Szaleńczo biegła przed siebie, nie zwracając uwagi na grube krople deszczu zacinające prosto w jej twarz. Obcasy jej butów wystukiwały nierówny, chaotyczny rytm o brukowaną drogę. Ciemność rozwiewana jedynie kilkoma, wypalającymi się pochodniami nie ułatwiała jej orientacji w miasteczku, którego i tak nie znała. Musiała biec na oślep, byleby nie dać się złapać, a za sobą słyszała już ciężke, metalowe kroki. Przeszło jej przez myśl, by schronić się w jednym z domów, jednak szybko z tego zrezygnowała. Nie mogła nikogo narażać, w końcu to ją ścigają.

Jej maraton został przerwany przez ślepą uliczkę, w którą bezmyślnie wbiegła. Przeklinała się teraz w myślach za tak zły dobór drogi. Trudno, będzie musiała walczyć. Przynajmniej tak długo, jak będzie w stanie.

Zrzuciła kaptur z głowy, odsłaniając swoje szare włosy, teraz całkowicie mokre od ulewnego deszczu. Chwyciła rękojeść zdobionego, srebrnego miecza, wystającą nad jej prawym ramieniem. Miecz z sykiem opuścił pochwę, odbijając w swej głowni blade światło pochodni. Zamknęła na chwilę oczy, wytężając słuch starała się wyselekcjonować interesujące ją dźwięki. Ignorując dudniące krople, udało jej się wyłapać ciężki, chrzeszczący dźwięk metalowych, kolczych butów stąpających po bruku. Przybrała postawę obronną, tę samą, której uczył ją Eskel, podczas jej pobytu w Kaer Mohren. Czekała.

I doczekała się. Kilka kroków przed nią stanął ubrany w ciężką, płytową zbroję mężczyzna. Był wysoki, przewyższał ją o głowę, a może i więcej. Stał i patrzył na nią zza swojej maski, przypominającej ludzką czaszkę. Wyciągnął do niej rękę, okutą w metalową rękawice i powiedział niskim, tłumionym przez maskę głosem:

- Nie masz dokąd uciec, Zirael. Poddaj się i chodź ze mną po dobroci.

Ale Ciri nie miała zamiaru odpowiadać, a tym bardziej się poddać. Bez ostrzeżenia rzuciła się na intruza z mieczem, celując prosto w jego pierś. Mężczyzna uchylił się w ostatniej chwili. Ostrze zostawiło na jego napierśniku długą, nierówną rysę. Ciri już szykowała kolejny atak. Chciała ciąć na odlew w udo, wykonała zamach, tym samym ruchem, który tak długo korygował u niej Geralt. Jednak zamiast uczucia rozrywanych ogniw kolczugi, poczuła pod kligną twardą przeszkodę, która w zderzeniu z jej mieczem wywowała ostry szczęk. Okazało się, że napastnik zdążył dobyć własnego miecza i sparować jej cios. Spojrzała na niego wściekłym, dzikim wzrokiem jak osaczony drapieżnik. Wykonała odwrotny piruet, zwiększając dzielący ich dystans. Planowała ugodzić go sztychem prosto w twarz, ale tym razem to on okazał się szybszy i przeszedł do ataku. Wywinął młyńca swoim ząbkowanym mieczem i walnął ciężko w jej nadgarstek. Ciri zgrabnie uniknęła tego ciosu, od razu znajdując pozycję do kontrataku. Przeniosła ciężar ciała z lewej nogi wkładając w następny atak jak najwięcej siły. Mężczyzna ponownie zablokował jej klingę, wyglądało jakby wcale się nie zmęczył. Natomiast w Ciri zaczynała wrzeć coraz większa złość. Jej ataki stały się chaotyczne, nieprzemyślane i nerwowe, to dawało intruzowi dużą przewagę. Kiedy podczas wyprowadzania jednego z ciosów Ciri, zapomniała o wycofującej fincie ugodził ją w bok samym sztychem miecza.

Poczuła palący ból. Ciepła krew zaczęła spływać na bruk, mieszając się z deszczem i barwiąc jej białą koszule. Upadła na kolana i popatrzyła na stającego przed nią mężczyznę. Wyglądał teraz jak gigant, górował nad nią niczym kat szykujący się na ścięcie skazańca.

- Zirael, to koniec. Poddaj się.

Podniosła głowę. Spojrzała wprost w jego upiorną, trupią maskę. Dopiero teraz, kiedy stał tak blisko, zobaczyła za nią blask niebieskich oczu. Chciała wstać, lecz wtedy uderzył ją okutą pięścią prosto w skroń. Pociemniało jej przed oczami i zadzwoniło w uszach, straciła niemal całe czucie. Ulewa nasiliła się, ale ona nie czuła kropel wymywających krew z jej rany. Kiedy dotarło do niej, że ten potwór wyciąga rękę, by chwycić ją za kark zadziałała insynktownie. Błysnęło zielone światło, mężczyzna zacisnął dłoń w powietrzu, w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się biały kołnierzyk jej koszuli. Popatrzył na pustą przestrzeń, na której jedynym dowodem odbytej przed chwilą walki była zmieszana z błotem i deszczem krew, spływająca powoli w dół miasteczka i zaklął brzydko, w języku elfów.

Otworzyła ciężkie powieki. Miała wrażenie, że ktoś wtarł w nie piach, a następnie doczepił kilogramowe odważniki. Paliło ją w zaschniętym gardle, a pod lewą piersią czuła pulsujący, piekący ból. Czuła się fatalnie. Rozejrzała się na tyle, na ile pozwoliły jej spięte mięśnie szyi. Omiotła wzrokiem pokój, który zdawała się widzieć pierwszy raz na oczy. Leżała w łóżku, całkiem miękkim, ale mającym lata świetności dawno za sobą o czym świadczyły skrzypiące sprężyny, odzywające się za każdym razem, kiedy próbowała, choć minimalnie się poruszyć. Obok stał stolik nocy ze stosem nieco zniszczonych, ale dbale ułożonych książek i czymś w rodzaju niewielkiego zegara. Refleks popołudniowego światła odbił się od sreberka, w którą owinięta była, na wpół zjedzona, tabliczka czekolady. Spróbowała podnieś się do siadu. Wtedy ból w jej boku nasilił się, jakby ktoś właśnie wbił jej tam ząbkowane ostrze noża, rozszarpując przy tym skórę. Całym ciałem wstrząsnął potężny, gorączkowy dreszcz i dopiero teraz zorientowała się, że nie ma na sobie koszuli. Wciąż w leżącej pozycji, starała się ją wypatrzeć i po kilku sekundach wzmożonej aktywności oczu, zauważyła pod drugim z łóżek strzępy, kiedyś białego, a teraz brązowo-czerwonego materiału. Westchnęła głucho, zastanawiając się co się właściwie wydarzyło poprzedniej nocy.

