Disclaimer: I don't own Harry Potter.


CHIŃSKI ORYGINAŁ:

Oryginał: „47天改造" by 墨玉绿

Link do oryginału: www sto cc/book–128289–92 html (w miejscu spacji – kropki)


ANGIELSKIE TŁUMACZENIE:

Tłumaczenie: Snow_owl01

Link: /works/1850743


OKŁADKA:

Autor: Popuyund

Link: post/85502086159/another-fanfict-recomendation-gaes-i-found-it


Zgoda: jest

Pairing: Tomarry/Voldarry

Ostrzeżenia: 18+, angst, rape, mpreg

Streszczenie: Kiedy Voldemort wygrał wojnę, sprawił sobie zwierzątko. Harry Potter stanowił trofeum oraz naprawdę piękną nagrodę


47 Dni na Zmianę"

Miniatura


Maj 2003 r.

Puśćmy wodze fantazji.

Spróbujmy sobie wyobrazić przyszłość, w której Los wymazał przepowiednię; przyszłość, gdzie obaj bohaterowie przeżyli. Lord Voldemort wygrał wojnę i w oparciu o supremację czystości krwi oraz idee przyświecające czarnej magii, stworzył wielkie imperium. Jego odwieczny wróg, Harry Potter, został pojmany i zniewolony.

Wczuwając się w nową rzeczywistość, skończmy z nazywaniem chłopca Wybrańcem, bo czarodziejski świat nie potrzebuje żadnych zbawicieli. Chociaż czasy były ciężkie, wojna się zakończyła, a ludzie musieli żyć dalej. Wszyscy się przystosowali, wracając do szyderczej, obojętnej normalności. Społeczeństwo przestało potrzebować wybawienia ode złego, więc... porzuciło mężczyznę, którego kiedyś stawiało na piedestale.

Wtedy Bóg rzekł: „Niechaj się stanie światłość!" I stała się światłość*. Victor Hugo napisał zaś: „Nawet najciemniejsza noc kiedyś się skończy i wzejdzie słońce".

A co, gdyby społeczeństwo nie potrzebowało światła, bo żyjąc w nowym imperium, przyzwyczaiło się do wszechobecnej ciemności? Pobłogosławione mrokiem i swobodą ignorancji, świadomie przymykało oczy, z dnia na dzień coraz to bardziej wierząc w wyższość Czarnego Pana. Podczas gdy zmysły czarodziejów się stępiały, a moralność upadała, powoli zamieniali się w buszujące po podziemiu kretoszczury, prowadzone naprzód przy pomocy głosu swego władcy.

Wbrew najśmielszym oczekiwaniom, świat chętnie porzucił światłość.

Kim stał się Harry Potter, skoro przestał być Chłopcem, Który Przeżył...?

– Wszystko straciłeś, mój drogi – podsumował Czarny Pan, gorącym oddechem owiewając mu szyję. Jego syczący głos brzmiał słodko, kusząco, a nade wszystko fałszywie współczująco. W pewnym sensie przypominał szept kochanka. – Dziś moi lojalni śmierciożercy złapali całkiem sporo twoich starych przyjaciół z Armii Dumbledore'a. Z całą pewnością kojarzysz tego pulchniejszego chłopca... Jak się nazywał...? Ach, Longbottom.

Na wspomnienie znajomego nazwiska Harry szarpnął się w miejscu, ale natychmiast został usadzony. Tom pociągnął go niczym nieposłusznego psa, który próbował zerwać się ze smyczy.

Historię piszą zwycięzcy, a jasna strona przegrała.

Voldemort zaś triumfował.

Czarnoksiężnik objął Harry'ego od tyłu w talii. Przywierając do jego pleców, zastosował uścisk podobny do imadła. Zachichotał, jakby przypomniał sobie coś naprawdę śmiesznego, a potem owiał ucho chłopca gorącym oddechem. W przyćmionym świetle wyglądał nie tylko pięknie, ale i okrutnie.

– Bella wspominała nawet o skompletowaniu całej kolekcji...

Zdanie wstrząsnęło Harrym do głębi. Jakby za dotykiem czarodziejskiej różdżki, z twarzy odpłynęła mu cała krew. W ciągu sekundy zbladł, upodabniając się do pozbawionej życia porcelanowej lalki.

Skompletowanie kolekcji...? Ta szalona kobieta trzymała rodziców Neville'a pod Cruciatusem, dopóki nie postradali zmysłów. Co miała na myśli, mówiąc o „kolekcji"...? Czy zamierzała poddać Neville'a podobnym torturom...? Ile on wytrzyma, zanim stanie się bełkoczącym, cofniętym w rozwoju dzieckiem...?

