Co do aktualek-rozdział pojawi się w każdy poniedziałek. Oprócz tego możliwe są "bonusy", które wynikają z porywów weny oraz Waszych komentarzy.
Komentarz, proszę~?
~R~
Jeszcze zanim budzę się do końca, docierają do mnie niepokojące odgłosy. Wzdycham zaspany i przez kilka minut staram się zagłuszyć je poduszką, ale nie udaje mi się. Zirytowany odrzucam kołdrę na bok i szybkim krokiem wchodzę do łazienki, by wziąć szybki prysznic. Ubrany w jeden z kompletów schodzę po schodach i coraz bardziej wkurzony staję przed drzwiami kuchni. Zmywając z siebie senność, zrobiłem szybką analizę sytuacji. Harry'ego nie ma już drugi tydzień, co zapewne oznacza, że zobaczymy się dopiero w szkole. I nie ważne jak bardzo chcę go zobaczyć-muszę mu dać tyle swobody, ile potrzebuje. Co oznacza, że to nie on robi taki hałas. Tylko niewielki krąg osób wie o tym miejscu i ma do niego dostęp. A właściwie to tylko Wesley'owie mogą korzystać z fiuu bez ograniczeń. Ale to zaś nie oznacza, że mam ochotę budzić się, bo ktoś buszuje po moim mieszkaniu. Powoli liczę w myślach do dziesięciu. A przynajmniej się staram, bo przy „sześciu" tracę kontrolę i gwałtownie pcham drzwi, które z rozmachem uderzają w ścianę. Wszelkie głośne rozmowy urywają się i wszyscy odwracają się w moim kierunku. Mierzę ich nieprzychylnym wzrokiem i zatrzymuję się na pani Wesley. Która swoją drogą na mój widok zrywa się z krzesła i rusza w moją stronę z surową miną. W pierwszym momencie zalewają mnie wyrzuty sumienia. Mam ochotę skulić się i natychmiast przeprosić za swoje zachowanie. I zrobiłbym to, gdyby nie słowa Harry'ego, które echem odzywają się w moim umyśle. Nie potrzebuję pieska salonowego, który przybiegnie za każdym razem, gdy ktoś go zawoła. Ukłucie rozczarowania samym sobą sprawia, że prostuję się jeszcze bardziej. Obiecałem się zmienić, a już przy pierwszej okazji zapominam o tym. Kobieta otwiera usta, a ja robię krok do przodu, by pokazać, że mam nad nią przewagę. Najwyraźniej nie bierze tego do siebie, a wręcz przeciwnie-jej spojrzenie staje się ostrzejsze.
-Remusie!-fuka niczym rozjuszona kotka-Co to ma być?! Dlaczego, na Merlina, zachowujesz się jak dzieciak?!-czy tylko ja uważam to za śmieszne, że mówi to do mnie?-Mogłeś zniszczyć drzwi! Albo ścianę! Dobrze wiesz jak Harry się nad tym napracował! Nie jesteś u siebie, żeby móc niszczyć co popadnie!-och...
Zamierzałem jej darować po niewielkich przeprosinach lub przyznaniu się do błędu. Zamierzałem, to dobre słowo. Zimna furia sprawia, że nie mam na to żadnej ochoty. Robię jeszcze jeden krok do przodu, zmuszając ją, by się cofnęła. W jej oczach błyska niepokój, ale hardo unosi głowę i wbija we mnie uparte spojrzenie. Uśmiecham się łagodnie.
-Molly, jesteś pewna, że naprawdę rozumiesz sytuację?-unosi brwi zaskoczona zapewne brakiem przeprosin-Właściwie to ja jestem u siebie. Czy masz tak słabą pamięć, że zapomniałaś, że jestem właścicielem w równym stopniu co Harry?-cmokam niezadowolony i porzucam moją grę, poważniejąc i wbijając w nią wrogie spojrzenie-Co tu robisz, Molly?
