Tytuł: Zstępując
Oryginalny tytuł: Coming Down
Autor: rainbowdracula
Zgoda na tłumaczenie: Czekam
Tłumaczenie: Lampira7
Beta: Tazkiel
Link: /works/7285990
Anima część 3: Zstępując
Matt był pewien, że budynek mieszkalny Petera był przykrywką do prania pieniędzy, ale mieścił się niedaleko od kampusu, a czynsz za kawalerkę nie był straszny. Jasne, metraż był minimalny, ale zdjęcia Spider-Mana nie były najpewniejszymi źródłami dochodu. Budynek był jednym z wielu w dzielnicy studenckiej, pełnej starych samochodów i młodych ludzi. Tak więc czarne BMW stojące przed jego budynkiem sprawiło, że Peter zatrzymał się.
— Dziwne — mruknął, po czym wbiegł po schodach.
Peter skręcił za róg do swojego mieszkania, szukając kluczy, kiedy spojrzał w górę - to był zdecydowanie Tony Stark oparty o jego drzwi. Peter zamarł.
Stark uśmiechnął się do niego szarmancko.
— To twoje mieszkanie?
Peter zastanawiał się, dlaczego to nie był najdziwniejszy moment w jego życiu i obwiniał za to Matta.
— Tak?
— W takim razie mam dla ciebie propozycję! — powiedział Stark. Peter zmrużył oczy.
— Mam bratnią duszę — powiedział, otwierając drzwi. — Aby wszystko było jasne między nami.
— Nie mam żadnych planów, co do twojej cnoty, młody człowieku — odpowiedział Stark, wchodząc przez drzwi do pokoju Petera.
Parker potarł swój znak, idąc za nim.
Stark oglądał zbiór zniszczonej elektroniki na kuchennym stole Petera, jego wzrok wędrował ku zdjęciom młodzieńca i Matta na ścianie.
— Przystojny facet — stwierdził Stark. — Twoja bratnia dusza?
— Zakładam, że nie chodzi jedynie o moje podanie na staż w dziale biotechnologii — powiedział sztywno Peter krzyżując ramiona na piersi.
Stark oparł się o rozklekotany stół Petera.
— Właściwie nie wiedziałem, że złożyłeś podanie o staż, więc nie — odpowiedział. — Chodzi bardziej o te zdjęcia Spider-Mana, które robisz takie dobre.
Stark wyciągnął telefon i otworzył olśniewające zdjęcia Spider-Mana zrobione przez Petera pod dziwnymi kątami. Młodzieniec zamarł.
— Pochodzimy z tej samej dzielnicy — skłamał Peter. — Uratował mnie przed napadem. Pomaga mi.
— Racja — stwierdził Stark i wskazał na zdjęcie Matta. — Wiesz, ta sprawa z superbohaterstwem to tylko morderstwo dla związku.
Nie wiesz nawet połowy - pomyślał z wisielczym humorem Peter.
OoO
— Porozumienia z Sokovii zapobiegną niepotrzebnej utracie życia z powodu działalności nieuregulowanych, nadludzkich istot…
— Teraz to wszystkie nadludzkie istoty, nie tylko Avengers? — mruknął Matt.
W kuchni Peter podniósł wzrok znad mytych naczyń.
— Wiesz, że eksperci w telewizji cię nie słyszą? — drażnił się Peter. — Nie każdy ma dziwaczne, super zmysły.
Matt nie odpowiedział.
Matt miał mały telewizor w kącie swojego salonu z doskonałym systemem nagłośnienia, który istniał niemal wyłącznie po to, by dostroić się do wiadomości. W tej chwili pokazywał przedstawicieli ONZ dyskutujących o Wakandzie i Avengers oraz o rzucającej się w oczy nieobecności Kapitana Ameryki. Peter nie wiedział, dlaczego Matt ich ogląda, ponieważ przez połowę czasu był z tego powodu wściekły.
Peter odłożył gąbkę i poszedł do salonu. Położył ręce na ramionach Matta, ugniatając jego napięte mięśnie.