Pamiętała jedynie fragmenty wydarzeń. Mimo usilnego skupiania całej swej woli, nie potrafiła ułożyć mozaiki wspomnień w całość. Był tam las, ciemny, gęsty i stary. Przypominał jej Brokilon i kiedy się w nim pojawiła, to była jej pierwsza myśl. Ale potem usłyszała głosy, chyba dwa, męskie. Czyli to nie był Brokilon, żaden mężyczyzna by się tam nie zapuścił. Chwilę później pojawiło się przed nią dwóch młodzieńców. Mieli napięte twarze, jeden nosił okulary, a jego włosy wyglądały jak potargane wiatrem. Drugi stał nieco z tyłu, celował w nią czymś, nie była pewna co to było, ale wyglądało trochę jak patyk. Jego twarz, otulona czarnymi jak noc włosami, była pełna strachu, ale i gotowości do walki. Doskonale znała tego rodzaju minę. A później pojawił się wilkołak… walczyła z nim, ale nie chciała zranić. Zdaje się, że to był ich przyjaciel. Resztę pamiętała jak przez mgłe, ostatnie co zarejestrowała to odcinający się na tle ciemnego nieba, ogromny zamek, do którego prowadzili ją chłopcy. Jak znalazła się w tym pokoju i łóżku, mogła pozostawić jedynie domysłom.

Drzwi do pokoju uchyliły się z chrzęstem. Stanął w nich ten sam czarnowłosy chłopak, który dźwigał ją w drodze do zamku. Dziarskim krokiem i z uśmiechem na ustach wszedł do środka, a za nim kroczyło dwóch kolejnych. Okularnik i niski, pulchny chłopak, których wspomnienie pojawiło się teraz w jej głowie. Żywo o czymś dyskutowali, wyglądali na zmęczonych, chyba nie spali najlepiej tej nocy. Okularnik miał podkrążone oczy, a blondyn cerę białą jak papier. Wszyscy troje ruszyli, jak zakładała, w stronę swoich własnych łóżek, aby na nich usiąć. Poza czarnowłosym, on postanowił runąć prosto na pościel, nie przejmując się skrzypieniem materaca. Próbowała przypomnieć sobie jego imię, ale w jej głowie zionął teraz wiatr zapomnienia.

Chciała dać im znać, że już nie śpi, więc znowu spróbowała się podnieść. Nadarmeno. Piekący ból ponownie się odezwał, paraliżując jej mięśnie. Zdołała tylko jęknąć cicho i zakląć pod nosem.

- O proszę, wygląda na to, że ktoś się obudził. – dobiegło jej uszu z sąsiedniego łóżka, tego, na które runął czarnowłosy. – I wita nas tak kwiecistym językiem.

Pozostała dwójka wstała z łóżek i ruszyła w jej kierunku. Teraz już musiała się podnieść, bez względu na ból. Przecież nie będzie okazywać słabości i prezentować się tak żałośnie przed obcymi ludźmi.

Oparła się mocno na rękach i z całej siły dźwignęła do siadu. Ból był nie do zniesienia, zaciskała boleśnie zęby, wykrzywiając przy tym twarz. Ostatecznie udało jej się przejść do pozycji siędzącej, chociaż okupiła to wyjątkowym bólem i chyba nawet podrażniła ranę na brzuchu.

- Jak się czujesz? – zapytał okularnik, uderzając nogi czarnowłosego rulonem pergaminu i siadając na jego łóżku.

- Nie najlepiej. – jej gardło było wyschnięte na wiór i paliło okropnie przy próbie artykułowania słów. – Gdzie ja właściwie jestem?

- W Hogwarcie. Mówiliśmy ci wczoraj, nie pamiętasz?

Dopiero teraz, jakby pod wpływem jego słów rozmyte wspomnienia zaczęły się rozjaśniać i układać w spójną całość. Prowadzili ją do zamku. Czarnowłosy, zdaję się, że miał na imię Syriusz, całą drogę ją podtrzymywał. Słaniała się na nogach i straciła dużo krwi. James, ten w okularach, oświetlał drogę tym dziwacznym patykiem, ale nie patrzył przed siebie, tylko drenował wzrokiem kawałek starego pergaminu. Trzeci chyba miał na imię Peter, on odzywał się najmniej.

- To wy mnie opatrzyliście? – spojrzała w kierunku swojego brzucha. Zamiast zniszczonej koszuli, w tej chwili okrywał go brudny od jej własnej krwi, bandaż. - Wygląda na to, że zawdzięczam wam życie. Dziękuję.

- Drobiazg, choć nieźle się przy tym nastresowaliśmy. W pewnym momencie byłem pewny, że nam tu wykorkujesz. – James potargał włosy na głowie z zakłopotanym uśmiechem. – Eee… to powiesz nam teraz skąd wzięłaś się w lesie?

Westchnęła głośno. Jak ma im wytłumaczyć rzecz, której sama nie do końca rozumie? Ma zacytować Yennefer? A może mówić wyniosłym i przemądrzałym tonem Avallacha? Podróże w czasie. Podróże między światami. Pani Czasów i Miejsc. Starsza krew. Przecież ona sama czuje się zagubiona, potrafi mniej więcej kontrolować swoją moc, ale nie jest pewna czy kiedykolwiek w pełni zrozumie jej istotę, a teraz musi jeszcze opowiedzieć o niej trójce, całkowicie nieznajomych chłopców. Tak, to prawda uratowali jej życie. Jest im to winna, i jeśli ma być szczera sama ze sobą, jest to jedyny powód, dla którego w ogóle podejmie się próby wyjaśnień. Od czego powinna zacząć? Może od legendy o Larze Dorren? Czy ta legenda jest istotna? A może to tylko zbędny dodatek do historii, którą powinna zredukować do zrozumiałego minimum? Za dużo własnych pytań kłębi się w jej głowie, aby była w stanie odpowiadać na cudze.

Potarła zmęczone oczy. Przy próbię odchrząknięcia znów poczuła palącą suchość w gardle. Pierwszym co wyrwało się z jej ust było pytanie:

- Macie może trochę wody?

Chłopcy popatrzyli po sobie z głupimi minami, wyglądali jakby łajali się w myślach za brak tatku i gościnności. W końcu James wstał, zwrócił się w kierunku swojego łóżka, a po chwili stał już przed nią z blaszanym kubkiem w ręku. Chciwie chwyciła naczynie obiemia rękami i wypiła całą zawartość jednym duszkiem. Płyn rozlał się przyjemnym zimnem po gardle, kilka kropel opadło na jej spierzchnięte wargi, przynosząc im chwilową ulgę. Po kilku sekundach podniosła wzrok i z lekkim zażenowaniem oddała mu opróżniony kubek.