Zupełnie zszokowana stoi i z otwartymi ustami wpatruje się we mnie. Kątem oka dostrzegam ruch, więc zwracam uwagę na inne osoby przebywające w pomieszczeniu. Ron wysuwa się na przód i obrzuca mnie zagadkowym spojrzeniem. Spinam się wewnętrznie, doskonale pamiętając jak wybuchowy jest i znając wesleyowskie więzy rodzinne. Kompletnie mnie zaskakuje delikatnym uśmiechem.
-Właśnie, mamo. Wszyscy chcemy wiedzieć, co tu robimy.
Dopiero słysząc głos swojego najmłodszego syna, kobieta otrząsa się z szoku. Obdarza mnie wściekłym grymasem i odwraca się zamaszyście do swojej rodziny. Mierzy wszystkich morderczym wzrokiem jakby to oni byli winni całej tej sytuacji. Przed oczami stają mi skrawki wspomnień, w których Molly strofuje kogoś i zastanawiam się, czy zawsze taka była. Zaraz jednak odrzucam te myśli-teraz są ważniejsze sprawy do przeanalizowania. Rozglądam się dyskretnie. Przy stole siedzi Artur ze splecionymi dłońmi i rzuca żonie zrezygnowane spojrzenia. Na szczycie stołu najważniejsze miejsce zajmuje Albus i momentalnie zalewa mnie wściekłość. W takich sytuacjach tylko Harry i ostatecznie również ja mamy prawo tam siedzieć, a ten staruch bez pytania rozsiadł się na swoim „tronie" jakby mu się należał. Przez chwilę mam ochotę kazać mu się przesiąść, ale ostatecznie duszę w sobie to pragnienie. Kiedy indziej pokażę mu, że nie jestem dłużej jego chłopcem na posyłki. I coś czuję, że nastanie to już niedługo. Odrobinę uspokojony przenoszę wzrok na Hermionę, która z założonymi na piersi rękoma kiwa głową i obrzuca mnie surowym spojrzeniem. Zaraz obok niej siedzi najmłodsza latorośl Wesley'ów w pozycji, która wręcz emanuje pogardą i znudzeniem. Naprzeciw nich krzesło zajmuje Tonks z wyjątkowo poważną miną. Dalej o szafki opierają się Bill i Charlie, którzy rozmawiają cicho. Są wyraźnie niezadowoleni, co wprawia mnie tylko w gorszy nastrój. Z myśli wyrywa mnie podniesiony głos Molly, ociupinkę za cienki jak na mój gust. Nawet nie kryję grymasu.
-Ronaldzie! Nie bądź takim egoistą! Jakbyś nie pamiętał to twój najlepszy przyjaciel zaginął!-odwraca się w moim kierunku, mierząc we mnie oskarżycielsko palcem; przez chwilę mam ochotę jej go złamać-Ty! Jak mogłeś nie powiedzieć nam wcześniej?! Gdyby nie Albus, zapewne nie dowiedzielibyśmy się jeszcze dłuższy czas! Wstydź się!
Gdy robi przerwę na oddech, robię krok w przód. Mam wrażenie, że wściekłość wręcz ze mnie wycieka. Molly cofa się natychmiast w przebłysku inteligencji. Zanim zdążam się odezwać, rozlega się dźwięk odsuwanego krzesła. Albus powolnym krokiem podchodzi do nas i staje między nami. Najwyraźniej nie tylko ja mam wrażenie, że to on jest pomysłodawcą całego tego kabaretu, bo Ron obdarza go nieprzychylnym zerknięciem.
-Już, już, moje dziecko-mówi łagodnie i spogląda na mnie znad swoich okularów-Nie ma potrzeby krzyczeć. Choć twoja nieodpowiedzialność jest naprawdę karygodna, mój chłopcze.
Ledwo powstrzymuję się od wrednego uśmiechu. Leniwym krokiem podchodzę do krzesła, na którym przed chwilą siedział i rozsiadam się na nim wygodnie. Dopiero wtedy łaskawie obdarzam ich spojrzeniem.
-Harry jest dorosły-czy komuś się to podoba czy nie-zaczynam cicho-Ma prawo przebywać gdzie tylko chce, a żadne z was nie może mu tego zabronić.
