O Zakazanym Lesie zawsze krążyło wiele legend. Na korytarzach Hogwartu można było usłyszeć najróżniejsze historie o stworach i bestiach zamieszkujących ten tajemniczy las. Podnieceni uczniowie Szkoły Magii i Czarodziejstwa prześcigali się w coraz to bardziej zwariowanych teoriach na temat mieszkańców pobliskiej puszczy. Niektórzy twierdzili, że w samym sercu lasu, tam gdzie drzewa rosną gęsto niczym włosy na głowie, można spotkać akromantule tkające swe skomplikowane sieci. Inny mówili, że w okresie pełni dochodzi ich uszu potworne, przyprawiające o gęsią skórkę wycie wilkołaka. Jeszcze kolejni przysięgają, że podczas lekcji astronomii dostrzegli smętne, lewitujące, czarne sylwetki z kapturami na głowach. Gdyby ktoś chciał zebrać wszystkie mity, którymi kolejne pokolenia uczniów Hogwartu chętnie dzielą się między sobą, dotyczące Zakazanego Lasu, wyszłaby mu sporej grubości księga, być może okazałoby się, że tuż pod Zamkiem zamieszkuje niemal cały podręcznik Opieki nad Magicznymi stworzeniami, dopełniony Wielkim Bestiariuszem.

Zakazany Las oprócz swoich stałych lokatorów, o których tak chętnie rozprawiali uczniowie, miał również gości . Zwłaszcza kilku z nich pojawiało się tam niezwykle regularnie, jakby byli prowadzeni astronomiczną precyzją. Podczas każdej pełni księżyca, czworo stworzeń odwiedzało magiczną puszczę. Zawsze ci sami, zawsze razem, a byli to – pies, jeleń, szczur i wilkołak. Ta osobliwa menażeria miała wyrobione już swoje stałe rytuały. Przechadzali się między drzewami, wbiegali na polany, przekraczali spokojne strumyki i zawsze wyglądali jak doskonali przyjaciele.

James uwielbiał wypady do Zakazanego Lasu, uwielbiał wolność, jaką wtedy czuł, uwielbiał, że były to wycieczki zarezerwowane tylko dla nich, że nikt nie miał wstępu do ich tajemnicy. Czasami odczuwał lekkie wyrzuty sumienia, że czuje radość w momencie kiedy jego przyjaciel przechodzi potworne katusze, jednak smak wolności i świeżego powietrza szybko rozwiewał ponure myśli. Tej nocy nie mógł się doczekać szczególnie, czuł, że potrzebuje odskoczni od coraz trudniejszego życia w Hogwarcie. Oprócz nauki spadły na niego nowe obowiązki Prefekta Naczelnego, a przecież był również kapitanem drużyny qudditcha. Jego relacje z Lily Evans też nie zdawały się posuwać w dobrym kierunku, do tego wszystkiego Syriusz wciąż narzekał, że James ma dla przyjaciół mniej czasu niż zwykle.

Pod postacią jelenia czuł się wyzwolony, nie tylko z murów zamku, ale również od własnych myśli i rozterek. Tak, wtedy James Potter był naprawdę szczęśliwy, naprawdę odpoczywał. Wiedział, że dla Remusa pełnie były znacznie mniej przyjemne, że on odbierał je całkowicie odwrotnie. Dla Lupina było to więzienie gorsze od samego Azkabanu, więzienie w którym był nieludzko torturowany i z którego nie było możliwości wyjścia. Zdawał sobie jednak sprawę, że ich wspólne buszowanie po lesie jest dla przyjaciela kroplą miodu w tej gorzkiej beczce dziegciu, dlatego był tak dumny, że udało im się zostać animagami dla przyjaciela.

