Pierwsza połowa września 2063
Na uniwersytecie Clark w Atlancie był początek roku akademickiego. Ciepła i słoneczna pogoda była na tyle zachęcająca, że dwóch studentów, w oczekiwaniu na następne zajęcia, siedziało na trawie z włączonymi tabletami i otwartymi notatnikami. Jeden z nich pochylał się nad leżącym na trawie zeszytem i robił zadania, pilnie zapisując obliczenia, natomiast drugi opierał się o drzewo, z rękami założonymi za głową i rozglądał uważnie po otoczeniu. W pewnym momencie wyprostował się i wychylił do przodu, przechodząc do siadu tureckiego i opierając dłonie przed sobą.
- Don, zobacz, jaka laska! Pierwszy raz ją tu widzę! – powiedział półgłosem, wskazując głową na studentkę idącą około 150 stóp od nich.
Rzeczony Don podniósł wzrok znad tabletu i spojrzał we wskazanym przez towarzysza kierunku. Ujrzał tam dziewczynę z różowymi włosami do ramion, ubraną w luźne granatowe szorty sięgające połowy uda, wciągnięty w nie biały t-shirt i biało-niebieskie trampki. Wyglądało na to, że ich usłyszała, bo spojrzała w ich kierunku na chwilę, ale później wzruszyła ramionami i poszła dalej, poprawiając dużą szarą torbę zwisającą jej z prawego ramienia.
- Całkiem ładna, ale co w związku z tym? – odwrócił się do kolegi, który dalej patrzył za studentką.
- Nie chciałbyś się za nią zabrać? Myślę, że pasowalibyście do siebie! – powiedział z entuzjazmem, spoglądając na niego znacząco.
- Znowu próbujesz mnie swatać, Jake? – Don się zirytował. To była piąta dziewczyna, na którą zwrócił jego uwagę odkąd dwa tygodnie wcześniej zaczęli nowy semestr. – Poza tym skąd wiesz, że jest wolna? Sam powiedziałeś, że jej nie znasz!
- A skąd ty wiesz, że nie jest? – przyjaciel się nie poddawał – Z resztą nawet jeśli, to nie ma takiego wagonu, Don… Przydałaby ci się dziewczyna, bo od rozstania z Rose strasznie zdziadziałeś, a masz dopiero 24 lata!
- Zamknij się! – Don wyraźnie się zdenerwował - Mam teraz inne sprawy na głowie, niż romansowanie. Jesteśmy na magisterce i zależy mi na skończeniu jej z przyzwoitym wynikiem, a później znaleźć dobrą pracę! Mam kredyt do spłacenia i nikt mi w tym nie pomoże!
- Jak uważasz. – Jake spochmurniał, przypominając sobie o tym, że rodzice przyjaciela zmarli, a dziadkowie nie mogli mu znacznie pomoc. - Wybacz. Też się zabiorę za te zadania.
Druga połowa listopada 2063.
Ostatnie zajęcia tego dnia dobiegły końca. Różowo-włosa dziewczyna przerzuciła torbę z tabletem i zeszytami przez ramię i spojrzała na zegar smartfonu – cyfry układały się w godzinę 15:20.
Teoretycznie powinna się ucieszyć, bo przed sobą miała dużo wolnego czasu, ale zamiast tego ciężko westchnęła. Tego dnia nie miała ani zajęć klubowych ani żadnych ciekawych planów, więc jedyne co ją czekało to powrót do pustego mieszkania, a w nim samotne popołudnie i wieczór. Na towarzystwo nie miała co liczyć, bo po pierwsze, przez upór rodziców, mieszkała sama a po drugie wszyscy, których mogła zaprosić, mieli własne zajęcia. Gdyby chociaż mieszkała w akademiku…
- Mayka! – nagle przy lewym uchu ostry żeński głos i się wzdrygnęła. – Co tak stoisz? Musimy iść! Wszyscy już wyszli, wykładowca na nas patrzy!
- Przepraszam, Liz – spojrzała w brązowe oczy przyjaciółki, która stała przed nią w rozkroku i opierała dłonie na biodrach. – Zamyśliłam się.
