Gdy wchodzimy do budynku, panuje spokój i cisza, co oznacza, że jesteśmy sami w środku. Oddycham z ulgą. Nie chcę jeszcze spotkać swoich przyjaciół. Całą swoją uwagę skupiłbym na nich jak robiłem to przez ostatnie lata, a ważniejsze sprawy odsunąłbym na bok. A to nie wchodzi w grę. Kilka minut stoimy w progu, a widmo Syriusza przytłacza nas. W końcu przełamuję się i ruszam w kierunku schodów. Staję w połowie i odwracam głowę, by spojrzeć na Remusa.
-Masz coś przeciwko, bym zajął pokój Syriusza?-na to pytanie wbija we mnie zszokowany wzrok.
Wiem, dlaczego jest taki zaskoczony. Sam prowadziłem wcześniej wewnętrzną walkę na ten temat. W końcu pokój mojego ojca chrzestnego jest przesycony jego obecnością i wspomnieniami. Ale nie ma sensu uciekać. Nic mi to nie da. Nie ma go. I choć myśl ta sprawia, że łzy napływają mi do oczu, taka jest prawda. Zapomnienie o Syriuszu byłoby nie fair. Zasługuje na bycie zapamiętanym. Gdy tylko otwieram drzwi do pokoju, atakuje mnie jedno ze wspomnień. Podchodzę do drzewa genealogicznego Blck'ów i przesuwam palcami po gobelinie aż nie natrafiam na wypalone miejsce z imieniem Syriusza. Z nagłym gniewem zaciskam dłoń w pięść i uderzam w dzieło. Nawet nie zauważam, że znak na lewym nadgarstku znów lśni zielonym światłem.
-Żaden z was, ścierwa, nie zasługuje na upamiętnienie skoro nie ma na nim Syriusza-syczę, odszukując wzrokiem matkę Syriusza-Najwierniejszego z was wszystkich!
Z satysfakcją obserwuję jak fala magi przechodzi przez gobelin, usuwając wszystkich i zostawiając gładką powierzchnie. Wyciągam dłoń do rodowego motta Black'ów i przesuwam po nim palcami. „Toujours pur" w mgnieniu oka zmienia się w „Toujours fidèle". Opieram czoło o ścianę i przymykam oczy.
-Dla ciebie, Syriuszu. „Zawsze wierni"-szepczę łamiącym się głosem.
Unoszę powieki i patrzę jak na materiale zaczynają pojawiać się nazwiska i podobizny. James Potter i Lily Potter zd. Evans, a zaraz pod nimi moje imię i nazwisko. Kawałek dalej pojawiają się ciemne loki Syriusza, a obok Remus. Niżej cała rodzina Wesley'ów i Hermiona. Dotykam podobizny Syriusza i szlocham cicho. Pociągam nosem i wbijam wzrok w jego imię.
-Nienawidziłeś tego domu, prawda? Nigdy więcej. Zmienię go dla ciebie, choćbym miał budować go od fundamentów. A ty już nigdy nie będziesz zdrajcą. Od dziś jesteś najlepszym z nich wszystkich. Zawsze wierny-uśmiecham się delikatnie, starając się nie rozpłakać ponownie.
Po godzinie uspakajania się i płakania nad wspomnieniami wychodzę z pokoju i kieruję się do kuchni. Remus już tam jest. Siedzi przy stole i garbi się na kubkiem herbaty. Gdy wchodzę, wbija we mnie zmęczony wzrok. Podchodzę do lodówki i przeglądam jej zawartość, po czym zaczynam przygotowywać obiad. Po kilku minutach stawiam talerze na stole i w milczeniu zaczynamy jeść. Jestem pewien, że Remus nie zjadłby sam, wymawiając się czymś tak absurdalnym jak „nie jestem głodny". Ale przy mnie nie ma wyboru. Po skończeniu posiłku Remus jednym ruchem różdżki czyści naczynia i wysyła je do szafek. Zamyślony dopija swoją zimną już herbatę. Odchrząkam, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
-Chcę ci coś pokazać-mówię zdławionym głosem, a on tylko kiwa głową.
Wstaję i prowadzę go do swojego pokoju. Przepuszczam go w drzwiach przodem. Jak się spodziewałem od razu podchodzi do gobelina. Obserwuję uważnie jego zachowanie. Przesuwa palcami po materiale ze łzami w oczach.