— To niebezpieczny precedens — powiedział Matt. — Dlaczego nie ujawnili przynajmniej w prostych słowach, co to oznacza dla wszystkich oczarowanych nimi jednostek? Jaki komitet ONZ będzie to nadzorował? Jak będą decydować, co jest ważne i nieważne?
Peter owinął ramiona wokół szyi Matta, kładąc policzek na czubku głowy Matta.
— Ważne jest również, aby ludzie, którzy mogą sami zmierzyć się z całym zespołem SWAT, nie mieli wolnej ręki we wszystkim — mruknął Peter. — Nie wszyscy z nas są tak prawi jak Kapitan Ameryka.
Matt chwycił Petera za przedramię.
— Nie tak trzeba to zrobić. Nie ufam słowom, które oni wypowiadają. A jeśli doprowadzi to do jakiegoś nadużycia? Obowiązkowych testów?
Peter przeczołgał się po sofie i usiadł obok Matta, pocierając kciukami jego szczękę.
— Boisz się tego?
— Tak — odpowiedział Matt. — Wiem, że… są ludzie z umiejętnościami, którzy nie planują ich używać i nie należy ich do tego zmuszać.
— Chcą tylko nadzorować Avengers — powiedział Peter. — Nie wszystkich z nas.
Matt przyciągnął Petera do swojego boku, ciesząc się bliskością. Ich więź wciąż się tworzyła, surowa i świeża, a kontakt "skóra do skóry" pomógł postrzępionym nerwom Matta.
— Na razie — powiedział ponuro Matt.
Peter odsunął się, patrząc na niego pytająco.
— Czy pewne przepisy byłyby naprawdę aż takie złe, Matt?
OoO
— O czym mówisz? — zapytał Peter, krzyżując ramiona i wiercąc się.
Stark przejrzał swój telefon i wyświetlił kilka filmików z Youtube, na których były różne akcje Spider-Mana.
— Słuchaj, dzieciaku, żaden z nas nie jest głupi — powiedział Stark. — Przy okazji, ładny kostium. Bardzo profesjonalnie wyglądający. Znasz faceta? I ta sieć! Czy pochodzi z jego organizmu czy…?
Peter spojrzał na zdjęcia Matta na ścianie i wziął głęboki oddech.
— Nie mam pojęcia, czego chcesz — powiedział spokojnie Peter. — Ale teraz to nie jest dobry czas.
Stark westchnął.
— Słuchaj — powiedział bez ogródek. — Jesteś bystrym dzieciakiem, który chce postępować właściwie. Obecnie muszę aresztować ludzi, którzy potrafią stawić czoła jednostkom armii i wygrać. Zmierzyłem się z jednostkami wojskowymi i wygrałem. Potrzebuję niewielkiej pomocy. Odrobinkę pomocy. W Niemczech.
Peter nie był pewien, czy to był słaby żart czy nie.
— Nie mogę… nie mogę po prostu pojechać do Niemiec, Iron Manie. Mam dużo… rzeczy, z którymi muszę się tutaj uporać.
— Rzeczy? — zapytał Stark. — Nie możesz jechać do Niemiec z powodu rzeczy?
Peter jęknął, pocierając kark.
— To skomplikowane.
OoO
— Nie widzisz pełnego obrazu, Peter. To jest śliskie zbocze i dobrze o tym wiesz. Wkrótce będą szturmować Hell's Kitchen i…
— Tylko dlatego, że twoja wina trzyma cię odrobinę w ryzach, nie oznacza, że wszyscy będą zachowywać się tak samo jak ty!
— To nie ma z tym nic wspólnego i dobrze o tym wiesz.
Byli na przeciwległych końcach mieszkania Matta. Peter stał tyłem do okien, a Matt poruszał się jak wzburzony tygrys, chodząc dookoła i zaciskając dłonie w pięści. Peter położył swoje na biodrach.
— Naprawdę? Nie sądzisz, że twoja skłonność do poświęceń nie wpływa na twoje zachowanie? — zapytał Peter.
Matt poruszył ramionami.