-Remusie!-oburzony okrzyk Tonks sprawia, że wbijam w nią mordercze spojrzenie, którym się nie przejmuje-To nadal dziecko! Nie może podejmować sam takich decyzji! To...!
-Ależ może-przerywam jej gwałtownie-I nic, co powiecie tego nie zmieni. Jest także właścicielem tego domu.
-Możemy tu przebywać!-Hermiona wtrąca się przemądrzałym tonem-Harry nam pozwolił!
-Pozwolił-potwierdzam-Jednak nie życzę sobie, by odbywało się to bez mojej wiedzy i w tak żałosnej sprawie.
-Żałosnej?!-Molly aż się zapowietrza.
-Żałosnej-powtarzam groźnie i zapada ciężka cisza-Harry z własnej woli przebywa poza domem i, powtarzam, nikt z was nie ma prawa mu tego zabronić.
-Remusie, bądź rozsądny. Harry wciąż nie dojrzał, by podejmować tak ważne decyzje. Przebywając poza osłonami, naraża się na atak Śmierciożerców, a nawet samego Voldemort'a. Musimy jak najprędzej...
-Nie-przerywam mu, wstając z krzesła-Jeżeli nie macie zamiaru powiedzieć czegoś bardziej interesującego, to proszę o opuszczenia mojego mieszkania.
-Nie możesz nas wyrzucić!-Hermiona z rozmachem wstaje z krzesła i zaczyna gwałtownie gestykulować-To siedziba Zakonu Feniksa!
Mrugam powoli i marszczę brwi. Co? Mam wrażenie, że się przesłyszałem, ale moja pamięć jest wyjątkowo dobra jak i słuch. Tym razem nie powstrzymuję mojej złości. Prostuję się jak struna i obdarzam dziewczynę pogardliwym spojrzeniem.
-Nie. Ten dom nie jest siedzibą Zakonu Feniksa i już nigdy nią nie będzie.
-Remusie, zastanów się...
-Nie!-warczę, a Albus aż się cofa-Nie spytałeś o zgodę ani mnie ani Harry'ego! Po prostu założyłeś, że z chęcią udostępnimy wam nasz dom!
-Mój chłopcze, wszyscy chcemy wygrać tę wojnę-mówi stanowczo, a w jego oczach lśni lód.
-Coraz bardziej zastanawiam się, czy na pewno stoimy po tej samej stronie.
Powiedziawszy to ruszam w kierunku drzwi. Zatrzymuję się w nich i zerkam na zebranych przez ramię. Wszyscy są spięci, nawet ci, którzy nie koniecznie chcieli tu być.
-Za 10 minut ma was tu nie być-rzucam na odchodnym.
Kieruję się do schodów. Banda idiotów. Mam ochotę przespać jeszcze kilka godzinek, więc właśnie to zamierzam zrobić. W końcu jestem u siebie.
~R~
Gdy budzę się po raz drugi, czuję się o wiele lepiej, a całe zajście w kuchni wydaje się być tylko złym snem. Przeciągam się aż kości mi trzaskają i chwilę leżę w ciepłej pościeli. W końcu jednak wypełzam z niej i kieruję się do łazienki. Zamierzam poleżeć sobie w wannie. Dlaczego? Bo mogę. Moczę się w gorącej wodzie z półgodziny zanim decyduję się, że pora zacząć żyć. Chwilę patrzę na ubrania, które miałem na sobie rano, ale w końcu zostawiam je i zakładam inne. Zadowolony z życia schodzę na parter i od razu nastawiam uszy. Dociera do mnie smakowity zapach jedzenia, a mój żołądek wyraża swoją opinię głośnym burczeniem. Wchodzę do kuchni i zatrzymuję się. Właściwie nie jestem ani zdziwiony ani urażony obecnością trzech Wesley'ów. Ron siedzi przy stole i je kopiec jajecznicy. Jego maniery są o wiele lepsze niż wcześniej, ale wciąż nie idealne. Zresztą, kto by się tym przejmował? Bill zajmuje krzesło naprzeciwko brata i czyta gazetę, popijając czarną kawę. Charlie natomiast stoi przy kuchence, smażąc kolejne jajka i kręcąc biodrami w rytm muzyki niewiadomego pochodzenia. Mrugam powoli na ten rodzinny obrazek i chwilę się waham. Czy na pewno powinienem to psuć? Zaraz jednak Ron zauważa moją obecność i z pełnymi ustami mamrocze powitanie. Od razu orientuje się, że nie powinien tak robić, więc przełyka jedzenie i powtarza, tym razem wyraźniej.