Harry, z wypisaną na twarzy desperacją i rozpaczą, wbił wzrok w rozciągające się przed nim czarne jezioro. Skrzywił się, próbując powstrzymać cisnące do oczu łzy. Tom miał rację – płacz jest bezużyteczny i daremny; niczego nie wnosi. Stanowił naturalną reakcję organizmu, za którą odpowiadają gruczoły. Ot, podstawa biologii.

Cóż, możecie śmiało zapytać, kiedy Harry Potter stał się takim słabeuszem.

Z pierwotnego zamysłu miał być przecież nieustraszonym bohaterem, złotym, godnym Gryffindoru, potężnym lwem. Niemniej jednak wojna zupełnie go złamała, a lata cierpień tylko pogłębiły jego zgorzknienie. Jedyne, co mu pozostało, to smutek i żal. Skończył z brawurą i okazywaniem męstwa, by wcielić się w rolę przestraszonego, zamkniętego w klatce ptaszka. Jak widać, nawet dzikie koty można oswoić – zredukować ich prawdziwą naturę do uległego, pozbawionego pazurków, domowego kociątka.

Nie w ten sposób powinien wyglądać koniec.

Trzeba coś zrobić.

Harry Potter miał być zbawcą czarodziejskiego świata. Niegdyś utożsamiano go z bohaterską postawą, niezrównaną odwagą, poświęceniem dla dobra innych i nadzieją na lepsze jutro.

Niestety, i on, podobnie jak reszta społeczeństwa, zawierzył ciemności.

Czy czas zrezygnować...?

Wszystko stracone...

Nie, chwila. Niezależnie od aspektów fizycznych, mentalnie wciąż był Harrym Potterem – uosobieniem uporu, współczucia i prawdziwej siły. Nawet gdyby zapanowała nad nim ciemność, walczyłby o dobro najbliższych.

Z rozmysłem ignorując obejmujące go ramiona, odwrócił się twarzą do Voldemorta.

– Wypuść go – zażądał. Co prawda, nie potrafił powstrzymać drżenia ust, ale dołożył wszelkich starań, aby powiedzieć to twardym, stanowczym głosem. Zdecydowanie odbijało się także w jego oczach.

Czarnoksiężnik sprawiał wrażenie zaintrygowanego. Jak można żywić nadzieję na uratowanie komuś życia, skoro samemu jest się bezsilnym...? Kto wie, może to najwyższa forma ludzkiego ducha, rzadko spotykany altruizm w najczystszej postaci.

Kapitulacja z miejsca jest wykluczona, aczkolwiek buntownicza postawa niewolnika rozbudziła w nim sadystyczne skłonności. Na samą myśl, co mógłby z Harrym zrobić w zamian za życie przyjaciela, robił się twardy.

Zawsze nienawidził światła, krystalicznie czystych dusz oraz zadufanych w sobie głupców. Rewolucjoniści, którzy pragnęli zmienić świat na lepsze, błyszczeli niczym słońce i zarażali innych optymizmem. Swoim blaskiem oślepiali nawet najbardziej zatwardziałych wyznawców ciemności.

Lord Voldemort był dzieckiem nocy, a jego dusza nie wymagała zbawienia. Chciał tylko Harry'ego Pottera. Pragnął strącić go ze słonecznego piedestału, posiąść go i zbrukać; mieć go na własność. Był Czarnym Panem i jako wysłannik piekieł, musiał zniszczyć wszystko, co rzucało niebiański blask.

Z największą przyjemnością przykułby chłopca do łóżka, a następnie odrywałby mu skrzydła. Z czasem jego śnieżnobiałe pióra przybrałyby czarną barwę, a zielone oczy poddałyby się czerwonym. Wtedy spełniłby złożoną w dzieciństwie obietnicę – Harry nawet by nie pomyślał o opuszczeniu go ponownie.

Nigdy więcej.

W międzyczasie cieszyłby oczy widokiem upadłego anioła, pięknie złamanego.

Zwyciężyłby.

Samo patrzenie w te wyzywające, szmaragdowe tęczówki sprawiało, że gotowała mu się krew – nie wiedział tylko, czy ze złości, czy z pożądania; mało istotne.

Wykorzystując swoją przewagę fizyczną, przekręcił Harry'ego z powrotem. Językiem przejechał po jego odsłoniętym karku, wywołując przyjemny dreszcz. Z zadowoleniem odnotował, że chwilowa pieszczota pozostawiła po sobie czerwony ślad.