Szczur siedział na imponujących porożach jelenia, w czasie gdy czarny pies biegał wesoło wokół wilkołaka, jakby zachęcając do zabawy. Na początku ich wspólnych wypadów James był przerażony, kiedy Syriusz tak jawnie prowokował wilkołaka, teraz jednak czuł jedynie rozbawienie i spokój. Do czasu. W pewnym momencie wilkołak wyprężył się nagle i pobiegł w stronę północy znikając w ciemności. James stanął jak zamurowany, spojrzał szybko na Syriusza i już podjął decyzję, aby biec za Remusem, jednak nie zdążył. Kątem oka zobaczył błysk zielonego światła i poczuł jak wszystkie jego mięśnie napinają się boleśnie, a sam nie może się nawet się poruszyć. Mroźne przerażenie paraliżowało jego ciało, był w całkowitym szoku, przecież to nie mogło być to zaklęcie, którego formuła tak złowieszczo dźwięczała w jego głowie. Odruchowo, nie myśląc nawet o tym, przywrócił swoją naturalną postać i czując, jak odzyskuje kontrolę nad swoim ciałem przybrał obronną pozycję, celując różdżką przed siebie. Sekundę później na miejscu psa stał już Syriusz, z takim samym napięciem i strachem na twarzy.

- To była avada? – zapytał Syriusz drżącym głosem.

- Nie wiem. – szybko odparł James. – Gdzie jest Peter? Hej, Peter pokaż się!

- Kurwa, a jeśli to jego trafiło? – Syriusz rozglądał się nerwowo po ciemnych kształtach, szukając niewidzialnego wroga.

- Nawet tak nie myśl! Peter, do jasnej cholery, pokaż się.

Jednak las milczał jak zaklęty. Słyszeli tylko oddalające się wycie wilkołaka. Panicznie zaczęli przeszukiwać ściółkę wokół nich z nadzieją rychłego odnalezienia przyjaciela, kiedy James usłyszał za sobą cichy jęk. Odwrócił się błyskawicznie celując różdżką w ciemne drzewo rozciągające się teraz przed nim.

- Peter to ty? Nic ci nie jest? – pytał cicho, obchodząc drzewo. Syriusz stał kilka kroków za nim, z najwyższym skupieniem osłaniając przyjaciela. Gdy końcem różdżki oświetlił postać znajdującą się za drzewem, zorientował się, że to nie jest Pettigrew.

Siedziała tam oparta o pień dziewczyna, ciężko oddychała, James szybko dostrzegł ślady krwi na jej dziwacznej koszuli. Dziewczyna podniosła wzrok na jego twarz. Teraz widział szmaragdowe oczy patrzące na niego z zadziornością i lekkim strachem. Nie wiedział co powinien zrobić. Dziewczyna wyglądała doprawdy nietypowo. Miała szare włosy zebrane w niedbały kok, ubrana była w lnianą koszulę pełną dziur i strzępów, brązowe skórzane spodnie również miała poprzecierane, a obcas jednego z wysokich butów wyglądał na pęknięty. Do tego miała na plecach miecz.

- Syriusz szybko, ktoś tutaj jest! – Nie do końca wiedząc co robi, padł na kolana i próbował zlokalizować ranę, z której mogła ciec krew. Dziewczyna wstrzymała go stanowczym gestem dłoni, James nie śmiał się temu sprzeciwiać w takiej chwili.

- Co do…? – Syriusz stanął za Jamesem przyglądając się nieznajomej. – Kim jesteś? Co tutaj robisz?

Dziewczyna podniosła twarz, aby spojrzeć na Syriusza, dzięki czemu James mógł dostrzec długą bliznę szpecącą jej lewy policzek.

- To… trochę długa historia. – odparła dziewczyna, a jej głos był cichy, lecz nie słaby. – Gdzie jestem?

- W Zakazanym Lesie. Pod Hogwartem. – odpowiedział James szacując, że dziewczyna była w wieku podobnym do nich.

