Opowiastka z humorem i przymrużeniem oka, osadzona gdzieś pomiędzy opowiadaniami z dwóch pierwszych tomów.


Zasrane zlecenie

Dobre wychowanie, uważał Geralt, częściej przynosiło szkodę niż pożytek. Tytuły, maniery, dobry ton... Łatwo się w tym wszystkim było pogubić, łatwo było zabrnąć w tych staraniach za daleko i tak czy inaczej odbić się od ściany. Pewne dobre obyczaje stanowiły jednak podstawę jako takiego funkcjonowania społeczeństwa i zachowania ładu w ogólnym burdelu świata. A że wiedźmin miał skrupuły, przyjął to zasrane zlecenie. Dosłownie.

Rzecz bowiem dotyczyła wychodka. Gdy Geralt pierwszy raz usłyszał o tym w karczmie, parsknął w piwo i odesłał kmiota, by ten wytrzeźwiał i wrócił, gdy zacznie mówić z sensem. W sakiewce niepokojąco przezierało już dno, więc wiedźmin nie pogardziłby możliwością zarobku, gdyby się takowa nadarzyła, ale nie był jeszcze aż tak zdesperowany, by wysłuchiwać podobnych bredni.

Potem jednak tę samą historię wiedźmin usłyszał od grupki stałych bywalców, od karczmarza i od młynarzowej, która biadoliła coś przy szynkwasie. Potwór, mówili zgodnie wszyscy, po tyłkach czymś oślizgłym macał i szczypał, czasem ugryzł. Co wolniejszych potrafił porządnie dziabnąć. Jeden nadgorliwy kmieć gotów był nawet zademonstrować przy wszystkich ślady, jakie owa bestia zostawiła.

Geralt uwierzył na słowo.

– Szczura tam pewnie macie – spróbował jeszcze, wzruszył ramionami, ale rozochoceni goście w gospodzie zaczęli go jeden przez drugiego przekrzykiwać, by z nich nie kpił, bo oni porządni ludzie są i z prawdziwym problemem do niego, wiedźmina, przychodzą, a on powinien ich przecież od plugastwa wszelkiego chronić. Zapłatę oferowali godziwą jak za tak absurdalne zlecenie. Geralt miał w perspektywie spędzenie przynajmniej kolejnego dnia w oczekiwaniu na Jaskra, więc z nudów i dla świętego spokoju obiecał, że przyjrzy się sprawie.

Tym oto sposobem kolejną noc wiedźmin spędził, biegając do sławojki, czując się przy tym jak skończony idiota. Obszedł teren dookoła, zajrzał do środka, przyczaił się... i nic. Powtarzał te czynności w losowych odstępach czasu, czasem nawet udając podpitego klienta karczmy, który wyszedł za potrzebą. Nie zobaczył nawet pół macki. Jedyne, co spotkał, to kilka zbłąkanych much i nieco więcej upierdliwych komarów.

Pocieszające w tym wszystkim było tylko to, że to nie rozstrój żołądka po wątpliwej świeżości mięsie w polewce zmuszał go do tych wędrówek. Co oznaczało, że albo miejscowi popadli w zbiorową paranoję i ubzdurali sobie zasranego potwora, albo ów postrach wychodka wyczuwał zagrożenie i ani myślał wyściubiać macek w obecności wiedźmina.

Geralt wrócił więc nad ranem do pokoju zły i zziębnięty, z dojmującym poczuciem bezsensowności. Zadania jednak się podjął i nie w jego naturze było porzucać przyjęte zlecenia bez choćby ustalenia źródła problemu.

xxx

– Co to są za brednie? Potwór w wychodku? Geralt, zlitujże się! – Jaskier z rozmachem odstawił kubek.

– Mnie tego nie musisz mówić – mruknął wiedźmin.

Siedzieli razem nad mocno spóźnionym śniadaniem. Poeta dojechał do miasteczka w południe, psiocząc na zachlapane błotem ubranie i pogodę pod psem. Dla poprawy humoru zamówili obfity posiłek dzięki środkom trubadura.

– Co cię skłoniło do przyjęcia takiego zlecenia? – Jaskier dołożył sobie jajecznicy. – Nie, dobra, nie odpowiadaj. Nie chcę wiedzieć.

– A co miałem robić, czekając na ciebie w takiej dziurze? – Geralt zgarnął na swój talerz resztę z patelni. – Tu nawet utopca w sadzawce nie uświadczysz, nie mówiąc już o czymkolwiek groźniejszym.

– Hah, tylko tajemnicze stwory ze sławojki. Pięknie. I co, całą noc strawiłeś na próżno na tym polowaniu? – Bard pokręcił głową z niedowierzaniem, a potem jakby go coś tknęło. – Ej, a może ten stwór wychodzi dopiero, jak kto siądzie oddać się potrzebom pierwotnym?

Wiedźmin uśmiechnął się brzydko.

– A wiesz, że to nawet niegłupie?

xxx

Jaskier przegrał zakład.