– Och, chcesz pomóc przyjacielowi...? – zakpił i zachichotał. Gardłowy śmiech niósł za sobą obietnicę, niewypowiedzianą groźbę i nieskrywaną żądzę. – Więc... błagaj o jego życie! – wyszeptał kusząco, zaczynając błądzić dłońmi po klatce piersiowej mężczyzny. Voldemort wydawał się rozbawiony obrotem sytuacji, chociaż magia niebezpiecznie iskrzyła w powietrzu. – Jeżeli chcesz, bym oszczędził mu dalszych cierpień, wiesz, co powinieneś zrobić, prawda? No dalej, przecież nauczyłem cię kilka sztuczek. Okazałeś się pojętnym uczniem. – Uśmiechnął się zwycięsko. – Jesteś naprawdę piękny, mój słodki chłopcze. A może wolisz, bym mówił do ciebie „ojcze"...?

Szyderczy ton podziałał na Harry'ego niczym policzek. Mimowolnie zadrżał, a gdy skrzyżował z czarodziejem spojrzenie, w jego oczach odbił się bezbrzeżny smutek i skrępowanie. Ojcze. Tom nigdy tak go nie nazwał; nigdy nie odwzajemnił jego dobroci i miłości.

Wyzbywszy się wspomnień, oczyścił umysł. Rozumiał, co należy zrobić, aby dopiąć swego. Został dobrze wytresowany. Nauczył się rezygnować z honoru, wstydu i szacunku do samego siebie. Wiedział, że najlepiej jest prosić z szeroko rozłożonymi nogami, niczym brudna dziwka.

Nawet nie pamiętał, kiedy przestał się opierać. Żeby wytrzymać w niewoli, musiał zaakceptować swoje miejsce i nauczyć się sztuczek, przy pomocy których zadowalał kapryśnego Toma. Na co dzień żyjąc w koszmarze, musiał się doń przystosować – płacił najwyższą cenę za to, czego pragnął.

Zanim przyszło zwątpienie, odwrócił się i owinął ręce wokół szyi Czarnego Pana. Chociaż starał się zachować spokój, zdradzały go lekko drżące dłonie. Zamiast posunąć się do ostateczności i skręcić mężczyźnie kark, przyciągnął go do pocałunku. Mięśnie miał zesztywniałe, ale gdy przycisnął swoje usta do dziwnie chłodnych ust czarnoksiężnika, przymknął oczy, udręczony.

To był tylko seks. Jego ciało w zamian za życie przyjaciela – całkiem uczciwy interes, naturalna wymiana przysług.

Był dziwką. Tak wyglądała nowa rzeczywistość.

Jaki jest sens toczenia przegranej bitwy...? – Uśmiechnął się z goryczą Harry, a potem otworzył usta, żeby wyjść naprzeciw napastliwemu językowi kochanka.

To naprawdę dziwne, ale wargi były najprawdopodobniej jedyną miękką rzeczą w Lordzie Voldemortcie.

W międzyczasie w piersi Toma narastała płonąca nienawiść. Nie cierpiał tego, jak Harry zawzięcie bronił wszystkich wokół siebie. Tak mocno gardził jego systemem moralnym, że nienawiść przybrała charakter pragnienia zemsty.

Czemu zemsty...?

Cóż, kiedy był najbardziej potrzebny, Harry porzucił go bez chwili wahania. Gdy wypatrzył na horyzoncie okazję, natychmiast z niej skorzystał i zrezygnował z dziecka, które przygarnął, pozostawiając je na pastwę rozpaczy, zdezorientowania i długich lat samotności. Z jakiego powodu tak łatwo oferował ochronę tym zawszonym robakom, swoim tak zwanym przyjaciołom, a nie mógł obdarzyć uczuciem małego, potrzebującego ciepłego domu chłopczyka, który ponad wszystko pragnął zaznać miłości...?

Nigdy by tego nie przyznał, ale targające nim emocje bardziej przypominały zazdrość, aniżeli pragnienie zemsty.

Cóż, trzeba zostawić przeszłość za sobą, przynajmniej na razie.

W nowym, zrewolucjonizowanym świcie osiągnął wszystko, o czym kiedykolwiek marzył. Zbyt dobrze też zdawał sobie sprawę, że Harry nigdy mu nie przebaczy i nigdy go nie pokocha. W porządku – skoro tak, to nie obdarzy uczuciem nikogo innego. Najwyższy czas, aby porzucił dziecięce nadzieje i zapomniał o przeszłości, by po prostu oddać się swoim najmroczniejszym, najgrzeszniejszym fantazjom.

