EKP Z dialogami nic nie mogę niestety zrobić. Przypuszczam, że jest to wina samego fanfictiona. Ciężko by było zmienić styl i poprawiać wszystko, co już mam. Niestety, musi zostać jak jest.

Nie jestem pewna czy już pisałam o kolorze oczu Rona-wkręciłam sobie, że Wesley'owie mają niebieskie oczy i już drugi raz okazuje się, że jest to błąd. Jakby pojawiło się coś takiego to przepraszam ^^.

Jeszcze więcej cierpienia i smutku, tym razem Remusa. I zmiana perspektywy~!

~R~

-Jesteś słaby.

Nie, Harry, nie! Nie mów tego, błagam! Widzę to w jego oczach-lód i mrok. Ciemność oplata go ciasno, a ja wiem, że nie mogę nic z tym zrobić. Wyciągam rękę w jego kierunku z desperacją, ale cofa się, kręcąc głową. Niewidzialna dłoń chwyta mnie za gardło, a strach przytłacza mnie. To ten sam mrok, który widziałem tyle razy w oczach Glizdogona. Próbuję krzyknąć, powstrzymać go, ale nie mogę wydobyć z siebie głosu. Harry obserwuje mnie tylko ze złośliwym uśmieszkiem.

-Jesteś słaby-powtarza, a ja mam wrażenie, że te słowa zostają wyryte w mojej duszy; słaby, słaby, słaby.

Zakrywam dłońmi uszy i kręcę głową. Nie chcę tego słuchać! Wszyscy, ale nie Harry! Błagam, Harry, nie rób tego! Unoszę wzrok, czując jego dotyk na policzku. Przekrzywia głowę w bok i patrzy na mnie z troską. Ulga obezwładnia mnie, ale zaraz znika.

-Potrzebuję wilka. A ty nim nie jesteś.

Potrząsam głową, cofając się na oślep. Nie, nie, nie! Mój wzrok sam podąża za jego sylwetką. Patrzy na mnie ze smutkiem i rozczarowaniem.

- Miałeś być moim trofeum. Miałeś być pięknym i dzikim wilkiem.

Opadam na kolana i szlocham, starając zakryć uszy ponownie. Jednak jego głos przenika przez tą niewielką zasłonę i mam wrażenie, że jest jeszcze głośniejszy. Kulę się i trzęsę. Harry, błagam, nie!

-Jesteś słaby... słaby... słaby...

Zrywam się do siadu i rozglądam gwałtownie. Przez chwilę wszystko wydaje się być rozmazane, co potęguje moją panikę. Mój oddech jest płytki i urywany, na granicy hiperwentylacji. Zaciskam palce na pościeli i staram się uspokoić. Drżącą dłonią ocieram twarz i orientuję się, że jest mokra od łez. Wzdycham drżąco. Ze zmęczeniem obracam głowę i wbijam wzrok w zegarek stojący na szafce nocnej. Jest trochę po trzeciej, co oznacza, że spałem około czterech godzin. Zrezygnowany odrzucam kołdrę na bok i wstaję z trudem. Wiem, że już nie zasnę.