- Cóż, niewiele mi to mówi. – Nieznajoma zaczęła się podnosić. Kiedy już stanęła na nogi wyprostowała się nagle jak sprężyna i położyła dłoń na rękojeści miecza. James podniósł szybko ręce w uspokajającym geście cofając się lekko i kątem oka widział, że Syriusz robi to samo. Nie zdążyli zapewnić, że nie zamierzają zrobić jej żadnej krzywdy, bo ich uszu dopadł wściekły ryk wilkołaka wyskakującego zza jednego z drzew. James już chciał zareagować, kiedy zobaczył jak dziewczyna szybkim, niemal niewidocznym ruchem dobyła miecza i jego ostrzem zablokowała pazury lecące wprost na Syriusza. Nieznajoma zsunęła klingę ze szponów Remusa i miękkim ruchem wyprowadziła cios w jego nogę. Lupin zawył wściekle, a rana w miejscu ugodzenia mieczem wyglądała jak wypalana żywym ogniem.

- Nie! To nasz przyjaciel, nie rób mu krzywdy! – wrzasnął przerażony James. Dziewczyna rzuciła mu szybkie spojrzenie pełne dziwnego wyrazu.

Wilkołak znów zaatakował, tym razem w nieznajomą. Wyglądała jakby tylko na to czekała. Płynnie uniknęła jego łapy i wykorzystując swoją chwilową przewagę, ugodziła go trzonkiem miecza prosto w podbrzusze. Remus zatoczył się lekko i spojrzał wściekle na szarowłosą. Walił dalej, na oślep, wiedziony instynktem i furią, a dziewczyna z gracją unikała każdego jego ciosu. James i Syriusz stali oniemiali obserwując ten fascynujący taniec. Z każdym kolejnym ruchem dziewczyna krzywiła się coraz bardziej. Potter szybko zrozumiał, że jej rana musi się otwierać, w tak zmożonym ruchu. Jeden unik był spóźniony o sekundę. To wystarczyło wilkołakowi, aby dosięgnąć jej nóg i z całym impetem wytrącić ją z równowagi. Nieznajoma upadła ciężko plecami na wilgotną ziemię. James już wypowiadał formułę zaklęcia, widząc, jak Lupin zbliża swoją paszczę do jej szyi, kiedy ponownie zobaczył blask zielonego światła, a dziewczyna nie leżała już przed wilkołakiem. Znikąd pojawiła się tuż za jego plecami i wyprowadziła błyskawiczny cios prosto w kręgosłup Remusa. Wilkołak upadł na cztery łapy z głośnym wrzaskiem wydobywającym się z pyska, a po chwili uciekł w głąb lasu skamląc jak raniony pies.

Stali jak wryci patrząc jak dziewczyna wbija miecz w ziemie, a następnie siada ciężko na mokrej ściółce. James pierwszy raz w życiu widział coś takiego, czuł, że brakuje mu słów, a nie był to dla niego normalny stan. Syriusz wyglądał podobnie, jakby ktoś go spetryfikował. Dziewczyna spojrzała na ich wymalowane szokiem twarze.

- Więc macie przyjaciela wilkołaka? Na pewno da się to odkręcić, jest wrażliwy na srebro, czyli to klątwa. – powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach, i dopiero te słowa wyrwały Syriusza z osłupienia.

- Kim jesteś i skąd się tu wzięłaś? – Zapytał Black, bo James dalej nie potrafił zebrać myśli po tym co zobaczył.

- Jak wspominałam, to dosyć długa historia, a ja nie jestem obecnie w swojej szczytowej formie. – Popatrzyła wprost na Syriusza, kładąc dłoń na swoim boku. – Wspominaliście coś o jakimś Hogwarcie…? To miasto? Przydałaby mi się niewielka pomoc. – dopiero teraz zdali sobie sprawę, że na jej ubraniu pojawiło się więcej krwawych śladów.

- Hogwart to szkoła. Możemy cię tam zaprowadzić, tam na pewno ci… - urwał, bo nagle obok nich zjawił się blady jak papier Peter. Z trzęsącymi się rękami schował się za plecami Jamesa.

- Peter! Gdzieś ty był do cholery? Myśleliśmy, że…

- Uciekłem kiedy Remus się zerwał, a potem widziałem jak… jak ona z nim walczyła. To było niesamowite!