Harry leżał na łóżku, więc Tom machnięciem różdżki zapalił wszystkie świece w sypialni. Zazwyczaj wolał odpoczywać w ciemnościach, ale nie tym razem. Chciał widzieć każdą, nawet najdrobniejszą zmianę wyrazu twarzy kochanka, jego rozchylone usta i różowy koniuszek języka, drżenie powiek. To naturalne, że chciał widzieć człowieka, z którym będzie się kochał.

Nie sposób uciec od jasnego blasku świec, a czarna, aksamitna narzuta na łóżko wspaniale kontrastowała z bladym ciałem Harry'ego. Wszystkie ślady, jakie dotąd zostawił – fioletowe i różowe siniaki, stare i nowe blizny – były doskonale widoczne. Skóra czarodzieja, ozdobiona najróżniejszymi kolorami, prezentowała przerażającą brutalność partnera, ale i piękną tragedię.

Tom pożerał wzrokiem swe arcydzieło. Malinki, zaczerwienienia i ślady po ugryzieniach świadczyły o tym, że ten szczeniak miał zaborczego właściciela, który się nie dzieli. Każdy cal skóry kochanka, od zagłębienia w szyi, aż po wewnętrzną stronę ud, został oznaczony tylko i wyłącznie przez Lorda Voldemorta.

Nikogo więcej.

Stosunek zawsze wiązał się z bólem. Harry musiał cierpieć, bo za każdym razem, gdy był krzywdzony, lepiej utrwalał wiadomości. Wie, że to chore i pokręcone, ale właśnie w takich chwilach Tom czuje się kochany.

Jak mówi powiedzenie, cienka jest granica między miłością a nienawiścią.

Mimo że był jawnie maltretowany, Harry nigdy nie narzekał. Będąc w najbardziej bezbronnej pozycji, nigdy nie błagał. Nawet zagubiony w morzu bólu i przyjemności, nigdy nie okazywał słabości. Niezależnie od tego, co mu robiono, lub co musiał robić, nigdy nie poprosił o litość czy przebaczenie. Może i Harry nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jego ostrożny upór sprawiał, że Tom tracił grunt pod nogami, przez co się złościł i wariował. Swoimi desperackimi, dziecinnymi spiskami, głodnymi ustami i silnymi dłońmi, prawie co noc odbierał kochankowi godność.

Niestety nawet najbardziej intymne akty nie mogły zaspokoić jego pragnienia, tak więc brał coraz to więcej i więcej. Gdy w grę wchodzą uczucia i związek partnerski, zazwyczaj logicznie myślący Czarny Pan zachowywał się irracjonalnie, popełniając gafę za gafą.

Obaj kręcą się w kółko, a z biegiem czasu węzeł, którym są złączeni, stał się nierozerwalny. Istotą ich relacji jest bowiem nieskończone szaleństwo.

Tom w pośpiechu zrzucił z siebie szatę. Potem, bez żadnego przygotowania, przyjąwszy dogodną pozycję, wbił się w Harry'ego jednym, brutalnym pchnięciem.

Był głodny doznań.

Gdy został otoczony ciepłą ciasnotą, westchnął i przymknął na chwilę powieki. W miarę jak poddawał się pożądaniu, jego oczy traciły ludzi wyraz. Uwięziony pod nim kochanek rozpaczliwie się miotał, skomląc niczym zdychające zwierzę. Aby w pełni przejąć nad nim kontrolę, unieruchomił mu ręce nad głową. Harry wyglądał, jak przybity do krzyża męczennik i przywodził na myśl czekającą na złożenie bogom ofiarę. Specyficznego uroku tej scenie dodawało jasne światło świec.

Utrzymując miarowe tempo, Tom co chwilę wchodził w kochanka. Wzrok miał wbity w jego twarz, chciwie chłonąc każdą, nawet najmniejszą zmianę; patrzył, jak przygryzał aż do krwi wargi i jak krzywił się z bólu i rozpaczy. Widząc cierpienie mężczyzny, przez krótką chwilę nie mógł złapać tchu, a coś niewyjaśnionego ściskało mu klatkę piersiową, ale zanim zdążył zidentyfikować to duszące uczucie jako ostatki poczucia winy, całkowicie zatracił się w doznaniach cielesnych oraz rosnącej przyjemności.

Zignorował bolesne ukłucie w sercu i pochylił się jeszcze bardziej. Przyspieszył tempa, rozkoszując się myślą, że ma Harry'ego na wyłączność. Tylko on, nikt inny, mógł zaspokoić jego potrzeby. Pchnął energiczniej, wchodząc naprawdę głęboko.

Idealnie się dopasowali.