-Ty to zrobiłeś?-pyta cicho i wlepia miękki wzrok w podobiznę Syriusza-Och, Łapo. Pasuje idealnie.Zawsze wierny-uśmiecha się szczerze chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu.
-Remusie-czekam aż na mnie spojrzy i kontynuuję-Zamierzam wybrać się do Gringott'a. Chcę sprawdzić wszystkie skrytki jakie posiadam. Nigdy tego nie zrobiłem, a powinienem. Chcesz iść ze mną?
Remus chwilę myśli, po czym potrząsa głową. Unoszę brwi zaskoczony. Czyżby czuł się nieswojo?
-Jesteś pewien? Chcę żebyś wiedział, że połowa fortuny Black'ów należy od dzisiaj do ciebie-otwiera usta zaskoczony, chcąc zaprotestować-Doskonale wiesz, że byłeś dla Syriusza równie ważny co ja. Chodźmy tam razem.
W końcu kiwa głową i po ostatnim spojrzeniu na gobelin, wstaję i rusza w moim kierunku.
Złoty napis na drzwiach lśni w słońcu, gdy wraz z Remusem wchodzimy do środka. Chwilę przeciskamy się przez tłum ludzi i w końcu docieramy do jednego z goblinów. Zerka na nas i uśmiecha się szeroko. Staram się nie wzdrygać; ich uśmiechy zawsze są takie przerażające.
-Pan Potter-kiwa mi głową na przywitanie-Oczekiwałem pana.
-W jakiej sprawie?-pytam zaskoczony.
W odpowiedzi wskazuje ręką jedne z drzwi, do których nas prowadzi. Jest to niewielkie pomieszczenie ze stołem i kilkoma krzesłami. Gdy zajmujemy miejsca, goblin rozwija pergamin, który trzymał do tej pory. Przesuwa go w moim kierunku. W moim gardle pojawia się gula, gdy orientuję się, że mam przed sobą testament Syriusza. Na samym dole widnieje jego podpis oraz Dumbledore'a. Biorę od goblina długopis i sam również się podpisuję w wyznaczonym miejscu. Pergamin znika w czerwonej chmurce.
-W jakiej sprawie przybył pan, Panie Potter?-pyta goblin, splatając ze sobą palce.
-Chcę odwiedzić wszystkie należące do mnie skrytki.
Chwilę siłujemy się na spojrzenia jakby chciał sprawdzić moje intencje, po czym wstaje zza stołu i wychodzimy z pomieszczenia. Droga jest dokładnie taka jak zapamiętałem-szybka i mokra.
Na początku odwiedzamy osobistą skrytkę moich rodziców. Znajdują się tam tylko galeony, więc bez zbędnego tracenia czasu ruszamy dalej. Następna okazuje się być skrytka Syriusza, którą odziedziczył po swoim wuju. Tam również nie ma nic poza galeonami. Później zjeżdżamy na niższy poziom-do skrytek rodowych. Na początku trafiamy do skrytki rodowej Potter'ów. Za górami galeonów znajdują się kufry i skrzynie pełne książek, biżuterii i innych przedmiotów. W kącie ustawionych jest kilka wiekowych mebli. Remus wygląda na zainteresowanego stosami książek, więc daję mu czas na przejrzenie ich na szybko. Sam ruszam do jednego z kufrów na błyskotki. Marszczę brwi na widok mniejszej szkatułki z wygrawerowanym herbem rodu. Otwieram ją powoli i przyglądam się zawartości. W środku znajduje się kilka pierścieni rodowych, wśród których jest sygnet dla głowy rodziny oraz dwa zwinięte ciemnozielone materiały. Serce bije mi szybciej. Właśnie tego szukałem. Biorę jeden z płaszczy i wstaję, rozwijając go i zarzucając sobie na plecy. Z peleryny chwilę wydobywa się delikatne światło, a gdy znika, płaszcz wygląda jak nowy. Zdejmuję go ostrożnie i zauważam, że na plecach ma wyszyty symbol. Trójkąt, przed którym znajduje się ptak z rozłożonymi skrzydłami, który jest przecinany błyskawicą. Symbol Potter'ów. Ze szkatułki biorę sygnet głowy rodu i wsuwam go na serdeczny palec lewej dłoni. Chwilę pierścień dostosowuje swój rozmiar, po czym zastyga. Chwytam pudełko i podchodzę do Remusa, który w najlepsze ogląda książki. Pukam go w ramię i dopiero wtedy zauważa, że do niego podszedłem. Zerka na mnie pytająco. Wyciągam drugi płaszcz i zarzucam mu go na ramiona. Następnie wyciągam kolejny pierścień świadczący tym razem o przynależności do rodu i wsuwam mu go na serdeczny palec. Jego twarz zastyga w szoku.
