Historii nie planowałam, więc, jak można zauważyć, jest nieogarnięta. Wiem to, ale jest ona napisana dla zabawy i dlatego też nie starałam się wszystkiego zaplanować. Zgodnie z tym, co wcześniej napisałam, wrzucam ostatni skończony rozdział i tym samym zawieszam opowiadanie. Dziękuję wszystkim za wszystko.

~H~

Zaraz po dojechaniu do Hogsmeade Alex zmywa się w pośpiechu, mamrocząc pod nosem jakieś mało wiarygodne wymówki. Nie zatrzymujemy go. Po mnie nie widać, że pozwoliłem sobie na chwilę słabości, ale po nim wręcz przeciwnie. Cały nos i oczy ma czerwone od płaczu, a twarz umazaną łzami. Przez chwilę mam ochotę mu powiedzieć, że wcale nie wygląda to tak źle jak mu się wydaje, ale użycie słowa „uroczy" może tylko pogorszyć sprawę, więc daję sobie spokój. Zgodnie z Ronem postanawiamy poczekać aż cała hołota zajmie sobie powozy i wyjść dopiero, gdy nie będzie takiego tłumu. Zaczynam odczuwać nerwowe skurcze.

-Stary, weź przestań-burczy w końcu niezadowolony rudzielec.

Posyłam mu zaskoczone spojrzenie, na co wzdycha zrezygnowany. Wskazuje w kierunku szyby, przy której siedzę, więc posłusznie spoglądam na nią. I natychmiast na moją twarz wstępuje rumieniec. Zaparowane okno zostało „popisane" różnymi znakami, w tym serduszkami i literami „H" oraz „R". Zmieszany szybko zmazuję moje bazgroły i intensywnie wlepiam wzrok na tłoczących się przed pociągiem uczniów. Zaraz znów słyszę sfrustrowane warknięcie, które wyrywa mnie z tworzenia różnych scenariuszy.

-Przecież nic nie robię-fukam cicho obrażony.

-Naprawdę, stary? Jesteś tego pewien?-rzucam mu mroczne spojrzenie-Wyglądasz jakbyś miał całe to bydło pozabijać-macha w kierunku szyby.

-Wcale nie-wydymam usta.

-Możemy spróbować się przepchnąć, jeśli chcesz. No wiesz, urosłem i w ogóle, więc nie będzie to aż taki problem-nic nie mogę poradzić na to, że wlepiam w niego pełen nadziei wzrok.

Ron podnosi się z cichym stęknięciem i rusza przodem, starając się rozmasować swój tył. Podążam za nim, również krzywiąc się. Ławki w pociągu nie są wcale aż tak wygodne. Albo trafił nam się jakiś pechowy przedział. Już chwilę potem mam okazję podziwiać jak mój przyjaciel odpowiednio manipuluje tłumem. Właściwie wystarczy, że zbliża się do uczniów, a ci w pośpiechu ustępują mu drogi. Z podziwem rozglądam się na boki uczepiony jego koszulki na plecach. Nawet mimo odzyskaniu kilku centymetrów, nie mogę się pochwalić jakimś niesamowitym wzrostem. Ron musi mierzyć już około metra osiemdziesiąt, kiedy ja ledwo łapię się na metr siedemdziesiąt. Cóż, wszystko ma swoje mocne strony. To nie ja robię za taran czy ochroniarza. Rudzielec wręcz siłą wpycha się jakimś siódmoklasistą do powozu. Na szczęście nim zdążają cokolwiek powiedzieć, testrale ruszają z kopyta i niezadowoleni uczniowie zostają za nami. Dopiero wtedy oboje rozglądamy się. Aż mam ochotę jęknąć na widok nastroszonej Parkinson. Malfoy musiał już jej coś powiedzieć, bo zaciska mocno usta, a ciężko uwierzyć, że sama na to wpadła. Obok blondyna siedzi jeszcze Blais, który obdarza nas zupełnie neutralnym wzrokiem. Cała druga strona jest wolna, więc zajmujemy ją ostrożnie. Po kilku chwilach atmosfera gęstnieje tak, że można ją kroić nożem, a kłótnia wręcz wisi w powietrzu. A szczerze mówiąc, mam ważniejsze sprawy na głowie niż rzucanie się komuś do gardła i przepychanie niczym dzieci. Przydałoby się coś powiedzieć, rzucić jakiś luźny temat. „Ładna pogoda, nie?" Tak, to może zadziałać...