-Cześć, Lunatyku-kiwa głową w kierunku krzesła obok na szczycie stołu-Siadaj, Charlie już smaży też dla ciebie.
Trochę oszołomiony dreptam w stronę krzesła i opadam na nie. Bill składa gazetę i odkłada ją na bok. Dopija swoją kawę i przysuwa do siebie talerz z jedzeniem.
-Dzień dobry, Remusie.
Zanim zdążam odpowiedzieć tuż przy mnie pojawia się Charlie i stawia przede mną jajecznicę. Zdezorientowany zerkam na niego, gdy roztrzepuje mi włosy.
-Hej, Remi!-odpowiada, nie zwracając uwagi na moje spojrzenie i w podskokach siada obok brata ze swoim jedzeniem.
Jemy w ciszy, ale nie jest oni ani niezręczna ani wymuszona. Jest w niej coś przyjemnego i rodzinnego. Gdy tylko kończymy, przy stole materializuje się Stworek i po lekkim ukłonie zbiera wszystkie naczynia. Nie wiem co powiedział mu Harry, ale od tej sprawy z Walpurgą jest przykładnym skrzatem domowym. Znika zaraz potem i kieruję swój wzrok na starszych braci. Unoszę brwi, nie bardzo wiedząc, o co zapytać. Charlie porusza się trochę niespokojnie.
-W czwartek jest pełnia-rzuca jakby od niechcenia-Za dwa dni.
Kiwam głową w milczeniu, obserwując go uważnie. Naprawdę? Zazwyczaj odliczam dni do każdej pełni, a z każdą dobą odczuwam wyraźne zmęczenie. Tym razem nie czuję się źle, może trochę tęsknię za Harry'm, ale poza tym wszystko jest w porządku. Właściwie jest lepiej niż w porządku. Niezwykłe. Zaskakujące. I niepokojące. Przemiana nieodłącznie związana jest z bólem, choć eliksir tojadowy tłumi go to nie pozbywa się go całkiem. W takim razie jego brak jest czymś zastanawiającym. Aż przypominam sobie ostatnią pełnię. Mimo mikstury mój wilk był bardzo niespokojny i przez całe dwa dni szalał z powodu dziwnej pustki. Była to najgorsza przemiana w całym moim życiu, a doświadczenie to ja mam. Aż się wzdrygam na samo wspomnienie tej przerażającej samotności.
-Jesteś pewien, że dasz radę bez Harry'ego?-zaniepokojony głos poskramiacza smoków wyrywa mnie z myśli.
-Dlaczego miałoby to cokolwiek zmieniać?-marszczę brwi zaskoczony-Nie rozumiem dlaczego cały czas uważacie, że jestem w nim zakochany!
-Huh?-Ron robi niedowierzającą minę-To on jeszcze się nie zorientował?
-Uh! Co jest z wami?!-fukam niezadowolony-Ja wcale nie...
-Słuchaj, Remusie-przerywa mi Bill z poważną miną-Skontaktowaliśmy się już z Severusem i dostaniesz podwójną dawkę. Proszę, nie kombinuj i wypij ją.
-Podwójną dawkę?-szepczę niepewnie-Przecież jedna jest więcej niż wystarczająca.
-Uwierz mi, nie tym razem.