-Harry, ja nie mogę...-protestuje słabo.
-Możesz. Jestem głową rodu i uznaję cię za kogoś bliskiego. Możesz-powtarzam z naciskiem.
Remus zabiera ze sobą trzy książki, który wybitnie go zainteresowały, po czym oboje wychodzimy ze skrytki. Serce bije mi szybko. Następna jest skrytka rodowa Black'ów. Już po wejściu do środku widać różnicę. Pomieszczenie jest duże, a każdy przedmiot ma swoje miejsce. Stosy galeonów umieszczone zostały z tyłu za wytwornymi meblami. Przód zaś zapełniony był kuframi, skrzyniami, obrazami, portretami, książkami i innymi przedmiotami. Remus jak poprzednio zaczyna przeglądać powieści, a ja przeszukuję kufry. Dopiero po kilku minutach udaję mi się znaleźć szkatułkę z rodowym herbem. W środku są pierścienie oraz dwa wisiorki kruków. Biorę rodowy sygnet i obracam go w palcach. Z tego co wiem taki pierścień nosi się tylko i wyłącznie na serdecznym palcu lewej dłoni. W innym wypadku jest to wybitna hańba. Niepewnie wsuwam pierścień na ten sam palec co sygnet Potter'ów. Ku mojemu zdziwieniu pierścienie łączą się, tworząc jeden grubszy pierścień z dwoma herbami. Zadowolony zabieram medalion i z pewnymi trudnościami zakładam go. Tak jak wcześniej podchodzę do Remusa. Tym razem nie protestuje, gdy zakładam mu obie błyskotki. Następnie znajduję zaczarowane sakiewki-jedną rzucam Lunatykowi, a drugą biorę dla siebie. Oboje napełniamy je niemal do granic możliwości. Na szczęście przez czary na nie nałożone nie czujemy ciężarów galeonów. Już zmierzamy do wyjścia, gdy coś przyciąga moją uwagę. Podchodzę szybkim krokiem do portretów stojących pod ścianą i klękam przy jednym. Jest pusty, nie licząc krzesła stojącego na środku. Chwytam go i wstaję. Podpis nie pozostawiał wątpliwości. „Syriusz Black III" Remus rzuca mi zaskoczone spojrzenie, a ja uśmiecham się chytrze. Jeśli jest tak jak myślę, nasz dom zostanie uzupełniony przez portret „zawsze wiernego".
Bez problemu wracamy do Grimmauld Place 12. Gdy przekraczamy próg budynku, Remus rzuca mi zaciekawione spojrzenie, ale ignoruję go i stawiam portret przy ścianie. Za sobą słyszę jak wdycha szybko powietrze zszokowany.
-Portret Syriusza...-szepcze cicho jakby nie dowierzał-Gdzie chcesz go powiesić?
-W salonie nad kominkiem. To dla niego jedyne słuszne miejsce-opowiadam równie cicho, przesuwając palcami po złocistej ramie-To tam wisi zazwyczaj portret wybitnego przodka, prawda? To miejsce będzie idealne.
-W takim razie chodźmy go zawiesić-rusza w kierunku salonu, ale chwytam go za nadgarstek.
-Jeszcze nie teraz-kręcę głową-Nie chcę, żeby obudził się w tym okropnym miejscu.
-Co więc zamierzasz?