- Słuchajcie, wiem, że jestem winna wam wyjaśnienia – powiedziała po krótkej, acz ciążącej ciszy – ale muszę zmienić opatrunki, więc gdybyście byli tak mili i mieli jeszcze jakieś bandaże to…

- Oh, tak, oczywiście. Masz rację, wybacz, że wcześniej o tym nie pomyśleliśmy. – przerwał jej James i popatrzył na siedzącego obok Petera, który zdawał się chłonąć każde słowo z ust Ciri z ogromnym zainteresowaniem. Dopiero po chwili chłopak zorientował się, że przyjaciel próbuje wywiercić mu dziurę w głowie samym spojrzeniem i z zakłopotaną miną wyskoczył w górę.

- Opatrunki, no tak, już lecę!

I wybiegł z pokoju, jak ścigany przez stado dzikich zwierząt. Ciri popatrzyła na Jamesa, który przewrócił tylko oczami, a następnie przeniosła swój wzrok na Syriusza. Właśnie postanowił przenieść się do mniej lekceważącej pozycji, z towarzyszącym mu szerokim uśmiechem i wielce rozbawioną miną, usiadł obok Jamesa.

Peter wrócił zaskakująco szybko, w rękach niósł tłumok, który Ciri od razu rozpoznała jako wielki zapas bandaży. Przez myśl jej przeszło, że chłopak trochę przesadził z zapasami, ale ostatecznie uznała, że będzie musiała zmieniać opatrunek jeszcze kilka razy, więc może pozwolą jej zabrać to ze sobą. Bo planuje jak najszybciej stąd wyruszyć.

- Remus jest w skrzydle szpitalnym. – oznajmił, próbując złapać oddech, wyglądał jakby całą drogę przebył w pełnym biegu. – Pomfrey była nim zajęta i dlatego udało mi się tak łatwo zwinąć te bandaże.

- Czyli wrócił jakoś do chaty. – wyszeptał James. – To dobrze.

- Macie może jeszcze trochę ziół? – zapytała po chwili ciszy, spuściwszy stopy na zimną podłogę. Odchyliła wełniany koc, którym ktoś musiał ją nakryć w trakcie snu, odsłaniając zakrwawiony opatrunek, z dużą czerwoną plamą przesiąkniętą niemal do każdej nitki bawełny.

- Trochę zostało. To jaskółcze ziele, o którym mówiłaś. – James wyciągnał z szuflady kilkanaście podłużnych, zielonych listków.

Ciri przejęła je od niego, jeden od razu wsadziła do ust, żując długo. Kilka innych przełamała i odłożyła na bok, kiedy podniosła wzrok zobaczyła, że Syriusz i James przyglądają się jej z minami sugerującymi, że właśnie notują w myślach swoisty poradnik pierwszej pomocy i podstawowej medycy, z kolei Peter gapił się w okolice jej biustu skrywanego jedynie przez sfatygowany stanik, kiedy spostrzegł, że Ciri doskonale zdaje sobie z tego sprawę, oblał się szkarłatnym rumieńcem i odwrócił wzrok.

- Będę potrzebować odrobinę pomocy… - powiedziała, kiedy zdała sobie sprawę, że jej ograniczona w tej chwili swoboda ruchów, będzie przeszkodą nie do przeskoczenia w próbie zmiany opatrunku.

- Ach… ekhm… no tak, już. – głos Jamesa zadrżał lekko, jakby poczuł się nagle zawstydzony, za to Syriusz wyglądał na będącego wciąż w doskonałym humorze.

Z pomocą Jamesa, oraz asystującego mu Syriusza udało się w końcu odwinąć stary, poplamiony i niemal sztywny od zaschniętej krwi bandaż. To co pod nim zobaczyli ugięło im nogi i przemalowało ich twarze na kolor świeżego śniegu. Ciri również spojrzała na krwawą, bolesną miazgę, która szpeciła jej brzuch. Zobaczyła postrzępione kawałki skóry, spod których wyglądało mnóstwo zaschniętej krwi, wymieszanej teraz z papką ziołową przygotowaną w nocy przez Syriusza. Bez wątpienia zostanie po tym blizna, ale nie miała zamiaru się tym przejmować. Kolejna do kolekcji. Ostro zarysowane mięśnie brzucha wyglądały na solidnie napiętę i jak szybko zrozumiała, to one przyczyniały się do narastającego bólu. Zasyczyła cicho, pod wpływem pieczenia, którego zaznała, kiedy chciała się zgiąć.

- Jesteś pewna, że te kilka ziół wystarczy? – zapytał James z troską, ale również maskowanym strachem. – Nie wygląda to najlepiej…

- Musi wystarczyć.

W końcu i tak nie mogła liczyć na nic więcej, chyba, że chłopcy byli uzdrowiecielami, co od razu wykluczyła widząc ich reakcję na ranę.

- James ma rację. – dodał Syriusz. Jego rozszerzone źrenice patrzyły z przejęciem na czarną jamę w brzuchu dziewczyny. – Wiem, że jesteśmy genialni, ale akurat magia uzdrowiecielska nie jest naszą mocną stroną. Potrzebujesz bardziej fachowej pomocy niż ja i Rogaś.

- Im mniej osób o mnie wie, tym lepiej…

- Ale masz pieprzoną dziurę w brzuchu! – wtrącił James, przenosząc wzrok na jej twarz. – Tego nie załatają jakieś zioła i kilka bandaży! Musimy zabrać cię do skrzydła szpitalnego, Poppy załata cię raz-dwa.

- Eee… Wiecie chłopaki… - odezwał się nagle Peter. – Jak szedłem po te bandaże to słyszałem Filcha gadającego z McGonagall. Mówił, że całe drugie piętro jest zapaćkane krwią. McGonagall wyglądała na przerażoną i kazała mu się się tam prowadzić.

- Czyli co? Mamy ją tutaj trzymać, aż ta rana się zaogni i umrze? – James zaczął nerwowo krążyć po pokoju. – Zresztą niedługo wraca Remus, i zastanie w swoim łóżku ranną dziewczynę, której przebłyski może mieć w pamięci. Konkretnie walki z nią. Na pewno będzie zachwycony. Znając jego, pomyśli sobie, że to on jej to zrobił!

- Jak pójdziemy teraz do Poppy, to od razu się wyda, że to jej krew Filch zmywa mopem z całego piętra. Poza tym powiadomi Dumbledore'a, który na pewno domyśli się, co robiliśmy w lesie w czasie pełni! - powiedział szybko Syriusz. – Może trzeba ją wysłać do Munga?

James prychnął.

- Niby jak? Na miotle?

- To może powiedzmy Poppy, że znaleźliśmy ją w zamku?

- Tak i dlatego postanowiliśmy zabrać ją do dormitorium, zamiast od razu prowadzić do skrzydła szpitalnego.

- Dość! – przerwała im całkiem niespodziewanie Ciri. – Jeśli macie mieć przeze mnie kłopoty to zaraz po zmianie opatrunku się stąd zmyje…

- Nie ma mowy! – wrzasnęli jednocześnie James i Syriusz.

- Posłuchaj – powiedział po chwili, już bardziej spokojny James. – Jesteś ranna, nie możemy pozwolić ci tak po prostu odejść. Zwłaszcza, że z tego co mówiłaś nie jesteś stąd.