Dziewczyna uśmiechnęła się dumnie i spróbowała wstać, jednak szybko znalazła się z powrotem na ziemi. Syriusz podszedł do niej wyciągając pomocną dłoń.

- Zabierzemy cię do skrzydła szpitalnego. – odparł James, kiedy Syriusz pozwolił dziewczynie oprzeć swój ciężar na jego ramieniu.

- Skrzydła szpitalnego? Nie, raczej nie jest aż tak źle. – uśmiechnęła się słabo. – Starczy kilka opatrunków i odrobina jaskółczego ziela, jeśli jakieś rośnie w okolicy. Z resztą sobie poradzę.

- Ee… nie jestem pewny czym jest to ziele, o którym mówisz. – odrzekł James, targając swoje włosy z zakłopotaną miną. – Ale nigdy nie uważałem specjalnie na zielarstwie. – dodał już z większą werwą.

- Poppy raz-dwa cię załata, tylko nie mam pojęcia jak my się z tego wytłumaczymy. – mówił Syriusz, wciąż wspierając dziewczynę.

Szli mijając milczące, ponure drzewa. James nigdy nie przepadał za ciszą, a ta była wyjątkowo niezręczna.

- Dzięki, że nie zrobiłaś krzywdy naszemu przyjacielowi, on... ma pewien problem, jak zauważyłaś. – powiedział w końcu, czując się podle, że ktoś poznał sekret Remusa.

- Drobiazg. Znam się trochę na… - jęknęła. -…wilkołakach.

James nie był pewien jak powinien to skomentować, a po minach swoich przyjaciół stwierdził, że mają podobny kłopot. Przed sobą widział już mury zamku, nie chcąc kontynuować tematu Remusa postanowił zmienić kierunek rozmowy.

- Przy okazji, jestem James, to Peter, a ten, który tak rycersko wspiera cię na swym ramieniu to Syriusz. – Peter pomachał nieśmiało wciąż drżącą dłonią, a Syriusz wyszczerzył dumnie zęby. – A ty jak masz na imię?

- Jestem… jestem Ciri.

- James, jesteś pewien, że to dobry pomysł prowadzić ją do skrzydła szpitalnego? – zapytał Peter, kiedy stali już pod jednym z sekretnych wejść do zamku, z których tak często korzystali.

- Przecież widzisz jak krwawi! Nie możemy jej tak zostawić. – mówił zdenerwowanym tonem James.

- Wiem, po prostu nie wydaję mi się, że nie uda nam się wyłgać z tej sytuacji. Pomfry od razu się zorientuje, że ma to związek z Remusem. – odparł unikając wzroku przyjaciela.

- Możecie się kłócić idąc? – powiedział groźnie Syriusz, czując jak dziewczyna zaczyna mu się osuwać w rękach.

Przeleźli przez wąski korytarz ukryty za jednym z pomników na parterze. Pomnik ten przedstawiał hybrydę człowieka i lwa, Jamesowi zawsze kojarzył się z samym Gryffindorem i kto wie, być może to właśnie sam założyciel szkoły wymykał się tym korytarzem, kiedy miał dość kłótni ze Slytherinem.

- Słuchajcie… - powiedziała po chwili Ciri. Jej głos był dużo słabszy niż jeszcze chwilę wcześniej. – Jeśli macie mieć przeze mnie jakieś kłopoty to sobie poradzę, naprawdę nie trzeba mi wiele.

- Kłopoty nie są w tej chwili ważne. Przecież krwawisz i to tak, że Filch będzie musiał szorować posadzkę cały dzień.

- I mam wrażenie, że zaraz przelecisz mi przez ręce. – dodał Syriusz. – Hej! Nie odpływaj mi tu!

Black potrząsnął lekko jej głową, a dziewczyna spojrzała na niego z lekką pretensją. Zwolnili krok, James nerwowo przyglądał się mapie z nadzieją, że dziś nie trafią na Panią Norris, Filcha, ani żadnego z duchów wybierających się na nocną przechadzkę. Po chwili Ciri znów odezwała się sapiąc ciężko.