Dziś mija tydzień. Tydzień odkąd obudziłem się przy Harry'm, mając wrażenie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Tydzień odkąd desperacko błagałem Poopy o pomoc, bo ugryzłem Harry'ego. Tydzień odkąd Harry rozwiał wszystkie moje wątpliwości i powiedział mi, co o mnie myśli. Tydzień odkąd zniknął bez śladu. Mrugam powoli, orientując się, że znajduję się w kuchni i siedzę przy stole. Wzdycham i opieram czoło o mebel. Tamtego dnia zaraz po kłótni zacząłem przeklinać i niszczyć wszystko, co znalazło się pod moją ręką. Na szczęście Hogwart bez trudu poradził sobie z moją złością i nie było po niej żadnego śladu. A z tego co pamiętam, zniszczyłem całą ścianę. Długo mi to zajęło, a gdy wróciłem do Grimmauld Place 12, zaczynało świtać. Dopiero następnego dnia zorientowałem się, że jest za cicho. Mimo swojego żalu, poszedłem sprawdzić, co się dzieje z Harry'm. Jakie było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że jego pokój jest całkowicie pusty. Jakby nigdy nikt tu nie mieszkał. Dobrą godzinę błąkałem się po pomieszczeniu, szukając choć niewielkiego śladu, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Z desperacją godną szaleńca przetrząsnąłem każdy kąt i już popadałem w obłęd, gdy zwróciłem uwagę na gobelin. „Zawsze wierni" lśniło złotym blaskiem jakby drwiło z moich pragnień i marzeń. Opadłem wtedy na kolana i ryczałem jak dzieciak. Co ja sobie myślałem? Że Harry ze wszystkich osób na tym świecie wybierze właśnie mnie? Mnie-biednego, przeciętnego czarodzieja na dodatek wilkołaka? Wcale nie myślałem. Tamtego wieczoru jedyne co się liczyło to Harry. Jego miękkie usta, które chętnie oddawały każdą pieszczotę. Jego dłonie, które wędrowały po moim ciele jakby chciały zapamiętać każdą krzywiznę. Jego ciało, które wiło się rozkosznie pod moim dotykiem. Przymykam powieki, przypominając sobie to wszystko. Czy to prawda? Czy mógł zrobić to z każdym? Jakaś moja część-ta, która wciąż jest zła i rozżalona, mówi mi, że tak. Ale większa część mnie zaprzecza. Jego oczy były wtedy takie szczere, a ich wyraz odbierał mi oddech. Jeszcze nikt nie patrzył na mnie z takim zachwytem, pragnieniem i miłością. A gdy doprowadzałem go na szczyt, wołał moje imię z taką desperacją. To nie mogło być grą. Był taki prawdziwy, taki złakniony całego mnie. Potrząsam głową, czując, że z każdą taką myślą mój wilk coraz bardziej chce po prostu odszukać Harry'ego i ukarać go za kłamstwa. Bo kłamał na pewno. Ignoruję moją wilczą stronę i skupiam się na analizowaniu sytuacji. Czy Harry potrafiłby mnie aż tak oszukać? Być może, ale możliwe, że nie wszystko było kłamstwem. Może półprawdą albo prawdą wypowiedzianą ostrzejszym tonem. Przez chwilę waham się-powracanie wciąż do tamtego momentu jest bolesne i za każdym razem czuję się jakbym umierał. Jednak jest to prawdopodobnie jedyny sposób, by odkryć powody Harry'ego. Przymykam powieki i pozwalam, by wszystkie wypowiedziane przez niego słowa uderzyły we mnie z całą swoją siłą.

-To nie ma z tobą nic wspólnego. To mógł być każdy. Miałeś być moim trofeum. Miałeś być pięknym i dzikim wilkiem. Jesteś słaby, nic nie warty. Nie potrzebuję pieska salonowego, który przybiegnie za każdym razem, gdy ktoś go zawoła. Potrzebuję wilka. A ty nim nie jesteś.