- Zdążyłam zauważyć – powiedziała, niedbale poprawiając swoje długie falowane ciemnobrązowe włosy, po czym bez ostrzeżenia ruszyła do wyjścia, mijając zniecierpliwionego profesora Browna. Maya pobiegła za nią.
Szły szerokim jasnym korytarzem ozdobionym gdzieniegdzie doniczkowymi roślinami, mijając po drodze innych studentów, gdy przyjaciółka odwróciła do niej głowę i przyjrzała się jej uważnie.
– Myślałaś o kimś konkretnym? – zapytała ciekawskim głosem, a Maya zamrugała szybko.
- Skąd pomysł, że o kimkolwiek myślałam? – zdziwiła się, a Liz wzruszyła ramionami.
- No wiesz, jest piątek, wczesne popołudnie, więc pomyślałam, że tak jak ja, idziesz na randeczkę.
- Ale ja nie mam chłopaka, Liz. – zauważyła chłodno. Znały się dopiero od kilku tygodni, ale już zdążyła usłyszeć od niej kilka komentarzy, które przyprawiły ją o ból głowy. Oczywiście wszystkie z nich dotyczyły płci przeciwnej.
- A nie podoba ci się któryś? Trochę tego towaru chodzi w okolicy. – drążyła koleżanka, obracając się wkoło z wyciągniętymi ramionami.
- Nie zastanawiałam się nad tym! –Maya przewróciła oczami - Na razie byłam zajęta poznawaniem uczelni. To jest jeszcze nowe miejsce dla mnie. Ciebie to nie interesuje?
- Dzielę swoje zainteresowania w zależności od okoliczności – zaśmiała się Liz. – Teraz myślę o dzisiejszym wieczorze. Tobie też polecam taką odskocznię.
- Dobra, dobra – mruknęła i zbiegła w dół schodów, do których właśnie dotarły a później skręciła do szatni, z której odebrała swoją zimową ramoneskę z czarnej ocieplanej skóry. Chwilę później obok niej stanęła Liz, która przyszła po jej ciemnoszary, sięgający kolan płaszcz.
- Dobra, Mayka. Ja lecę do akademika, bo muszę się przygotować na spotkanie z Robem! – powiedziała jej przyjaciółka, dopinając ostatni guzik płaszcza - Buźka i miłego popołudnia – cmoknęła ją w policzek i ruszyła w stronę dziedzińca.
- Dzięki, Liz, baw się dobrze! - odprowadziła przyjaciółkę wzrokiem do czasu, aż wybiegła z budynku, po czym przystanęła i narzuciła na siebie kurtkę. Nie zapięła jej jednak, bo wpadła na pomysł, żeby pójść do biblioteki, która znajdowała się dwa budynki dalej. Nie był to w prawdzie najbardziej wyszukana destynacja, ale skoro i tak miała się uczyć do zimowej sesji, wolała to zrobić wśród innych osób.
Gdy po trzech minutach była na miejscu od razu weszła do swojej ulubionej, ozdobionej mnóstwem zielonych roślin sali i rozejrzała się wokoło. Pomieszczenie było duże, ale tym razem wszystkie stoliki z ciemnobrązowego drewna były zajęte. Spora część z nich była dosunięta do siebie, co świadczyło o tym, że siedząca przy nich grupa studentów zabrała się do wspólnej nauki albo projektu. Było słychać ich przyciszone głosy, kiedy wymieniali się pomysłami i spostrzeżeniami.
Jedyne dwa wolne krzesła zobaczyła przy stoliku w prawym rogu z tyłu sali, lecz i tam ktoś siedział. Zawahała się, ale nie chciała szukać dalej, dlatego powoli podeszła w tamto miejsce.
- Przepraszam! – powiedziała ściszonym głosem, patrząc na siedzącego tam czarnowłosego chłopaka w grafitowej bluzie, który na przemian czytał coś na tablecie i robił notatki w zeszycie. Gdy ten podniósł głowę, rzucając na nią pytające spojrzenie, dodała – Tylko to miejsce jest wolne, mogę się dosiąść?
Przez jego twarz przeszedł nieodgadniony grymas, ale nie zaprotestował.
