Z przykrością informuję, że stało się to, czego się obawiałam-moja wena odeszła. Za tydzień wstawię 10 rozdział-ostatni, który mam skończony. Następnie zawieszam opowiadanie na czas nieokreślony, który mam nadzieję nie będzie trwał wiecznie. Dziękuję nielicznym osobą, które postanowiły okazać mi wsparcie przez napisanie choć jednego komentarza.
~R~
Syriusz w milczeniu obserwuje śpiącego Remusa zwiniętego w kłębek na dywanie. Pełnie zawsze były ciężkie niezależnie od tego czy Lunatyk spędzał je biegając po Zakazanym Lesie czy siedział zamknięty we Wrzeszczącej Chacie. Były bolesne i każdy z Hunctwot'ów najlepiej usunęło by takie dni całkowicie. Jednak jeszcze nigdy nie widział, by Remi aż tak przeżywał te dwie noce w miesiącu. Przez cały pierwszy dzień słyszał zawodzenie Lunatyka i stukanie pazurów o podłogę. Było dokładnie tak jak napisał Ron-Remus szukał Harry'ego. Na całą noc i dzień drugi uspokoiło się-Lunatyk zaspokoił się samym zapachem, choć z tego co słyszał zmieniał miejsce kilkukrotnie. Jednak druga noc nie była już taka kolorowa. Mimo podwójnej dawki Remi był rozdrażniony i niespokojny. Zapewne sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale przez cały czas rozdzierająco skamlał-nawet podczas snu. Został uprzedzony, że będzie źle, ale nie spodziewał się, że aż tak źle. To było jakieś pieprzone piekło i aż szkoda słów co musiał czuć Remi, skoro on sam był w kompletnej rozsypce. Gdy zaczął nucić, błagał w myślach, by to zadziałało. Sam nie wie, co by zrobił, gdyby nie wyszło. Cichy łopot skrzydeł sprawia, że podrywa głowę do góry i z uwagą obserwuje intruza. Zerka niespokojnie na śpiącego Remusa, ale ten nie reaguje. Oddycha z ulgą na widok pięknego sokoła, ale jednocześnie gdzieś w środku skręca go. Ptak siada na kominku i unosi nogę, po czym dziobnięciem odczepia pergamin i rzuca go w kierunku portretu. Jak zwykle papier bez przeszkód przedostaje się do środka i Syriusz kiwa głową z wdzięcznością, chwytając go. Sokół obserwuje go uważnie, gdy on rozwija list i zaczyna czytać. Wzdycha ze smutkiem i obdarza ptaka zmęczonym uśmiechem. Tyle czasu stracił z Harry'm i nawet kilkugodzinne rozmowy, które odbyli nie zmniejszyły dystansu, który ich dzieli. A teraz jest zmuszony kłamać na każdym kroku. Krzywi się boleśnie, a jego własne słowa echem odbijają się w jego umyśle. Lunatyk jest trochę załamany, ale nic mu nie będzie. Nie martw się, daje sobie radę. Podczas gdy prawda była całkowicie inna, a Remi był zaledwie cieniem samego siebie. Na szczęście po motywacyjnej rozmowie i długich rozmyśleniach dał sobie spokój z torturowaniem samego siebie. A teraz to. Co takiego miał napisać? Że wcale nie było tak źle? Ha, niedopowiedzenie roku! To był jakiś koszmar! W końcu garbi się i skrobie na odwrocie pergaminu krótką wiadomość. Było źle. Żyje, ale wciąż śpi. Przez chwilę ma ochotę dopisać „Będę miał koszmary", ale w końcu odpuszcza sobie. Zwija papier w rulon i na powrót związuje zieloną wstążką. Robi jeszcze pętelkę na nóżkę sokoła, by ten łatwiej mógł przymocować przesyłkę. Następnie przerzuca zawiniątko przez tafle obrazu, a ptak łapie je zręcznie. Szybko przymocowuje je do kończyny i ostatni raz zerka na portret.