Zaraz potem temat został zmieniony i nikt już nie wspomina o pełni. Cały czas jestem nieobecny i rozmyślam nad słowami Bill'a. Oczywistym jest, że męska część potomstwa Wesley'ów wie coś, czego ja nie wiem. I jest to zapewne coś ważnego, ale nie na tyle, by mi o tym powiedzieć. Co oznacza, że sam będę musiał się dowiedzieć, o co chodzi. I co z tym wspólnego ma Harry.
~R~
Mam wrażenie, że pełnia nadchodzi zbyt szybko. Na początku nawet się waham czy posłuchać porady Wesley'ów czy może odpuścić sobie. W końcu jednak łykam podwójną dawkę. Wszystko zaczyna się spokojnie. Po prostu zasypiam. Zupełnie niespodziewanie nadchodzi ból przemiany. Jest niewielki w porównaniu do zwyczajowego, ale jest w nim coś nie do zniesienia. Coś, co sprawia, że wyję żałośnie i zwijam w kłębek. Nawet gdy drgawki już ustają, dziwne uczucie pustki nie znika. Nie mogąc jej wytrzymać, przełamuję bariery i wchodzę do salonu gier urządzonego przez Harry'ego w piwnicy. Głęboko wdycham powietrze i mruczę rozczarowany, gdy nie wyczuwam zapachu młodszego czarodzieja. Harry, gdzie jesteś? Gdzie? Jak przez mgłę pamiętam, że błąkam się po korytarzach, szukając czegoś. W końcu staję przed pokojem Harry'ego i wchodzę do środka. Mój nos natychmiast zostaje zaatakowany jego zapachem. Odurzony podchodzę do łóżka i kładę się na nim ostrożnie, by nie zniszczyć pościeli pazurami. Wszystko tak pięknie pachnie Harry'm. Kręci mi się w głowie, a uczucie samotności zostaje przytłumione. Harry pachnie szczęściem, miodem i mlekiem. Zagrzebuję się w pościeli i nawet nie zauważam, kiedy zasypiam. Gdy budzę się po raz kolejny, boli mnie głowa i nie mogę zebrać myśli. Nasłuchuję chwilę, ale nie słyszę niczego podejrzanego. Następnie wdycham głęboko powietrze. Zapach Harry'ego nie jest już tak intensywny i choć sprawia mi przyjemność wyczuwanie naszych zapachów razem to nie czuję się dobrze. Wysuwam się spod kołdry i rozglądam niespokojnie. W końcu kieruję się w kierunku fotelów i siadam na tym, który najbardziej pachnie Harry'm. Przymykam powieki, ale nie zasypiam. Zmiana miejsca nie pomaga na długo i już po jakimś czasie muszę szukać dalej. Wchodzę do łazienki i niucham. Cała wanna przesiąkła zapachem miodu i mleka, więc niezdarnie wchodzę do środka. Trochę nieprzytomnie orientuję się, że jest to zapewne wina jego płynu do kąpieli. Niezdarnie nalewam wody i wypełniam ją pianą. Kulę się i zadowolony odpływam. Kilka razy budzę się, by stworzyć więcej źródeł zapachu. Trwa to długo, ale i to w końcu przestaje mi wystarczać. Ślizgam się po kafelkach, ale nie zwracam na to uwagi. Pustka wraca i mam wrażenie, że moje serce to czarna dziura. Niemal nie zdaję sobie sprawy, że cały czas wyję głośno. Rozglądam się po kolejnym pomieszczeniu, gdy moją uwagę zwraca cichy szmer. Odwracam głowę w tamtym kierunku.
-Ciii... Spokojnie, Luniaczku-cichy szept Syriusza trochę łagodzi mój niepokój, więc zbliżam się-Co się dzieje? Przecież wziąłeś podwójną dawkę. Powinieneś przespać całą pełnię-rozmyśla na głos, a ja mruczę w potwierdzeniu-Czego szukasz?