Poczuła się dziwnie. Ta troska, szczera troska, którą słyszała w ich głosie była czymś nowym. Odwiedziła już wiele światów, w niemal każdym trafiała na kogoś, kto chciał ją zabić, okraść, zgwałcić albo zrobić jeszcze coś gorszego. Przez chwilę poczuła się jak w domu, jakby nigdy nie opuściła Rivii i wciąż była z Geraltem i Yennefer.

- Poza tym - dodał Syriusz, szczerząc do niej zęby. – Jesteś nam winna wyjaśnienia. Jak się, do cholery, znalazłaś w lesie, skąd masz taki fajny miecz i gdzie nauczyłaś się nim tak wywijać. No i przez ciebie mam okropnego kaca.

- Przeze mnie? – zapytała unosząc brew i patrząc w jego szare oczy.

Na twarzy Syriusza pojawił się szelmowski uśmiech.

- Gdyby nie olbrzymia dawka stresu, którą nam zafundowałaś tej nocy, to nie wypiłbym połowy butelki whisky!

Ciri uśmiechnęła się lekko. Może powinna tutaj zostać chociaż na chwilę. Przecież tak szybko nie podejmą jej tropu. Zresztą, teraz i tak nie jest w stanie uciekać, a tym bardziej walczyć. Chłopcy mają rację, nie zna tego świata, nie wie co może ją czekać poza murami zamku. Lepiej trzymać się bezpiecznego miejsca, tak długo jak to możliwe, bo nie wie, kiedy znajdzie kolejne.

- No dobra, to pomożecie mi z tymi opatrunkami, bo nie specjalnie zależy mi na eksponowaniu dziury w brzuchu.

James i Syriusz zaśmiali się. Obaj mieli ciepły i miły śmiech, choć ten Syriusza przypominał jej nieco szczekanie psa.

Wzięła przełamane wcześniej liście i sycząc z bólu, przyłożyła je sobie do rany. W tym czasie Syriusz obwiązywał bandaż wokół jej brzucha i pleców. Podjął się tego zadania, bo jak twierdził, miał palce znacznie zwinniejsze od zgrabiałych palców ścigającego, czego Ciri do końca nie zrozumiała. James prychnął tylko na ten przytyk i nadzorował całą operację, co chwila rzucając krytyczne uwagi do pracy Syriusza.

- Wyszło mi to doprawdy profesjonalnie. – powiedział w końcu, patrząc na świeży opatrunek, który przed chwilą skończył wiązać. – Może rzeczywiście powinienem zostać uzdrowicielem? To mi wygląda na naturalny talent.

- Najpierw musiałbyś zdać owutemy z eliksirów, głąbie. – odparł James, kręcąc zrezygnowanie głową.

- Mówisz tak, bo boisz się, że mógłbym zdawać egzaminy uzdrowicielskie z Evans. – odpyskował Syriusz, dając przyjacielowi kuksańca w ramię. – A wtedy miałaby okazję poznać wszystkie moje zalety i…

Nie dokończył, bo James walnął go prosto w głowę poduszką. Peter na ten widok zaniósł się głośnym śmiechem, a Ciri uśmiechnęła, mimo lekkiego zagubienia i nieznajomości tematu.

Po krótkiej, acz intesywnej, przyjacielskiej bójce, chłopcy jakby zreflektowali się, że Ciri wciąż przebywa w pokoju i postanowili doprowadzić się do porządku. Włosy Syriusza były teraz w podobnym nieładzie, jak te Jamesa. Zaczął nerwowo i szybko je poprawiać i przeczesywać, zezując morderczym wzrokiem na sprawcę tej zbrodni, co wywołało większy uśmiech na ustach obserwującej jego zmagania dziewczyny.

- No dobra, to teraz pora na twoją, nie wątpie w to, fascynującą opowieść. – zaczął w końcu Syriusz, przygładzając ostatnie odstające kosmyki włosów. – Nie jesteś stąd, trafiłaś jakoś do lasu i się zgubiłaś?

Ciri prychnęła i popatrzyła na niego z zadziorną miną.

- Ja się nie gubię

- Czyli postanowiłaś zwiedzać las nocą dla rozrywki? – podchwycił James, rozbawiony jej odpowiedzią. – W dodatku z dziurą na pół brzucha, to całkiem ciekawy sposób na spędzanie nocy.

- Możesz kiedyś spróbować, znam kilka sposobów na zrobienie ładnej dziury w brzuchu. – odparowała szybko z szerokim uśmiechem. - Jeśli serio chcecie poznać całą historię, to lepiej usiądźcie wygodnie. To może trochę potrwać.

Zrobili tak jak powiedziała, a ona zbierała w tym czasie myśli. Od czego zacząć? Chyba najlepiej od początku. Tylko co w tej opowieści jest początkiem? Tego sama nie była pewna, ale z przerażeniem stwierdziła, że domyśla się jej zakończenia.

Długo opowiadała, słońce za oknami w tym czasie zmieniło swoją pozycję, najpierw stając wysoko na południu wpuszczając do środka złote promienie, którymi oświetlało przytulne dormitorium w wieży Gryffindoru, a później schodząc coraz niżej, w kierunku zachodu z każdą chwilą przybierając coraz bardziej ognistą barwę. Mówiła o teorii wielu światów. Starała się najprościej jak potrafiła wyjaśnić czym ta teoria właściwie jest, powtarzała im słowa, które kilka lat temu przekazała jej Yennefer. Opowiadała, że zwiedziła już wiele światów, każdy był inny. Od pustynnych, gorących piasków, przez elfie pałace pełne złota, diamentów i aroganckich elfów, aż do morskich głębin, w których nieomal straciła życie przytłoczona ogromem wody, ściągającym ją wciąż w dół. Mówiła o Starszej Krwi, jej dziedzictwie, darze i przekleństwie, z którego powodu musiała uciekać niemal całe życie. Powiedziała o Kaer Mohren, o treningu wiedźminskim, przemilczała jednak sprawę jej relacji z Geraltem. Nie chciała wyjawiać zbyt intymnych szczegółów swego życia, przynajmniej na razie. Postanowiła nie wspominać też o Dzikim Gonie. To nie czas na dokładanie im kolejnych zmartwień, wystarczy, że mają ją na głowie. Z każdym wypowiadanym przez z nią słowem widziała coraz większe zakłopotanie malujące się na twarzach jej słuchaczy, zdawała sobie sprawę z tego, że to co mówi może wydawać im się nieprawdopodobne, że brzmiała jak wariatka. Sama nie rozumiała z czym tak naprawdę wiążą się jej umiejętności. Próbowała mówić najprościej jak potrafiła. James wydawał się analizować każde jej słowo, na jego czole gościła teraz pionowa zmarszczka świadcząca o intesywnym procesie myślowym. Syriusz wyglądał na spokojnego, starał się zrozumieć przekaz płynący z jej ust i wyglądał jakby naprawdę sporo z tego rozumiał. Z kolei Peter był niezwykle zagubiony, jego wzrok wciąż wędrował do przyjaciół, jakby szukał u nich ratunku i dodatkowych wyjaśnień. Byli dobrymi słuchaczami, cierpliwie wyczekiwali każdego jej słowa, nieśmiąc przerywać tej pasjonującej historii, która nawet im, czarodziejom, wydawała się czymś niemożliwym.

