Promienie porannego słońca, które musiały przedrzeć się przez niedokładnie zaciągnięte — zapewne przez Bruce'a — zasłony, zatańczyły na twarzy Alfreda Pennywortha, łagodnie budząc go ze snu. Początkowo ich ciepło było przyjemne i rozleniwiające, ale kiedy dosięgnęły oczu mężczyzny, ten zmarszczył czoło i odruchowo odwrócił głowę. Ból pod czaszką zaatakował tak gwałtownie, że Alfred jęknął mimowolnie, przytomniejąc znacznie szybciej, niż by sobie tego życzył. Mimo to nie uniósł powiek, poruszył się tylko ostrożnie, by uniknąć rażącego światła, i zacisnął zęby, czekając, aż ból minie.
Nie zwykł wylegiwać się długo w łóżku, zazwyczaj wstawał tuż po dźwięku budzika, nieraz nawet przed nim. Dni spędzone w szpitalu i osłabienie organizmu skutecznie wywróciły jednak jego codzienną rutynę do góry nogami. Ostatecznie była to jego pierwsza noc we własnej sypialni, a zarówno Dory, jak i Bruce powtórzyli mu wczoraj kilkunastokrotnie, że nie życzą sobie widzieć go nigdzie poza sypialnią i ewentualnie łazienką, postanowił więc jeszcze dziś sobie pofolgować.
Skądś dobiegł go zapach kawy. Alfred wciągnął do płuc znajomy aromat, zbierając powoli siły, by zawołać z prośbą o filiżankę dla siebie. Zaraz jednak przeszło mu przez myśl, że Dory przecież nigdy nie piła kawy poza kuchnią, znajdującą się na innym piętrze, Bruce natomiast w ogóle nie pijał jej rano. Alfred zmarszczył brwi, zaintrygowany, i wreszcie zmusił się do otwarcia oczu.
A potem dostał zawału.
Tak przynajmniej przez chwilę mu się wydawało. Serce waliło mu jak oszalałe, przed oczami tańczyły mroczki — zupełnie jak tamtego wieczora na chwilę przed eksplozją, gdy dotarło do niego, co zawiera feralna przesyłka. Tym razem jednak na szczęście nic nie próbowało wybuchnąć mu w twarz. W ogóle nie działo się nic niepokojącego i kiedy Alfred powiedział to sobie w myślach głośno i wyraźnie, zdołał wreszcie wziąć kilka głębszych oddechów i opanować kołatanie serca.
Sprawca tego wszystkiego nadal stał kompletnie nieruchomo u stóp łóżka. Gdyby nie para unosząca się znad filiżanki, można by go było wziąć za upiorny posąg i przez głowę Alfreda przebiegła myśl, że chyba właśnie zrozumiał, jak reagują złoczyńcy z Gotham, gdy z mroku wyłania się sylwetka Batmana. Bruce nie miał oczywiście na sobie stroju człowieka-nietoperza. Kiedy tak stał z nieco zakłopotaną miną, na wpół skryty w cieniu, w rozdartych na kolanie dresach i t-shircie co najmniej o rozmiar za dużym, czekając najwyraźniej, aż Alfred się pozbiera, wyglądał raczej żałośnie niż upiornie. Mimo to jego całkowity bezruch miał w sobie coś dziwnie niepokojącego.
Alfred oczywiście nie zamierzał dać po sobie niczego poznać. Podejrzewał wprawdzie, że Bruce i tak musiał dostrzec jego pierwszą, niekontrolowaną reakcję, ale opanował się błyskawicznie i z wyrazem uprzejmej obojętności skinął swemu pracodawcy głową.
— Przyniosłem ci śniadanie — mruknął Bruce w ramach przywitania, zupełnie jakby to właśnie ta kwestia wymagała dodatkowego wyjaśnienia.
— Nie sądziłem, że w ogóle pamiętasz o istnieniu czegoś takiego jak śniadanie — odparł Alfred nieco kąśliwie, wciąż trochę jeszcze zły, że dał się tak przestraszyć. Zaraz jednak uśmiechnął się lekko dla złagodzenia swoich słów i ostrożnie zaczął podnosić się do pozycji siedzącej.
— Dory pamiętała.
