Dziękuję za komentarze~!
vElatha Niestety, monotonne fragmenty znajdują się w każdej historii i ciężko je wyłapać samemu. Mam jednak nadzieję, że każdy banalny skrawek opowiadania wywoła choć krótki uśmiech. Dziękuję i poproszę o jeszcze więcej krytyki~!
Nirana Cieszę się, że widzę kogoś, kto lubi moje historie. Jestem ciekawa-trafiłaś na to opowiadanie po prostu przez ciekawość czy z powodu autora(mogę mieć nadzieję? xD) ? Myślę, że jest to opowieść o odkrywaniu siebie, ale Remus owszem jest takim "biednym człowiekiem" i choć będzie próbował się przełamać, zostanie takim jeszcze trochę. Co do tamtej historii-nie żałuję porzucenia jej i tym bardziej nie uważam jej za zakończoną. Nie teraz i nie w najbliższym czasie, ale zamierzam wrócić do tego pomysłu i mam nadzieję, że gdy to się stanie, spodoba Ci się. Niestety, moja wena jest bardzo kapryśna, więc nie wiem kiedy to nastąpi. Tym bardziej nie jestem pewna tego opowiadania, ale trzeba walczyć ze sobą, nie?
Miłego czytania~!
~H~
Obaj z Ronem wstajemy dość późno, właściwie to akurat na obiad. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, że nawet nie wiem która była godzina, kiedy zasnęliśmy. Wciąż zaspany schodzę po schodach i kieruję się za smakowitymi zapachami. Kilka razy wchodzę na ściany i zamiast przejść przez drzwi trafiam na futrynę. W końcu siadam przy stole, ignorując to, że wszyscy się ze mnie śmieją. Zaraz po mnie przychodzi Ron, który również ma konflikt interesów z drzwiami i wchodzi w futrynę, jęcząc „Kto to tu postawił?". Po zjedzeniu obiadu rozbudzam się i zauważam, że rzeczywiście Fred i Georg są obecni w pomieszczeniu. Właściwie to przyglądają mi się ciekawie z podejrzanym błyskiem w oku.
-Harry, staruszku,...
-...słyszeliśmy, że masz do nas sprawę,...
-...więc co powiesz na...
-...udanie się na stronę?
Kiwam gorliwie głową, łapiąc jeszcze kawałek parówki i wpychając go do ust. Żaden z obecnych nie zwrócił uwagi na mój brak kultury, a pani Wesley zaczęła się wręcz rozpływać z zadowolenia, że chcę jeść. Szybko podążam za bliźniakami do salonu. Gdy tylko chowamy się przed wzrokiem, oboje doskakują do mnie i z uśmiechami zaczynają mnie obmacywać. Aż podskakuję i wydaję z siebie okrzyk zdumienia, gdy ich dłonie zaciskają się na moich pośladkach. Wycofuję się poza zasięg ich dłoni, czując, że moje uszy są całe czerwone, a ciepło zaczyna wpływać również na moje policzki.
-No, no, Harry,...
-...ale z ciebie ciacho!-chichoczą, zwijając się ze śmiechu.
-No wiecie-fukam z udawanym oburzeniem-Bo sobie coś pomyślę!
-No cóż...-wymieniają między sobą znaczące spojrzenia.
-...nie mówimy, że nie.
-Z chęcią zajęlibyśmy się tobą,...-na ich twarzach pojawiają się sugestywne uśmieszki.
-...ale mamy przeczucie, że już niedługo...
-...sam znajdziesz swojego...
-...partnera-kończą razem.
-Ech-wzdycham zrezygnowany-No nic. Mam do was sprawę.
-Słuchamy!
-Potrzebny mi ktoś, kto położy mi podłogi i przemaluje ściany.
-Możesz na nas liczyć,...
-Harry!