Im bardziej kochanek się szarpał, tym mocniej zaciskał mięśnie wrażliwego odbytu. Ciasnota sprawiła, że Toma falami zalewała nie tylko rozkosz, ale i słodki ból, a dychotomia pożądania i władzy w pełni zaspokajała jego sadystyczną naturę. Zamruczał, zadowolony z doznań. Gorąco pchało go w kierunku krawędzi, a oszalały z żądzy mózg, pragnął zdecydowanie więcej.

Harry zadrżał. Z bezsilności zaciskał palce na kocu, skubiąc aksamitny materiał. Z wysiłku zbielały mu kostki. Nie mógł oddychać, podczas gdy partner, narzuciwszy szybkie tempo, kołysał nim w tył i w przód. Przypominał wyjętą z wody rybę, która z otwartymi ustami walczyła o odrobinę zbawiennego tlenu.

Mężczyźnie, który wgniatał go w łóżko, brakowało odrobiny romantyzmu, czy też współczucia.

Tom wysunął się z Harry'ego, delektując się powolnym tarciem, a potem ponownie przyłożył główkę penisa do zaczerwienionego, kuszącego otworu.

Jego fiut pulsował z niecierpliwości, nabrzmiały oraz mokry od potu i płynów ustrojowych. W swojej fiksacji, podekscytowany, czarnoksiężnik poświęcił chwilę, żeby spojrzeć w dół na zarumienioną skórę kochanka i jego pełne żałości, zielone oczy. Chciał zobaczyć właściwą reakcję, kiedy znów go weźmie, więc przycisnął go mocniej do poduszki i zwyczajnie się przytulił. Harry zareagował instynktownie, odchylając do tyłu głowę. Gdy wrażliwe, blade gardło zostało odsłonione, Tom natychmiast skorzystał z okazji i rzucił się na nie. Kąsał i gryzł, by potem w uspokajającym tempie polizać poranione miejsca. Kiedy rozkojarzył kochanka, pchnął biodrami do przodu, w jednym ruchu wchodząc w niego aż po same jądra.

Harry sapnął.

Bez stosownego przygotowania i nawilżającego lubrykantu czuł, jakby ktoś przebijał go nożem. Ból był nagły, ostry i niemożliwy do wytrzymania. Tom nie znał litości, wypełniając go na wskroś. Posiadł nie tylko jego ciało, ale i umysł, i gwałcił, aż Harry nie zanurzył się w morzu ciemności i wstydu.

Strasznie bolało.

Miał ochotę wrzeszczeć z udręki, ale wiedział, że gdy tylko otworzy usta, zacznie żałośnie szlochać. Chociaż już dawno temu odrzucił swój honor i dumę, kurczowo trzymał się ostatków godności; naprawdę nie zamierzał rezygnować z resztek człowieczeństwa.

Zagryzł wargi i stłumił krzyk.

– Jęcz dla mnie. – Tom wsparł się na rękach i przycisnął usta do płatka ucha partnera. Było tak gorąco. – Błagaj – powiedział zachęcająco, kusząc niczym syrena pieśnią. Nawet na moment nie zwolnił ruchów. – Jeżeli przyznasz, że bardzo cię boli... sprawię ci przyjemność, Harry...

Kochanek zapatrzył się na wygłodniały wyraz twarzy mężczyzny, którego wychował. Jego krwistoczerwone, pożądliwe oczy niemalże odebrały mu wolę walki. Przywrócony do rzeczywistości niezmordowanymi pchnięciami, zacisnął z uporem usta, odmawiając wydawania jakichkolwiek dźwięków. Z trudem przełknął gorycz i zbierający się w gardle szloch.

– Skoro nie chcesz ze mną rozmawiać, więc spójrz na mnie. – Uśmiechnął się drapieżnie. – Spójrz na nas...

Lord Voldemort, który przy pomocy czarnej magii zapieczętował swoje emocje, był gotów zniszczyć ostatnią pozostałość po dawnej tożsamości Harry'ego Pottera – jego bohaterstwo oraz dumę. Nie wyszedłszy z partnera, posadził go na swoich kolanach, tak że znaleźli się twarzą w twarz.

Harry był chudy. Tom prawie że z czułością przesunął palcami po wgłębieniach w klatce piersiowej i wystających żebrach, po czym powędrował niżej, wprost do miejsca, gdzie byli złączeni. Niespiesznie pogładził nabrzmiały odbyt kochanka, podczas gdy drugą ręką złapał za jego genitalia. Zadowolony z reakcji, trochę go od siebie odsunął.

Spójrz na nas. Tworzymy jedno ciało. – Uśmiechnął się okrutnie. – Zobacz, w jakim jesteś stanie...

Widok był okropny.