-Leć już, Łapo. Harry będzie się niepokoił-mówi łagodnie szeptem, delikatnie go poganiając.
Sokół zupełnie jakby rozumiał, że ten oto człowiek jest jego przykładem i osobą do naśladowania kiwa łepkiem, po czym odwraca się i niemal bezszelestnie podrywa się do lotu. Syriusz jeszcze długo wpatruje się we wpółprzymknięte okno, w którym zniknął ptak.
~H~
Chyba po raz setny rozglądam się energicznie i tupię niespokojnie w miejscu. Na Peron 9 i ¾ przybyłem o wiele za wcześnie jakby miało to przyspieszyć spotkanie z Remusem. Przez ostatni tydzień Syriusz ani razu nie odpisał na moje listy, co sprawiało, że szaleję z niepokoju. Brak odpowiedzi oznacza, że nie może napisać mi półprawdy, a to zaś oznacza, że jest bardzo źle. Niby Ron zapewniał mnie, że Remus wciąż żyje i funkcjonuje, ale w jego słowach wyczuwałem delikatne nagięcie prawdy. Po raz kolejny lustruję cały peron wzrokiem z mojego zaciemnionego kąta, ale znów nie odnajduję wzrokiem mojego celu. W końcu wzdycham ze zrezygnowaniem i ruszam w kierunku pociągu. Cóż, mogłem się spodziewać, że Remusa spotkam dopiero w Hogwart'cie, ale wciąż gdzieś tam miałem nadzieję. Ze zmęczeniem opadam na ławkę w jednym z pustych przedziałów i wlepiam beznamiętne spojrzenie w szybę. Peron powoli zapełnia się uczniami i ich rodzinami, które żegnają pociechy ze smutkiem. Moje usta same wyginają się w uśmiech, gdy wśród różnokolorowej masy dostrzegam rude włosy. Wcale się nie mylę, bo już po kilku minutach drzwi mojego przedziału otwierają się, a do środka wchodzi wyszczerzony Ron. Posyła mi błagalne spojrzenie, więc łaskawie zmniejszam jego kufer, który wkłada sobie do kieszeni. Opada ciężko na miejsce naprzeciwko mnie i wpatruje się we mnie z szerokim uśmiechem. Nic nie mogę poradzić na to, że moje wargi same wyginają się w odpowiedzi. W końcu chichotem przerywamy ciszę między nami. Ron pochyla się do przodu, opierając łokcie o uda i obserwuje mnie błyszczącymi oczyma. Zapewne jest to skutek dłuższej przerwy w widzeniu się, ale wydaję mi się, że jest wyższy niż wcześniej. W dodatku rysy jego twarzy coraz bardziej mężnieją i zaostrzają się. Zmienia się z chłopca w młodego mężczyznę.
-Wyglądasz jak Dumbledore-rzucam, a on robi urażoną minę.
-No wiesz! Stary, tak długo cię nie widziałem, daj nacieszyć oczy!
Ponownie wybuchamy gromkim śmiechem. Tym razem ktoś postanawia nam przerwać i drzwi od przedziału otwierają się ze skrzypnięciem. Oboje jak na komendę odwracamy głowy w kierunku intruza, ale nie przestajemy chichotać. Stojący w przejściu Malfoy obrzuca nas nieodgadnionym spojrzeniem. Przez chwilę wygląda jakby się wahał czy zapytać o powód śmiechu czy po prostu wyjść. Zerkam zaniepokojony na Rona-w końcu oni najbardziej za sobą nie przepadali. Jednak mój przyjaciel po raz kolejny mnie zaskakuje, bo w jego oczach nie ma ani grama wrogości.
-Porównał mnie z Dumbledore'm!-rzuca, wydymając usta jak obrażone dziecko.