- Czyli trafiłaś do lasu, bo uciekałaś przed tym, kto zrobił ci tę ranę? – zapytał James, po mglistej ciszy jaka zapadła, gdy skończyła opowiadać.

- Tak. – odparła wycieńczona. – Teleportowałam się na oślep, nie miałam czasu myśleć, o konkretnym miejscu. Zobaczyłam las, a po chwili staneliscie pod drzewem, które wybrałam sobie na chwilę odpoczynku.

- Dlaczego cię ścigał? – padło z ust Syriusza.

Ciri zacisnęła wargi. Spodziewała się tego, ale i tak poczuła jak niewidzialny ciężar opada na jej barki. Czy oni muszą zadawać tak wiele pytań? Nie chcę ich straszyć całą historią o Dzikim Gonie, chyba najlepiej będzie powiedzieć absolutne minimum, może to im wystarczy.

- To przez moją krew. Okazuje się, że jest niezwykle cenna, przynajmniej dla niektórych. – westchnęła, z ponurym głosem.

I ponownie pokój zgęstniał od ciszy, która w nim nastąpiła. Bała się ich reakcji, mogą wziąć ją za wariatkę, albo marną oszustkę, która wymyśliła sobie bajeczkę byleby nie zdradzać im prawdy. Spojrzała na Syriusza. Twarz miał skupioną, zdawał się intesywnie nad czymś myśleć. James wyglądał identycznie. W końcu przerwał ciszę:

- To najlepsza historia jaką w życiu słyszałem! Dlaczego nie uczą nas o tej teorii wielu światów?

- Może nawet o tym nie wiedzą… - rzuciła Ciri. Nie spodziewała się takiej reakcji, bardziej liczyła się z niefunymi spojrzeniami, powątpiewającymi pytania, komentarzami pełnymi braku zaufania. Entuzjazm z jakim chłopcy przyjęli jej opowieść była dla niej czystym szokiem. Może oni rzeczywiście nie są tacy, jak inni, których miała nieprzyjemność spotkać w czasie swoich podróży.

- Czyli zostajesz z nami. – głos Jamesa wyrwał ją z rozmyślań. Otworzyła usta żeby coś powiedzieć, ale chłopak okazał się szybszy. – Żadnych protestów! Skoro uważasz, że te zioła wystarczą to będziemy je regularnie podkradać ze składzika Slughorna. Żałożę się, że nawet się nie zorientuje.

- Ale co zrobimy jak wróci Remus? – zapytał Peter.

- Moje łóżko jest wystarczająco wielkie, bez problemu pomieści dwie osoby. Jestem gotów się poświęcić. – odparł błyskawicznie Syriusz z wielkim uśmiechem zdobiącym mu twarz.

- Wątpie żeby Luniek chciał spać z tobą w jednym łóżku. – odparował James, na co Syriusz zrobił tylko sztucznie obrażoną minę. - Coś wymyślimy. Może uda nam się jakoś wtaszczyć tu dodatkowe łóżko, tak żeby nikt tego nie zauważył. – dodał z uśmiechem, przenosząc wzrok na Ciri.

- Ale to ty będziesz tłumaczyć to Luniaczkowi!

- No tak, jak zawsze…

James mówił dalej, ale Ciri już nie słuchała. Rozproszył ją kurczący się boleśnie brzuch. Nie pamiętała dokładnie, kiedy ostatni raz coś jadła, wiedziała tylko, że nie była to najlepsza potrawa jaką miała w ustach. Omiatała wzrokiem przestrzeń, w nadziei znalezienia czegokolwiek do przegryzienia, może by jej pozwolili to wziąć. Nie chciała ich prosić o jedzenie. Miała w sobie zbyt wiele dumy, Geralt też nigdy nie żebrał o jedzenie, a Yennefer z pewnością by ją za to zganiła.

- Chłopaki już czas kolacji, a ja jestem okropnie głodny. – głos Petera zdawał się być teraz kołem ratunkowym rzuconym do jeziora, w którym właśnie się topiła.

James spojrzał na Petera, a później na Ciri. Na jego twarzy znowu pojawiła się dziwnie troskliwa mina.

- Przecież ty nic nie jadłaś od wczoraj! Musisz być potwornie głodna, wybacz. – powiedział zrywając się z łóżka. – Za jakieś dziesięć minut będziemy tu z powrotem, z górą jedzenia. Co lubisz najbardziej?

- Eee… wszystko jedno. – odparła, nieprzywykła do takiego traktowania. Nie była pewna czy kiedykolwiek przywyknie. Z jednej strony było to bardzo miłe i ujmujące, że tak troszczyli się o kompletnie obcą im osobę. Z drugiej jednak, czuła się jak ofiara losu nie potrafiąca sama o siebie zadbać. Jej godność była w tej chwili mocno nadszarpywana. Oby ta rana szybko się zagoiła, bo nie wie jak długo zniesie nańczenie przez kogokolwiek.

I rzeczywiście nie minęło wiele czasu, kiedy wrócili obładowani jedzeniem, jakby wybierali się na roczną wędrówkę w niezamieszkane rejony świata. Zwalili całe te zapasy u stóp łóżka, które akutalnie zajmowała i z wesołymi, pełnymi dumy uśmiechami patrzyli w jej zszokowaną twarz.

Przyjrzała się tym pakunkom. Było tam niemal wszystko. Miska pełna jajecznicy z boczkiem, smażone kiełbaski, pieczone nóżki kurczaka, tostowany chleb, dwa półmiski warzyw i owoców, różne rodzaje sera, których nigdy wcześniej nie widziała, a dodatkowo Peter wniósł dwa ogromne dzbany z jakimś płynem.

- Nie wiedzieliśmy co lubisz, więc wzieliśmy wszystkiego po trochu. – odparł Syriusz z pyszałkowatym uśmiechem. – Przy okazji zrobimy sobie małą ucztę. Nawet wzięliśmy krwiste steki dla Remusa, gdyby wrócił lada chwila. Musisz wiedzieć, że to jego słabość.

Wzięli się do pałaszowania. Dawno nie jadła tak dobrze, nie potrafiła przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz widziała taką górę jedzenia. Wszystko czego spróbowała było po prostu wspaniałe, ostatni raz takie delicje jadła chyba jeszcze w Cintrze, kiedy była zaledwie dzieckiem. W pewnym momencie zorientowała się, że pochłania te pyszności nieco zbyt zachłannie, ale chłopcy albo tego nie widzieli, albo udawali, że nie widzą, więc postanowiła się niekrępować. Nauczyła się, że warto najadać się na zapas, już nie raz musiała głodować.