Pozycja, w której się znaleźli, uwydatniała najgorsze. Ciemne włosy łonowe były posklejane i mokre od płynów; brudne, pachniały seksem. Fiut Toma wciąż był w Harrym do połowy, twardy niczym skała, długi i różowy, trochę żylasty. Jego własny odbyt był zaczerwieniony, opuchnięty i wciąż konwulsyjnie drgający. Nie mogąc powstrzymać skurczu własnych mięśni, z kretesem przegrał tę walkę.

Cisza, która zapadła w sypialni, zawstydziła Harry'ego.

Mężczyzna wydał z siebie dławiący dźwięk i spróbował się odsunąć na bezpieczną odległość. Tom nie dość, że przytrzymał go w miejscu, to jeszcze kazał patrzeć na swojego pulsującego kutasa, dopóki ostatki jego godności nie roztrzaskały się w drobny mak. Próba ucieczki zakończyła się fiaskiem. Voldemort zacisnął dłonie na włosach kochanka i szarpnął, praktycznie przyciskając go do piersi. Wolną ręką uniósł nieco jego biodra, a potem wzmocnił uścisk i przyciągnął je z powrotem na swoje kolana. Wszedł głębiej niż wcześniej, a nagła inwazja wyrwała z gardła Harry'ego rozkoszny półkrzyk.

– Och, właśnie tak. Jesteś piękny, taki cudowny. Zaprzeczysz, skarbie...?

Tom przyspieszył, energicznie wyrzucając biodra w górę i w dół. Gdy delektował się łupami swojego zwycięstwa, trzymał kochanka w ramionach; złamany chłopiec przypominał baranka ofiarnego.

Światło świec było jasne i bardzo kłuło w oczy. Boli. Razi, sapnął Harry, czując ból pod powiekami. Kiedy coś mokrego spłynęło mu po policzkach, zrozumiał, że płacze.

Niedobre oświetlenie, pomyślał, otępiały.

Oczy nie przestały mu łzawić, a Tom wciąż się w niego wbijał. Gdy tak podskakiwali w szaleńczym tempie, łzy rozpryskiwały się na boki oraz kapały na koc i poduszki; tworzyły kolejne mokre plamy.

Mimo że to Voldemort był źródłem smutku Harry'ego, mimo że wcześniej nakazał mu przyznać się do bólu, niespodziewanie zmienił podejście – zwolnił i ograniczył się do łagodnych pieszczot.

Wystawił język i samiutkim koniuszkiem zlizał ciepłe łzy z brody kochanka, a potem zaczął z namaszczeniem całować go po rozpalonych policzkach. Brunet nie wiedział, czy to kolejne kłamstwo Toma, ale w tym momencie pozwolił sobie uwierzyć, że czarnoksiężnikowi w pewnym sensie na nim zależy.

– Nie płacz – szepnął z niepodobną do siebie czułością Voldemort. Gdyby był lepszym człowiekiem, poczułby wyrzuty sumienia za doprowadzenie do ostateczności osoby, którą kochał. Niestety, zamroczony pożądaniem, odczuwał tylko i wyłącznie palący głód w lędźwiach.

Ponownie pchnął Harry'ego na łóżko, a potem podniósł jego nogi i założył je sobie na umięśnione ramiona. Nie tracąc czasu, odpowiednio się ustawił i nim minęła sekunda, znalazł się w środku. Z każdym pchnięciem znaczył gorące, wilgotne terytorium. Nie przestawał poruszać biodrami, aż w końcu odnalazł właściwe miejsce, bo kochanek krzyknął i, nie kontrolując swoich reakcji, zacisnął się mocniej wokół jego męskości.

– Jest ci dobrze, Harry...? – Uśmiechnął się i ciężko dysząc, kontynuował drażnienie wrażliwych nerwów. Objął twarz partnera i, składając delikatne pocałunki na jego policzkach oraz ustach, cierpliwie czekał, aż się zrelaksuje i przyzwyczai do nowego uczucia, po czym pchnął ponownie.

Tym razem krzyknęli obaj.

Gdyby tylko chciał, Harry zawsze mógłby się roztapiać. Gdy kochanek wchodził w niego powolnymi, przemyślanymi ruchami, ból stopniowo zelżał, by przemienić się w przyjemność. Ogarnięty nagłym gorącem, zatracił się w rozkoszy. W końcu zaczęli współpracować i wspólnie się poruszać, a kojąca ciemność wzięła udręczonego we władanie. Było jak zawsze – ostatecznie poddał się bólowi, pożądaniu i Tomowi.

Voldemort uwielbiał patrzeć na rozpadającego się Harry'ego; na jego długie, teraz chętnie, szeroko rozłożone nogi, obnażające najcenniejszy ze skarbów – bezbronność i niewinność ukochanego. Pokonany przez cudownie przytłaczający widok mężczyzny, którego pożądał od najmłodszych lat, poddał się pożądaniu.