-Co tam, Malfoy? Hermiona nie dopadła cię w pociągu?-słyszę głos Rona i aż mi strzyka w karku, tak szybko odwracam głowę w jego stronę.

Serio?! Jest tyle neutralnych tematów! „Myślisz, że będzie padać?" „Wolisz czekoladowe żaby czy pieprzne diabełki?" czy nawet „Jaki jest twój ulubiony kolor?". A ty wręcz rzuciłeś się im na pożarcie! Ron, mam pytanie. Czy ty jesteś pieprzonym masochistą?! Zwracam wzrok na Malfoy'a z nadzieją, że nagle ogłuchł i nie usłyszał tego pytania. Zamiast tego dostrzegam w jego szarych oczach błysk czegoś. Przez chwilę mam wrażenie, że to coś to iskierka sympatii. Ale to niemożliwe.

-Całkiem nieźle, Wesley-odpowiadam blondyn gawędzącym tonem-Udało mi się jej uniknąć.

Czy Merlin oszalał? Nie, nie. Harry nie myśl schematami, co stoi na przeszkodzie, by Malfoy i Ron zaprzyjaźnili się? To nie tak, że... przez kilka lat się nienawidzili,... na sam swój widok mieli mordercze intencje... czy dzieliły ich poglądy, prawda? Wcale nie! Czy oni wszyscy oszaleli?! A może tylko ja widzę tu coś dziwnego? Spokojnie... Teoretycznie gdyby zarówno Ron jak i Malfoy dojrzeli to, teoretycznie, mogliby się dogadać. Tak, właśnie tak. Logiczne wyjaśnienie. Dobra, odbija mi. Czy testrale zawsze się tak ociągały?! Ja chcę już do Hogwart'u!

-Nikt nie ma przypadkiem mięsa, prawda?-rzucam zrezygnowany.

Zapada dziwna cisza, więc unoszę wzrok i wbijam go w Zabini'ego. Unoszę brwi, widząc jego szybkie zerknięcie na torbę leżącą obok jego nogi.

-Hipotetycznie-zaczyna cicho-gdybym miał mięso, co zamierzasz z nim zrobić?

-Hm? Hipotetycznie dałbym je testralą, by ruszyły się. Czy to mięso jest surowe?

-Cóż, gdybym je tak hipotetycznie miał to tak, byłoby surowe-kiwa głową z poważną miną.

-W takim razie gdybyś tak hipotetycznie miał to surowe mięso, co musiałbym dać ci w zamian za nie? Tak hipotetycznie, rzecz jasna.

-Jest pewna sprawa, za pomoc w której dałbym ci to hipotetyczne surowe mięso-wyciąga w moim kierunku dłoń-To jak?

Chwytam wyciągniętą rękę i potrząsam nią. Gdy tylko go puszczam, Blais sięga do swojej torby i wyciąga duży pojemnik z surowymi stekami. Mam wrażenie, że szczerzę się złowieszczo, ale nie mam ochoty nad tym myśleć. Dopadam do okna i gwiżdżę głośno.

-Cip, cip, testralki!-nucę, chwytając jedno z mięs.

Zwierzęta jak na zwołanie odwracają łby i wbijają ślepia w czerwony kawał mięcha. Kołyszę nim kusząco. Rzucam nim w przód, a sekundę potem zostaje on pożarty bez gryzienia. Pojemnik zawierał sześć steków, więc dzielę je i ciskam nimi to w jedno to w drugie zwierzę. Gdy w końcu kończy mi się przynęta, szybko mamroczę zaklęcie czyszczące i wracam do środka powozu. Zadowolony opadam na swoje miejsce, zauważając, że testrale rzeczywiście przyspieszyły.

-Tak właściwie, Wesley, to ja mam imię-odzywa się nagle Malfoy i wszyscy zwracają na niego uwagę.

-Wiem, wiem-Ron macha ręką-Tylko używanie imion jest taaakie nuuudne-wzdycha jakby ze zmęczenia.

-Hm? W takim razie jak zwracasz się do Potter'a?-unosi brew.

-Przezwiskiem oczywiście-prostuje się jakby dumny.

Um, Ron? Czy „stary" to naprawdę przezwisko? Trochę mało oryginalne i w ogóle. Mam wrażenie, że była to część planu, gdy Malfoy niezadowolony zaciska usta w kreskę. Obrzuca Rona wyniosłym spojrzeniem, a irytacja wręcz promieniuje od niego.