Z trudem powstrzymuję panikę i zmuszam się do chłodnego rozumowania. Mój osąd nie jest obiektywny, ale musi mi to wystarczać. To nie ma z tobą nic wspólnego. Fałsz? Nie, bardziej półprawda. Oboje jesteśmy winni. To ja go ugryzłem, ale nie miałem złych zamiarów. Ja... tylko chciałem go oznaczyć. Uczynić swoim. A Harry mnie sprowokował, a właściwie zachęcił-dał nadzieję na coś więcej. Tak długo nie spotkałem się z całkowitą akceptacją, że pokazałem mu prawdziwego siebie. Najpierw z wahaniem, bojąc się, że przestraszę go. Jednak okazało się, że Harry zaakceptował mnie całkowicie. A wtedy szczęście i pożądanie sprawiło, że przestałem się powstrzymywać. A przecież w całym życiu sytuacje, w których utraciłem kontrolę mogę policzyć na jednej dłoni. Ale Harry jest piękny i ufny. Potrząsam głową. Gdyby nie ostatnie wydarzenia, na samo wspomnienie tamtego wieczoru byłbym twardy. Teraz jednak nie pora na przypominanie sobie jaki wspaniały był Harry. To mógł być każdy. Fałsz, zdecydowanie! Na samą myśl o Harry'm i innym mężczyźnie robi mi się gorąco ze wściekłości. Mój wilk zgadza się ze mną i jest gotowy rozszarpać każdego, kto zbliży się do naszego Szczeniaka. Biorę kilka uspokajających oddechów, nim przechodzę dalej. Miałeś być moim trofeum. Prawda, a może półprawda? Wbijam wzrok w sygnet Potter'ów i Black'ów. Czy chciał mnie uczynić swoim? To możliwe. Nie jestem zły, w końcu ja sam również go oznaczyłem-znacznie boleśniej. Miałeś być pięknym i dzikim wilkiem. Uch, wchodzimy na niebezpieczne tematy. Gdy pokazałem mu prawdziwego siebie, był wyraźnie zachwycony. Czyżby chciał bym cały czas był sobą? Czy to w ogóle możliwe? Po tak długim czasie ignorowania mojej wilczej natury? Z pomocą Harry'ego zapewne tak. Jesteś słaby, nic nie warty. Harry nigdy nie przejmował się ani moim pochodzeniem ani moim futerkowym problemem, więc zapewne nie o tym mówił jak myślałem na początku. Mogło chodzić o moje tchórzostwo, co jak na razie jest najprawdopodobniejsze. Nie potrzebuję pieska salonowego, który przybiegnie za każdym razem, gdy ktoś go zawoła. Gorycz, którą odczuwam, sprawia, że krzywię się. To jak najbardziej prawda. Przez tyle lat robiłem wszystko, co mi rozkazano i wciąż to robię. Harry wydoroślał i stał się niezależny. Potrzebuje wsparcia, a nie kogoś, kto nie jest w stanie mu pomóc. Co oznacza, że muszę skończyć z byciem chłopcem na posyłki i od brudnej roboty. Przestać się nie doceniać. Potrzebuję wilka. A ty nim nie jesteś. To prawda. Nie jestem wilkiem. Jeszcze nie. Ale gdy wrócisz Harry, będę nim.

Wstaję od stołu i zaczynam szykować sobie śniadanie. Ostatnio jadłem wczoraj wieczorem i choć nadal nie mam na to zbyt dużej ochoty, wiem, że głodzenie się nic nie da. Wręcz przeciwnie-pokaże jak bardzo nie daję sobie rady sam. Dlatego wmuszam w siebie sycący posiłek i ruszam do swojego pokoju. Przez cały tydzień nie zwracałem uwagi na wiele rzeczy, więc nie pamiętam kiedy ostatni raz brałem prysznic. Niemal przez dwie godziny siedzę w wannie i doprowadzam się do porządku. Dwa razy muszę zmienić wodę, bo robi się szara. Krzywię się zniesmaczony sam sobą. Gdy kończę, odprężam się i odchylam głowę w tył z przymkniętymi powiekami. Nawet nie wiem kiedy zasypiam.