- Wystarczą proste opatrunki, trochę ziół i jakiś alkohol. I odrobina pomocy później…

James spojrzał na napiętą twarz Syriusza, który tylko skinął niechętnie głową.

- Jak ona tu umrze to będzie twoja wina, Peter! – powiedział szybko James.

Przejście przez zamek zajęło im dużo więcej czasu niż zazwyczaj, pomimo korzystania z każdego skrótu jaki tylko znali. James przyłączył się do Syriusza przytrzymującego ranną dziewczynę i teraz to Peter szedł z mapą, sprawdzając czy droga jest wolna. Wyglądało na to, że nawet ona niedoszacowała powagi swojej rany. Z każdą chwilą wyglądała coraz gorzej. Stali już kilka stopni przed portretem Grubej Damy, kiedy James wyjął swoją pelerynę niewidkę i zarzucił ją na ramiona Łapy i Ciri. Peter ostrzegł go, że w pokoju wspólnym ciągle siedzi Lily Evans, a przez głowę Pottera przeszła myśl, że ma dziś wyjątkowego pecha.

Zignorował karcące słowa Grubej Damy. Stara śpiewka, ile to już razy ten portret narzekał, że budzi ją w środku nocy? Teraz to bez znaczenia, musi jakoś wyłgać się Evans, a potem zająć się tą Ciri.

W pokoju wspólnym było ciemno i cicho, nawet w kominku zamiast wesołych płomyków zobaczył czarną ziejącą dziurę. Starali się przekraść najciszej jak potrafią, jednak coraz bardziej bezwładne ciało Ciri nie ułatwiało im tego zadania. James szedł ostatni, zamykając pochód i już stał na pierwszym stopniu schodów prowadzących do dormitorium, gdy usłyszał za sobą cichy głos z nutą strachu.

- Kto tu jest?

Westchnął tylko i zszedł na dół licząc, że reszta jak najszybciej znajdzie się w dormitorium.

- To tylko ja, Evans. Czemu nie śpisz w swoim pokoju? – odparł pocierając oczy pod okularami.

- Mogłabym cię zapytać o to samo, Potter! – w kominku zapłonął ogień, dzięki czemu James mógł zobaczyć jej potargane, rude włosy.

- Zasnęłaś nad książkami, przyznaj się. – powiedział szczęrząc się zadziornie.

- Potter! Jesteś Prefektem Naczelnym, a łamiesz regulamin włócząc się nocą po zamku? – łypała na niego groźne, a James zauważył, że jej zaspane oczy są jakby bardziej matowe niż zwykle. A może to wynik słabego światła?

- Wręcz przeciwnie, ja go egzekwuję. Patrolowałem korytarze dla większego bezpieczeństwa. – odparł z dumną miną.

- I ja mam w to uwierzyć? Serio, Potter? Mogłeś się bardziej wysilić.

James już miał się odgryźć, ale kątem oka dostrzegł jak Syriusz macha mu ręką spod peleryny i zamiast tego powiedział szybko:

- Masz rację, Evans. Ale tak się składa, że nie mam akutalnie zbyt wiele czasu, więc pozwól, że oddalę się na zasłużony spoczynek.

I ruszył szybko schodami na górę, nie zostawiając zdenerwowanej Lily nawet szans na odpowiedź. Wpadł do dormitorium, trochę zbyt gwałtownie, bo Peter aż podskoczył. Podszedł do Syriusza i razem położyli Ciri na łóżku Remusa, najostrożniej jak potrafili. Teraz, w znacznie lepszym świetle dokładnie mogli zobaczyć jak krew wsiąka w jej białą koszulę i grubymi kroplami skapuje na pościel. James błyskawicznie dopadł do kufra wyciągając stamtąd pierwszą-lepszą koszulkę i wcisnął ją Syriuszowi w ręce. Black od razu przycisnął materiał w miejscu, w którym zbierało się najwięcej krwi.