– Geralt, ty sobie zdajesz sprawę, że to jest cokolwiek niezręczne? – dobiegło go zza drewnianych drzwiczek.

– Nie pieprz, Jaskier, tak jakbym cię nie poznał z gaciami w kostkach, uciekającego przed braćmi twojej ówczesnej damy – Geralt prychnął ze swojego stanowiska.

– No wiesz?! Co ja poradzę, że płeć brzydka tego świata jest tak nieczuła na danie odrobiny rozkoszy płci pięknej, gdy ta tego ewidentnie pożąda – obruszył się poeta.

– Pamiętasz chociaż, jak miała na imię? – Cisza po drugiej stronie starczyła za odpowiedź. – Nie gadaj, rób swoje.

W wychodku zapadła cisza. Geralt nadal czuł się idiotycznie na tym posterunku, ale przynajmniej nie był jedyny. I, jak się okazało, mnie musiał długo czekać.

– Ge–Geralt? O żesz jasna pieprzona–

Drzwiczki z serduszkiem otworzyły się z impetem, który omal nie wyrwał ich z zawiasów. Jaskier, blady jak ściana, wypadł na zewnątrz, w biegu podciągając spodnie.

– Jasny gwint!

Geralt nie słuchał. Wpadł do sławojki w samą porę, by uchwycić obślizgłą mackę wystającą z otworu. Wbił sztylet, poprawił uścisk i szarpnął, wyrywając stwora z obrzydliwym mlaśnięciem. Wypadli oboje z ciasnego wychodka. Stworzenie było niewielkie, rozmiarów może średniego psa, ale zdawało się nie mieć stałego kształtu. Glutowate ciało przelewało się Geraltowi przez ręce, macki próbowały owinąć się dookoła dłoni. Wiedźmin cisnął stwora na ziemię, dobył miecza; w końcu miał miejsce na broń.

Tak jak podejrzewał, potwór wyrwany ze swojego naturalnego środowiska, rzucony na otwarty teren, nie miał najmniejszych szans. Nie był ani szybki, ani zwinny. Stalowe wiedźmińskie ostrze weszło weń jak w masło; Geralt uznał brudzenie srebrnego miecza za zbędną fatygę. Macki zadrgały jeszcze konwulsyjnie i zamarły.

Jaskier, jak to on, szybko odzyskał mowę.

– O, jakie to paskudne. Geralt, co to do cholery jest?

– Nie mam bladego pojęcia – przyznał wiedźmin, z niejakim obrzydzeniem ocierając ręce i ostrze o trawę. – W życiu czegoś takiego nie widziałem. Pewnie znowu coś się skrzyżowało i zmutowało.

– Zasrana dziura, gówniany potworek – podsumował butnie Jaskier.

Geralt powstrzymał się od wytknięcia mu, że dopiero co uciekał przed tym gównianym potworkiem, jakby go co najmniej wiwerna goniła. Sam wciąż był po trosze zdumiony, że w sławojce faktycznie mieszkało coś więcej niż efekt bujnej wyobraźni lub pijackich zwidów okolicznych bywalców gospody.

– Geralt, patrz – poeta zbladł i wskazał na paszczę stwora, zaskakująco dużą i zębatą. – Przecież, przecież on by mógł łatwo...

– Nikt nie mówił, żeby nasz wychodkowy potwór nastawał na czyjąś męskość.

– Bo może nie zdążył?! A gdybym nie był tak szybki, to co?!

– W takim razie dobrze, że masz wprawę – parsknął Geralt i poklepał przyjaciela po ramieniu. – Dobra, zostawmy tu to paskudztwo, niech sobie z nim gospodarz robi, co chce. Nie będziemy obrzydzać gościom kolacji.

– Łatwo ci mówić!

– Chodź, nie marudź. Piwo tu mają niczego sobie. Ja stawiam.

xxx

– Polej, gospodarzu.

Zgodnie z obietnicą Geralt stawiał, jednak nie piwo, Jaskier bowiem kategorycznie zażądał mocniejszego trunku po traumatycznych przejściach. Na stół wjechała więc butelka okowity.

– Czekam na rymy o naszej najnowszej przygodzie – Wiedźmin przepił do poety. – Nie twój zwyczajowy repertuar, co?

– Nie wracamy do tego więcej – oświadczył bard. – Ani słowem – wychylił duszkiem kieliszek i otrząsnął się.

– Jakże to? – Geralt zaśmiał się z cicha i polał przyjacielowi. – Nie będzie ballady o dzielnym poecie, co nadstawiał karku, by uwolnić miejscową ludność od zgrozy?

– A żeby cię poskręcało, tfu! – Jaskier wychylił kubek duszkiem. – Dajcie co na zagryzkę do tego!

– Lepiej nie – powstrzymał go wiedźmin. – Chyba, że chcesz potem latać do tego wychodka.

Bard czym prędzej odsunął od siebie talerz.