Wszyscy się mylili. Kłamali, patrząc mi prosto w oczy. To moja wina. Ale także ich. Traktowali mnie jak dziecko, więc starałem się nim być. To był błąd. Nie powinienem ich słuchać, nie powinienem komukolwiek ufać. Jak mogłem zapomnieć o lekcji, którą dało mi wujostwo? Nie mogę na nikim polegać, nikomu ufać. Inaczej... Inaczej znów kogoś stracę. Tak jak Syriusza. Łzy same pojawiają się w moich oczach. Nie widzę sensu w ich powstrzymywaniu, więc pozwalam im swobodnie spłynąć po policzkach. Tylko kto będzie następny? Ron i Hermiona? To jeszcze dzieci, które wciąż wierzą, że wszystko skończy się bez ofiar. Jeszcze nie zdają sobie sprawy, że wojna jest brutalna i nie ma w niej nic pięknego. Tylko ból i łzy. Kto więc? Wesley'owie? Rodzina, która wcale nią nie jest. Nie jest. W takim razie kto? Kto mi został? Dla kogo mam walczyć?

Powoli odwracam głowę w bok i wbijam obojętny wzrok w Hermionę. Ciekawe kiedy zaczęła cokolwiek do mnie mówić. Nie, wcale nieciekawe. Cała wręcz emanuje desperacją. Przekręcam głowę w bok i zastanawiam się. Dlaczego? Tuż za nią stoi Ron, a jego oczy są przerażone. Dlaczego? Dalej ciężko o ścianę opiera się Dumbledore wyglądający tak staro jak tylko może, a jego wzrok jest mroczny i pełen winy. Dlaczego? Mrugam wolno i orientuję się , że ktoś trzyma mnie za rękę. Patrzę w tamtym kierunku. Na krześle przy moim łóżku siedzi Remus. Remus? Nie, wcale nie. Jego oczy są puste. Jakby ktoś wyrwał mu serce i kazał dalej żyć. W jego spojrzeniu nie ma już nadziei, to spojrzenie człowieka, który nie ma po co żyć. Dlaczego? Remusie, dlaczego tak na mnie patrzysz? Co się stało? Nagle dziwna mgła w moim umyśle rozrzedza się i cały ból uderza we mnie nagle.

-Nie ma go-poruszam ustami, a źrenice Remusa rozszerzają się-On odszedł.

Przymykam oczy, a łzy płyną mi po policzkach niezatrzymane. To boli. Każdy ruch i każda myśl tak bardzo boli. Przez chwilę zastanawiam się nad powrotem do błogiej nieświadomości. Tam nic mnie nie bolało. Patrzę Remusowi w oczy i dostrzegam, że szuka we mnie czegoś. Czego szukasz, Remusie? Czego? Odpowiedź nagle pojawia się w moim umyśle.

-Dobrze-mój głos jest tak cichy, że sam go nie słyszę, ale wiem, że on mnie słucha-Ale nie ma nic za darmo. W porządku? Będę twoim powodem do życia, ale ty musisz być moim. Co o tym myślisz, Remusie?

-Tak-odpowiada zdławionym głosem i oczami pełnymi łez.

Uśmiecham się pod nosem niewesoło. Wiem, że to będzie bolało. Bardzo bolało. Ale to nic nowego. Bolało od samego początku.

Gdy zapada noc, wszyscy opuszczają sale. Remus wygląda jakby chciał zostać, ale każę mu odejść. Czekam spokojnie aż ciemność czająca się w kątach weźmie w posiadanie całą sale. Cienie wydłużają się, szczerząc kły i uśmiechając się szyderczo. W środku trzęsę się ze strachu. Niczym nie różnię się od moich przyjaciół. Jestem głupim, naiwnym dzieciakiem, który wierzy, że wszystko będzie dobrze. Ale to się zmieni. Właśnie dlatego nie chciałem, by Remus został. Sam muszę się z tym zmierzyć. Gęsty mrok drwi ze mnie, a ja wiem, że nie mam wiele czasu, by przygotować się na jego nadejście. Tuż obok na stoliku stoi lampa i wystarczyłoby ją włączyć, by cienie rozpierzchły się, ale oznaczałoby to, że przegrałem. Jestem całkowicie nieprzygotowany, gdy w końcu ciemność mnie atakuje.

-Co u ciebie, Potter? Jak się czujesz po tym jak ten brudny kundel zginął przez ciebie?

-Zamknij się! Zamknij się! Zamknij się!

-Ależ to szczera prawda! Zabiłeś go, Potter! Zabiłeś!

-Wcale nie! Zamknij się!

-Zabiłeś go, zabiłeś go, zabiłeś go!

-NIE! Przestań!

