Dobra, jestem naprawdę beznadziejna w przestrzeganiu terminów i pisaniu do przodu. Zaraz po skończeniu rozdziału 9 zachciało mi się wstawić coś nowego, a że lubię sobie dogadzać, oto jest! Mam wrażenie, że nie wszystkie komentarze pojawiły mi się na stronie, dlatego nie chcę się rozpisywać na nimi. Choć czytałam je oczywiście wszystkie na poczcie, tylko je usunęłam ^^. Cieszę się, że wszystkim jak na razie się podoba.

Jestem ciekawa ile osób będzie miało ochotę zaszlachtować mnie za ten rozdział~!

~H~

Zazwyczaj budzę się szybko i gwałtownie, więc powolne i rozkoszne przebudzenie jest naprawdę upajające. Wciąż śpię, gdy wyczuwam, że jest mi ciepło i jednocześnie twardo i miękko. Następnie dociera do mnie niesamowity zapach, który tylko odurza mnie jeszcze bardziej. Woń męskości i seksu jest uzależniająca. Chwilę po prostu leżę i rozkoszuję się tym wszystkim, ale później unoszę powieki. Z trudem unoszę głowę i orientuję się, że spałem z okularami na nosie. Mrugam i rozglądam się. Uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy. Wspomnienia z wczorajszego wieczora stają przede mną jak żywe. Leżę w połowie na Remusie, którego tors robił mi za poduszkę. Właściwie nigdy nie miałem okazji przyjrzeć się Lunatykowi dokładniej z bliska, co natychmiast nadrabiam.

Jego twarz stała się smuklejsza i bardziej męska być może przez odpowiednią dietę i wysiłek fizyczny. Zmiany w jej układzie mogą też być spowodowane przez przynależność do dwóch starożytnych rodów. Nie stało się to z dnia na dzień i sam nie potrafię powiedzieć, kiedy się zaczęło. Jego kości policzkowe są wyżej niż wcześniej, co jest jedną z cech arystokracji. Na szczęście gdy tylko zamieszkaliśmy tu, zgolił tego swojego wąsa, za co dziękuję Merlinowi. Sprawiał tylko, że Remi wydawał się jeszcze starszy i bardziej wymizerniały. Pozbycie się go było wspaniałym pomysłem. Mój wzrok natrafia na jedną z blizn, która zaczyna się nad jego lewą brwią ciągnie przez nos i prawy policzek po czym kończy się tuż przy szczęce. Ma jeszcze dwie-jedną ciągnącą się równolegle do tej długiej przez lewy policzek trochę pod okiem i drugą zaczynającą się na jego dolnej wardze po prawej stronie i kończącej się przy brodzie. Wszystkie są lekko czerwonawe mimo upływu czasu. Bez nich pewnie wyglądałby młodziej, ale nie są jego wadą. Dodają mu agresywności i powagi. Wędruję spojrzeniem do jego włosów. Odpuścił sobie swoją grzywkę i teraz układa je do tyłu, co przy ich wzroście gęstości wygląda naprawdę powalająco. Uśmiecham się pod nosem. Wygląda jak prawdziwy szlachcic, a nie biedny wilkołak.

Ręka mi drętwieje, więc staram się ułożyć ją w innej pozycji, a wtedy zauważam, że Remus oplata mnie w pasie ramieniem. Mam ochotę zachichotać pod nosem, ale nie chcę go obudzić. Radosne, ciepłe uczucie ogarnia całe moje ciało. Chyba otacza mnie tzw. różowa chmura szczęścia. Przy głębszym wdechu odkrywam, że chyba mam ranę na obojczykach. Niewyraźnie pamiętam, że Remi mnie ugryzł. Odchylam koszulkę i sprawdzam to. Jest tam, ale już nie rana, a blizna. Pewnie wyleczył ją swoją śliną. Przesuwam po niej palcem.

-Harry...?-zachrypnięty głos wyrywa mnie z myśli.