James podał jej kubek z gęstym, pomarańczowym płynem. Kiedy go spróbowała poczuła przyjemny, słodki smak. Dziwnie znajomy, była pewna, że zna ten smak, ale nie potrafiła go teraz zidentyfikować. James chyba zauważył to w jej minie, bo rzekł patrząc na nią z uśmiechem:

- Sok dyniowy, mój ulubiony.

Odpowiedziała mu uśmiechem i przeszła do spróbowania kilku rodzajów sera, tych które najbardziej ją nęciły. Peter zdawał się być nie mniej głodny od niej, pochłaniał kurczaka z taką pasją, jakby jadł go pierwszy raz w życiu. James i Syriusz, kiedy już najedli się do syta, skubali co jakiś czas winogrona, pojedykując się komu więcej razy uda się trafić podrzuconym owocem do ust, na co Peter spoglądał z wielkim podziwem, nie przerywając jednak żucia.

Pochłonięci jedzeniem, dobrą zabawą, śmiechem i rozmowami nie usłyszeli, jak drzwi do dormitorium uchyliły się z lekkim zgrzytem, a w progu stanął ktoś zupełnie dla Ciri obcy.

- Eee… Co wy właściwie robicie? – zapytał nowoprzybyły. Wyglądał na chorego. Chudy jak patyk, miał wielkie cienie pod przekrwionymi oczami. Ciri od razu skonstastowała, że jej muszą wyglądać teraz blizniaczo podobnie. Blada twarz pełna była blizn i żłobien, a wypłowiałe, jasne włosy znajdowała w lekkim nieładzie, podobnym do fryzury Jamesa. W pierwszej chwili Ciri myślała, że w drzwiach stoi młodsza wersja Bonharta, sięgała już nawet dyskretnie w kierunku miecza, opartego o ścianę obok łóżka, jednak kiedy ich spojrzenia się spotkały, zobaczyła, że z jego oczu bije ciepła zielen, skromność i ciekawość, zamiast mętnego, rybiego chłodu i okrucieństwa. – My się chyba nie znamy…

Wciąż patrzył prosto w jej oczy z zaciekawniem, oraz ogromnym zdziwieniem.

- Luniaczku! Jak dobrze, że jesteś. Mamy ci do opowiedzenia wspaniałą historię, pełną walki, romansów, zwrotów akcji i nieznanej magii! – wrzasnął uradowy Syriusz.

- Jeśli masz na myśli moją historię to, chyba nie zbyt dokładnie mnie słuchałeś. – rzuciła Ciri w stronę Syriusza. Ten tylko zbył ją machnięciem ręki i drugim gestem zachęcił chłopaka do wejścia dalej.

- Remusie to jest Ciri. – wskazał dłonią na siedziącą z kubkiem w ręku, dziewczynę. – Ciri to jest Remus, czwarty z Huncwotów. Ten spokojny.

- Cześć. – powiedział skołowany Remus, zdecydowanie nie wiedział co się tutaj wyprawia. – Nie chcę być niegrzeczny, ale dlaczego siedzisz w moim łóżku?

- To jest właśnie część tej wspaniałej historii, którą mamy ci do opowiedzenia. – Wyglądało na to, że Syriusz świetnie się bawi. – Chodź do nas, mamy żarcie, coś do picia, co prawda nie to co bym chciał, ale i tak jest przyjemnie.

Remus usłuchał przyjaciela i mimo zdziwienia, dołączył do towarzystwa. Ciri zorientowała się, że musiał być przyzwyczajony do dziwnych pomysłów swoich przyjaciół. Siedział teraz z pytającą miną, ważąc w dłoni dorobne jabłko. Syriusz wyrwał się na ochotnika wyjaśnienia całej tej sytuacji, oraz przybliżenia przyjacielowi wydarzeń poprzedniej nocy. Opowiadał niezwykle barwnie, Ciri nie mogła się oprzeć wrażeniu, że nieco koloryzuje, zdawało się, że James jest podobnego zdania, o czym świadczyła jego mina. Peter słuchał jak urzeczony, zwłaszcza opis pojedynku Ciri z wilkołakiem robił na nim piorunujące wrażenie. Remus zdawał się przyjmować te słowa dużo mniej przyjemnie, widziała dokładnie jak krzywi twarz, odwraca wzrok i odruchowo chwyta się za nogę, którą wczoraj smagnęła ostrzem miecza. Dopiero pod wpływem łokcia Jamesa, który niezbyt subtlenie spadł wprost na jego żebra, Syriusz zorientował się, że jego przyjaciel cierpi słuchając tak szczegółowego opisu i postanowił przejść z historią dalej. Kiedy skończył omawiać nocne wydarzenia, wzrok wszystkich skupił się na Ciri i wyglądało na to, że oczekują, iż kolejny raz opowie o swojej mocy i podróżnach. Westchnęła tylko i wzięła się za tłumaczenie. Remus był nie gorszym słuchaczem od pozostałych chłopców, jednak w odróżnieniu od nich zadawał więcej szczegółowych pytań. Zdawało się, że koncept podróży między światami wielce go fascynuje.

- To, naprawdę niesamowita historia. – powiedział Remus, obdarzając ją ciepłym spojrzeniem. – Musiałaś zobaczyć tak wiele, wspaniałych miejsc, o których nawet nie śniliśmy.

Ciri uśmiechnęła się, wspominając najpiękniejsze światy jakie zobaczyła. Pamiętała pewne jezioro, którego barwa była krwiście czerwona, do tego pachniało kwiatami, a mimo to w dotyku nie dało się wyczuć, że nie jest to zwyczajna woda.

- O tak, było kilka pięknych miejsc. Choć w większości próbowano mnie zabić. – dodała po chwili, tracąc pogodę ducha.

- Luniek, musimy skołować dodatkowe łóżko. Masz jakieś pomysły? – zapytał Syriusz.

- Może zamów sowią pocztą? – odparł Remus z szelmowskim uśmieszkiem.

- Bardzo zabawne! Ale dobra skoro nie chcesz pomóc… w końcu to twoje łóżko jest zajęte, możesz spać na podłodze. – ogryzł się błyskawicznie Black.

- Dobra, dobra. Coś wymyślimy.

Zabrali się do gorączkowego planowania. Ciri była pod wrażeniem ich zapału i pomysłowości, co chwila, któryś rzucał nową propozycją, która albo spotykała się z aprobatą reszty, albo wręcz przeciwnie. Czuła się trochę nieswojo wiedząc, że to ona jest powodem całego zamieszania, ale pocieszała się widząc, że chłopcy świetnie się przy tym bawią.

- Mówię wam, powinniśmy podpieprzyć łóżko Filcha. – przekonywał resztę, Syriusz. – Nie dość, że rozwiążemy nasz problem, to jeszcze dowalimy temu zgredowi.