— Och, jakbyś nigdy wcześniej nie grał męczennika. — Głos Matta ociekał jadem. — Myślisz, że te porozumienia cię ominą, Peter? Zaciągną cię przed kamery telewizyjne i postawią cię przed publicznym procesem. To wszystko to farsa.
— A ty tworzysz wymyślone teorie — odparł Peter. — Nie ma absolutnie niczego w tych porozumieniach, które opisują coś takiego.
— I ty o tym wiesz? Nie umieścili żadnych fragmentów dokumentów w internecie. Dotycząca ich tajemnica jest zbyt duża…
— Jakbyś miał prawo mówić o tajemnicach — powiedział Peter.
— Czy nagle jestem jedynym zamaskowanym strażnikiem w pokoju? — zapytał Matt. — Jesteś młody, nie rozumiesz…
— Co?
OoO
Niemcy okazały się lotniskiem i Kapitanem Ameryką i człowiekiem, który bardzo przypominał Bucky'ego Barnesa, ale absolutnie nie mógł nim być, ponieważ Peter miał plakat, na którym ich dwójka przytulała się po uwolnieniu Barnesa wiele lat temu. Barnes i Rogers, lojalni do końca, z imionami wypalonymi w ich sercach.
O wiele łatwiej było skupić się na łamaniu prawa.
Peter zakołysał się na swojej pajęczynie, delikatnej i cienkiej, starając się skupić na otaczaniu wszystkich. Nie na Mattcie, ani błysku złości i bólu na jego twarzy, kiedy Peter wyszedł z mieszkania, ani o czterodniowej ciszy i bólu w dole brzucha. Skupić się na walce. Kolesiu z metalowym ramieniem, który zdecydowanie nie był Buckym Barnesem. Na niesamowitych skrzydłach, które miał facet Jastrząb. Nie na Mattcie, nigdy na Mattcie, ani na workach pod oczami Kapitana Ameryki.
Kapitan Rogers walczył jak opętany pod osłoną grzeczności. Nie walczył, żeby zabić, ale była w nim coś, co sugerowało, że ledwo trzymał się w ryzach. Peter próbował owinąć go srebrną siecią, ale Rogers był jak skała i cała siła Petera nie była wystarczająca, aby go ruszyć.
Wtedy Rogers rzucił na niego kokpit samolotu.
— Skąd jesteś, dzieciaku? — zapytał zwyczajnie.
Wciąż nie była to najdziwniejsza rzecz, jaka przytrafiła się Peterowi.
— Queens — wydyszał Peter, podnosząc kokpit niczym Atlas dźwigający Ziemię.
Rogers uśmiechnął się smutno.
— Brooklyn — odpowiedział. — Masz bratnią duszę?
Peter pomyślał o pieści Matta wbijającej się w płytę gipsowo-kartonową, gdy drzwi mieszkania się zamknęły, z jego gardła wydobył się surowy, zduszony dźwięk.
— Mam nadzieję.
— Nie pozwól jej odejść — powiedział Rogers. — Ani przez minutę.
A potem odszedł. Zimowy Żołnierz przesunął się płynnie zajmując pozycję po prawej stronie Rogersa. Cholera.
OoO
Żebra Petera bolały, gdy huśtał się w nocy nad oświetlonym Manhattanem, zmierzając w pokręcony labirynt odległych zakątków Hell's Kitchen. Jego stopy wylądowały cicho na dachu budynki. Kilka przecznic dalej palił się samochód. Pod nim rozbrzmiewały dźwięki przemocy i roznosił się zapach krwi.
Spojrzał za krawędź dachu w ostre cienie zaułka, aby zobaczyć przebłyski czerwieni poruszające się między niektórymi gangsterami. To nie była walka - Daredevil poruszał się z ognistym gniewem, gdy wszyscy mężczyźni padali wokół niego. Peter i tak skoczył z budynku i dołączył do walki, zaciskając nogi wokół gangstera, pociągając go na ziemię.
Walczyli w milczeniu, aż wszyscy przeciwnicy padli. Daredevil odwrócił się na pięcie, wspinając się po schodach przeciwpożarowych. Peter ruszył za nim.