Odwracam głowę i patrzę Remusowi w oczy. Są całkowicie bursztynowe, rzez co prawie wzdycham z żalem. Dokładnie widzę jak jego oczy schodzą niżej najpierw na moje usta, a potem na kawałek odkrytej skóry. Jego źrenice rozszerzają się komicznie, a ja przechylam głowę w bok, nie rozumiejąc o co chodzi. Obejmuje mnie mocno i siada błyskawicznie, po czym wyskakuje z łóżka. Stawia mnie na podłodze. Mrugam powoli, wciąż niezbyt dobrze kontaktując. Kolana załamują się pod moim ciężarem, więc łapię się przodu koszuli Remusa. Trochę szumi mi w głowie i patrząc na spanikowanego Lunatyka, mam wrażenie, że o czymś zapomniałem.

-Na Merlina, Harry, tak bardzo przepraszam!-Remi wręcz skomle jakbym miał zaraz umrzeć-Przepraszam, przepraszam!

Pozwalam, by wziął mnie w ramiona „na księżniczkę" i kładę głowę na jego piersi. Mam ochotę się uśmiechać ze szczęścia, ale coś mnie powstrzymuje. Serce Remusa bije szybko i desperacko. W dodatku cały wydaje się być pogrążony w rozpaczy. Marszczę brwi, starając się zrozumieć, co się właśnie dzieje. Remus zatacza się, ale szybko łapie równowagę i wręcz wpada do kominka. Zbyt szybko wypowiada słowa, więc nie wiem gdzie dokładnie się udajemy. Przymykam oczy, gdy obraz nieprzyjemnie kołysze się. Gdy unoszę powieki od razu rozpoznaję pomieszczenie. Cóż Skrzydło Szpitalne w Hogwart'cie to jedno z miejsc, które niemal stanowią część mojego życia. Pani Pomfrey niczym rakieta wypada ze swojego kantorka i doskakuje do nas. Patrzę na nią nieprzytomnie i nagle nasuwa mi się na myśl, że przypomina wiewiórkę z ADHD. Uśmiecham się pod nosem do swoich wyobrażeń i skupiam się na rozmowie.

-Błagam, Poopy, ratuj go-panikuje Remus, a ja wciąż nie rozumiem, o co mu chodzi-Ja... Tak bardzo przepraszam! Nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło! Nigdy nie zrobiłbym tego celowo!

Ostrożnie kładzie mnie na szpitalnym łóżku, a pielęgniarka obrzuca mnie uważnym wzrokiem. Następnie patrzy na Lunatyka, a jej twarz wyraża tylko i wyłącznie profesjonalną obojętność.

-Remusie, wyjdź.

Wilkołak z roztargnieniem kiwa głową i rzuca się w kierunku drzwi. Zanim wychodzi rzuca mi jeszcze ostatnie spojrzenie wyrażające tak wielki żal i wyrzuty sumienia, że na chwilę przestaję oddychać. Później trzaskają drzwi, a pani Pomfrey siada spokojnie na krześle i wbija we mnie natarczywe spojrzenie.

-Panie Potter, proszę się obudzić-mówi powoli, bym dokładnie zrozumiał.

Marszczę brwi. Przecież nie śpię, prawda? Zerkam na kobietę niepewnie, nie wiedząc czego ode mnie oczekuje. Wzdycha zrezygnowana i wstaje. Śledzę ją wzrokiem, gdy wchodzi do swojej sali. Zaledwie po minucie wychodzi stamtąd z fiolką w dłoni. Ponownie zajmuje miejsce przy moim posłaniu i podaje mi eliksir. Biorę go do ręki i obrzucam badawczym spojrzeniem. Jego kolor jest fiołkowy i wygląda bardziej jak sok. Przysuwam szkło do ust i głęboko wciągam powietrze. Ładnie pachnie, co nie zdarza się często. W końcu pod natarczywym wzrokiem pani Pomfrey wypijam wszystko za jednym zamachem. Nie smakuje źle, co jest kolejnym zaskoczeniem. Co to w ogóle było? Zimne uczucie falami rozchodzi się po moim ciele. Mój umysł rozjaśnia się, więc wbijam w pielęgniarkę pytający wzrok. Co się dzieje?