-Chcę tu posprzątać i pozbyć się wszystkich tych obrzydliwych przedmiotów-zerkam znacząco w kierunku ściany ze skrzacimi głowami.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Na początek z Remusem zajęliśmy się kuchnią, salonem, naszymi pokojami i łazienkami przyłączonymi do nich. Właściwie nasza praca polegała na paleniu wszystkich rzeczy, które są zbyt zniszczone lub pozbywanie się ich i sprzedawaniu tych mebli, które wyglądały na zdatne do użycia-znaleźliśmy zagubioną ulotkę jednego z lepszych sklepów, które zajmują się takimi rzeczami w wyniku czego nasza fortuna powiększyła się o kolejny wcale niemały stos galeonów. Poza tym użyłem zaklęć czyszczących więcej razy niż wszystkich innych rzuconych przez całe swoje życie. Przerażające. A zarówno ściany jak i posadzki wciąż wyglądały na brudne i zapuszczone. Na razie zostawiliśmy je w spokoju i wzięliśmy się za inne pomieszczenia, a trzeba przyznać, że Grimmauld Place 12 ma ich dziesiątki-i nie, nie jest to przesada. Sprzątanie innych pokojów było prawdziwą udręką. Na każdym kroku spotykaliśmy się ze zdjęciami z młodości Śmierciorzerców lub książkami w stylu „Jak przyrządzić mugola na 100 sposobów?", na widok których nie wiedzieliśmy czy się śmiać czy uderzać głową w ścianę. Robota szła szybko, w jeden dzień udawało nam się sprzątnąć dwa pokoje razem z łazienkami. Później przyszedł czas na bibliotekę. Spędziliśmy tam cały tydzień, segregując książki i paląc przynajmniej jedną piątą pozycji. Resztę ustawiliśmy w stosy pod względem zastosowania. Półki i fotele stały się częścią ogniska, nad którym upiekliśmy kiełbaski. Składziki i strych były składowiskiem kurzu, więc zanim przekroczyliśmy ich progi, przynajmniej po pięć razy rzucaliśmy zaklęcia czyszczące. Większość z ich zawartości została spalona przez nas z czystą satysfakcją, reszta albo sprzedana albo, o dziwo, okazała się całkiem przydatna. Jednak były to naprawdę nieliczne przypadki. Następnie natrafiliśmy na gabinet, który najwyraźniej należał do głowy rodu, a który ja zdecydowałem się uczynić swoim biurem. Naprzeciwko znajduje się jeden ze sporych składzików, który w tajemnicy zamierzałem uczynić gabinetem Remusa. Na koniec przyszło nam zmierzyć się z piwnicą, która zajmuje całe podziemne piętro. Nie było to nic przyjemnego. Od samego progu zapach stęchlizny i zgnilizny sprawiał nam niemal fizyczny ból. Na nic się zdały zaklęcia czyszczące i odświeżające. Musieliśmy założyć maski i dopiero wtedy weszliśmy do środka. A wnętrze wcale nie było przyjemniejsze. Wręcz przeciwnie. Piwnica była właściwie lochami oddzielonymi od siebie solidnymi kratami odpornymi na magię. Nie żeby to mnie zniechęciło. Wspomnienie podobnego miejsca w rezydencji Voldemort'a, w którym byłem torturowany, zmotywowało mnie do działania. Po całym dniu udało mi się zamienić stalowe pręty w proch. Remus przyglądał się moim działaniom w ciszy. Na terenie całego piętra znaleźliśmy około sześciu ludzkich szkieletów, które sprawiały, że zamrażało mi wnętrzności. Kolejnym problemem były szczury i myszy, ale zajęcie się nimi nie było takie złe w porównaniu z całym tym psychicznym miejscem. Najgorsza okazała się być krew. Nie udało nam się jej usunąć, mimo rzucania zaklęć czyszczących dziesiątki razy. W końcu poddaliśmy się. Wszystkie te działania trwały dłużej niż cały miesiąc. Dokładnie 27 lipca wzięliśmy się za ostatnie, co mogliśmy zrobić-za korytarz.
Skrzacich głów trudno było się pozbyć, ale Remus zdecydował, że to on się tym zajmie. Ja za to szedłem spokojnie do swojego pokoju, gdy głośny wrzask sprawił, że podskoczyłem zaskoczony.
-Ty szlamo! Jak śmiesz panoszyć się w moim domu?! Wynoś się!
Staję na początku zdziwiony, ale zaraz wściekłość rozgrzewa mnie od wewnątrz. Odwracam się w bok, w kierunku nieszczelnie zakrytego zasłonami portretu matki Syriusza. Podchodzę powoli, starając się opanować swój gniew. Jednym szarpnięciem zrywam grube ciemnogranatowe firany i staję oko w oko z Walburgą Black. Moje wargi same wykrzywiają się w mrożący krew w żyłach uśmiech na widok jej oburzenia.