Matt stał w napięciu na rogu dachu. Peter podszedł do niego z niepokojem, pragnąc przesunąć palcami po szerokiej przestrzeni pleców Matta.
— Straciłem panowanie nad sobą — powiedział spokojnie Matt. — I przepraszam.
— W porządku — powiedział Peter. — W każdym razie ta walka była głupia.
Matt odwrócił się i wyciągnął rękę. Peter chwycił ją i szedł w jego ramiona, czując ciepło i bezpieczeństwo po raz pierwszy od wielu dni. Matt delikatnie dotknął jego twarzy, aż dotarł do szwu jego maski, aby ją podwinąć. Peter uniósł się na palcach, aby pocałować Matta, delikatnie i czysto, aż ten objął go w pasie, przyciągając go bliżej.
— Przepraszam — powtórzył Matt. — Tęskniłem za tobą.
— Ja również przepraszam — mruknął Peter. — Wcale mi się to nie podobało.
Peter cofnął się, poprawił maskę, ściągając ją w dół. Pociągnął Matta za rękę, po czym odskoczył. Matt uśmiechnął się trochę dziko i gonił go przez noc.
Ich pościg w kotka i myszkę poprowadził ich przez Hell's Kitchen, dachy i alejki, aż w końcu Matt złapał Petera w pasie przy wejściu na dach do jego mieszkania. Peter śmiał się i szarpał w uścisku, gdy Matt niósł go po schodach, stawiając go na ziemię dopiero w domu.
Peter zdjął swoją maskę, a potem Matta, który zdjął rękawiczki i osunął się na kolana przed Peterem. Podwijając górną część jego kostiumu, pocałował odsłoniętą, miękką skórę na jego brzuchu. Peter roześmiał się, pochylając się, by przycisnąć swoje usta do jego.
Matt wstał ponownie, przerzucając Petera przez swoje ramię. Młodzieniec wybuchnął bezradnym śmiechem, uderzając go w plecy. Matt zaniósł go do sypialni i do łóżka, zdejmując resztę ich odzienia, aż stykali się nagą skórą, nucąc z przyjemności i spokoju wynikającego z towarzystwa bratniej duszy.
Blada ręka Petera była zwrócona do nagłówka łóżka, a Matt pocałował wewnętrzną stronę jego łokcia, w górę ramienia i wreszcie całując nadgarstek Petera, wodząc językiem po kropkach i liniach oznaczających jego imię. Peter zadrżał i jęknął, podnosząc nogi, by zacisnąć je wokół talii Matta.
— Kocham cię — wymamrotał zdesperowany Peter.
Matt powędrował ustami z powrotem w dół ramienia Petera, przez jego ramię i szyję, kończąc swoją trasę namiętnym pocałunkiem złożonym na jasno czerwonych ustach Petera. Poruszali się razem, powoli i zmysłowo. Miasto na zewnątrz było przytłumione przez aksamitną noc. Peter odchylił głowę do tyłu, łapiąc powietrze, a jego dolna warga wysunęła się spomiędzy zębów Matta. Pierś mężczyzny zafalowała. Serce biło mocą jego uczucia.
— Peter — powiedział Matt niczym błogosławieństwo. Oparł ich czoła o siebie, nosy musnęły się o siebie. — Ukochany.
Peter przytulił Matta mocno, muskając palcami mozaikę blizn Matta. Poczuł łzy w kącikach oczu.
— Nigdy więcej nie chcę walczyć z tobą — oświadczył Pater, nieco niewyraźnie.
Matt roześmiał się, przesuwając ustami po jego kości policzkowej.
— Mam dyplom z kłócenia się — zauważył Matt. — To trochę trudne zadanie.
Peter wydął wargi, a Matt ponownie go pocałował. Sięgnął do szafki nocnej i podniósł lubrykant, pocierając kciukiem wrażliwy sutek Petera, wywołując u niego dreszcz. Matt ssał delikatną skórę na szyi Petera tworząc na niej malinkę. Jego ręka opadła, by okrążyć palcami wejście Petera.