Tym razem nie śni mi się nic, co jest ogromnym postępem, biorąc pod uwagę, że od tygodni śnię o Harry'm. Chwilę zajmuje mi zorientowanie się w sytuacji. Ach, zasnąłem w wannie. Odpowiednie zaklęcia utrzymują temperaturę wody, więc wciąż jest tak samo gorąca. Trochę kręci mi się w głowie, gdy wychodzę z niej, ale czuję się już o niebo lepiej. Niepewnie zerkam w kierunku wielkiego na całą ścianę lustra i z wahaniem staję przed nim. Wiem, że nie jestem najprzystojniejszym czarodziejem na świecie, a właściwie uważam siebie za nieatrakcyjnego. Przez większość życia unikałem luster i nadal nie lubię w nie patrzeć. Jednak nie mogę wciąż się chować. Harry nie wydawał się być niezadowolony z mojego wyglądu, co oznacza, że nie jest wcale tak źle. Z niewytłumaczalnym lękiem spoglądam w tafle.

Pierwsze co rzuca mi się w oczy to mój wzrost. Urosłem i to dość dużo. Przez lykanotropię ciężko było mi znaleźć pracę, co oczywiście przekładało się na moje życie. Ile razy chodziłem w starych, podartych ubraniach czy nie dojadałem? Potrząsam głową, chcąc pozbyć się niewesołych wspomnień. Regularne posiłki zdziałały cuda, a przynależność do prestiżowych rodów również przyczyniła się co nieco. Dlatego mogę się teraz pochwalić metrem dziewięćdziesiąt coś. Przesuwam dłonią po brzuchu z zadowoleniem. Długo nie robiłem nic, przez co moja kondycja była fatalna. Jednak remont wymagał nie tylko sprawności magicznej, ale i fizycznej, co wraz z odpowiednią dietą przyniosło same korzyści. Ile to razy marzyłem, by mieć jakiekolwiek mięśnie, które teraz są ładnie zarysowane. Przypominam sobie, że Harry podczas naszego zbliżenia również mnie tu dotknął i najwyraźniej był zadowolony. Jedyne co pozostało bez zmian to blizny. Cienkie i blade, ale wciąż doskonale widoczne. Zbyt dużo by je wyliczać. Skupiam wzrok na swojej twarzy, a to, co widzę mocno mnie zaskakuje. Idąc za radą Harry'ego, na początku wakacji pozbyłem się wąsów, choć nie wiedziałem dlaczego na to nalegał. Teraz już wiem. Postarzały mnie wyraźnie, a bez nich nagle odmłodniałem o kilka lat. Kilka subtelnych różnic jak wyżej umieszczone kości policzkowe czy lekko przekrzywione oczy są wynikiem przynależności do Black'ów i Potter'ów. Nawet blizny nie wydają się już mnie szpecić, a dodają mi agresywniejszego i poważniejszego wyglądu. No i włosy. Już w czasach szkolnych były moim kompleksem. Ojciec bardzo wcześnie zaczął je tracić i łysieć, co chyba odziedziczyłem, bo zawsze nie były jakoś specjalnie gęste. Z wiekiem robiły się coraz rzadsze i traciły swój kolor. Nic więc dziwnego, że jestem zaskoczony. Hurra dziedziczeniu! James zawsze miał gęste włosy, a Syriusz długie. Przesuwam palcami po wciąż wilgotnych kosmykach. Są o wiele gęstsze i dłuższe niż pamiętam. Jeszcze trochę i będę mógł wiązać je w krótką kitkę. Pamiętam, że Łapa specjalnie ścinał swoje włosy, by móc je tak układać, a wyglądało to świetnie. Co szkodzi spróbować nowej fryzury?