-Dobrze-kiwa głową zadowolona-Skoro już pan do nas wrócił, panie Potter, możemy zaczynać-prostuje się na krześle i poważnieje-Nie wiem, co takiego robiłeś z Remusem i nie chcę wiedzieć-na widok mojego rumieńca uśmiecha się pod nosem-Ważne jest to, że zostałeś ugryziony.

Och! Odciągam koszulkę i wbijam wzrok w bliznę w kształcie zębów na obojczykach. Nagle dociera do mnie wszystko. Ugryziony. Moje myśli pędzą do przodu z prędkością światła. Gdy wilkołak kogoś gryzie, ta osoba również zmienia się w wilkołaka. Zdarza się to jednak tylko podczas pełni. Inaczej nie zostaje się zmienionym, ale nabywa kilka wilkołaczych cech. Jednak najważniejszy jest stan, w którym był wczoraj Remi. Czy można powiedzieć, że wciąż był człowiekiem? Raczej nie. Co się w takim razie stanie? Serce opada mi aż do żołądka, a gardło zaciska nieprzyjemnie. Przemiany bolą. Zmuszam się do otwarcia ust.

-Co się ze mną stanie?-mój głos jest zachrypnięty i łamie się.

-Spokojnie, panie Potter. Gdyby został pan zmieniony, nastąpiłoby to od razu, a zmiany byłby od razu widoczne-wypuszczam oddech z ulgą-Niepokojący jest jednak całkowity brak jakichkolwiek objawów.

-Uch... Co w takim razie jest nie tak?-mam złe przeczucie, bardzo złe.

-Zanim rozpocznę badania, powiem panu jakie są opcje, panie Potter-kiwam głową szybko-Możliwe, że jad wszedł w konflikt z wszystkimi lub choć jednym magicznym zaklęciem, które ma pan na sobie. To zaś może oznaczać dwie rzeczy-po pierwsze jad został zneutralizowany, po drugie został wzmocniony i nie są znane jego właściwości-wbijam wzrok w ścianę, mając wrażenie, że to wszystko dotyczy kogoś innego-Możliwe, że jad nie działa jak zazwyczaj i jego skutki uwidocznią się z czasem. Wtedy możliwe jest, że zostałeś przemieniony lub nabędziesz tylko kilka cech wilkołaków-błagam, niech to będzie sen-Jest jeszcze jedna opcja, która jest bardzo złożona i jest najbardziej prawdopodobna-chwilę czekam aż znów zacznie mówić, ale gdy tego nie robi, jestem zmuszony do przemówienia.

-Jaka?

-Panie Potter-fuka nagle niezadowolona-Sam pan znajdzie odpowiedź. Powiem tylko, że nie jest to nic złego i nie prowadzi ani do pańskiej śmierci ani do okaleczenia fizycznego czy psychicznego.

Zszokowany patrzę jak wstaje i rusza do swojego kantorka. Wstaję szybko i prawie upadam od nagłego ruchu. Chwytam się szafki i wbijam natarczywy wzrok w pielęgniarkę.

-Pani Pomfrey, co mi jest?-pytam i marszczę brwi, słysząc jak żałośnie to brzmi.

-Dowiedz się-rzuca tajemniczo i znika za drzwiami.