Blondyn staje jak wryty i gapi się na niego jak na mówiącego gumochłona. Mruga powoli i chyba dociera do niego sens słów, bo kąciki jego ust drgają. Już chwilę potem usilnie stara się powstrzymać chichot, ale niezbyt mu to wychodzi i w rezultacie zaczyna rżeć jak koń. Sami ponownie zaczynamy się śmiać, choć już nawet nie wiemy z czego. Czy z moich słów czy ze śmiechu Malfoy'a, a może z całej tej surrealistycznej sytuacji. Już wkrótce cała nasza trójka dosłownie tarza się po podłodze, wręcz rycząc ze śmiechu i trzymając się za bolące brzuchy. Gdy tylko przestajemy, nadchodzi kolejna fala wesołości i w rezultacie nie możemy przestać. W rezultacie na korytarzu przed naszym przedziałem zebrała się grupka gapiów, którzy z niedowierzaniem szeptali między sobą. W końcu nie codziennie widzi się Harry'ego Potter'a, Rona Wesley'a i Draco Malfoy'a śmiejących się jak starzy przyjaciele. Ślizgon przewraca się na plecy i między wybuchami chichotu mamrocze coś w stylu „Na Merlina, przestańcie, bo umrę", ale sprawia to tylko, że jest jeszcze gorzej. Zupełnie nagle czyjś piskliwy krzyk przerywa nam zabawę.
-Harry! Ron!
Hermiona prawie zabija się o rozłożonego w przejściu Malfoy'a i w efekcie robi w powietrzu fikołka, po czym ląduje twarzą na podłodze. Przez dosłownie sekundę panuje grobowa cisza, a zaraz potem Malfoy unosi głowę i rzuca pełne niedowierzania spojrzenie na leżącą nieruchomo dziewczynę. Następnie robi się cały czerwony na twarzy i niemal dusi się ze śmiechu. Grupka uczniów również zaczyna się śmiać, więc krzyżuję spojrzenie z Ronem i wspólnie pełzniemy w ich stronę, by zobaczyć, co ich tak rozbawiło. Powód jest bardzo prosty, a są nim majtki Hermiony, o ile można je tak nazwać. Są to właściwie pantalony w zebrę z napisem „I am sexy and I know it". Zaraz po ich zobaczeniu my również wpadamy w histerię i zaczynamy się śmiać. Hermiona wzdryga się i nagle zrywa się w podłogi i odwraca się w naszą stronę z morderczą miną. Może udałoby jej się nas przestraszyć, gdyby nie to, że całą twarz ma umorusaną kurzem i brudem z paneli. Tupie nogą i warczy pod nosem, co uspokaja nas trochę. Mimo wszystko wciąż jest naszą przyjaciółką. Kompletnie bez gustu i brudną, ale wciąż przyjaciółką.
-No już, Miona, przepraszamy-Ron stara się ją udobruchać, ale ona tylko posyła mu mrożące krew w żyłach spojrzenie.
Zerkam na rudzielca z niepokojem, a on odwzajemni mi się tym samym. Spojrzenie nr 16 „Zmów paciorek, bo zaraz umrzesz" nigdy nie oznacza nic dobrego. Ale z drugiej strony nic, co tu się wydarzyło nie jest naszą winą. Gdyby patrzyła pod nogi, nie przekoziołkowałaby przez Malfoy'a. Albo gdyby założyła seksowniejsze majtki, nikt by się nie śmiał tylko podziwiał. Z trudem wstaję i mimo bolącej przepony, prostuję się.
-Miło cię znowu widzieć, Hermiono.
-Ty!-ryk godny smoka wydobywa się z jej gardła i krzywię się na ten dźwięk-Gdzieś ty był?! Wszyscy się martwili, ale Remus nie pozwolił nam cię szukać!
-Dobrze zrobił-odpowiadam spokojnie, coraz bardziej tracą swój dobry humor-Jestem dorosły i nie potrzebuję niańki.
-Ale Harry! Śmierciożercy i Sam-Wiesz-Kto mogą być wszędzie!-macha energicznie rękami.