Zadowolony odchodzę od lustra i kieruję się do pokoju. I czego ja się tak bałem? Moja radość znika, gdy otwieram swoją szafę. Byłem tak zajęty remontem, że nawet nie pomyślałem odnowieniu swojej garderoby. Nigdy nie miałem na to pieniędzy, ale teraz gdy Harry dał mi dostęp do wszystkich skrytek, mogę sobie na to pozwolić. Szczeniak zrobił już z nich użytek, a ubrania jakie miał na sobie w swoje urodziny były naprawdę wspaniałe. Czuję gorący rumieniec, gdy przypominam sobie jak idealnie leżały na nim skórzane spodnie. Ubieram się pospiesznie, notując w myślach, że muszę jak najszybciej wybrać się na zakupy. Właśnie poprawiam koszulę, gdy dociera do mnie jakiś dziwny dźwięk. Marszczę brwi i niczym błyskawica zbiegam po schodach. Przez chwilę mam nadzieję, że to Harry, która szybko znika. Całkowicie zaskoczony wpatruję się w Bill'a i Charlie'go. O ile obecność tego pierwszego mogę zrozumieć to drugiego już nie. Rozmawiałem kilka razy z Bill'em, ale z Charlie'm raczej nie miałem kontaktu. Unoszę brwi na ich widok.

-Witaj, Remusie-wita mnie starszy.

-Cześć!-wtóruje mu brat.

-Co tu robicie?-pytam po prostu, mając wrażenie, że coś jest nie tak.

Wymieniają między sobą spojrzenia i kierują na mnie wzrok. Ich oczy błyszczą podejrzanie, a ich usta wyginają się w chytrych uśmiechach. Cofam się, nagle czując się bardzo nieswojo. Oboje szybko doskakują do mnie i łapią za ramiona. Zerkam to na jednego to na drugiego zdezorientowany.

-Przyszliśmy zabrać cię na małe zakupy-tłumaczy Bill, ciągnąc mnie do kominka.

-Zakupy?-powtarzam zdziwiony.

-Acha!-potwierdza Charlie-Ktoś dał nam znak, że przyda ci się pomoc!

Gwałtownie odwracam głowę i wbijam w niego uważny wzrok. Kto ma dobry kontakt z całą rodziną Wesley'ów i w dodatku wie, że siedzę w domu sam, a moja garderoba przypomina szmaty?

-Rozmawialiście z Harry'm?

-Nie, nie. Przysłał nam list-aż mi strzyka w karku tak szybko zwracam się w kierunku starszego z braci-Uspokój się, Remusie. Nic mu nie jest, ale martwi się o ciebie-lustruje mnie wzrokiem-Dość słusznie z tego, co widzę.

Rumieniec wstydu pokrywa moją twarz. Mam nadzieję, że Harry miał tylko takie przeczucie. Co by pomyślał, gdyby zobaczył mnie tak zaniedbanego? W końcu potwierdziłem wszystkie jego obawy. Nie opieram się i pozwalam poprowadzić się do kominka. Jest tak duży, że mieścimy się w nim we trzech. Bill puszcza mnie na chwilę, by wrzucić do środka garść proszku.

-Dziurawy Kocioł!

Wszystko wiruje mi przed oczami, a już po sekundzie czuję, że wyciągają mnie z kominka. Potrząsam głową trochę oszołomiony. Kolejnym zaskoczeniem jest, że nie kierują się w kierunku przejścia na Pokątną tylko do wyjścia. Podążam za nimi, dopiero teraz zauważając, że żaden z nich nie ma na sobie szat. Charlie ubrany jest w skórę jak zazwyczaj, a Bill w elegancki komplet. Są jak ogień i woda, ale oboje wyglądają naprawdę dobrze, co tylko uświadamia mi, że brak pieniędzy był tylko wymówką. Po prostu mam zerowe wyczucie stylu.

Gatunek męski i zakupy to naturalni wrogowie. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. Cóż, próby znalezienia czegoś wygodnego, w moim rozmiarze, dość ładnego i w dodatku niedrogiego sprawiają, że zakupy stają się trzy razy gorsze niż normalnie, więc jest to piekło na ziemi. Bill i Charlie idą przodem, ale ten drugi wciąż trzyma mnie za rękaw, przez co nie mogę umknąć. Obserwuję ich zrezygnowany. Zapewne z godzinę będziemy szukać jakiegoś dobrego sklepu. Gdy tylko ta myśl pojawia się w moim umyśle, Bill skręca w bok i zmierza w kierunku dużego budynku. Jego brat idzie za nim bez sprzeciwu. Czyżby już wcześniej wiedzieli, gdzie iść? Dzwonek przy drzwiach obwieszcza nasze wejście.