Pytanie odbija się echem w moim umyśle. Czego tak właściwie szukam? Za czym podążam? Mój wilk natychmiast odpowiada mi. Szukamy Harry'ego. Dlaczego Harry'ego? Harry, Harry, Harry... Dlaczego? Nastawiam uszy, słysząc dziwny dźwięk. To Łapa nuci cicho. Kładę się na dywanie, słuchając melodii. Jeszcze za czasów szkolnych, gdy byłem niespokojny w czasie pełni nucili mi ją wszyscy Huncwot'ci. Wryła się tak głęboko w moją duszę, że nawet mimo tego, że nie byłem wtedy sobą, zapamiętałem ją. Przymykam oczy, a Syriusz nie przestaje śpiewać. Melodia miesza się z moim wyciem. Harry...
~H~
Wzdrygam się nagle, czując dziwną pustkę. Rozglądam się szybko z nadzieją, że to nie Dementorzy. Na szczęście nie dostrzegam żadnej z tych istot. Unoszę głowę w górę i wbijam wzrok w ciemnogranatowe niebo usypane gwiazdami. Księżyc wychyla się zza ciemnych chmur i rzuca blask na całą polanę. Mrużę oczy i niespodziewanie ogarnia mnie uczucie samotności. Wzdycham i opieram czoło o korę drzewa. Chciałbym być już z Remusem. Chociaż na chwilę go zobaczyć czy usłyszeć jego głos. Wiem jednak doskonale, że nie mogę teraz wrócić. Jeszcze nie. Nie, gdy jestem już tak blisko i jednocześnie tak daleko. Z gardła wyrywa mi się zrezygnowany jęk. Mam nadzieję, że Wesley'owie zajmą się nim za mnie i nie pozwolą mu rozpaczać zbytnio. W końcu nie tylko ja mam problemy, z którymi muszę sobie poradzić nim zacznę robić cokolwiek w sprawie z Remusem. On również nie jest doskonały. I choć większość jego wad mi nie przeszkadza to kilka jest nie do zaakceptowania. Nie jeżeli między nami ma być coś więcej niż przyjaźń. Łopot skrzydeł wyrywa mnie z ponurych myśli. Mrużę oczy i automatycznie wypatruję niebezpieczeństwa. Zamiast niego dostrzegam tylko sokoła. Wyciągam ramię i pozwalam mu na nim usiąść. Jest piękny, niezbyt duży, ale też nie mały. Tylko podbrzusze ma śnieżnobiałe, reszta ma barwę głębokiej czerni.
-Łapa-witam go cicho.
Wtedy na Pokątnej ostatecznie pogodziłem się ze śmiercią Hedwigi. Wciąż o niej pamiętam, ale pora ruszyć dalej. Łapa oczarował mnie od razu. Miał w sobie coś, co miał również Syriusz. Może to ta odrobina szaleństwa. Może duma. Lub radość z życia. A może po prostu przerażająca samotność w niebieskich oczach. Łapa skubie mnie upominająco w palec, więc odwiązuję od jego nogi pergamin. Ptak natychmiast odlatuje zapewne na polowanie. Niezbyt lubi przysmaki ze sklepu. Rozwijam papier i uśmiecham się na widok pisma Rona. Jego listy już kiedyś były proste i to mu zostało, zniknęła jednak nuda, która wręcz przesiąkała pergamin. Teraz widoczniejsze staje się jego natura stratega, co cieszy mnie. W końcu nie musi kryć się w niczyim cieniu i może pokazać na co go stać. Znalazł coś, w czym jest dobry. Kręcę nosem na brak istotniejszych informacji o Remusie. Ot, Lunatyk miał ciężką pełnie, mimo podwójnej dawki. Wzdycham i wbijam oskarżycielskie spojrzenie w jasny księżyc. Jego kształt nie ma już kształtu idealnej kuli, co oznacza, że pełnia skończyła się może ze dwie godziny temu. Przecieram dłonią twarz i zerkam ze zmęczeniem na stos książek. Mam swoje podejrzenia co do tego, co się ze mną dzieje. A jak na razie wszystko wskazuje na to, że moja hipoteza jest prawidłowa. A co gorsze-sam nie wiem czy to dobrze czy źle. 24 sierpnia-tydzień do rozpoczęcia roku szkolnego i spotkania z Remusem.