-Nie, nie wiem kto-warczę rozzłoszczony-Tak się go boisz, że nie potrafisz wymówić jego imienia? Voldemort!-gwałtownie odwracam głowę w kierunku Rona i wbijam w niego wzrok-Ron.
-V-Voldemort-powtarza z drobnym zająknięciem, ale koryguje ten błąd swoją postawą-Voldemort-powtarza dla pewności.
Hermiona wpatruje się w nas jakbyśmy nagle oznajmili jej, że zamierzamy poślubić Dementorów, co zaczyna mnie drażnić. W listach zarówno Wesley'ów jak i Łapy była mowa, że Hermiona bardzo się zmieniła, ale nie chciałem w to wierzyć. W końcu tyle razem przeszliśmy. Tylko właściwie czy naprawdę się zmieniła? A może to my ruszyliśmy z miejsca?
-O co ci chodzi?-pytam już mocno wkurzony.
-O co mi chodzi?-aż się zapowietrza-Ledwo zostałeś pełnoletni, a już ci odbija! Co to wszystko ma znaczyć?! Znikasz na cały miesiąc, odbierasz Kwaterę Główną Zakonowi!
-Och, słyszałem o tym-warczę, świdrując ją wzrokiem-Nikt nie spytał ani mnie ani Remusa o zgodę. To nasz dom, a Zakon nie ma do niego żadnych praw.
-Harry! Czyś ty oszalał?! Chyba chcesz pokonać Sam-Wiesz-Kogo?! Dlaczego ty i Remus tak bardzo oponujecie?!
-Coraz bardziej zastanawiam się, kto jest moim przyjacielem, a kto wrogiem.
Jej twarz wykrzywia się ze wściekłości, a ona tupie nogą jak dziecko. Rozgląda się dookoła i wszystkim rzuca pełne nienawiści spojrzenie. Wymachuje rękami.
-Świetnie!
Po wykrzyczeniu tego tupiąc, rusza do wyjścia niczym taran. Popycha kilku uczniów i znika za zakrętem. Wzdycham, przecierając twarz dłońmi. A zapowiadał się taki świetny dzień. Posyłam zmęczony uśmiech pełznącemu do wyjścia Malfoy'owi, który on niepewnie odwzajemnia. Miejmy nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej.
~H~
Pod wpływem delikatnego dotyku unoszę powieki i wbijam zdezorientowane spojrzenie w Rona. Niemal niezauważalnie kiwa głową w kierunku drzwi od przedziału, więc staram się dyskretnie zerknąć w tamtą stronę. Zza futryny obserwuje nas para szarych oczu. Marszczę brwi. Czyżby uczniom znowu odbiło i zamierzają mnie szpiegować? Mam zamiar sięgnąć po różdżkę, ale nim to robię Ron zrywa się z miejsca i doskakuje do intruza. Chwyta go za szatę i unosi niczym kociaka. Zaskoczony pisk rozlega się po przedziale i korytarzu, więc szybkim ruchem różdżki zamykam drzwi i rzucam zaklęcie prywatności. Rudzielec stawia szpiega na środku pomieszczenia i ponownie siada. Jest to chłopiec, który wygląda na bardzo młodego. Jego długie włosy w kolorze złota opadają mu na oczy i sprawiają, że wygląda na zaniedbanego. Niski i drobny przypomina pierwszaka.
-Zgubiłeś się, mały?-pyta Ron mało delikatnie i chłopiec od razu kieruje na niego śmiercionośne spojrzenie.
-Jesteśmy na tym samym roku-fuka, obrzucając rudzielca krzywym uśmiechem.
-Naprawdę?-wyrywa nam się obu w tym samym czasie.