- Jasne, to żaden problem, siadaj – odpowiedział i z jeszcze większym zapałem zajął się pisaniem, a Maya odsunęła ostrożnie krzesło, i na nim usiadła.
Przyjrzała się chłopakowi. Wyglądał na nieco starszego od niej, a ponadto dziwnie znajomo. Dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że go kojarzy. Widziała go już wiele razy i najczęściej miało to miejsce właśnie tutaj, w bibliotece. Pomyślała, nie bez podziwu, że musi to być bardzo ambitny i pracowity człowiek, skoro tak poważnie podchodzi do obowiązków, ale zostawiła te spostrzeżenia dla siebie.
- Jestem Maya – przedstawiła się, opierając głowę na dłoniach i patrząc na niego z ciekawością. – Maya Thompson.
Chłopak podniósł wzrok i spojrzał na nią zaskoczony, jednak szybko odpowiedział.
- Don Wei. Miło mi.
Maya uśmiechnęła się, dalej mu się przyglądając i przechyliła lekko głowę.
- Wei? To chyba chińskie nazwisko – zauważyła. – W liceum znałam jedną dziewczynę, która tak się nazywała.
- Mój dziadek pochodzi z Chin. – wyjaśnił krótko, ignorując jej dalsze słowa i ponownie pochylając się nad zeszytem. – I wybacz, ale jestem zaj… muszę to skończyć.
- To ciekawe – powiedziała, zbita z tropu, po czym dodała – Miło cię poznać Don, już ci nie będę przeszkadzać. Udanej nauki.
- Dziękuję, wzajemnie! – usłyszała tylko, gdy wyciągała z torby tablet i zeszyty.
Don siedział przy stole w bibliotece i zawzięcie zapisywał najważniejsze pojęcia z makroekonomii, potrzebne mu do zbliżającego się egzaminu. Starał się skupić na tym całe swoje myśli, ale obecność tej dziewczyny skutecznie mu w tym przeszkadzała.
Dosiadła się do niego pół godziny po tym, jak tutaj przyszedł i gdy tylko do niego zagadała, zupełnie wytrąciła go z rytmu. Miała taki przyjemny głos… A wcześniej tak dobrze mu szło.
To nie tak, że miał do niej pretensje, ale… Problem był taki, że ta dziewczyna wzbudziła jego zainteresowanie już w chwili, gdy Jake zwrócił na nią jego uwagę. Od tamtego czasu widywał ją dość często i choć ciężko było mu się do tego przyznać, ta dziewczyna z każdym takim przypadkowym spotkaniem podobała mu się coraz bardziej. To dzisiejsze tylko wszystko spotęgowało. Tyle, że on miał studia do zaliczenia, był w trakcie pisania pracy magisterskiej, to na tym musiał się teraz skupić. I tu pojawił się kolejny problem.
A więc miała na imię Maya - imię równie piękne jak ona sama. Jej oliwkowa skóra promieniała w padającym z okna świetle, a bordowy kolor jej oczu nie mógł wyjść mu z myśli, skutecznie odciągając go od nauki. Don starał się temu przeciwstawić i skupić na notatkach, ale poległ i zamiast ponownie zająć się makroekonomią, podniósł wzrok w jej kierunku.
- Coś się stało? – zapytała cicho, zwabiona jego spojrzeniem, a Don lekko poczerwieniał na twarzy.
- Nie, nic! – odpowiedział, wbijając wzrok w blat i nerwowo sięgnął po telefon. – Muszę iść.
- To chyba nie przeze mnie? – Maya wbiła w niego wystraszone spojrzenie, jednak nic nie odpowiedział, tylko poszedł szybkim krokiem do wyjścia.
- Do zobaczenia! – pomachała mu niemrawo. Poczuła się nieswojo. Chłopak nie zaprzeczył po jej pytaniu, więc na pewno był na nią zły, że mu przeszkodziła.
Wstała od stołu i również zebrała swoje rzeczy. W tym momencie o nauce nie było mowy, dlatego uznała, że wróci tu jutro. Teraz postanowiła pójść do najbliższego baru serwującego grzane wino i tam poczytać jedną z zapisanych na tablecie powieści. Westchnęła cicho i wyszła z sali.