- Hej, Ciri. Słyszysz mnie? – patrzył przerażonym wzrokiem prosto w jej twarz bladą niczym kreda.

- Słyszę. – odmruknęła bardziej niż powiedziała.

- Czego dokładnie potrzebujesz?

- Yym… opatrunki, jaskółcze ziele, rumianek i… - zakaszlała, trzęsąc się boleśnie. -…alkohol. Może też być jakiś tłuszcz, zwykły olej, lub masło.

- Jak wygląda to jaskółcze ziele? – pytał gorączkowo James, z coraz większym strachem. Zastanawiał się czy na pewno dobrze zrobili zabierając ją tutaj zamiast do skrzydła szpitalnego.

- Takie zielone, podłużne listki, bardzo gładkie w dotyku, mają lekki cytrusowy zapach. - jej wzrok robił się coraz bardziej mętny. – Rosną niemal wszędzie, może w waszym świecie też…

Nie mieli czasu zastanawiać się nad sensem tych słów. Potter chwycił pelerynę narzucając ją sobie na ramiona i ruszył w kierunku drzwi.

- Przydałyby się też wronie oczy. To takie nasiona, podobne do żołędzi tylko ciemniejsze i bardziej okrągłe, ale jak ich nie znajdziesz to nie szkodzi. – dodała, kiedy James miał już wychodzić.

- Poszperam w składziku Slughorna, oby miał to o czym ona mówi. – rzucił w stronę Syriusza, chwytając klamkę. – Nie pozwól jej odpłynąć!

Wszedł na ciemne schody i pośpiesznie zbiegł do pokoju wspólnego. Zatrzymał się na moment widząc Lily gramolącą się na górę z głośnym ziewnięciem wydobywającym się z jej ust. Uśmiechnął się na ten widok, jednak szybko się zreflektował i popędził do dziury w potrecie.

Dopiero na korytarzu zorientował się, że zapomniał mapy. Trudno. Peleryna będzie musiała wystarczyć, zresztą nie spodziewa się spotkać nikogo ponad Panią Norris czy Filcha. Idąc długimi, krętymi korytarzami zamczyska zastanawiał się w co też znowu się wpakowali. Przyprowadzili nieznajomą, ranną dziewczynę do szkoły i zamiast zabrać ją do skrzydła szpitalnego, przemycili ją do swojego dormitorium, pomimo jej wciąż rosnącej plamy krwi na jej ubraniu i ich całkowitej ignorancji w kwestii magii leczniczej. Tak, myśląc o tym James był pewien, że umieściłby to zdarzenie wysoko na liście Najgłupszym Rzeczy Jakie Kiedykolwiek Zrobił.

Z zamyślenia wyrwał go dopiero cel podróży. Stanął przed drzwami do spiżarni, w której Profesor Slughorn trzymał swoje składniki do eliskirów. Wyszeptał cicho alohomora celując różdzką w zamek. Po otwarciu drzwi momentalnie poczuł duszny zapach różnorakich ziół, grzybów, porostów i wszelkich innych dziwacznych ingrediencji jakich używa się do przyrządzania magicznych mikstur. Zaczął nerwowo przetrząsać szkolne zapasy, powtarzając w myślach opis jaki podała mu Ciri.

Zielone, podłużne liście o cytrusowym zapachu – brzmiało w jego głowie jak mantra. Grzebał wszędzie. Półki, szuflady, regały. Każdy liść, który mógłby choć minimalnie odpowiadać opisowi sprawdzał po trzy razy. W głębi ducha przeklinał siebie za olewanie lekcji zielarstwa i eliksirów, przyrzekł sobie, że od teraz będzie bardziej się do nich przykładać. Przetrącił chyba połowę magazynku zanim trafił na coś, co idealnie pokrywało się z instrukcjami. Wziął jak najwięcej tych liści wpychając do kieszeni spodni. Teraz rumianek i tłuszcz. Z tym nie miał problemu, już po kilkunastu sekundach znalazł butelkę oleju słonecznikowego i pudełeczko pełne świeżego rumianku. Trzymał rękę na klamce, kiedy przypomniał sobie o jeszcze jednym składniku wymienionym przez Ciri. Zaczął się rozglądać w poszukiwaniu ciemnych kulek podobnych do żołędzi. Nie wiedział jak długo już tkwi w składziku, nie chciał tracić zbyt wiele czasu i kiedy już miał zrezygnować zobaczył na szczycie regału słoik z czymś co według niego pasowało do opisu. Chwycił słoik w dłoń i wybiegł na korytarz, zapominając o zamknięciu drzwi. Narzucił na siebie pelerynę i puścił się biegiem do dormitorium gryfonów.