- Serio chciałbyś spać na łóżku Filcha? Wole nie myśleć, co on tam wyrabia z tym potwornym kotem. – James wzdrygnął się teatralnie. – Moim zdaniem lepiej zakraść się do skrzydła szpitalnego.

- I wybuchnie afera na całą szkołę, bo najpierw na korytarzu znajdują ślady krwi, później ktoś podkrada bandaże, a na końcu znika całe łóżko ze skrzydła. – odparł Remus. – Na pewno nikt się nie zorientuje, że coś jest nie tak. No i wcale od razu nas z tym nie powiążą.

- A może zabierzemy jedno z łóżek skrzatów domowych i trochę je poprawimy czarami? – wciął się niespodziewanie Peter, skupiając na sobie oczy wszystkich przyjaciół.

- Glizdogonie to jest genialne! – wrzasnął James. – Zaraz lecimy do kuchni i…

-… pozbawimy łóżka biednego skrzata. – powiedział Remus.

- Och, daj spokój Luniek. Przecież one i tak ich nie potrzebują, jak kiedyś byłem w nocy w kuchni to widziałem , że połowa była pusta! – rzucił Syriusz, po czym wstał i ruszył w stronę drzwi. – No to na co czekamy? Misja: Łóżko, czeka!

Ciri patrzyła na te scenę rozbawiona, ale też nie do końca wszystko rozumiejąc. Wiedziała, że będzie musiała się sporo nauczyć o tym świecie.

Reszta chłopców poszła w ślady Syriusza, ostatnim co Ciri zobaczyła była rozczochrana głowa Jamesa, który wziął ze sobą kawałek starego pergaminu i jakiś dziwaczny materiał, a następnie odezwał się do niej:

- Wrócimy najszybciej jak to możliwe. Myślę, że nie zajmie nam to długo.

Kiedy przeszli pokój wspólny i wyszli na korytarz, przywitała ich jedynie ciemność. Podczas opowieści czas musiał zlecieć szybciej niż się spodziewali. James wyjął z kieszeni złożony pergamin i podał go Remusowi, który przystawił do niego różdzkę i wyszeptał pod nosem jakąś formułę. Przyglądając się uważnie słynnej Mapie Huncwotów, ruszył za przyjaciółmi zmierzającymi wprost do kuchni.

Drogę na dół pokonali bez większych problemów, jedynie raz musieli się schować za starym, wyjedzonym przez mole gobelinem, przed patrolującą korytarze Panią Norris. Syriusz wzdrygnął się, kiedy kotka przechodziła tuż obok ich kryjówki. Szczerze nienawidził tego kota i nie wiadomo czy wynikało to z naturalnej niechęci do Filcha, czy może chodziło o pradawny konflikt pomiędzy psami i kotami.

Stanęli w końcu pod obrazem przedstawiającym miskę pełną owoców. James wyciągnał rękę i pogłaskał gruszkę, która po chwili skurczyła się, a jej miejsce zastąpiła zielona klamka, którą bez zawahania nacisnął. Weszli do ogromnego pomieszczenia, pełnego wywołujących burczenie w brzuchu zapachów. Nad nimi rozpościerało się przestronne sklepienie z zabójczą ilością miedzianych rondli, garnków i patelni. Minęli kolosalnych rozmiarów palenisko, z którego buchało przyjemne ciepło, odczuwali jednak dziwny strach przed podejściem do niego bliżej. Podczas pokonywania skomplikowanego labiryntu składającego się z pięciu stołów ich drogę zastąpiło kilka skrzatów. Nie potrafili się od nich uwolnić, skrzaty wciąż przymilnie oraz usilnie próbowały wmusić w nich spore ilości wszelkiego rodzaju smakołyków. Ostatecznie poświęcili Petera, którego zadaniem było zajmowanie skrzatów kolejnymi zamówieniami.

Reszta znajdowała się teraz przed wejściem do niewielkich rozmiarów, w porównaniu do całej kuchni, alkowy. Syriusz ostrożnie wszedł do jej wnętrza. Zaraz po wejściu jego oczom ukazał sisituzin niewielkich, acz bardzo zadbanych łóżek. Chłopcy popatrzyli na siebie i zgodnie stwierdzili, że mogą zabrać obojętnie które. Było ich tak wiele, że skrzaty na pewno nie zwrócą uwagi na zniknięcie jednego, a nawet jeśli to przecież nie doniosą o tym dyrektorowi.

Rzucili zaklęcie lewitujące na jedno z łóżek i ruszyli w stronę wyjścia. Po drodze, zgarnęli Petera, który postanowił zwinąć kilka apetycznie wyglądających babeczek i ciastek, tłumacząc, że Ciri na pewno chętnie zje coś słodkiego. Syriusz i James na zmiane, niemal bez przerwy przeklinali pod nosami nieporęczne łóżko, którego dolewitowania aż do dormitorium się podjęli. Musieli przejść praktycznie cały zamek, przemierzając drogę z piwnicy, aż do wieży Gryffindoru.

- Czyj to był pomysł żeby taszczyć ten barłóg przez cały Hogwart? – rzucił wściekle Syriusz, kiedy obił schodek jedną z nóg łóżka.

Peter poczerwieniał na twarzy, nieco urażony tonem przyjaciela, w końcu sami uznali ten pomysł za genialni, więc dlaczego mieli teraz pretensję? Jedynie Remus zdawał się ciągle mieć świetny humor i uśmiechem reagował na narzekania reszty.

Kiedy wspinali się już na siódme piętro zastopował cały pochód, wciąż wpatrzony w mapę i oznajmił niepokojącym szeptem:

- McGonagall idzie!

James błyskawicznie rzucił na lewitujący mebel swoją pelerynę-niewidkę, i razem z Syriuszem wycofał się w mrok, starając się zamaskować fakt, że mają nienaturalnie wycelowane różdzki w, jak mogło się zdawać , pustą przestrzeń. Nie pośpieszyli się ani o sekundę, bo już po chwili stała przed nimi Profesor McGonagall oświetlając różdzką twarze stojących z przodu Remusa i Petera.

- Potter, Black, Lupin i Pettigrew. – powiedziała błądząc wzrokiem od jednego, do drugiego. – Co robicie o tej porze na korytarzu?

- Pani Profesor! – odparł Syriusz, wciskając Jamesowi swoją różdzkę do ręki i przeciskając się do przodu. – Jak dobrze panią widzieć!

- Daruj sobie, Black. Zadałam wam pytanie i bardzo bym chciała uzyskać na nie odpowiedź. – McGonagall nie wyglądała na specjalnie radosną.

- Zaraz… Czy to nowa tiara? – Syriusz zdawał się improwizować, James pokręcił z niedowierzaniem głową, a Remus westchnął zrezygnowany. – Naprawdę piękna, świetnie podkreśla Pani kości policzkowe. A ta śliczna szata…

- Dość tych wygłupów, Black. – przerwała mu tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Jeszcze jedno słowo i zarobisz szlaban. Może ty, Potter, wyjaśnisz mi co tu się dzieje?