Bruce w mgnieniu oka odstawił tacę i znalazł się tuż przy Alfredzie, ale ten zdecydowanie odtrącił jego pomoc, zdeterminowany, by zachować resztki godności. Nie był przyzwyczajony, by ktokolwiek, nawet Bruce, oglądał go w tym stanie — to nic, że ostatnie dni spędził w szpitalnej piżamie. Teraz znajdował się z powrotem w domu, w którym pracował jako kamerdyner, i mimo zdecydowanie bliższej niż służący–pan relacji łączącej go z młodym Wayne'em nie zamierzał przekraczać pewnych granic.
Kiedy po dłuższej chwili stękania i posykiwania wreszcie usiadł i umościł się wygodniej, nie miał już jednak dość energii, by dalej walczyć o pozory samodzielności Pozwolił więc Bruce'owi poprawić zsuwającą się poduszkę, a następnie postawić sobie tacę na kolanach. W pierwszej kolejności sięgnął po filiżankę i z błogim wyrazem twarzy pociągnął pierwszy łyk kawy.
— Tęskniłem za tym smakiem — przyznał, przymykając powieki.
Kiedy je otworzył, Bruce znów stał sztywno w nogach łóżka i Alfred z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami.
— Siadaj. — Wzrokiem wskazał na stojące nieopodal krzesło. — Dory przesadziła, nie zjem aż tylu tostów. Weź jednego. — Uniósł zachęcająco brwi, podsuwając talerz do brzegu tacy.
Bruce z pewnością znał go dość dobrze, by nabrać się na podobny fortel, jednak nie chciał chyba sprzeczać się z wiernym kamerdynerem, który w dodatku niedawno omal co nie zginął w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Dlatego tym razem bez protestu wziął jeden tost i zaczął skubać palcami jego brzeg, niespecjalnie skupiając się na tym, co robi. Alfred groźnie zmarszczył brwi. Napotkawszy jego spojrzenie, Bruce wyprostował się jak uczeń przyłapany na psocie i zdecydowanym ruchem włożył sobie do ust połowę tosta. Alfred uśmiechnął się z aprobatą i sam zabrał się do jedzenia.
— Na jakim etapie jest remont? — zapytał po dłuższej chwili, uporawszy się ze śniadaniem.
Sprawy Wayne Enterprises kontrolował na bieżąco, od kiedy tylko przekonał Bruce'a, by ten dostarczył mu do szpitala laptop. Natomiast o zniszczeniach, jakie powódź spowodowała w Wayne Tower, Bruce mówił mu niewiele i Alfred wciąż nie był pewien, czy to dlatego, że młody Wayne ma wszystko pod kontrolą i nie chce go martwić, czy może odwrotnie — nie chce go martwić tym, jak bardzo sobie nie radzi. Wiedział tylko, że ucierpiały głównie dolne partie, zajmowane przez firmę, podczas gdy część mieszkalna, położona na wyższych pietrach, pozostała nienaruszona, jeśli nie liczyć prywatnego holu wejściowego na parterze. Wiedział także, że zalana część budynku została już osuszona — Dory dość szczegółowo opowiadała mu o nieznośnie hałaśliwej ekipie pracującej nad tym zadaniem, której obecność w części prywatnej Wayne Tower doprowadzała ją do szału. Bruce napomknął także coś o wodzie stojącej nadal w podziemnej, tajnej części rezydencji, co nieco utrudniało Batmanowi działanie, ale ponieważ w szpitalu zwykle wokół kręciło się kilka pielęgniarek i salowych (szczególnie od kiedy po oddziale rozeszła się wieść, że ich pacjent jest „kamerdynerem tego Bruce'a Wayne'a"), ten temat dotychczas musiał poczekać.
— Wszystko ogarnięte, możesz odpoczywać dalej. — Bruce wzruszył ramionami.
Alfred popatrzył na niego podejrzliwie.
— Nie nazwałbym tego wypoczynkiem — wytknął i z odrobiną mściwej satysfakcji zauważył, że Bruce trochę się zmieszał. — Rozejrzałem się wczoraj po holu i muszę przyznać, że nie wygląda to źle, zwłaszcza kiedy człowiek przywyknie do zapachu — dodał nieco łagodniej. — A co z Batjaskinią? — Nie musiał nawet czekać na odpowiedź. Sposób, w jaki Bruce odwrócił wzrok, powiedział mu wszystko. Alfred westchnął lekko, potarł twarz dłonią i odszukał wzrokiem komputer. — Podaj mi laptop — poprosił. — Spróbuję wynająć jakąś pompę, na pewno jest na nie duże zapotrzebowanie, ale w końcu nazwisko Wayne nadal coś w Gotham znaczy.