Opadam bez sił na łóżko i wlepiam tępy wzrok w ścianę. Co mam zrobić? Mogę zacząć panikować, co nie jest zbyt mądrą decyzją lub uwierzyć w umiejętności pani Pomfrey i rozpocząć poszukiwania. Cóż, do tej pory nigdy nie zawiodłem się na jej doświadczeniu, więc warto zaufać jej jeszcze raz. Niemal nieświadomie dotykam obojczyka i przesuwam palcami po bliźnie. Mrugam powoli, gdy coś do mnie dociera. Właściwie w pewnym sensie obiecałem Remusowi, że nic się nie stanie, gdy przestanie się powstrzymywać. A jednak stało się, co jest w większości moją winą. Ale Remi to Remi-zapewne obwinia się niemiłosiernie i biczuje w myślach. Wzdycham ciężko, kryjąc twarz w dłoniach. Gorący rumieniec oblewa moje policzki na samo wspomnienie nocy. Skąd ja w ogóle wziąłem odwagę, by zrobić wszystkie te rzeczy? Nie panikuj, Harry. Uspokój się i pomyśl na spokojnie.

Nie ma sensu zaprzeczać-ciągnie mnie do Remusa. I to wcale nie od niedawna. To musiało zacząć się już podczas trzeciego roku. Zaciskam palce na włosach i szarpię sfrustrowany. Byłem zbyt wielkim bachorem, by otworzyć oczy i zdać sobie z tego sprawę. Jak długo jestem w nim zadurzony? Trzy lata? Wypuszczam ciężko oddech. To już nie są żarty ani żadne dziecięce miłostki. Uśmiecham się ponuro pod nosem. Jestem całkowicie oczarowany Remusem. Zakochany po uszy. Chciałem go uczynić swoim, nagła myśl sprawia, że marszczę brwi. Wtedy w skarbcu, gdy uczyniłem go najbliższą mi osobą, o czym myślałem? Pragnąłem, by już zawsze był przy mnie. Nie jako substytut ojca czy Syriusza. Jestem zaskoczony własnymi uczuciami. I dopiąłem swego-pochwyciłem go, skusiłem, związałem i oznaczyłem. Tak, pierścień jest tylko symbolem. Symbolem, że jest mój. No proszę, okazuje się, że nie znam sam siebie. Zmieniłem się na lepsze czy gorsze-tego jeszcze nie wiem, ale się dowiem. Nie ma sensu uganiać się za Remusem dopóki nie będę wiedzieć kim jestem. Zraniłoby to nas oboje, a tego nie chcę. Mam zamiar uczynić jego życie lepszym, a nie gorszym. Podejmując tą decyzję, wstaję. Ruszam powoli do drzwi. Z każdym krokiem z mojej twarzy znikają uczucia. Ból, smutek, tęsknota, troska, niepewność-wszystko to zastępuje pustka. Gdy chwytam klamkę, moja twarz jest maską obojętności. Otwieram drzwi powoli, a już dosłownie sekundę później przy moim boku pojawia się Remus. Zatrzymuje się w pewnej odległości i patrzy na mnie szeroko rozwartymi oczyma, w których czai się lęk. Zaciskam zęby, by powstrzymać się od grymasu, gdy moje serce kurczy się boleśnie na ten widok. Muszę być silny. Dla Remusa. Po części cała odpowiedzialność za sytuację spoczywa na moich barkach, więc nie zamierzam uciekać od niej. Jednak nie zamierzam prowadzić Lunatyka za rękę. Sam musi zdecydować, czego pragnie. Unoszę głowę i krzyżuję nasze spojrzenia. Zauważam, że wstrzymuje oddech.

-Co to za mina, Remi?-pytam miękko niemal nieświadomie.

-Harry...-jego głos jest ochrypły i udręczony, a spojrzenie jakie mi posyła należy do człowieka, który wszystko stracił-Czy ty...?

-Nie-przerywam mu z nagłą złością i rzucam mu lodowaty uśmiech; przedstawienie czas zacząć-A nawet jeśli to byłaby to tylko i wyłącznie moje wina-otwiera usta, by zaprotestować, ale nie pozwalam dojść mu do głosu-To nie ma z tobą nic wspólnego.

-Przecież to ja...-skomle cicho, a ja mam wrażenie, że zaraz pęknie mi serce.