Blondyn robi urażoną minę, widząc naszą reakcję. Krzyżuje ręce na piersi i wzdycha sfrustrowany. W końcu stuka palcem w herb umieszczony na swojej szacie. Ma rację, barwy Hufflepuff'u wyraźnie odcinają się od czerni szaty. Wymieniam z Ronem zaskoczone spojrzenie. Waham się chwilę, ale w końcu przechylam do przodu, by bliżej mu się przyjrzeć. Oprócz Cedrika nie miałem bliższych kontaktów z domem Helgii, a naszą relację ciężko nazwać bliską. Raczej po spotkaniu takiej jednej paskudy o zacnym imieniu Zachariasz odpuściłem sobie nawiązywanie kontaktów. Słusznie? Nie sądzę.
-Przestań się gapić-burczy chłopak, odwzajemniając moje przenikliwe spojrzenie.
-Nie gapię się-mówię, choć jest to oczywiste kłamstwo.
-Właśnie, że się gapisz-fuka, marszcząc zabawnie nos.
Na chwilę zapada cisza. Z każdą minutą puchon wydaje się być coraz bardziej interesujący, a ja lubię takich. W takim razie nie wypuszczę go dopóki nie zaspokoję swojej ciekawości. Uśmiecham się szeroko i puszczam mu oczko.
-No dobra, masz mnie. Gapię się.
Blondyn posyła mi niedowierzające spojrzenie, po czym parska śmiechem. Jego twarz rozpogadza się i odpręża widocznie. Klepię zachęcająco siedzenie obok mnie, na które chłopiec chętnie opada. Obdarza nas promiennym uśmiechem.
-Zapewne już nas znasz-robię poważną minę i patrzę mu w oczy, mówiąc grobowym tonem-Niesamowici Harry Potter i Ron Wesley, którzy zmusili Draco Malfoy'a do samobójstwa poprzez śmianie się-kiwam głową z powagą.
Puchon mruga powoli i po raz kolejny wbija we mnie niedowierzające spojrzenie. Śmieje się niemal histerycznie przez kilka sekund, po czym ociera łzy rozbawienia i posyła mi sympatyczny uśmiech.
-Cóż, moje nazwisko może wam się nie spodobać, ale nie mam nic do stracenia. Alexander Lestrange, miło mi.
Prostuję się jak struna, słysząc to znienawidzone nazwisko. Wlepiam ostry wzrok w chłopca, który odwzajemnia moje spojrzenie. Nie cofa się, ale też nie walczy. Zaraz karcę się w myślach. Czy nie to samo przez lata robi Snape? Kieruje się nazwiskiem, a teraz ja również to robię. Wzdycham ciężko. Przez moment w ciszy przyglądam się puchonowi.
-Twoją matką jest Belatriks, prawda?-upewniam się szeptem, a on kiwa potwierdzająco głową.
-Nie jest najbardziej kochającą matką na świecie-krzywi się z goryczą-Szczególnie od mojego pierwszego roku-jakby z żalem gładzi herb na swojej piersi.
Wyrzuty sumienia chwytają mnie za gardło. Potraktowałem go jakby przynajmniej był wiernym zwolennikiem rodzinnych idei, a on tymczasem został pozbawiony jakiejkolwiek miłości z ich strony przez coś tak trywialnego jak przydział. Zupełnie nagle w moim umyśle pojawia się pewna myśl. Prostuję się i rzucam Alex'owi nieodgadnione spojrzenie.
-Rozmawiałeś z Tiarą-nie pytam lecz oznajmiam, a on z krzywym uśmiechem kiwa głową-Prosiłeś ją, by przydzieliła cię do Slytherinu.
-Aha-potwierdza, wbijając wzrok w swoje splecione dłonie-Ale ona powiedziała, że to nie moje miejsce. Że to nigdy nie będzie mój dom.
Paraliżujący szok ogarnia moje ciało, a moje myśli szaleją. Już dawno uznałem słowa Tiary za wytwór mojej wyobraźni, w końcu byłem bardzo zestresowany. A tymczasem jest to najprawdziwsza prawda. Dwunastu stanie u twego boku, a jednym z nich będzie puchon, który bardzo chce być ślizgonem. Każdego z nich uznasz za równego sobie i właśnie tacy będą.
-Na Merlina-szepczę zapewne blady jak ściana.