Kręcę głową rozbawiony i wracam do kuchni, czując, że wciąż mam ochotę na kolejną parówkę. Słowa bliźniaków nie chcą mnie opuścić i wiem, że męczyć mnie będą jeszcze długo, choć nie tak natarczywie jak teraz. Co mieli na myśli? Powiedzmy sobie szczerze-nie przejęzyczyli się czy coś. Wyraźnie powiedzieli „partner". Rodzaj męski. Chyba powinno mi to bardziej przeszkadzać, ale cóż-nic na to nie poradzę, a przecież nie jestem gówniarzem, by okłamywać samego siebie. „Niedługo", czyli jak niedługo? Teraz zajęty jestem ważniejszymi sprawami niż jakieś głupie miłostki. I tak dostałem już nauczkę w postaci Cho i Ginny, a w tej chwili nie potrzebuję jeszcze większej ilości problemów. Muszę doprowadzić dom do stanu, który mnie zadowoli, zająć się wszystkimi sprawami związanymi z dziedziczeniem, uporządkować skrytki w Gringott'cie, a przydałoby się jeszcze rozwiązać zagadkę symbolu na moim nadgarstku. Choć na razie zakrywanie go starą opaską Dudley'a sprawdza się, niedługo zapewne ktoś okryje, że coś jest nie tak. Ach, tyle spraw do załatwienia. Jak mógłbym teraz zajmować się miłością?
Czas wśród Welsley'ów płynie szybko i przyjemnie. Jedynym problemem pozostaje Ginny, która nadal focha się na mnie z powodu naszego nieudanego związku. Jednak nie mam ani ochoty ani czasu, by się nią zajmować. Jeśli zamierza złościć się wieczność, proszę bardzo. Hermiona ma przyjechać dopiero w dzień moich urodzin, ponieważ razem z rodzicami wybrali się na wakacje do Francji. Gdzieś w środku jestem na nią zły, że nie powiedziała mi o tym. Właściwie Hermiona zawsze taka była-sama oczekiwała, że będę jej się spowiadał, a ona nie mówi nic. W dodatku zanim podzieli się z nami jakąś ważniejszą informacją, najpierw odwiedzi Dumbledore'a i wszystko mu wyśpiewa. Obiecuję sobie, że jeżeli tak będzie i w tym roku, powiem jej jak bardzo mi się to nie podoba, a jeśli to nie pomoże, nasza przyjaźń skończy się. Nie ma sensu nazywanie przyjacielem kogoś, kto nim nie jest. Nie jestem bachorem, by wierzyć, że jakoś wszystko się ułoży. W głębi wciąż miałem również żal do Rona. Przez sytuację na czwartym roku stracił niemal całe moje zaufanie, mimo że nie pokazuję tego po sobie. W tamtej chwili gdy Ron odwrócił się ode mnie, a Hermiona poszła za nim, poczułem się jakbym dostał w twarz. Przyjaciele nie odchodzą tak po prostu, nawet jeżeli wszystko wskazuje przeciw drugiej osobie. Nie robią tego. A oni tak po prostu przekreślili cztery lata przyjaźni. O ile Rona mogłem zrozumieć-w końcu cały czas miał swego rodzaju poczucie niższości i zazdrościł mi wielu rzeczy, które były i nadal są dla mnie bezwartościowe-o tyle Hermiony już nie. Przemyślała sytuację i na pewno odkryła, że jestem po prostu niewinny, a mimo to stanęła po stronie Rona jakby to on w tamtej chwili najbardziej potrzebował jej wsparcia. Wtedy to zacząłem odkrywać, że wcale nie jestem taki „biały", a moja ciemna strona nie jest taka zła. Jednak później moi przyjaciele powrócili i zapomniałem o tym. Dopiero po wyjściu ze Św. Munga pogodziłem się, że nie jestem ani biały ani czarny. Jestem po prostu sobą.