Robię krok do przodu, a on cofa się ze strachem. Parskam wkurzony. Boi się, że mnie skrzywdzi nawet, gdy to ja zamierzam zrobić mu krzywdę. Kilka sekund zajmuje mi uzbrojenie się w złość i obojętność. Patrzę mu w oczy po raz ostatni i staram się wyryć widok jego troski w swoim sercu. A później otwieram usta z zamiarem zniszczenia wszystkiego, co jest między nami. Część mojego umysłu panikuje, że nie jest w stanie tego zrobić, ale ignoruję ją. Nasza relacja sprawi nam tylko ból. Dlatego muszę ją zniszczyć, by później zbudować ją od nowa, od podstaw.

-To mógł być każdy-mam ochotę zamrugać ze zdziwienia, słysząc swój własny głos, ale nie robię tego-Każdy-powtarzam dobitnie.

Bursztynowe oczy Remusa wypełniają się bólem i zmieszaniem. Zaraz potem jego twarz kurczy się w niepewności. Niewidzialna ręka zaciska się na moim gardle i z trudem wydobywam z siebie głos.

-Taka jest prawda.

-Nie, Harry-mówi słabo-Nie kłam-rzuca mi błagalne spojrzenie.

Rzucam mu drwiące spojrzenie, błagając w myślach, by wyglądało prawdziwie. Czuję się jednocześnie uspokojony i rozczarowany, gdy cofa się jakby dostał w twarz. Jest zszokowany, ale w jego oczach już widzę, że rozumie. Cień przemyka przez jego twarz-zdrada.

-Dlaczego miałbym, Remi?-przechylam głowę na bok, pytając słodko-Pamiętasz co powiedziałem dyrektorowi?-zbliżam się i schodzę do szeptu-Miałeś być moim trofeum-nie wierz mi, Remusie!-Miałeś być pięknym i dzikim wilkiem-potrząsam głową rozczarowany-Ale jesteś słaby.

-Harry...-wyraźnie próbuje mi nie wierzyć, ale jego oczy ukazują wszystkie jego emocje.

-Wiesz o tym, prawda?-z trudem powstrzymuję się od ucieczki-Jesteś słaby, nic nie warty-cofam się-Nie potrzebuję pieska salonowego, który przybiegnie za każdym razem, gdy ktoś go zawoła-prostuję się i obrzucam go kpiącym wzrokiem-Potrzebuję wilka. A ty nim nie jesteś.

Odwracam się szybko i ruszam korytarzem. Serce bije mi szybko. Błagam, nie idź za mną Remusie. Zostaw mnie. Nie wiem czy jestem bardziej zadowolony czy zrozpaczony, gdy nie podąża za mną. Opieram się ciężko o ścianę zaraz za rogiem. Na chwilę przymykam oczy, czując, że powstrzymywane łzy płyną mi po policzkach. Podskakuję, słysząc głośne przekleństwo i huk. Pospiesznie chwytam w garść naszyjnik z krukiem i mruczę słabo „dom". Korytarz wiruje mi przed oczami, ale już nawet nie zwracam na to uwagi. Z trudem łapię równowagę i moment stoję w bezruchu. Do roku szkolnego zostaje jeszcze niecały miesiąc. Nie mogę tu zostać. Nagła decyzja sprawia, że biegiem ruszam na górę, do swojego pokoju. Wpadam do niego jak błyskawica. Z szafy wylatuje kufer, który zatrzymuje się na środku podłogi. Dopadam do garderoby i wszystkie ubrania wrzucam do środka do przegrody na nie przeznaczonej. Kilka minut miotam się, wrzucając do środka wszystko, czego mogę potrzebować. W rezultacie pakuję cały swój dobytek. Zaklęciem zamykam kufer i pomniejszam go. Nieruchomieję, nasłuchując. Wciąż jest cicho, co oznacza, że Remus jeszcze nie wrócił. (Nie smuć się, Remi. Nie jestem tego wart, nie teraz.) Zbiegam po schodach i wypadam z budynku. Nie odwracam się nawet, by spojrzeć na niego ostatni raz. Po prostu wzywam Błędnego Rycerza, a po wejściu krzyczę jak opętany „Jedź!". Opadam ciężko na jedno z siedzeń. Stan zwykle gadatliwy nie odzywa się, ale czuję na sobie jego uważny wzrok. Odwracam głowę w bok i wlepiam wzrok w krajobraz zlewający się w różnokolorową plamę.