Peter sapnął, gdy Matt zatopił w nim palce. Pochwycił penisa Matta. Mężczyzna jęknął i pocałował go w szczękę. Przez dłuższą chwilę unosili się w przeżywanych doznaniach, minuty mijały niczym piasek przesypujący się przez palce, gdy poruszali się razem. Głowa Petera odchyliła się do tyłu. Wpatrywał się w dziwne czerwono-różowe wiry farby w salonie, nie widząc kształtów. Matt był nad nim ekspansywny, pochłaniając wszystko i okrywając niczym koc. Peter przylgnął do niego, gdy to uczucie przetoczyło się przez niego tak jak fala. Palce jego wolnej dłoni przesuwały się po bliznach na plecach Matta, tak wyraźnych jak czerń jego imienia na nadgarstku Matta.
Matt sapał Peterowi do ucha, serce waliło mu w piersi, gdy ich piersi przylegały do siebie. Wyciągnął palce i usiadł, kładąc Petera na kolanach. Peter westchnął i przylgnął do niego, z nogami owiniętymi wokół talii mężczyzny, unosząc się do góry. Matt chwycił biodra Petera, w silnym i znajomym chwycie. Ustawił go tak, aby móc się w nim zatopić.
Peter sapnął, odrzucając głowę do tyłu. Matt wgryzł się w bladą skórę jego szyi, pozostawiając siniaka, gdy młodzieniec przycisnął się do jego miednicy. Starał zachować spokój. W końcu Peter był przy nim, zarumieniony, dyszący w zgięcie jego szyi. Biodra Petera poruszały się w bezradnych, małych, kolistych ruchach. Matt przytulił go mocno, całe ciało brzęczało z napięcia jak przewód elektryczny. Uniósł biodra, by napotkać Petera.
— Matt! — krzyknął Peter, desperacko próbując pocałować Matta.
Pocałunek zmienił się w dzielenie oddechu, gdy trzymali się razem. Matt zwiększył siłę swoich pchnięć, podczas gdy Peter opuszczał swoje biodra coraz szybciej. Matt jęknął, pozostawiając ślady na biodrach swojej bratniej duszy, podczas gdy paznokcie Petera zostawiły ślady na jego szerokich ramionach.
— Jesteś doskonały — oświadczył bez tchu Matt pociągnął Petera w dół, aż ocierał się o siebie. — Przepiękny…
Matt sięgnął między nich i chwycił erekcję Petera, głaszcząc ją w rytm ruchów ich bioder. Peter miauczał i jęczał, wijąc się i drżąc, gdy wciąż kręcił biodrami naprzeciw Matta, goniąc za swoją przyjemnością. Matt pocałował go w szczękę, niechlujnie i szorstko, a Peter dochodził, trzymając Matta w uścisku całego ciała, gdy przeżywał orgazm.
Matt pchnął Petera na łóżka, bezlitośnie wbijając się w niego jak młot pneumatyczny. Młodzieniec drżał z nadmiernej stymulacji. Matt wtulił nos w jego szyję, wdychając jego zapach. Z rykiem doszedł, przytulając Petera, który również do niego przywarł, z palcami w jego włosach. Oddychali wspólnym powietrzem, gdy dochodzili do siebie.
Matt wyplątał się z uścisku Petera, uspakajając go, gdy okrył go kołdrą. Wstał z łóżka po ręcznik, pozwalając sobie uspokoić się w łazience, zanim wrócił, by pomóc Peterowi oczyścić się.
Peter pociągnął Matta, by się położył i owinął się wokół niego jakby był ośmiornicą, wydając senny, cichy dźwięk. Matt roześmiał się i wtulił twarz we włosy Petera, naciągając na nich kołdrę. Peter zasnął niemal natychmiast, ale Matt był przytomny, ciesząc się jego ciepłem przez dłuższą chwilę.
— Również cię kocham — wyszeptał Matt z zamkniętymi oczami. Słodkim i poważnym tonem niczym w modlitwie.