31 lipca zaczynam od gorącego prysznica, a gdy schodzę do kuchni, jestem pewien, że będą to moje najlepsze urodziny. Od progu witają mnie głośne okrzyki „Wszystkiego najlepszego!". Z szerokim uśmiechem przytulam każdego, kto się nawinie, po czym siadam przy stole. Śniadanie zaczynam od naleśnika z syropem klonowym i parówki, a kończę na dwóch tostach z szynką i sercem i jajecznicy. Unoszę wzrok i dopiero wtedy zauważam, że wszyscy wpatrują się we mnie wyczekująco. Przy stole siedzą z Wesley'ów-pani i pan Wesley, Ron, bliźniaki, a nawet Ginny się zjawiła, choć wciąż wygląda na złą, Hermiona, Dumbledore, Tonks, nawet Moody i oczywiście Remus. Uśmiecham się niewinnie i wstaję od stołu. Pierwsza podbiega do mnie Hermiona, która wiesza mi się na szyi, ogłuszając mnie na chwilę swoim piskiem. Zaraz odkleja się ode mnie i podaje mi prostokątny przedmiot. Rozrywam ozdobny papier, a moim oczom ukazuje się książka „Jak rozporządzać swoją ogromną fortuną?". Wpatruję się w nią w zdumieniu. Nie sądziłem, że takie poradniki istnieją.
-Dzięki, Hermiono. Trafiłaś idealnie-zapewniam ją, a ona z uśmiechem odsuwa się.
Ron prawie zgniata mnie w swoich ramionach, a gdy cofa się, uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Podaje mi niewielką paczuszkę, którą natychmiast otwieram. Marszczę brwi na widok Mapy Honcwotów. Zerkam na Rona pytająco.
-Rozgryzłem jak to działa. Jak użyjesz to zrozumiesz, stary.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, bliźniacy wepchnęli się na miejsce Rona i zaczęli mnie przytulać, a właściwie obmacywać.
-Harry, staruszku,...
-...wszystkiego najlepszego!
-Mamy dla ciebie...
-...coś ciekawego!
Zaciekawiony zerkam do torby, a moje policzki natychmiast stają się jaskrawoczerwone. W środku znajduje się mała książeczka, futrzaste kajdanki, obroża z ćwiekami, kilka buteleczek, paczek prezerwatyw, kulki analne oraz dość duży, zielony wibrator. Posyłam Fredowi i Georgowi niedowierzające spojrzenie, ale oni tylko ze śmiechem klepią mnie po ramionach i odchodzą. Szybko odkładam torbę. Dumbledore, Tonks oraz Ginny dają mi słodycze, ale nic nie mówię na tak mało oryginalny pomysł. Moody ku mojemu zdziwieniu daje mi książkę „Zaklęcia na przedmiotach", przy czym mruga do mnie znacząco. Następnie pan i pani Wesley przytulają mnie mocno i podają mi paczkę, która zawiera ciasto z brzoskwiniami. Na końcu podchodzi do mnie Remus. Już na sam jego widok moje wargi same wykrzywiają się w uśmiechu. Lunatyk obejmuje mnie niezgrabnie, co odwzajemniam z wcale nie większą gracją. Wyczuwam od niego męski zapach, który posiada każdy mężczyzna oraz nutkę... dzikości. Coś ściska mnie od środka, gdy wyczuwam to nadzwyczaj przyjemne połączenie. Remus odsuwa się i wręcza mi malutką paczuszkę w kształcie prostokąta. Ciekawość pali mnie od środka, ale powoli i delikatnie rozrywam papier ozdobny. Wystarcza mi jedno spojrzenie, by zrozumieć co przedstawia zdjęcie. Z lewej strony rozpoznaję Remusa i Syriusza, dalej moich rodziców. W samym centrum stoję ja-wyprostowany i z uśmiechem na twarzy. Obok mnie stoi Ron, a zaraz za nim Hermiona. Dalej cała rodzina Wesley'ów oprócz Percy'ego. Z trudem przełykam ślinę przez zaciśnięte gardło. Ze łzami w oczach patrzę na Lunatyka. Otwieram usta, ale nie mogę wydać z siebie żadnego dźwięku. Remus kiwa głową w kierunku zdjęcia, więc znów na nie spoglądam. Dopiero teraz dostrzegam złoty napis rozciągający się nad wszystkimi obecnymi. „Toujours fidèle" Szarpię się do przodu i obejmuję mocno wilkołaka, wtulając twarz w jego szyję. Wydaję z siebie zduszony szloch. Och, Remusie. Zrobienie tego zdjęcia musiało zająć mu wiele czasu, nigdy nie widziałem czegoś takiego. Nie jest to czarodziejska fotografia, ale nie ma to dla mnie znaczenia. Cofam się i ocieram szybko łzy, posyłając zaniepokojonemu Lunatykowi uśmiech. Och, Remi, dopilnuję, byś już nigdy nie został źle potraktowany. Nigdy.