Otępiały obserwował jak na jego ciele pojawiają się nierówne cięcia, a w uszach dźwięczał mu szaleńczy śmiech Voldemort'a. Gdy jego nogi zostały pokryte krwią, przyszła kolej na ramiona i plecy. Nie czuł już nawet bólu. Niepocieszony Czarny Pan używał coraz to nowszych i wymyślniejszych zaklęć, ale jego ofiara nie wydała nawet jęku bólu.

-Ciekawe co teraz myśli o tobie ten brudny kundel, jak myślisz, Potter? Pewnie cie nienawidzi-zasyczał, chcąc wytrącić go z równowagi i udało mu się to.

-Zamknij się, ty pieprzony psychopato.

-Bo co?-roześmiał się głośno-Co mi zrobisz, Potter? Nie ma już twojego kundla, który przybiegłby ci na pomoc.

-Zamknij się!

Voldemort cofnął się i obrzucił nastolatka dziwnym spojrzeniem. Nie reagował już ani na ból ani na zaczepki. Za to miał wrażenie, że cały czas nuci coś pod nosem. To było niepokojące. Czyżby stracił rozum? Zrobił jeszcze dwa kroki do tyłu, nie mogąc powstrzymać dziwnego uczucia, że powinien trzymać się z daleka. To absurd! Był Czarnym Panem, a przerażał go bezbronny bachor! Nie mógł jednak powstrzymać myśli, że powinien jak najszybciej się go pozbyć.

Chłopak skulił się w kącie, szlochając cicho. Znak na jego nadgarstku świecił delikatnym zielonym światłem.

-Syriusz! Tak bardzo przepraszam. To wszystko moja wina. Gdybym przyłożył się do nauki albo powiedział komuś, dalej byś żył. To moja wina! Przepraszam, przepraszam...

Budzę się z krzykiem. Podrywam się do siadu, a całe moje ciało pali z bólu. Wplatam dłoń we włosy i zaciskam ją w pięść. Drżę cały. Kurwa, nie sądziłem, że to będzie tak przerażające i bolesne. Ale wygrałem. Wygrałem i już nigdy nie zamierzam przegrać. Po omacku przeszukuję szafkę nocną i z ulgą wsuwam na nos okulary. Są trochę krzywe i wyglądają jakby ktoś na szybko je przetransmutował z czegoś. Unoszę wzrok i mrugam zaskoczony. Wokół mojego łóżka rozciąga się jasnozielona bariera, która lśni w kilku miejscach innymi kolorami. Marszczę brwi, widząc to. Co to, do diabła, jest? Nagle przypominam sobie, że jedno z zaklęć nadzorujących ma taki sam kolor, który błyszczy na bańce. Na Merlina, czy to jakiegoś rodzaju osłona? Jakiś blask drażni moje oczy, więc patrzę w jego kierunku. Moje zdziwienie wzrasta, gdy zauważam, że spod bandaża na moim lewym nadgarstku wydobywa się zielona poświata. Przełykam z trudem ślinę i powoli zaczynam rozwijać opatrunek. Niemal wszystkie ślady po klątwach zniknęły, oprócz jednego. Czarne linie splatają się ze sobą i tworzą drzewo, które wygląda jak symbol celtycki. To z niego wydobywa się dziwne światło. Mój niepokój znika niemal natychmiast. Życie. Przesuwam delikatnie palcami po znaku i uśmiecham się. Zerkam na osłonę z zakłopotaniem. Jak mam ją zdezaktywować? Gdy tylko myśl ta pojawia się w moim umyśle, bariera rozpływa się w powietrzu, a zaklęcia nadzorujące bez naruszenia znów mnie otaczają. Kilka minut siedzę w bezruchu, zastanawiając się nad całą tą sytuacją. Wyraźnie czuję, że coś się we mnie zmieniło. Nagle świat stał się bardziej kolorowy, a istnienie mniej bolesne. Moje rozmyślanie przerywa pielęgniarka, która wchodzi do sali. Obserwuję ją uważnie. Nie wygląda na zaniepokojoną, co oznacza, że osłona nie przerwała zaklęć, a moje przebudzenie nie aktywowało ich. Coś czuję, że polubię tą tarczę. Swoją drogą ciekawe jak potężna jest. Pielęgniarka wzdycha wkurzona, więc zwracam na nią uwagę. Chyba coś do mnie mówiła.

-Panie Potter, pański przyjaciel czeka pod salą. Mam go wpuścić?-pyta ze znudzeniem i dziękuję jej w myślach, że nie odbiło jej na mój widok.

-Przyjaciel?-pytam ostrożnie.

-Pan Lupin-obrzuca mnie zamyślonym spojrzeniem-Wpuścić go?

-Tak, proszę.