-Ach, panowie Wesley!

Odwracam głowę w kierunku radosnego głosu. Jest to pracownik sklepu, modnie ubrany chłopak. Obaj bracia witają się z nim kiwnięciem głów. Wtedy jego wzrok spoczywa na mnie.

-Pomóc w czymś?-pyta swoim melodyjnym głosem.

-Nie-zaprzecza Bill zanim zdążam się odezwać-Rozejrzymy się trochę i w razie potrzeby zawołamy cię.

Chłopiec kiwa głową i odchodzi zasmucony. Odprowadzam go wzrokiem i zerkam na braci, którzy rozglądają się uważnie. W końcu Charlie zwraca na mnie uwagę.

-Remi, rozejrzyj się trochę za swoim stylem, a później coś z tego wybierzemy.

Nim otwieram usta, by im odpowiedzieć, znikają pośród rzędów ciuchów. Moment stoję oszołomiony, po czym niepewnie również ruszam przed siebie. „Rozejrzyj się za swoim stylem"-dobrze powiedziane, bo nie mam pojęcia jaki mam styl. Do tej pory były to ubrania wygodne i niedrogie. W ludziach zazwyczaj wzbudzam albo litość albo politowanie albo sympatię. Kojarzę się z osobą takiego wujka. Nie przeszkadzało mi to, ale pora to zmienić. Przecież nie będę całe życie wyglądał jak przyjazny bezdomny. Rozglądam się. Sklep jest naprawdę duży. Sprzedają tylko męskie ubrania, więc mogą sobie pozwolić na wyjście poza schematy. Z lewej strony znajdują się eleganckie ubrania, które zmieniają się coraz bardziej aż docierają do prawej strony, gdzie znajdują się „dzikie" ciuchy. Chwilę waham się. Z jednej strony mam swoje lata, więc coś eleganckiego powinno bardziej pasować, a z drugiej wciąż mam przed sobą całe życie, więc coś wyzywającego też nie byłoby złe. Dlatego zagłębiam się między półki dokładnie w połowie i zaczynam je przeglądać. Teraz sprawa się komplikuje. Bo czego tak właściwie mam szukać? Jak na zawołanie dołączają do mnie bracia.

To, co następuje później jest o wiele przyjemniejsze niż zapamiętałem. Kompletowanie ubrań i mierzenie ich w odpowiednim towarzystwie sprawia wiele frajdy. Już od dłuższego czasu nie czułem się tak młodo. A przecież wcale nie jestem stary. Na początku jestem niepewny, co do ilości mierzonej odzieży, ale Wesley'owie szybko strofują mnie i przestaję zwracać na to uwagę. Tworzenie mojej garderoby od nowa zajmuje nam około trzech godzin, po czym bracia również wybierają coś sobie i ruszamy do kasy. Prawie oczy mi wyskakują na widok ceny wszystkich tych ubrań, ale Bill zachowuje spokój i wręcza sprzedawcy kartę. Obserwuję to wszystko niepewnie. Skąd mają w ogóle pieniądze? Czyżby jakiś nowy wynalazek Gringott'a? Chcę o to zapytać, ale bracia szybko wyciągają mnie ze sklepu. W jednej z bocznych uliczek zmniejszamy nasze bagaże. Wydawało mi się, że jesteśmy tu tylko po to, ale najwyraźniej nie, bo Charlie ciągnie mnie dalej ulicą. Najpierw zostaję zaciągnięty do fryzjera, który nie ma wiele do roboty, a później do „salonu piękności" jak to powiedział Bill. Spędziliśmy tam kolejne dwie godziny, podczas których nikt nie zwracał uwagi na moje protesty. Szturchano mnie, szczypano, ugniatano, smarowano, przewracano, wyrywano, klepano i zanurzano. Gdy w końcu uwalniam się z ich łap, czuję się mocno oszołomiony. Na szczęście idziemy już tylko do restauracji, w której mogę odpocząć. Kładę głowę na stole i przymykam oczy zmęczony.

