A/n
Zanim opublikuję coś większego, wrzucam takie oto maleństwo, które znalazłam na dysku.
Kamienie
- Nie wierzę, że nikt tego nie widział - powiedział ponuro Artur. Leon spojrzał na niego
z rezygnacją, Gwen pokręciła głową.
- To mogło zrobić jakieś dziecko. Jestem prawie pewna. Przecież głównie dzieci się tak zabawiają. Ale nie sądzę, że uda się nam cokolwiek ustalić.
- Kręciło się tam kilku wyrostków - stwierdził Leon. - Jak zwykle zresztą. Jednak gdy przechodziłem, nic niepokojącego nie rzuciło mi się w oczy. Ci chłopcy byli bardziej zajęci drażnieniem kota.
Artur zacisnął dłonie w pięści. Robił dosłownie wszystko, by zapanować nad narastającym gniewem. Jeszcze chwila, a naprawdę straci cierpliwość i każe wychłostać połowę straży. Od czego oni do jasnej cholery są!? Powinni mieć oczy dookoła głowy, wiedzieć o wszystkim nie z plotek, lecz własnych obserwacji. A tym czasem nawet o tych dzieciakach mu nie powiedzieli, choć to oni, nie sir Leon, mają obowiązek zwracać na takie rzeczy uwagę.
- Kamieni było kilka - rzekł cicho Merlin. Stał w kącie, bledszy niż zwykle, właściwie niemal zielony na twarzy. - Panie… To, co zostało z czaszki tego chłopaka… - Głos mu się załamał, w kącikach oczu pojawiły się łzy. Wykonał taki ruch, jakby ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywał się od wybiegnięcia z komnaty.
- Potrafię się domyślić - uciął ostrym tonem Artur. - Widziałeś kogoś w pobliżu, gdy go znalazłeś?
- Nie. Zaczęło padać i pewnie dlatego nie było nikogo, kto miałby ochotę czymś jeszcze w niego rzucić.
- Dobrze. Wyjdź teraz. Idź do moich komnat i… zrób coś pożytecznego.
Merlin nie zapytał nawet, co konkretnie ma zrobić. Wyszedł ze spuszczoną głową, a Artur zaklął w duchu. Tylu ludzi się tam pałętało. Przecież łazili tam i z powrotem praktycznie przez cały dzień; rycerze, strażnicy, kupcy, służba, ale to akurat jego nieszczęsny sługa musiał zwrócić uwagę na pewien niepasujący element -krajobrazu, tkwiącego w dybach trupa z rozłupaną czaszką.
Sięgnął po puchar z wodą i wypił jego zawartość jednym haustem, próbując zapanować nad mdłościami. Wyobraźnię miał dobrą, aż za dobrą. Wiedział, że straszliwa wizja tego, co mogło się wydarzyć, dołączy do wielu innych, często prześladujących go po nocach.
- Panie - odezwał się Leon. - Wszystko w porządku?
- To mógł być Merlin - powiedział Artur, zanim zdołał ugryźć się w język. W sumie wcale nie chciał gryźć się w język. Chciał wbić do łbów wszystkim, do których to jeszcze nie dotarło, że dopuszczono się bestialskiego czynu. Chłopca skazano za drobne przewinienie, głupstwo. Podobnie, jak dawniej Merlina. I chłopiec zginął, bo jakiś zwyrodnialec postanowił okrutnie się zabawić. To mógł być Merlin. To mógł być on, za każdym razem, kiedy spędzał dzień w dybach. Na przykład po tym, gdy okłamywał dla niego króla. Zginąłby jak ten nieszczęsny chłopak, tak samo bezbronny wobec ciskającego kamieniami. Artur poczuł, że przechodzi go dreszcz, nie mający nic wspólnego z panującą w komnacie temperaturą. Gwen głośno wciągnęła powietrze.
- Przecież od bardzo dawna nie… - zaczął Leon i urwał. W jego oczach pojawił się błysk zrozumienia. Lekko skinął głową. Artur był mu szczerze wdzięczny.
- Co zamierzasz? - zapytała Gwen. Przypatrywała mu się z wyczekiwaniem. Był ciekaw o czym myśli.
- Przemówię do ludzi i jasno wyłożę, że nie ma przyzwolenia na takie postępowanie. A wyznaczeni strażnicy będą odtąd pilnować, czy nic nie wymyka się spod kontroli.
Gwen uśmiechnęła się z aprobatą.
Artur zastał Merlina tam, gdzie go wysłał; w swoich komnatach. Siedział na podłodze przy kominku i czyścił buty w ten okropny, przesadnie dokładny sposób, który zawsze oznaczał, że jest przygnębiony. Przynajmniej raz Artur mógł powiedzieć, że zna przyczynę.
- Wiem, że ludzie bywają okrutni - rzekł Merlin, nie podnosząc głowy. Artur zatrzymał się wpół kroku. Spodziewał się, że to on będzie musiał przerwać milczenie. - Widziałem sporo, ale to… To było inne. Zupełne lekceważenie… Całkowity brak poszanowania dla życia. Gwen wspomniała, że to mogły zrobić dzieci i wcale bym się nie zdziwił. Rzucają kamieniami w koty, albo ptaki, nikt nie reaguje, nikt im nie mówi, że to złe, więc potem... Potem rzucają w innych ludzi, których uważają za gorszych. To samo robią jako dorośli, tyle, że z jeszcze większą siłą, a ich własne dzieci biorą z nich przykład. Trzeba się temu przeciwstawiać, bo świat stanie się bardzo złym miejscem, jeśli nadal tak będzie.
Artur powoli podszedł bliżej. Nie pierwszy raz Merlin mówił o czymś, o czym sam wielokrotnie myślał. Nie pierwszy raz ubrał to w odpowiednie słowa, pomógł mu zrozumieć czego naprawdę pragnie dla swoich poddanych. Nie pierwszy raz stanowił powód, dla którego Artur dostrzegł coś, co dotąd wymykało mu się z pola widzenia.
Wyciągnął rękę i potarł ramię Merlina, starając się zawrzeć w tym geście wszystko, czego nie zwykł mówić. Gwen twierdziła, że powinien nauczyć się mówić o tym, co czuje osobom, na których mu zależy, ale nawet gdyby teraz chciał spróbować, byłoby tego za dużo.
- Co? - zapytał Merlin. W jego głosie pobrzmiewało zaskoczenie, upewniając Artura, że przekaz został właściwie zrozumiany. Idiota zawsze tak reagował. W końcu podniósł głowę i spojrzeli sobie w oczy; głęboko, serdecznie, z ufnością, jak przed jakimiś decydującymi wydarzeniami.
- Po prostu wolałbym, żebyś zostawił w spokoju moje buty, zanim porobisz w nich dziury. Jest przemówienie do napisania i... - Artur zerknął na stół, na którym stał dzban z winem. - I resztka wina do wypicia.