Od razu podchodzi do drzwi i otwiera je, dając znak zapewne Remusowi, że może wejść. Już sekundę później znajduje się przy niej, a gdy kiwa mu głową, wchodzi do pomieszczenia. Układam się wygodniej na poduszkach i wbijam w niego uważny wzrok. Wygląda źle, bardzo źle. Koszmarnie wręcz. Już gdy widziałem go po raz ostatni przed wydarzeniami z Ministerstwa, nie był okazem zdrowia, ale teraz przypomina żywego trupa. Jest blady jak ściana, choć zazwyczaj cały czas jego skóra ma złocisty odcień. Ciemnogranatowe worki pod oczami pokazują, że w ostatnim czasie praktycznie nie spał. Tylko jego oczy dają znak, że jeszcze żyje. Są zmęczone, ale pełne nadziei. Garbi się, gdy podchodzi do krzesła przy moim posłaniu. Jego widok niemal boli fizycznie. Och, Remusie, dlaczego sobie to robisz? Pielęgniarka opuszcza pomieszczenie, zostawiając nas samych. Milczę jeszcze chwilę, po czym rzucam wilkołakowi znaczące spojrzenie. Najwyraźniej mnie rozumie, bo rzuca zaklęcie wyciszające. Gdy kończy, kiwa mi głową.

-Gdzie jestem?-pytam i nagle zauważam, że mój głos jest zachrypnięty; Remus podaje mi szklankę stojącą na stoliku.

-W Św. Mungu. To prywatna sala i tylko kilka osób wie, że tu jesteś-po wypiciu wody, oddaję mu szklankę, którą stawia na szafce.

-Dlaczego nie zabraliście mnie po prostu do Hogwart'u?-pytam ciekawie, a Remus natychmiast spina się i odwraca wzrok.

-Byłeś w naprawdę złym stanie-mówi łamiącym się głosem-Długo w ogóle nie kontaktowałeś i trwałeś w dziwnej apatii-marszczę brwi zaniepokojony.

-Jak długo?-gdy odwraca wzrok, wiem, że odpowiedź mi się nie spodoba.

-Cały miesiąc. Dzisiaj jest wtorek, 24 czerwca.

Opadam ciężko na poduszki. Długo byłem pogrążony w nieświadomości, zbyt długo. Wbijam wzrok w leżący na kołdrze bandaż, który sobie zdjąłem.

-Kiedy będę mógł stąd wyjść?

-Myślę, że jeszcze dzisiaj. Harry, musisz wiedzieć, że został już odczytany testament Syriusz-imię przyjaciela ledwo przeszło mu przez gardło, a przy tym wyglądał jak siedem nieszczęść-Zostawił ci Grimmauld Place 12 i wszystko, co miał.

Przymykam oczy, by nie płakać. Oczywiście. Kochany Syriusz.

-Co to oznacza?-pytam szorstko, mając ochotę ryczeć jak dzieciak.

-Zostałeś głową rodu Black i tym samym zostałeś uznany przez Ministerstwo za pełnoletniego czarodzieja.

Jestem pewien, że moje oczy zapłonęły, gdy usłyszałem tą wiadomość. Pełnoletni, niezależny od nikogo. Nikt nie ma prawa mi rozkazywać. A to oznacza, że mogę spokojnie wziąć się za siebie i Dumbledore może mi podskoczyć. Kieruję roziskrzone spojrzenie w kierunku Remusa i posyłam mu drapieżny uśmiech.

-Czy mógłbyś iść po mój wypis?-w odpowiedzi wstaje i rusza do drzwi, przez które wychodzi.

Odrzucam kołdrę na bok i zsuwam nogi na podłogę. Zaciskam zęby i wstaję powoli. Zastałe mięśnie protestują, a ból sprawia, że muszę przytrzymać się szafki, by nie upaść. Wiedziałem, że tak będzie, dlatego wolałem zrobić to bez Remusa obok. Otwieram szarkę i odkrywam, że w środku jest moja szkolna torba. Wyciągam ją i zaglądam do środka. Bingo! Wyciągam ubrania i najszybciej jak ból mi na to pozwala przebieram się ze szpitalnej piżamy. Nigdy nie widziałem tych ciuchów u siebie, co przypomina mi, że koniecznie muszę wreszcie iść na porządne zakupy. Nagła myśl paraliżuje mnie przez chwilę. Już nigdy nie wrócę do Dursley'ów. Nigdy już nie będę musiał ich oglądać. Mam wrażenie jakby nagle z moich ramion został zdjęty ogromny ciężar. Jest tyle spraw, które wymagają mojej uwagi. Wybacz, Syriuszu, że tak długo mnie nie było. Moje rozmyślenia przerywa Remus, który wchodzi do sali z uśmiechem. Wyciąga w moim kierunku dłoń z butelką po Frugo, za którą łapię. Szarpnięcie w okolicach pępka przypomina mi tylko jak bardzo nie lubię tego środka transportu. Prawie upadam na twarz, gdy grunt nagle pojawia się pod moimi stopami, ale Remus chwyta mnie za ramię. Kiwam mu głową w podziękowaniu i w milczeniu ruszamy przed siebie. Do Grimmauld Place 12. Do domu.