Mam ochotę zasnąć i nie myśleć nad tym całym gównem, ale wiem, że to nie jest możliwe. Kurwa, co ja wyrabiam? Wracaj tam debilu i błagaj o przebaczenie! (Remi, Remi, Remi! Co ja do cholery robię?!) Potrząsam głową, chcąc wyrzucić z niej głupie myśli. Powrót tam niczego nie zmieni, a przecież zrobiłem to wszystko dla zmian. Przestań się nad sobą użalać, karcę się głosem Mistrza Eliksirów. Muszę się zastanowić, co dalej. Impulsywnie uciekłem z domu po kłótni z najbliższą mi osobą. Jestem pełnoletni, mogę używać wszystkich dostępnych środków i nikt nie może mnie wytropić z Jasnej Strony. Nie jestem chroniony i w praktycznie każdej chwili mogę zostać zaatakowany przez Śmierciożerców. Przymykam powieki, gdy nagle ogarnia mnie ogromne zmęczenie. Nie zasypiaj, kopię się mentalnie. Mógłbym zabunkrować się w jakimś bezpiecznym miejscu i siedzieć tam przez cały miesiąc. (Po tym jak uciekłem od Remusa? Nie ma mowy!) Mógłbym, ale nie zrobię tego. Pora przestać chować się wiecznie za czyimiś plecami. Otwieram gwałtownie oczy i wlepiam wzrok w Stana.

-Do Gringott'a-rzucam po prostu, a on bez słowa kiwa głową.

Autobus hamuje, więc wstaję i wychodzę. Zaciskam zęby, mając nadzieję, że nie spotkam nikogo znajomego. (Inaczej złamię się i albo rozpłaczę po raz kolejny albo wrócę tam.) Szybkim krokiem przemierzam hol i zmierzam do goblina. Na mój widok zeskakuje z podestu i rusza do skrytek. Nic nie mówi, za co jestem wdzięczny. Czekam aż odjedzie i dopiero wtedy przykładam dłoń do wrót skrytki rodu Black, które skrzą na czerwono i otwierają się. Wsuwam się do środka, a one zatrzaskują się za mną. Od razu kieruję się do stosów książek. Chwilę ogarniam je wzrokiem i wzdycham umęczony. Cały dzień jeszcze przede mną.

W skrytce spędzam całe cztery godziny, a gdy wychodzę mam wrażenie, że jestem martwy. Mój umysł jest czystą kartką i muszę zmuszać się do myślenia. Muszę się zmienić, a właściwie to poznać samego siebie. Bez tej wiedzy jestem jak tykająca bomba, która może zniszczyć wszystko wkoło, a na to nie pozwolę. Nigdy. Staję w bezruchu na środku Pokątnej i unoszę głowę w górę, a moje oczy natrafiają na jasnoniebieskie niebo. Uśmiecham się ponuro-wygląda jakby kpiło z mojego ponurego humoru. Myśl, Harry, myśl. Zrobiłeś pierwszy krok, więc nie pozostaje nic innego jak podążanie dalej tą drogą. Obracam głowę w bok i wbijam niewidzący wzrok w jedną ze sklepowych wystaw. Przesuwam po niej spojrzeniem ze znudzeniem. Zupełnie niespodziewanie pomysł pojawia się w moim umyśle i dominuje go. Z trudem odrywam stopy od chodnika i ruszam w kierunku sklepu. Czekaj na mnie, Remi. Wrócę, tylko poczekaj trochę. Nie schrzanię tego.