James poprawił okulary na nosie, uśmiechnął się najładniej jak potrafił i rzekł profesjonalnym tonem, którym tak często ganiła go Lily:

- Zgłodnieliśmy trochę i wybraliśmy się na małą przechadzkę do kuchni. Oczywiście jako Prefekt Naczelny stanowczo odradzałem nocne szwędanie się po zamku, jednak musi Pani wiedzieć, że Peter ma problemy ze snem, jeśli nie zje czegoś słodkiego. Dlatego postanowiłem iść razem z nimi, w roli opiekuna i…

- Dobrze, wystarczy. – westchnęła podobnie jak Remus chwilę wcześniej, jednak James dałby sobie rękę uciąć, że dostrzegł jak lekko drgają jej kąciki ust. – Każdy was traci po pięć punktów. Oprócz ciebie Potter. Nie chce was więcej widzieć w nocy poza dormitorium. Następnym razem zróbcie zapasy przed ciszą nocą. – dodała powiewając szatą i kierując się w stronę schodów.

Chwilę później słyszeli już tylko dźwięk jej obcasów, obijających się o kamienną posadzkę.

- Nie mogłeś wymyślić czegoś lepszego? – powiedział James, oddając Syriuszowi jego różdzkę.

- Działałem pod presją i improwizowałem! Ostatecznie wyszło całkiem zgrabnie.

- Dzięki mnie! Ty byś zarobił dla nas wszystkich szlaban.

- Dobrze, dobrze Panie Prefekcie Naczelny. Nie zapomnij wypolerować odznaki przed snem, chociaż jestem pewny, że wolisz to robić z różdżką. – rzucił ze złośliwym uśmieszkem Syriusz. W następnej chwili uchylał się przed zaklęciem przyjaciela i skrywał za plecami Remusa.

Ruszyli dalej w górę zamku. Kiedy znajdowali się już blisko Portretu Grubej Damy, James zadał pytanie, które nurtowało go już od kilku pięter:

- Jak my, do jasnej cholery, wtaszczymy to łóżko przez dziurę w portrecie, tak żeby Gruba Dama się nie zorientowała?

- Och, myślę, że z tym nie będzie problemu. – oświadczył ze śmiechem Remus, po czym machnął różdżką, czego efektem było zmniejszenie się niesfornego mebla do rozmiarów pudełka zapałek.

- Nie mogłeś tego zrobić wcześniej? – zapytali, niemal równocześnie Syriusz i James.

- Mogłem, ale przyjemnie się patrzyło jak się z nim męczycie. – na twarzy Remusa błąkał się teraz iście huncwoski uśmieszek.

Potter i Black rzucili w jego stronę kilka siarczystych wyzwisk i po chwili ociągania, jeden z nich podniósł pomniejszone łóżko i schował do kieszeni spodni.

W pokoju wspólnym poczuli się całkowicie bezpieczni i żwawo ruszyli do swojego dormitorium. W środku zastali Ciri, z ciekawością przyglądającą się książkom Remusa. Właśnie trzymała jedną otwartą na kolanach, jednak gdy zobaczyła ich wchodzących do pokoju, zatrzasnęła okładkę i odłożyła ją z powrotem na miejsce.

- Misja wykonana! – wrzasnął uradowany Syriusz, zwalając się na swoje łóżko.

- A celem misji nie było przypadkiem zorganizowanie łóżka? – zapytała sceptycznie. – Żadnego tu nie widzę.

Syriusz bez słowa wyjął z kieszeni minaturowe łóżeczko. Było, doprawdy, niewielkich rozmiarów i chwilę zastanawiała się kto właściwie miałby w nim spać.

- Nie wiem czy zauważyliście, ale jestem trochę większa od mrówki…

- Naprawdę? – Syriusz zrobił zaskoczoną minę. – Twój brak wiary w nasz intelekt jest bolesny.

Black położył drobny przedmiot obok łóżka Petera, tuż przy drzwiach prowadzących do łazienki. Machnął różdżką i momentalnie stanął tam mebel w swych naturalnych rozmiarach. Machnął ponownie, wcześniej różniące się znacząco od reszty łóżko, przybrało identyczny wygląd jak posłania zajmowane przez chłopców. Wyszczerzył się dumnie, skłonił teatralnie po czym ruszył w kierunku swojego kufra.

- Ja zajmę nowe łóżko. – odezwał się Remus, kiedy zauważył, że dziewczyna zbiera się do wstania. – Ty jesteś ranna, nie ma sensu cię teraz relokować. Pozwolisz tylko, że przeniosę swoją szafkę.

Uśmiechnął się do niej przyjacielsko i jednym, prostym zaklęciem przelewitował stolik nocny w kierunku swojego nowego łóżka. Ciri nie wiedziała co ma właściwie powiedzieć, chyba powinna im podziękować. Okazali jej wiele bezinteresownej pomocy, zwłaszcza, że do tej pory sprawia im jedynie kłopoty. Zanim jednak zdążyła dokładnie przemyśleć co chce powiedzieć, usłyszała blisko siebie głos Syriusza:

- Trzymaj. – wyciągnął w jej kierunku rękę, w której trzymał czarną koszulkę. Ciri patrzyła na niego tępym, nierozumiejącym spojrzeniem. – No przecież nie będziesz ciągle świecić… no wiesz czym. Peter już i tak dość się naoglądał. – dodał z zadziornym uśmiechem, patrząc na czerwieniejącego się jak burak przyjaciela.

Ciri niepewnie przejęła od niego koszulkę, a następnie rozwinęła. Był to duży, za duży jak na nią, t-shirt z dziwacznym wzorem i jakimś napisem.

- To nazwa jakiejś mugolskiej kapeli, całkiem nieźle grają, ale tak po prawdzie to kupiłem ją żeby wkurwić matkę. – wyszczerzył dumnie zęby i wrócił na swoje łóżko. – Jutro spróbujemy skołować jakieś bardziej kobiece fatałaszki.

- Ja… dziękuję. – udało jej się wyszeptać zawstydzonym głosem. – Nie tylko za to. Za całą waszą pomoc, mogło być kiepsko gdybyście…

- Daj spokój, to nic takiego. – tym razem to James odezwał się pierwszy. – Potrzebowałaś pomocy to pomogliśmy, poza tym… - ściszył nieco głos, aby wchodzący właśnie do łazienki Remus nie mógł go usłyszeć. – Mogłaś go nawet zabić, ale nas posłuchałaś i nie zrobiłaś mu krzywdy. Jesteśmy ci to winni.

Nie podejmowali więcej trudnych, ciężkich ani wzniosłych tematów. Reszta wieczoru zleciała im na docinkach, żartach i opowieściach o ich własnym świecie, który dla Ciri był równie fascynujący jak jej podróże dla chłopców. Zasnęli późno, było już grubo po północy, a ostatnim o czym pomyślała Ciri przed snem, było poczucie, że chyba w końcu trafiła do odpowiedniego miejsca, w którym zagości dłużej niż zwykle.