— Coś — mruknął Bruce pod nosem, po czym potrząsnął głową, a włosy opadły mu na oczy, nadając mu jeszcze bardziej zmęczony wygląd. — Nie martw się o Batjaskinię, już nad tym pracuję. Większość wyposażenia udało się uratować, co się dało, przeniosłem wyżej, sama kryjówka jest już bezpieczna, tylko tunele są nadal zalane. Ale na razie muszę uważać na tę cholerną ekipę remontową. Kręcą się wszędzie, cały czas usiłują wleźć, gdzie im nie wolno, dlatego z osuszaniem wolę poczekać, aż się stąd zabiorą — wyjaśnił, siląc się na pogodny, a przynajmniej neutralny ton.
Alfred przyjrzał mu się bacznie, szukając jakiejkolwiek rysy, ostatecznie jednak uznał, że nic nie kryje się między wersami tej odpowiedzi, skinął więc powoli głową.
— Więc do niczego mnie nie potrzebujesz? — upewnił się.
Bruce zawahał się.
— Tak? — zachęcił go Alfred.
— Wydzwania do mnie jakiś makler. Frank Mac-coś-tam…
— MacTavish.
— Możliwe. Zajmiesz się nim? Jeśli dasz rade, oczywiście.
Alfred uśmiechnął się lekko.
— Dam radę, podaj mi tylko ten komputer. I poproś Dory o jeszcze jedną kawę.
— Na pewno powinieneś… — Bruce urwał i spojrzał na niego podejrzliwie.
— Jeśli chcesz rozmawiać o powinnościach… — Alfred posłał mu wyzywające spojrzenie.
Bruce zrejterował. już bez słowa.
W ciągu kolejnych tygodni Bruce sprawiał wrażenie zdeterminowanego, by pokazać Alfredowi, że panuje nad sytuacją, i mimo wrodzonej podejrzliwości kamerdyner musiał przyznać, że był nawet nieco pod wrażeniem zmiany, jaka zaszła w jego młodym pracodawcy w ostatnim czasie. Bruce nadal spędzał noce jako Batman, nie tylko jednak walcząc z przestępczością, lecz także pomagając zwykłym mieszkańcom Gotham powrócić do normalnego życia. Za dnia zaś osobiście nadzorował ekipę remontową, a nawet samodzielnie wybrał kolor ścian i zakupił nowe dywany — całkiem przyzwoite, zdaniem Alfreda. I choć kamerdyner podejrzewał, że chłopak konsultował się z Dory, to i tak w przypadku młodego Wayne'a był to przykład zaskakującego zainteresowania rodzinną rezydencją, nawet jeśli spowodowanego głównie troską o to, by robotnicy nie zaglądali tam, gdzie nie trzeba.
Od powrotu Alfreda do domu Bruce zaczął także interesować się mocniej — jak na siebie przynajmniej, czyli zakładając, że poprzeczka znajdowała się naprawdę nisko — sprawami firmy. Choć nadal bez większego entuzjazmu, zjawiał się jednak co rano w pokoju kamerdynera i, zdawszy raport ze swoich nocnych przygód, cierpliwie przeglądał podsunięte dokumenty i słuchał wyjaśnień o nowych sprawach do załatwienia, a nawet od czasu do czasu wtrącał coś od siebie. Zaangażował się także w pomoc finansową w odbudowie najbardziej poszkodowanych części Gotham, tak długo przynajmniej, jak nie wymagało to od niego wystąpień publicznych. Wciąż z ulgą przyjmował chwile, gdy Alfred ofukiwał go, żeby lepiej poszedł się przespać przed kolejną pracowitą nocą, jednak wyraźnie usiłował odciążyć choć odrobinę wciąż powoli wracającego do zdrowia kamerdynera i ten był mu za to wdzięczny.