Już następnego dnia wymawiamy się remontem i wracamy do domu. Wiele jest jeszcze do zrobienia, a czasu wcale nie przybywa. Zaraz po śniadaniu przenosimy się do Grimmauld Place 12 przez sieć Fiu. Od razu przysiadam do gazety ze sklepu z najróżniejszymi powierzchniami. Zamówienie wszystkiego zajmuje mi dwie godziny z pomocą Remusa, ale gdy kończymy, jesteśmy zadowoleni z postępów. Chyba po raz pierwszy jestem zadowolony ze specjalnego traktowania, które mam zapewnione przez sławę. Moje zamówienie zostaje dostarczone już rankiem następnego dnia. A ponieważ nie ma aż takiego ruchu w sklepie u Wesley'ów, bliźniacy zostawiają wszystko w rękach swojego pomocnika i przybywają, by pomóc mi z tymi nieszczęsnymi podłogami i ścianami. Nie potrafię powstrzymać się od plątania im się pod nogami. Właściwie robię to z dwóch powodów-naprawdę chcę, by wszystko było idealnie, a poza tym... rozmowa o moim „partnerze" wciąż zaprząta mi myśli. Fred i Georg nie wyglądają na złych moją obecnością, więc spokojnie za nimi chodzę.
-Harry, bo coś...
-...sobie pomyślimy...
-...jak będziesz tak za nami...
-...chodził-chichoczą, gdy rumienię się zażenowany.
-To wcale nie tak!-piszczę zawstydzony.
-No pewnie,...
-...że nie!
-Nie wiemy czy...
-...wiesz, ale nasza mama...
-...od jakiegoś czasu...
-...ma na ciebie chrapkę!-robię przerażoną minę, a oni śmieją się jeszcze głośniej.
-Chciałaby mieć...
-...cię w naszej rodzinie!
-Uch, nie wiem co powiedzieć...-mamroczę, nagle czując się winny.
-Nie martw się, Harry.
-My wiemy, że pomarańczowy to nie jest...
-...twój ulubiony kolor!
Mrużę oczy i wbijam w nich natarczywy wzrok. Robiąc niewinne miny, machają różdżkami i kolejne pomieszczenie jest gotowe. Nie odpuszczam i nadal wpatruję się w nich.
-Skąd wiecie?-pytam groźnie.
-No wiesz, twój partner to...-zaczyna jeden, ale drugi natychmiast zakrywa mu usta.
-Fred! Mieliśmy mu nie mówić!
-Ach, wybacz, braciszku.
-Mój partner to kto?-dopytuję coraz bardziej ciekawy.
-Haaarry-rzucają mi żałosne spojrzenia-Nie możemy ci powiedzieć.
