniej, jak tylko potrafił, wytarł ciało Pracusia. Ręce mu się trzęsły na myśl o tym, co planował zrobić następnie. - Przepraszam - mruknął, kiedy blondyn syknął z bólu. - Będę musiał wypalić ci te rany - powiedział słabszym głosem, który łamał się przy każdej sylabie.
Sasetka zaszlochała cicho, zakrywając twarz dłońmi. Ogon Pracusia zwinął się w kłębek, była to jedyna oznaka jego niepokoju. Poza tym Smerf trzymał się dzielnie, kiwając ponownie głową.
Zapomniany na chwilę patyk znów znalazł się w rękach Farmera. Smerf wyciągnął z jednej jamki krótszy patyk, przemył na szybko w wodzie, po czym podsunął Pracusiowi pod nos. Ranny Smerf wsadził patyk do ust, przygryzając lekko.
Szmatka na końcu kija została zanurzona w płomieniach. Farmer przyglądał się utworzonej przez siebie pochodni, zamyślony. Kątem oka widział jak Sasetka przykłada dłonie do uszu. Dziewczyna nastawiała się psychicznie na okropny zabieg. Z jakiegoś powodu nie potrafiła jednak oderwać od chłopców wzroku. Jej umysł nakazywał jej patrzeć, jakby dziewczyna podświadomie chciała się w ten sposób ukarać za złamanie zakazu.
- Przepraszam - szepnął Farmer, pochylając się nad drżącym Pracusiem. Nie przedłużając, zbliżył płomień do rany i przycisnął.
Mniejszy patyk niewiele dał. Po starym drzewie rozniósł się potworny skowyt, wypełniony agonią. Żaden Smerf nigdy wcześniej nie wydał tak okropnego dźwięku, żaden Smerf nigdy wcześniej nie słyszał podobnego odgłosu.
Sasetka przyciskała dłonie do uszu z taką siłą, że zdawało jej się, jakby za chwilę miała zmiażdżyć sobie czaszkę. Nic nie pomagało jej w zagłuszeniu krzyków Pracusia. Ona przynajmniej siedziała daleko w kącie i mogła próbować chociaż blokować dźwięki. Biedny Farmer nie miał takiej możliwości.
Szatyn czuł się obrzydliwie, celowo zadając ból towarzyszowi. Nie pomagała mu myśl, że robi to dla ich dobra. Zjechał pochodnią niżej, odsłaniając wypaloną część jednej ze szram. Nie wyglądało to profesjonalnie, ale na pewno nie wyglądało najgorzej. Skóra stopiła się i zrosła, miejscami niestety doszło do poważnych spaleń, których nie można było uniknąć.
Jedno było pewne, to było najgorsze pół godziny ich życia.
Ognisko zatrzeszczało niewesoło, kiedy ogień został nakarmiony zniszczoną peleryną i swetrem. Nie było sensu udawać, że nadawały się one do zaszycia i dalszego użytku. Co prawda, Farmer mógł je porozcinać i przerobić na przydatne szmaty, ale pomyślał, że widok fragmentów obu części garderoby zbyt często przypominałby o całej tragedii.
Smerf wrzucił do ognia również i pochodnię, a także mały patyk, na którym pozostały ślady po zębach Pracusia. Jedno spojrzenie na drugiego Smerfa sprawiało, że chciał płakać. Nigdy nie będzie w stanie wyrzucić z pamięci tego obrazu. Pochodni we własnej dłoni, przyciskanej do ciała przyjaciela. Jego krzyków, płaczu, przerażenia, bólu, cierpienia.
Czuł na sobie spojrzenie Sasetki. Teraz, gdy było już po wszystkim, miał wyrzuty sumienia, źle czuł się z faktem, że ją uderzył i tak ostro potraktował. Oczywiście, że postąpiła nieodpowiednio, złamała zakaz i wpakowała ich w kłopoty, ale zrobiła to, bo się martwiła. Nie mogła przewidzieć, że stanie się coś złego, ponieważ po raz pierwszy polała się krew.
Kiedy spojrzał w jej kierunku, ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Dziewczyna pociągnęła nosem, wydała dziwny cichy odgłos i odwróciła się do niego tyłem, przyciskając czoło do ściany. To jedynie zabolało Farmera bardziej. Rozumiał, że rudowłosa potrzebuje czasu, pozwolił jej więc spędzić tę noc w kącie.
Westchnął ciężko i odsunął się od ognia, bliżej ściany, podniósł z ziemi swój koc i przyczołgał się obok skulonego w kłębek Pracusia. Chciał położyć się blisko, aby było mu cieplej, lecz nawet blondyn nie wykazywał chęci bliskości.
- Wolałbym, abyś dzisiaj nie spał obok - szepnął drżącym głosem, nie odwracając nawet głowy w kierunku Farmera.
Szatyn zmarszczył brwi, czując kolejne ukłucie w sercu. Jego oczy szkliły się od łez, podobnie jak oczy Pracusia, ale żaden o tym nie wiedział. Chłopak odsunął się niechętnie, szanując decyzję blondyna. Sam nie chciałby spać obok siebie tej nocy.
Zajmując miejsce w pewnej odległości od swoich towarzyszy, lecz pozostając między nimi, Farmer zawinął się w koc i położył głowę na ziemi. Miał przeczucie, że tej nocy nikt w kryjówce nie zmruży oka.
Inspiracją był odcinek: "Nicpoń i Wielka Księga Zaklęć"
Jeżeli znajdzie się ktoś bardziej zainteresowany tym one-shotem i alternatywną historią, chętnie napiszę i opublikuję całą historię.
Uwagi:
W opowiadaniu Smerfy wyglądają inaczej, niż oryginalnie. Nadal są to małe istoty, ale mają bardziej ludzką budowę ciała, a także długie uszy podobne do elfich, ale nie do końca elfie, spłaszczone nosy podobne do Na'vi z Avatara, włosy (Farmer = brązowe włosy, Pracuś = jasne blond włosy), pełne ubrania i długie ogony, podobne do ogonów kotowatych bądź małpiatek.
Postanowiłam utworzyć inne słowo opisujące żeńską formę Smerfa, ponieważ słowo "Smerfetka" jest jednocześnie imieniem dla postaci i dziwnie mi jakoś używać go do opisu "samicy" Smerfa. I tak powstało słowo Smerfka.