Nawet to częściowe zaangażowanie Bruce'a, a także pomoc Dory, stanowczo pilnującej, by Alfred nabierał sił powoli i nie spędzał zbyt dużo czasu na pracy, sprawiły, że kamerdyner miał więcej czasu dla siebie niż kiedykolwiek wcześniej. Nie żeby był zadowolony z przymusowego wolnego — od kiedy tylko opuścił szpital i przekroczył próg Wayne Tower, w jego głowie natychmiast pojawiło się tysiąc mniejszych i większych kwestii, którymi już dawno trzeba się było zająć. Bruce zaś, mimo starań i zapewnień, że wszystko ma pod kontrolą, w rzeczywistości miał pod kontrolą nie więcej niż jedną trzecią spraw — choćby dlatego, że nie miał pojęcia o istnieniu pozostałych, a Alfred naprawdę nie miał obecnie dość sił, by usiłować mu wyjaśniać ich zawiłości. Co się dało, delegował więc na współpracowników, co było najpilniejsze, w miarę samopoczucia załatwiał od ręki, reszta zaś po prostu na niego czekała, piętrząc się stale rosnącymi górami — tak dosłownie, na biurku, jak i wirtualnie. Przyrzekł jednak Bruce'owi, że będzie się oszczędzać — prawdę mówiąc, i tak nie miał jeszcze dość sił na nic innego, wolał wmawiać sobie, że odpoczynek to jego decyzja.
Niemniej jednak w końcu udało mu się zarówno nabrać sił, jak i nadrobić trochę zaległości. Zatem pewnego ranka, korzystając z tego, że ekipa remontowa nareszcie zniknęła, a w budynku zapanowała błoga cisza, Alfred postanowił wybrać się na małą inspekcję. Zaczął od parteru, głównego i prywatnego holu wejściowego, następnie zajrzał do biur Wayne Enterprises. Część wyposażenia powróciła już na swoje miejsce, pozostałe sprzęty były zamówione i miały pojawić lada dzień, wyglądało więc na to, że wkrótce pracownicy wrócą na swoje miejsca, a powódź stanie się historią.
Nieco gorzej przedstawiały się piwnice — choć osuszone już z wody, wymagały jeszcze sporo pracy, która jednak musiała zaczekać. To tam, w najgłębszych zakamarkach niższego poziomu, Bruce ukrył bowiem tymczasowo to, co udało mu się uratować z Batcave. Odnawiał swoją kryjówkę sam, a prace posuwały się powoli, jako że Batman nie tylko był człowiekiem bardzo zajętym, ale także dopiero zdobywał nowe supermoce w zakresie inżynierii, remontów i architektury wnętrz. Dlatego też dopiero przedostawszy się do jednego z tajnych tuneli, Alfred po raz pierwszy naprawdę zobaczył, jak wiele szkód narobiła powódź. Tutaj w najniższych częściach woda nadal jeszcze stała i choć obecnie sięgała Alfredowi nie wyżej niż do kolan, była nieprzyjemnie zimna i niebywale brudna, mężczyzna był więc bliski pożałowania, że wybrał właśnie tę drogę. Chciał jednak mieć dokładniejsze wyobrażenie o stanie tuneli, brnął więc naprzód, uważając, by nie potknąć się o nic ani pośliznąć się na na mokrej stali starych szyn.
Nie był w Batjaskini od swojego powrotu, ale wiedział od Bruce'a, że cała przestrzeń, choć obecnie już osuszona, jeszcze niedawno znajdowała się pod wodą. Ślady tego spoglądały na niego z każdej ze ścian, nie mówiąc już o unoszącym się wszędzie wilgotnym, zatęchłym zapachu. Na środku stał jednak nowy stół, a na nim trochę elektroniki, w rogu majaczyły zaś sylwetki pojazdów. Właściciela tego wszystkiego nie było nigdzie widać, ale po krótkiej inspekcji Alfred stwierdził, że silnik motocykla jest jeszcze ciepły, co oznaczało, ze Batman musiał niedawno powrócić i zapewne udał się już na górę.
Mechanizmy zabezpieczające ukrytą windę prowadzącą bezpośrednio do pokoju Bruce'a na szczęście już działały, co stanowiło niezbity dowód, że młody Wayne wbrew pozorom dba o swoją wygodę. Alfred odczuwał już ogarniające jego wciąż osłabione ciało zmęczenie całą tą wyprawą, postanowił zatem wrócić na górę tą drogą, a okazji sprawdzić, co wydarzyło się ostatniej nocy i czy Bruce zapoznał się już z podsuniętymi mu poprzedniego dnia dokumentami.