Są na tyle przekonywający, że odpuszczam im i pozwalam dokończyć pracę w spokoju. Ściskam palcami górną część nosa, czując nadchodzący ból głowy. Powinienem napić się melisy. Tak, melisa mi pomoże. Siedzącego nad kubkiem parującej herbaty zastają mnie bliźniacy. Wyglądają na lekko zaniepokojonych, gdy zauważają, że kubek wciąż jest pełen. Nie mówię im, że to mój czwarty i jestem w tej chwili oazą spokoju. Wstaję od stołu i podchodzę do nich. Wcześniej sprawdziłem ile płaci się za tego typu usługi i okazało się, że całkiem sporo, więc z zadowoleniem mogę teraz oglądać zaskoczone miny Wesley'ów.
-Ale, Harry,...
-...nie możemy tego przyjąć!-protestują ostro.
-Ależ możecie. Amatorzy biorą za coś takiego dwa galeony od pomieszczenia, a wy zrobiliście ich dokładnie dwadzieścia siedem plus piwnica i biblioteka, które są jak sześć takich pokoi. Zgodnie z tym trzydzieści dziewięć pomieszczeń to siedemdziesiąt osiem galeonów.
Z czystą przyjemnością obserwuję ich oszołomienie, gdy podaję im sakiewkę z pieniędzmi. Właściwie jest ich tam równo osiemdziesiąt, ale można powiedzieć, że to zadośćuczynienie za moje plątanie się pod nogami. Są tak zszokowani, że przestają nawet protestować. Cóż wszystko odbyło się zgodnie z panującymi przekonaniami o tego typu zapłacie, więc nie mogą odmówić. Ha, świetny sposób na wciśnięcie im sporej ilości pieniędzy. Jakiś ty sprytny, Harry. Jestem z ciebie dumny, moja krew!
Gdy w końcu bliźniacy opuszczają mój dom z totalną sieczką z mózgów, jest wczesny wieczór. Wzdycham z zadowoleniem, czując się wspaniale spokojny. Wracam do kuchni i wylewam zimną już melisę, po czym robię sobie nową. Siadam z nią do stołu uzbrojony w stos gazetek ze sklepów meblowych. Chwilę przeglądam je, gdy nagle w moim umyśle pojawia się pewna myśl. Jasna cholera, przecież w skrytkach pełno jest mebli! Są one zazwyczaj bogato zdobione i niemal antyczne, więc nie do każdego pomieszczenia będą pasować, ale w niektórych podkreślą to i owo. Tak, tak. Salon i oba gabinety powinny mieć przynajmniej pojedynczy taki mebel, który odpowiednim osobą da znać, że ma do czynienia z osobami wpływowymi. A to może działać na naszą korzyść. Ach, skoro już o skrytkach mowa, muszę zrobić w nich porządek. Hm... Tak, jutro udam się do Gringott'a i wszystkim się zajmę. Dopijam wciąż ciepłą herbatę i ruszam w kierunku mojego pokoju. Spokój zmienił się w senność, więc nie ma sensu siedzieć i zamulać. Idę spać.
Jak postanowiłem, tak robię. Wstaję dość wcześnie, bo gdy schodzę do kuchni, wybija dopiero 7.23. Szybko robię sobie kilka kanapek, które pochłaniam w ekspresowym tempie. Następnie zarzucam tylko na ramiona mój zielony płaszcz, który stał się moim ulubieńcem i fiuukam się na Pokątną. Ulica jest niemal pusta i tylko kilku osobników kręci się przed wystawami. Raźnym krokiem wchodzę do Gringott'a i podchodzę do jednego ze stanowiska.
-Ach, pan Potter, witamy, witamy-odzywa się goblin, rzucając mi swój przerażający uśmieszek.
-Dzień dobry-kiwam mu głową na przywitanie, mając nadzieję, że nie wzdrygnąłem się.
-Co pana dziś do nas sprowadza?
-Chcę uporządkować moje skrytki-uśmiecham się powściągliwie i zerkam znacząco na drzwi do bocznych pomieszczeń, w których rozmawia się na takie tematy.