Wleciał do pokoju z taką siłą, że niemal przewrócił się, zahaczając nogą o próg. Zdyszany podbiegł do łóżka Remusa, na którym leżała wciąż jeszcze przytomna Ciri. Rozrzucił wszystkie zebrane składniki pod nogami i uklęknął obok tamującego krwawienie Syriusza.

- No kurwa wreszcie! Już myśleliśmy, że nigdy nie wrócisz! – rzucił dosyć gniewnie Black.

- Wiesz jaki bajzel ma Slughorn w tym składziku? Następnym razem ty będziesz tam grzebać, cwaniaku! – odparował James

Syriusz chciał się odgryźć, ale przeszkodził mu kaszel dochodzący z łóżka. James szybko wrócił do siebie i z nieco maniakalnym wzrokiem spojrzał na Ciri.

- Mam wszystko o czym mówiłaś. Co mamy teraz zrobić?

Dziewczyna podniosła ciężkie powieki i tępym, nieobecnym spojrzeniem błądziła po ich twarzach. Syriusz wyglądał potwornie, James jeszcze nigdy nie widział go tak przerażonego. Peter schował się za łóżkiem, bojąc się choćby spojrzeć na potwornie bladą twarz dziewczyny. Dopiero po chwili, wzrok dziewczyny odzyskał nieco barwy i wyszeptała ledwie dosłyszalnie:

- Alkohol… do odkażenia ran…. – sapnęła ociężale. – z jaskółczego ziela i rumianku zróbcie… napar… taki do picia. Wronie oczy trzeba… zgieść na pył i… wsypać do ust.

- Peter! Dawaj szybko ognistą! – wrzasnął Syriusz w stronę przyjaciela. – Powinna leżeć pod moim łóżkiem, no pośpiesz się i nie panikuj, to nie ty się tu wykrawiasz!

Peter rzucił się w stronę syriuszowego łóżka z drżącymi dłońmi, ustami i nogami. Po drodze potknął się o rzucone niedbale buty Jamesa i z głośnym grzmotem wylądował na ziemi.

James nie miał czasu mu pomagać. Właśnie był pochłonięty przygotywaniem naparu według przepisu Ciri. Zamieszał już wszystkie składniki w gorącej wodzie i odstawił kubek na parapet, aby zioła dobrze się zaparzyły. Jednym zaklęciem zmienił żołędzio-podobne nasiona w proszek, który od razu wsypał do jej ust z pomocą Łapy.

- Napar niemal gotowy, co dalej? – zapytał zmieniając Syriusza w przytrzymywaniu nasiąkniętej krwią koszulki.

- Jeśli zostało jaskółczego ziela… ugniećcie go z olejem… powinna wyjść z tego maść. – mówiła z ustami zaklejonymi obrzydliwym, gorzkim proszkiem. - Wsmarujecie ją w… te opatrunki, zanim je założycie…

Syriusz od razu zabrał się do roboty. James z boleśnie napiętymi mięśniami przejął od Petera butelkę ognistej whisky.

- Mam już odkażać? – pytał drżącym głosem. Jeszcze nigdy nie był w takiej sytuacji.

- Najpierw… napar… pić – wychrypiała Ciri.

Peter ponownie wcielił się w rolę asystenta, tym razem podając Potterowi kubek z parującym naparem. James chwycił naczynie, przybliżając je ostrożnie do ust dziewczyny.