Gdy Alfred wyłonił się z tajnego przejścia, Bruce był w łazience, a dźwięk płynącej wody sugerował, że młody Wayne bierze właśnie prysznic. Kamerdyner uważnie wytarł ubrudzone w tunelu buty, by nie uszkodzić dywanu, który natychmiast rzucił mu się w oczy — był nowy, większy o poprzedniego, w przyjemnym burgundowym kolorze. Wyglądało na to, że wyposażając świeżo wyremontowane biura, Bruce skorzystał z okazji, żeby poprawić nieco wystrój swoich prywatnych pomieszczeń. To nowe zainteresowanie otoczeniem stanowiło dobry znak. Alfred uśmiechnął się z aprobatą i, przeciąwszy pokój, usadowił się w fotelu naprzeciw drzwi łazienki. Miał nadzieję na małą zemstę za zawał, o jaki niemal nie przyprawił go młody Wayne jakiś czas temu. Zawiódł się jednak, bo Bruce na jego widok tylko obojętnie skinął głową, dowodząc, że musiał go wcześniej słyszeć, i ruszył w kierunku garderoby.
Kiedy jednak jego wzrok padł na mokre i ubłocone nogawki spodni kamerdynera, Bruce zatrzymał się i pytająco uniósł brwi. Przez głowę Alfreda przebiegła myśl, jak dziwnie niecodzienna była to sytuacja. Zwykle gdy spotykali się rano, to młody Wayne wyglądał, jakby pilnie potrzebował przebrać się i wykąpać.
— Ładny dywan — skomentował Alfred po chwili, pilnując, by jego ton był równie beznamiętny co reakcja Bruce'a.
Wayne odpowiedział oszczędnym wzruszeniem ramion, by chwilę później zniknąć za drzwiami garderoby.
Odpocząwszy już trochę, Alfred podniósł się z fotela i skierował w stronę stojącego pod ścianą biurka, na którym leżały niedbale rozłożone dokumenty. Znużenie w połączeniu z przemoczonym obuwiem zrobiły jednak swoje i mężczyzna poślizgnął się, łapiąc równowagę tylko dzięki pomocy nieodłącznej laski.
— Wszystko gra? — Bruce wychylił się z garderoby, naciągając na siebie ten sam powyciągany stary t-shirt co zwykle. Tym razem w jego głosie przebrzmiewała nutka troski.
Alfred wyprostował się błyskawicznie i końcem laski sięgnął do rogu dywanu, który przypadkowo zagiął. Chwilę potem zastygł na moment w bezruchu, a następnie zamiast poprawić dywan, odchylił go jeszcze mocniej. Pod spodem zabłyszczały litery namalowane srebrnym sprayem, układające się w znajomo brzmiące słowa. Alfred bez słowa odwrócił się i posłał Bruce'owi pytające spojrzenie spod uniesionych brwi.
Wayne ponownie wzruszył ramionami, nieco energiczniej niż poprzednio.
— Musiałem to sobie rozpisać — wyjaśnił.
— Nie słyszałeś o istnieniu papieru? — fuknął Alfred, pocierając końcem laski po drewnianej listwie, jakby liczył, że farba zacznie schodzić z parkietu.
— Za mały — odparł Bruce krótko.
— No to kredy? — Kamerdyner poddał się i przeniósł na swego pracodawcę poirytowane spojrzenie.
— A mamy w domu kredę? — zapytał Bruce po prostu.
Alfred prychnął głośno, co zdziałało przynajmniej tyle, że młody Wayne zaczął wyglądać na choć odrobinę zawstydzonego.
— Pozbędę się tego — zapewnił kamerdynera. — Tylko jeszcze nie miałem czasu.
Alfred westchnął ciężko i końcem laski opuścił skraj dywanu na właściwe miejsce.
— To dlatego kupiłeś ten dywan, prawda? — zapytał, choć dobrze znał już odpowiedź.
— Ale sam powiedziałeś, że jest ładny — wytknął Bruce obronnym tonem.
Alfred przymknął oczy i potarł dłonią czoło. To tyle, jeśli chodzi o nowego, dojrzalszego i bardziej odpowiedzialnego Bruce'a Wayne'a.
— Wiesz, rozbolała mnie głowa, chyba jednak wrócę do łóżka — mruknął i ciężkim krokiem ruszył w kierunku drzwi.
— Przyniosę ci śniadanie — rzucił za nim Bruce tonem, w którym udało mu się zawrzeć całą gamę uczuć, od troski i zawstydzenia, przez irytację, po nutkę buntu, a nawet bezczelności.
Alfred uśmiechnął się ciepło pod nosem, nie odwrócił się jednak od drzwi.
— Tylko najpierw zapukaj. Nie jestem dziś gotowy na więcej wstrząsów.