Niekontrolowana przemoc i pragnienia – to cały on. Harry zaś był jego zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem; wrażliwy, drżał teraz przy każdym pchnięciu.

Złapał kochanka za biodra i przyspieszył tempa; w trakcie łapał go za ręce i gryzł opuchnięte wargi. Z początku liczył, ile razy się kochali, a potem przestał. Pieprzyli się w łóżku, na podłodze, w łazience, na stole, przed lustrem, przy ścianie – wszędzie. Chciał, by wszystko zostało poplamione ich nasieniem.

W powietrzu unosił się zapach potu i seksu, słodki i odurzający. Harry dopasował się tempem do Toma, z równą desperacją dziko wierzgając biodrami. Mimo że byli dwoma osobnymi bytami, tworzyli jedno ciało. Wzajemna pasja sprawiała, że wyglądali jak zwyczajna para chętnych kochanków. Obaj sapali i z trudem łapali powietrze. Obaj stękali i jęczeli z lekko ćmiącego bólu i przyjemności.

Na chwilę zazwyczaj wyniosły i chłodny Czarny Pan zupełnie się zapomniał, przybierając formę bestii w rui. Kiedy szczytował, wypełnił Harry'ego spermą, wyobrażając sobie przy tym, że jego esencja zapuści w nim korzenie.


Pięć miesięcy później Harry z przerażeniem patrzył na swój rosnący brzuch. Szok wywołany diagnozą magomedyka sprawił, że zadzwoniło mu w uszach, a oczy zapiekły z nieskrywanej wściekłości. Zupełnie zapominając o swojej niskiej randze, złapał Voldemorta za kołnierz koszuli.

– CO TO MA ZNACZYĆ? – wrzasnął.

– Och, mój drogi. – Uśmiechnął się Czarny Pan, gdy odczepił od siebie zrozpaczone dłonie. Na jego twarzy widoczne były triumf i zadowolenie. – Jesteś w ciąży. Wspaniała wiadomość, prawda? Dziecko wyznaczy nam nowy kierunek i połączy nas na zawsze. Nawet nie wiesz, od jak dawna to planowałem. Kochasz dzieci, czyż nie?

Słodko-kpiący ton Toma odpychał. Harry'emu znowu zadźwięczało w uszach, a świat niebezpiecznie zawirował.

– Cudownie, prawda...?

Nie, wręcz przeciwnie. Był mężczyzną, a więc ciąży daleko było do naturalności. To po prostu niemożliwe. Nie mógł nosić potomka swojego największego wroga – człowieka, którego pragnął zabić, odkąd ukończył jedenaście lat.

Siedemdziesiąt lat temu modlił się o szczęście każdego nowo narodzonego dziecka, oczywiście, za wyjątkiem Toma Riddle'a. Historia się powtórzyła, bowiem teraz bezgłośnie prosił, by Los odebrał życie temu, które się w nim rozwija.

Narodziny powinny być radosnym wydarzeniem, szczytem wzajemnej miłości kobiety i mężczyzny oraz powołanym na świat cudem życia. Dziecko zrodzone z samolubnych pobudek, w oparciu o przymuszenie do stosunku, mające być niczym innym, jak dobrym narzędziem, będzie skazane na samotność, ból egzystencjalny, tęsknotę za rodzicami, cierpienie oraz palącą wściekłość.

Harry nie chciał, aby maluch doczekał porodu; nie chciał dać życia następnemu Voldemortowi.

– Pozbądź się go – syknął, truchlejąc. Chociaż trzymał jedną rozdygotaną dłoń na brzuchu, sprawiał wrażenie zdecydowanego i pewnego siebie. Brzmiał wyzywająco, czym zasłużył sobie na szczególną uwagę.

Tom złapał kochanka za podbródek i podniósł mu do góry głowę. Kiedy zielone oczy spotkały się z krwistoczerwonymi, coś zaiskrzyło.

– Mój drogi, słodki niewolniku. Nie masz prawa do zgłaszania żądań...


Marzec 2004 r.

Zgodnie z oczekiwaniami, dziecko przyszło na świat bez fanfar, miłości, bez stłoczonej wokół szpitalnego łóżka rodziny we łzach szczęścia, gruchającej do maleńkiej, zaczerwienionej twarzyczki. Każde niemowlę było czystą tablicą, całkowicie szarą, pozbawioną skłonności do światła czy ciemności; z początku zawsze należało do obu światów. To dziecko od razu samotność wzięła w ramiona.