-I jak było, Remi?-Charlie szturcha mnie napastliwie, więc otwieram oczy.

-Ciekawie-mówię powoli-I strasznie.

Oboje śmieją się chwilę z tego podsumowania dnia, ale przerywa im kelnerka, która podchodzi zebrać nasze zamówienia. Wesley'owie są tak dobrzy, że składają je za mnie. Jestem padnięty, a literki wirują mi przed oczami. Brak snu przez cały tydzień daje się we znaki.

-Ale było warto-klepie mnie po plecach młodszy z braci-Zobaczysz, Harry oszaleje na twój widok.

Posyłam mu zaskoczone spojrzenie. Szczeniak powiedział im? Czy aż tak widać, że biegam za nim jak pies?

-To widać, że jesteście ze sobą blisko-odpowiada Bill, widząc moje zdziwienie-Ale nie aż tak bardzo. Mamy swoje sposoby.

Dalsze rozmowy uniemożliwia kelnerka, która przynosi nam zamówione dania. Z trudem opanowuję się na tyle, by nie rzucić się na dobrze wypieczone trzy steki. W ciszy spożywamy posiłek.

-No to który wyznał to pierwszy?-pyta Charlie z szerokim uśmiechem.

Rzucam mu pytające spojrzenie, popijając moją herbatę. Uśmiech znika z jego twarzy zastąpiony przez zaskoczenie. Marszczy brwi.

-Nie jesteście razem? Ty i Harry?

-C-co?-odstawiam szybko szklankę, by nie wylać jej zawartości-Dlaczego mielibyśmy być razem?

-Przecież oboje się lubicie, nie?

-T-to nie tak, że się lu-lubimy-mówię zakłopotany.

-Nie czujesz więc nic do Harry'ego?-wtrąca się Bill.

-Um...-chrząkam niepewny co odpowiedzieć-Jest dla mnie ważny.

-Jak ważny?-nalega dalej.

-Jest synem Jamesa-odwracam wzrok, mając wrażenie, że po raz kolejny uciekam.

-Ach, więc nie masz nic przeciwko bym zainteresował się nim... bliżej?

Wbijam w niego groźne spojrzenie. Na to pytanie mój wilk burzy się i warczy wściekle. Harry jest nasz!, woła, kłapiąc zębami. Bill uśmiecha się zadowolony, widząc moją reakcję.

-Nie oszukuj się, Remusie. Jesteś nim zainteresowany.

-A on tobą-dopowiada natychmiast Charlie.

-Czy ja wiem...-mruczę pod nosem nieprzekonany.

-Grunt to przyznać się, że go kochasz-młodszy klepie mnie po plecach.

-K-kocham?-wlepiam w niego speszony wzrok-Wcale nie!

-Remi, nie bądź dzieciakiem!-fuka na moją reakcję.

-Nie kocham Harry'ego!

-Lepiej szybko zrozum, co do niego czujesz, bo zranisz nie tylko siebie, ale i jego-Bill przerywa naszą wymianę zdań.

Milknę. Czy kocham Harry'ego? Jest synem Jamesa i dzieli nas duża różnica wieku. Z drugiej strony naprawdę pociąga mnie fizycznie, a także psychicznie. W końcu doszło między nami do zbliżenia i straciłem kontrolę, a to coś oznacza. Ale czy go kocham? Podoba mi się i ciągnie mnie do niego, ale to chyba jeszcze nie miłość. Znaczy to wszystko nie świadczy o tym, że go kocham, prawda? Prawda?