- Uważaj, jest gorące.

Ciri wypiła połowę zawartości, kiedy obok nich pojawił się Syriusz z gotową mazią. Potter oddał kubek Glizdogonowi i razem z Blackiem wzięli się do dalszej części opatrywania.

Najdelikatniej jak potrafił, zdjął z dziewczyny przesiąkniętą krwią koszule. Wszyscy trzej skrzywili się na widok, tego co zobaczyli pod spodem, a Peter dodatkowo osunął się na ziemię, jakby miał zemdleć. Na jej prawym boku była ogromna, czerwona rana, z której obficie ciekła krew. Wyglądała na niezwykle głęboką, nie chcieli nawet zgadywać, co mogło być jej przyczyną. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widzieli. Syriusz wbił szybko wzrok w twarz Ciri, byleby tylko nie patrzeć na te potworność. Na jej czole perlił się pot i Black przystawił dłoń, sprawdzając temperaturę.

- Zazwyczaj jak pozbawiam dziewczynę jej ubrania, okoliczności są nieco bardziej przyjemne. – powiedział nerwowym, drżącym głosem. – Ma gorączkę i to chyba wysoką. – dodał po chwili widząc, że nikt inny nie ma nastroju na żarty.

James nie odpowiedział. Zamiast tego odkorkował butelkę whisky i trzęsącą się ręką polał ranę na brzuchu dziewczyny, zaciskając nerwowo zęby, jakby to jego właśnie opatrywano. Krew wymieszana z alkoholem obficie plamiła białe prześcieradło. Ciri skrzywiła się z bólu i wierzgnęła nieco, Syriusz delikatnie przytrzymał ją za ramię.

- Może ta magia uzdrowicielska nie jest tak bezużyteczna jak myśleliśmy? – zapytał Black z wymuszonym śmiechem, który teraz jeszcze bardziej przypominał szczekanie psa.

Potter nie miał nastroju do rozmów, chciał teraz skupić się najbardziej jak był w stanie. Podniósł przygotowaną przez Syriusza maź i zgodnie z poleceniem wtarł w opatrunki, które wcześniej transmutował z pary spodni przyjaciela. Spojrzał jeszcze prosto w mętne oczy dziewczyny i pewnym, profesjonalnym ruchem przyłożył bandaż do rany. Ciri wykrzywiła twarz w grymasie bólu, jęknęła głucho i wygięła plecy w łuk. Gdyby nie silny chwyt Syriusza, spadłaby z łóżka z głuchym łomotem.

Oddech dziewczyny uspokoił się chwilę po tym, jak skończył obwiązywać ranę przygotowanym bandażem. Wyglądało na to, że zasnęła. Mieli nadzieję, że to dobry znak.

James i Syriusz opadli ciężko na podłogę, dysząc, jakby właśnie przebiegli maraton z Hagridem na plecach. Peter wciąż siedział blady w miejscu, w którym osunął się w momencie odsłonięcia rany. James jeszcze nigdy nie czuł się tak potwornie zmęczony, miał wrażenie, jakby wszystkie jego mięśnie zostały właśnie wyrwane z jego ciała. Spojrzał na Syriusza i obaj wyszczerzyli się do siebie.

- Chyba się udało. – Powiedział Potter, zerkając na śpiącą dziewczynę. – Może powinniśmy zostać uzdrowicielami? Wygląda, że mamy do tego naturalny talent.

- Może ty. – powiedział ze śmiechem Syriusz. – Ja nie chcę więcej przez to przechodzić. To nie na moje nerwy.

James zaśmiał się w odpowiedzi i klepnął przyjaciela w ramię.

- Chodź, wciąż mamy na sobie pełno krwi. Trzeba to zmyć. – wstał i ruszył chwiejnym krokiem w stronę łazienki.

- Mam nadzieję, że zostało trochę tej whisky. Nie zasnę dziś na trzeźwo. – rzucił Black wlekąc się za Potterem.