Lord Voldemort rzucił mu tylko aprobujące, choć mało zainteresowane spojrzenie, po czym jak najszybciej przekazał je w ręce najbliżej stojącemu śmierciożercy. Nie zaszczyciwszy oseska uwagą, odwrócił się na pięcie i sprężystym krokiem wszedł do białej komnaty, gdzie wciąż unosił się silny zapach krwi; potem wspiął się na łóżko. W pościeli leżał zagrzebany blady mężczyzna, ze zmarszczonymi w niewygodzie brwi, nieruchomy niczym lalka. Nie poruszył się, gdy objęły go umięśnione ramiona, więc mógł albo twardo spać, albo był nieprzytomny. Niczym potrzebujące dziecko, Czarny Pan pozwolił sobie na chwilę relaksu, uparcie tkwiąc w iluzji szczęścia i spokoju.

Harry w międzyczasie dryfował na granicy bólu i cierpienia, nieświadomy swojej sytuacji. Oczy miał mocno zaciśnięte, a czoło zmarszczone. Wyglądał, jakby za wszelką cenę pragnął odciąć się od świata, smutku i niesprawiedliwości – a najbardziej od syna, którego nigdy nie chciał.

Chłopiec dorastał, ignorowany przez swoich rodziców, lecz w ślicznych, zielonych oczach, nie przestawała się tlić nadzieja.

– Tatusiu! Czemu mnie nie przytulasz, tatusiu...? – zapytał trzylatek, chwytając ojca za nogawkę spodni. Harry nie znalazł żadnej stosownej odpowiedzi, więc odszedł bez słowa wytłumaczenia.

Wyjątkowo inteligentny chłopczyk nie wiedział, kiedy należy powiedzieć „stop". Zaczął biec, przebierając pulchnymi nóżkami tak szybko, jak tylko potrafił, ale po drodze zachwiał się i upadł na ziemię. Nie zapłakał. Leżał krótko, a potem podźwignął się na kolana i stanąwszy z powrotem na nogach, wznowił bieg. Koniec końców ponownie uczepił się nogawki Harry'ego. Maleńkie dłonie zacisnął w piąstki i zaparł się w miejscu, przywodząc na myśl małą, chwiejną małpkę.

Był naprawdę podobny do swoich rodziców. Z wyglądu przypominał ciemnowłosą sierotkę, która przed latami szukała miłości i akceptacji w tym beznadziejnym, okrutnym świecie, ale z charakteru wiele odziedziczył po niegdyś tak zwanym Wybrańcu – najbardziej wyróżniała się w nim determinacja w dążeniu do celu i wytrwałość; nie wiedział, kiedy trzeba się poddać.

– Tatusiu...?

Słysząc rozpaczliwe błagania chłopca, Harry miał wrażenie, że jego serce przebija milion ostrych noży. Spojrzał w dół na dziecko, tak podobne do młodego Toma Riddle'a i mimowolnie zadrżał. Za każdym razem, gdy patrzył na syna, zaczynał rozpamiętywać wszystkie swoje niepowodzenia. Wracał do niego wstyd i upokorzenie, przez które musiał przebrnąć, a potem zanurzał się w poczuciu winy.

Chłopiec pociągnął nosem, nie przestając chlipać.

– Czemu...? Tata Scorpiusa go kocha i przytula. Czemu mnie nie kochasz, tatusiu...?

Cichy szloch dziecka zadziałał na Harry'ego jak kubeł zimnej wody, automatyczne otrzeźwienie. Nie mógł podtrzymać swojego postawienia. Nie potrafił zignorować malca, który go potrzebował.

Czarodziej, który ciągle uciekał od rzeczywistości, nie był prawdziwym Harrym Potterem.

Bez względu na pozory zdystansowania i chłodnej obojętności, które podtrzymywał, w sercu wciąż był tęskniącym za rodzinnym ciepłem naiwniakiem. Niczego się przez ten czas nie nauczył.

Klęknął.

– Już w porządku, prze... przestań płakać, synku... – wyjąkał nieskładnie, zdenerwowany i wewnętrznie skonfliktowany. Cały zesztywniały wyciągnął przed siebie rękę i przyciągnął chłopca do uścisku, podczas gdy w głowie mignęły mu bolesne wspomnienia.

Doświadczywszy czegoś niesamowitego, mały zadrżał.

– Tatusiu – sapnął i przylgnął do Harry'ego. Rozkoszując się przyjemnym ciepłem i bezpieczeństwem w objęciach ojca, z zadowoleniem przymknął powieki, ukrywając przed światem rozbłysły w zielonych oczach krwistoczerwony blask.


* Biblia, Księga Rodzaju 1,3