Goblin natychmiast zeskakuje z podium i rusza w tamtym kierunku swoim kaczym chodem. Staram się utrzymać powagę, by nie urazić mojego towarzysza, ale nie jestem pewien czy mi się udaje. W końcu jestem całkiem nowy w tych wszystkich „arystokratycznych" tematach. Siadamy przy stole i aż dostaję gęsiej skórki, gdy goblin wbija we mnie te swoje malutkie oczka.
-Chcę całkowicie zlikwidować dwie moje skrytki-zaczynam tłumaczyć-Wszystkie galeony proszę przenieść do skrytki Potter'ów, a inne cenne przedmioty do skrytki Black'ów-zastanawiam się chwilę czy o czymś nie zapomniałem, po czym kiwam z zadowoleniem głową-To wszystko.
Formalności nie trwają dłużej niż dziesięć minut, po czym schodzę w towarzystwie goblina do podziemia, do skrytki rodowej Black'ów. Uśmiecham się całkowicie usatysfakcjonowany wyglądem pomieszczenia. Magia sama zadbała o wszelkie kwestie i teraz spokojnie mogę obejrzeć meble. Z tym już nie idzie mi tak łatwo. Jest ich dużo, a każdy chcę dokładnie obejrzeć. Wszystko musi być idealnie!
Wzdycham i podnoszę się z klęczek. Mój żołądek już od jakiegoś czasu próbuje mi dawać subtelne znaki, że pora coś zjeść. Udało mi się przejrzeć wszystkie meble, więc bez wyrzutów sumienia wychodzę najpierw ze skrytki, a następnie z samego Gringott'a. Chwilę rozglądam się niepewnie po ulicy Pokątnej. Powoli zapełnia się ona czarodziejami, więc pozostawanie na niej zbyt długo może mnie wpakować w kłopoty. Tylko... gdzie ja mam właściwie pójść, by normalnie i w spokoju coś zjeść? Coś, co na pewno się nie rusza-Dziurawy Kocioł odpada. Kątem oka dostrzegam niewielki szyld jakiegoś podrzędnego baru. Z wahaniem pcham jego drzwi i z dźwiękiem dzwoneczka wchodzę do środka. Natychmiast przede mną pojawia się kelnerka. Zwróciłbym na nią większą uwagę, ale mój żołądek ma w głębokim poważaniu kulturę i te sprawy. Kieruję się do stolika w kącie przy oknie i szybko wybieram z menu kilka potraw. Kolejne minuty ciągną się w nieskończoność, a smakowite zapachy niemal mnie dobijają. W końcu mój stolik zaczyna zapełniać się talerzami. Na początku pochłaniam jakąś zupę, później jajecznicę i tosty, następnie dwa skrzydełka kurczaka i na koniec niewielką porcje frytek z keczupem. Najedzony popijam wszystko trzema kubkami herbaty cytrynowej, przy której zjadam jeszcze kilka cynamonowych ciasteczek. Gdy kończę, płacę za wszystko i wychodzę. Muszę zapamiętać dobrze ten bar, bo jedzenie naprawdę jest dobre. Zatrzymuję się w połowie drogi do Gringott'a i decyduję się wejść do sklepu z artykułami piśmienniczymi. Naprawdę muszę sobie zapisać co z tymi meblami, bo zapomnę. Uzbrojony w reklamówkę z niewielkimi karteczkami i długopisem, który jest hitem w czarodziejskim świecie-lepiej im nie mówić, że mugole mają to już dłuższy czas, ruszam do Gringott'a. Goblin zauważa mnie już przy wejściu i posyła uśmiecho-grymas. Spokojnie idę w jego kierunku, gdy nagle ktoś zastępuje mi drogę. A myślałem, że to będzie kolejny bezproblemowy i spokojny dzionek, ale nie, komuś wybitnie podoba się moja radość. Dlaczego, Losie, dlaczego?! Skupiam wzrok na tej jakże głupiej istocie, która jeszcze nie wie, że pożałuje swej decyzji. Krzywię się, gdy rozpoznaję brzydką twarz Pansy Parkinson. Wzdycham, uciskając górną część nosa. Ma ktoś melisę? Nie? No to pozostaje mi rozniesienie jej.