-Ach, witaj, hm... ciotuniu?-aż wytrzeszcza oczy i czerwienieje na twarzy na tą jawną zniewagę-Zapewne Stworek już ci doniósł, że jestem nowym właścicielem tego domu...
-Zamknij się, szlamo! Ten dom nigdy nie będzie tw...-urywa, gdy unoszę lewą dłoń i pokazuję jej rodowy pierścień-Jakim cudem taka szlama została dziedzicem?!-wrzeszczy niemal spanikowana.
-Och, ciotuniu, spokojnie-posyłam jej drwiący uśmiech-Zostałem wyznaczony na dziedzica przez Syriusza, twojego syna-otwiera usta, słysząc jego imię, zapewne, by zacząć go obrażać, ale nie pozwalam jej na to, mocno uderzając w jej portret-Spróbuj-zaczynam, sycząc-Spróbuj powiedzieć choć jedno słowo, które uznam za obraźliwe na temat Syriusza, a możesz być pewna, że spalę ten twój pieprzony portret.
Nagle robi się blada jak ściana i wygląda jakbym rzeczywiście ją przestraszył. Uśmiecham się ponuro, odsuwając się trochę.
-Jestem właścicielem tego domu i wszystkiego, co należało do Balck'ów czy tobie się to podoba czy nie-w parodii czułego gestu, gładzę złoconą ramę-A ty, ciotuniu, będziesz z szacunkiem traktować zarówno mnie jak i moich gości niezależnie od ich pochodzenia-krzywi się i otwiera usta z zamiarem protestowania, ale nie pozwalam jej na to-Jeżeli dowiem się, że nie stosujesz się do moich poleceń, po prostu cię spalę, jasne?-zaciska usta, więc uśmiecham się paskudnie-Zrozumieliśmy się, ciotuniu?
-Oczywiście-syczy nienawistnie.
Na dowód, że nie żartuję podpalam leżące na posadzce zasłony, które w mgnieniu oka zmieniają się w popiół. Walburga wydaje z siebie przestraszony okrzyk i obserwuje płomienie z niepokojem. Posyłam jej jeszcze władcze spojrzenie i odchodzę. Teraz jeszcze muszę zająć się Stworkiem. Nie dam sobą pomiatać w moim własnym domu. Po moim trupie.
Prysznic dobrze mi robi i w dobrym humorze staję przed wyczarowanym lustrem, przeglądając się w jego gładkiej tafli. Pełne posiłki zrobiły swoje i choć wciąż pozostaję chudy, nie wyglądam już jak obraz nędzy i rozpaczy. Z zadowoleniem zauważam, że na brzuchu zaczynają mi się rysować mięśnie. Mój wzrost nadal pozostawia wiele do życzenia, ale nie jest to coś, co aż tak bardzo mi przeszkadza. Właściwie to wydaje się być fajne. Na pewno niejednokrotnie spotkam się z nieprzyjaznym traktowaniem, a ponieważ nie wyglądam imponująco, będzie ona wybitnie nieprzychylne. A wtedy gdy już zostanę zlekceważony, odsłonię swoje karty i pokażę kto tu rządzi. Przeczesuję swoje wilgotne włosy. W sprawy dziedziczenia zapewne zamieszana jest magia, inaczej nie potrafię wytłumaczyć ich zmiany. Od kąt pamiętam były one takiej samej długości, a ich ułożenie graniczyło z cudem. Po podpisaniu testamentu zaczęły rosnąć i teraz sięgają mi do ramion. W dodatku zaczęły się kręcić. Dużą radość sprawia mi myśl, że mam w sobie choć część Syriusza. Poza tym mam wrażenie, że moje oczy nabrały dziwnej, tajemniczej głębi.