-Dlaczego w takim razie i mi nie nadasz przezwiska?-tylko ja mam wrażenie, że brzmi jak zazdrosne dziecko?

-Jeśli zadowala cię „fretka" to proszę bardzo-Ron uśmiecha się rozbawiony.

-Chcę coś innego!-fuka niezadowolony blondyn.

-W takim razie się postaraj-rudzielec puszcza mu oczko i Malfoy chyba się orientuje, że to wszystko było zaplanowane-Jeszcze trochę i będę musiał wymyślić nowe.

Blondyn obrażony odwraca się wyniośle w kierunku szyby. Hogwart zbliża się coraz szybciej, przez co zaczynam nerwowo bawić się palcami. Ron wzdycha zirytowany i chwyta moje dłonie, zmuszając mnie do przestania. Posyła mi znaczące spojrzenie, a ja uśmiecham się zażenowany.

-Dobra, tylko nie zapomnij-mówi głośno Malfoy i przez chwilę wydaję mi się, że chciał zwrócić na siebie uwagę.

-Umowa stoi-Ron szczerzy się szeroko.

Jeszcze zanim powóz zatrzymuje się całkowicie, wyskakuję na zewnątrz i zerkam niecierpliwie na Rona. Mam ochotę go poganiać, ale wtedy bezpośrednio dałbym znak, że nie mogę się doczekać spotkania z Remusem. Rudzielec tylko przewraca oczami i podąża za mną. Na szczęście pierwszaki nie zdążyły jeszcze dotrzeć do zamku i nie blokują wejścia. Niemal biegiem ruszam po schodach i wpadam do Wielkiego Holu. Rzucam tłumowi rozbiegane spojrzenie i już mam zamiar z całych sił wbić się między uczniów, gdy czuję jak czyjaś ręka chwyta mnie za tył koszulki. Zerkam przez ramię na Rona i wydymam usta obrażony. W odpowiedzi kręci tylko rozbawiony głową i wskazuje dłonią swój tył. Zupełnie nagle w moim umyśle pojawia się myśl, że przecież mogę się na niego wdrapać. Natychmiast zawracam i obchodzę go dookoła. Staję za nim i z uśmiechem wczepiam palce w jego koszulę. Podskakuję, nogami oplatając jego biodra. Następnie chwilę wiję się i poprawiam. W końcu prostuję się zadowolony i patrzę na uczniów z wyższością z mojej pozycji na barkach Rona. Idzie powoli, ale zupełnie jak wcześniej tłum ustępuje mu miejsca bez słowa sprzeciwu. Wejście do Wielkiej Sali jest tak duże, że nie muszę się nawet schylać. Jednak i tak zaraz po przejściu przez wrota, zaczynam zsuwać się na podłogę. W końcu nie za bardzo chcę, by Remus zaraz po zauważeniu mnie pomyślał coś w stylu „Na Merlina, co ten debil wyprawia?". Patrząc na przyjaciela, zacinam się na chwilę i w końcu klepię go po ramieniu trochę niezręcznie. Unosi brwi na ten gest, więc pokazuję mu język i ruszam przodem. Czy zazwyczaj nie klepie się swoich rumaków czy coś? Nie to nie. Przy stole Gryfonów nie ma już zbyt wiele miejsc, dlatego pospiesznie zajmujemy sobie kawałek ławki. Aż podskakuję, czując jak ktoś klepie mnie po plecach. Odwracam głowę i wbijam wzrok w Neville'a, który z nieśmiałym uśmiechem macha mi i odchodzi wzdłuż ławki. Odmachuję mu na szybko i zerkam na Stół Nauczycieli. Na początku nie zauważam niczego podejrzanego i dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się profesorom, orientuję się, że coś jest nie tak. Krzesło nauczyciela OPCM-u jest puste. Na początku ogarnia mnie wściekłość. Czy stary Dumbledore skłamał i tak naprawdę zatrudnił Remiego na innym stanowisku? Szybko mierzę cały mebel wzrokiem i ignoruję zaczepne spojrzenie Snape'a. Zaciskam zęby i powtarzam tą czynność jeszcze kilka razy z tym samym skutkiem. Ron zerka na mnie z niepokojem.

-Nie ma go-wymawia na głos moje myśli.