Przenoszę wzrok na blondyna i nagle robi mi się go żal. Wyciągam ramię i obejmuję go w barkach. Jest tak drobny, że z łatwością przyciągam go do siebie i ciasno przytulam.
-Wybacz, że tak długo, Alex-unoszę wzrok i zauważam niepokój Rona-Puchon, który bardzo chce być ślizgonem, Ron-mówię cicho, a zrozumienie błyska w jego oczach; klepię blondyna po plecach, a on wbija we mnie mokre od łez oczy-Co powiesz na bycie jednym z dwunastu, którzy są równi mi?
Cichy płacz i mocny ucisk małych piąstek na mojej szacie są wystarczającą odpowiedzią. Kładę dłoń na jego włosach, które okazują się być niezwykle miękkie i czochram je. Wbijam wzrok w sufit przedziału, a moje wargi same wyginają się w uśmiechu. Zupełnie nagle mam wrażenie jakbym odnalazł kawałek siebie. I zapewne tak właśnie jest. Mocniej przyciskam szlochającego puchona do siebie. A gdy już znalazłem to, czego mi brakowało, nie zamierzam już nigdy pozwolić, by ponownie mi to odebrano. W takim razie Alex po prostu będzie się musiał pogodzić z mianem przyjaciela Harry'ego Potter'a.
Przenoszę wzrok na siedzącego naprzeciwko Rona, który przygląda się całej sytuacji z nieodgadnionym wyrazem. Uśmiecham się do niego szeroko, a on odwzajemnia się tym samym. Głaskam jasne włosy i układam się wygodniej. Płacz ucichł i teraz słyszę już tylko miarowy oddech śpiącego blondyna.
-Wiesz, Ron, zawsze chciałem mieć dużą rodzinę. Braci, siostry, wujków, ciocie. A teraz okazuje się, że ten szalony sen o dwunastu-mojej rodzinie okazuje się prawdą. To takie nierealne-rudzielec w milczeniu spogląda na mnie swoimi niebieskimi oczyma skrzącymi troską i czułością-To tylko formalności, ale co powiesz na bycie moją rodziną? Jednym z dwunastu, którzy staną obok mnie?
Mimo pewności, że nie ma możliwości, by mój przyjaciel mi odmówił, czuję nerwowe trzepotanie motyli w brzuchu. Poważna twarz Rona rozpogadza się, a jego usta wyginają się w łagodnym uśmiechu.
-Stary, jeszcze pytasz? Nie ma mowy byś poszedł gdziekolwiek beze mnie, jasne? Jesteśmy jak zestaw, gdzie ty tam i ja. Nigdy się ode mnie nie uwolnisz, więc się przyzwyczajaj-robi przemądrzałą minę i kiwa głową poważnie.
Kolejny kawałek układanki wskakuje na swoje miejsce i przez chwilę sam mam ochotę zapłakać z tego niezwykłego uczucia. Bo nagle zdaję sobie sprawę, że choćby sam Voldemort wpadł właśnie przez drzwi to Ron bez cienia wahania stanie między nami, spojrzy mu w oczy i nie ruszy się dopóki nie będę gotowy stawić mu czoła. I wiem, że jestem w stanie zrobić to samo i jeżeli kiedykolwiek będzie mnie potrzebował, nie ważne gdzie będę, przyjdę mu na pomoc.
-Jak myślisz, kto jeszcze jest dwunastym?-pytam cicho, wyglądając przez okno na mijany krajobraz.
-Stary, nie ma żadnych dwunastu-rzucam mu niezrozumiałe spojrzenie-Jest Trzynastu. Nie ma nas i ciebie. Jesteśmy tylko my.
Uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy. Ponownie odwracam się do szyby. I choć nie widzę go, wiem, że również się uśmiecha, gdy dostrzega moje łzy. Łzy szczęścia-tak nieliczne w moim życiu, a które coś czuję, że staną się moim częstym towarzyszem. A ja nie mam nic przeciwko.