Gdy wchodzę do kuchni, okazuje się, że Remus jest już w środku, a przyjemny zapach rozchodzi się po całym pomieszczeniu. Siadamy przy niewielkim stole, który transmutowany został z łyżeczki i zaczynamy jeść jajecznicę. Milczymy, ale cisza nie jest przytłaczająca. Przez ten czas przyzwyczailiśmy się do swojej obecności i połączyło nas jakieś specyficzne porozumienie. Unoszę głowę znad kubka z herbatą na dźwięk łopotu skrzydeł. Nagła myśl o Hedwidzę zasmuca mnie i wywołuje wyrzuty sumienia. Nawet nie spytałem gdzie jest moja przyjaciółka. Dopiero po chwili rozpoznaję w sowie Errola-sowę należącą do Wesley'ów. Z ciekawością obserwuję czytającego list Remusa, opijając swoją herbatę o smaku ananasa. Lunatyk kiwa głową zadowolony,a delikatny uśmiech sam pojawia się na moich ustach. W końcu unosi wzrok zza listu i zauważa, że na niego patrzę.
-Molly pisze, że chciałaby byśmy odwiedzili ich, najlepiej jeszcze dzisiaj, i zostali do twoich urodzin-sam również chwyta swój kubek i pije.
-W porządku, spodziewałem się, że niedługo napisze coś w tym stylu-kiwa głową w zadowoleniu-I będę mógł spytać czy znają kogoś, kto zna się na zaklęciach, które pomogą położyć podłogi i pomalować ściany-jednym ruchem różdżki czyszczę swój kubek i wstaję od stołu-Pójdę tylko po kilka rzeczy i możemy ruszać.
Już po kilku minutach wypadam z kominka w Norze. Chwieję się niebezpiecznie i pewnie upadłbym gdyby nie Remus, który chwyta mnie za ramię. Posyłam mu radosny uśmiech i rozglądam się po salonie. Jak na zawołanie z kuchni wyłania się matka Rona. Wyciera ręce w fartuch i podchodzi do nas z uśmiechem. Ściska nas obu mocno i prowadzi do jadalni.
-Harry, Kochaneczku, tak długo cie nie widziałam-mruga do mnie przyjaźnie-Urosłeś, prawda? Ale wciąż jesteś taki chudy.
-Jest dobrze, pani Wesley. Jeszcze trochę i przybiorę na wadzę.
Przy stole siedzi pan Wesley, który rozmawia z Tonks, oraz Ron, który na nasz widok zrywa się na nogi i obejmuje mnie po „męsku". Klepie mnie po plecach z radosnym uśmiechem.
-Stary, jak długo cie nie widziałem! Och?-ogląda mnie ze wszystkich stron-Stary, urosłeś! I twoje włosy! Są odjechane!
-Tak, Ron, urosłem-śmieję się cicho, czując się wyjątkowo dobrze w towarzystwie rudzielca-Prawda, że są świetne?
Chwilę rozmawiamy o mojej nowej fryzurze, po czym siadamy przy stole i zwracam uwagę na pana Wesley'a, który przygląda mi się z zadowoleniem.
-No, Harry, już nie jesteś chłopcem tylko młodym mężczyzną-na moje policzki wypływa rumieniec, a wszyscy obecni chichoczą-Remus mówi, że masz pytanie.
-Ach, tak-poważnieję-Nie zna pan kogoś, kto pomoże nam położyć podłogi i przemalować ściany?
-Och, robisz remont? Hm, ktoś kto położy podłogi? Hm...-pan Wesley zamyśla się na chwilę-Wydaję mi się, że Fred i George mają w tym doświadczenie. W końcu przez swoje eksperymenty remonty robią niemal co miesiąc.
-Ach, nie pomyślałem o niech. Ma pan rację, muszę do nich napisać-zaraz przypomina mi się, że nie mam przy sobie Hedwigi.
-Nie musisz, Kochaneczku. Jutro powinni być na obiedzie.
Później z Ronem przenoszę się do salonu, by „dorośli mogli porozmawiać" jak powiedziała pani Wesley. Przez grzeczność nie wspomniałem, że choć teoretycznie wciąż potrzebuję jeszcze dwóch lata w praktyce jestem już dorosły. Rozmowa z Ronem chyba jeszcze nigdy nie była tak łatwa. Właściwie teraz jak sam zdałem sobie sprawę, że nie jestem już dzieckiem, zauważyłem, że Ron również wydoroślał. Nie jest już tym gówniarzem, który cały czas zazdrościł mi sławy i pieniędzy. Wręcz przeciwnie. W jego oczach jest już coś, co świadczy o jego powadze. Coś, co mają osoby, które dostrzegają więcej.