-Jakże miło cię widzieć, Parkinson-zduszam chęć wrzaśnięcia czegoś w stylu „Bierz swój krzywy ryj i idź go prostować!" i silę się na milutki ton.
-Potter-syczy, najwyraźniej nie doceniając mojego przyjaznego nastawienia-Co tu robisz, szlamo? Gdzie masz swoich małych, brudnych przyjaciół?
Prostuję się i rzucam jej zimne spojrzenie. Pozwalam pełnemu drwiny uśmiechowi wygiąć moje usta. Fala wściekłości całkowicie usuwa wszelkie wciąż działające efekty melisy. Otwieram usta, mając zamiar doprowadzić ją do płaczu, gdy ktoś do niej podchodzi. Mówiąc ktoś, mam na myśli Malfoy'a. Który całkowicie ignoruje tego mopsa i kiwa głową w moim kierunku.
-Potter-wita się całkiem neutralnym tonem.
-Malfoy-odpowiadam zaskoczony jego postawą.
-Przy okazji, Potter, pamiętaj, że teraz masz wszystkie przywileje. Masz prawo pozwać kogoś, kto cię obraża publicznie-posyła Parkinson pełne jadu spojrzenie, a ona nagle robi się blada jak ściana.
-Och, dobrze o tym wiedzieć-uśmiecham się do dziewczyny z wyższością.
-Gratuluję zostania głową rodu Black'ów, Potter-przez chwilę mam wrażenie, że jego oczy błyszczą ulgą.
Mrugam powoli, mamrocząc coś w stylu „dzięki. Uderzył się w głowę? Ktoś się wielosokował? Dostał wyjątkowo silnym Obliviate? Co jest kurde grane? Tysiąc myśli nagle pojawia się w moim umyśle. Jedna z nich nagle zwraca moją uwagę. Wydaję z siebie głośne „Ach!". Malfoy cofa się zaskoczony, gdy kieruję na niego pełne złości spojrzenie.
-Kurde, Malfoy, przez ciebie prawie zapomniałem! Przestań być tak cholernie zajmujący!
-Och, wybacz-jego wargi wyginają się w rozbawieniu.
-Tsk, idź już sobie, bo zaraz znów zapomnę, po co tu jestem.
Szybkim krokiem ruszam w kierunku goblina, słysząc zza siebie cichy śmiech blondyna. Nie, nie, nie! Nie myśl o nim teraz! Później!
Bez kolejnych przeszkód docieram do skrytki i zaczynam znów oglądać meble. Po godzinie połowa z nich ma poprzylepiane karteczki z różnymi słowami, których rozszyfrowanie nawet mi sprawia trudność. Bo co może znaczyć np. „Ciemny lewy kapeć"? O czym ja myślałem? W końcu zadowolony wychodzę z banku i wracam do domu. Już od progu mam wrażenie, że nów o czymś zapomniałem. Uczucie tylko nasila się, gdy nagle zza rogu wyskakuje Remus, który niemal mnie zgniata w objęciach. Wbijam w niego pytający wzrok.
-Gdzieś ty był?!-pyta napiętym głosem.
-Eee... U Gringott'a, przecież zostawiłem ci...-och-...Czyli to o tym zapomniałem-uderzam się otwartą dłonią w czoło-Nic mi nie jest. Musiałem załatwić tylko kilka spraw.
Lunatyk nie wygląda na przekonanego i przez moment wygląda jakby mnie... wąchał, po czym pokonany odsuwa się.
-Osiwieję przez ciebie-jęczy zrezygnowany.
-Szkoda by było. Masz świetne włosy-posyłam mu słodki uśmiech.