Zaraz po tym wyłączam się, a rudzielec daje mi spokojnie pomyśleć. W tej sytuacji istnieją dwa wyjścia-Remus nie został w ogóle zatrudniony lub z jakiegoś powodu nie pojawił się na Uczcie Powitalnej. Druga opcja jest bardziej prawdopodobna i ku niej bardziej się skłaniam, choć jest też bardziej niepokojąca. Zatrzymać mogło go coś ważnego, co zazwyczaj jest po prostu misją powierzoną przez dyrektora. Z drugiej strony może nie być w stanie stawić się na uroczystość. A to zaś oznacza, że jego stan jest tak niepokojący, że nie chce pokazywać się publicznie. Mocne szturchnięcie wyrywa mnie z tworzenia kolejnych scenariuszy. Zerkam na Rona, który twardo spogląda to na mnie to na wypełnione po brzegi jedzeniem półmiski. Z niechęciom wbijam w nie wzrok. Musiałem zupełnie przegapić całą uroczystość, ale nie ubolewam nad tym. Zupełnie nagle straciłem cały apetyt i najchętniej nie zjadłbym niczego. Jednak natarczywy wzrok przyjaciela bardzo wyraźnie daje mi do zrozumienia, że nigdzie nie pójdę dopóki czegoś nie przekąszę. Wzdycham ciężko i nakładam sobie na talerz trochę smażonych ziemniaków, a do tego jakąś sałatkę i udko kurczaka. Ron sam również zajmuje się jedzeniem, więc mogę spokojnie skubać swoją porcję. Niechciane myśli cały czas pojawiają się w mojej głowie i coraz trudniej mi je odpychać. W końcu zrezygnowany rzucam przyjacielowi błagalne spojrzenie. W odpowiedzi jego wzrok łagodnieje i staje się troskliwy. Kiwa głową, więc podnoszę się z miejsca. Z pewnym zdziwieniem zauważam, że rudzielec bynajmniej nie zamierza jeszcze jeść i również wstaje. Trochę rozweselony jego obecnością ruszam w kierunku schodów prowadzących do wieży, którą zajmuje Gryffindor.

-Nie martw się tak, stary-słyszę za sobą, więc zerkam przez ramię.

Ron ma w oczach niepewność, ale jego postawa niczego nie zdradza. Uśmiecham się przepraszająco. W końcu nie widzieliśmy się dłuższy czas i naprawdę z chęcią pobyłbym z nim sam na sam. Powinniśmy porozmawiać o wielu rzeczach ważnych i tych mniej. Poza tym tęsknię za czasem spędzonym z nim. Kto jak kto, ale Rona ciężko zastąpić. Jest jedyny w swoim rodzaju. A ja zamiast cieszyć się z naszego spotkania, zamartwiam się Remusem. Jednak nie potrafię inaczej i rudzielec dobrze o tym wie. Wygląda na raczej zatroskanego niż na złego. Jestem mu za to wdzięczny.

-Nic na to nie poradzę-mruczę, intensywnie wbijając wzrok w posadzkę-Cały czas o nim myślę.

Ron nagle chwyta mnie za ramię i zmusza do zatrzymania się. Rzucam mu zaskoczone spojrzenie, a on tylko kiwa głową w przód. Unoszę wzrok i kopię się mentalnie. Prawie wlazłem w portret Grubej Damy, przez co patrzy na mnie dziwnie. Pozwalam by rudzielec mnie wyprzedził. W końcu przez całą Ucztę niezbyt kontaktowałem, a co za tym idzie-nie mam zielonego pojęcia jakie jest hasło. Kobieta obserwuje go nieprzychylnie, ale gdy rzuca „patronus", nie ma wyjścia i otwiera nam przejście. W Pokoju Wspólnym jest tylko kilka osób, więc bez przeszkód możemy przejść do swojego dormitorium. Dreptam za Ronem niczym uczniak, a nieprzyjemne myśli po raz kolejny pojawiają się w moim umyśle. Na widok dobrze mi znanego pokoju trochę mi przechodzi. Z uśmiechem wymijam przyjaciela i rzucam się na swoje łóżko, które skrzypi w proteście. Jest tak przyjemnie miękkie jak zapamiętałem. Oczy same przymykają mi się z zadowolenia. Nie zasypiam jednak, tylko zaczynam rozmyślać. A może jednak Dumbledore oszukał mnie i wcale nie zatrudnił Remusa? Co jeśli jest wręcz przeciwnie i Remi z chęcią wykonuje dla niego jakieś zadanie? I co mam zrobić jeśli okaże się, że nie jest w stanie stawić czoła uczniom? Nie zdaję sobie sprawy, że kręcę się niespokojnie dopóki Ron nie przygniata mnie ręką do łóżka. Moje ciało dalej chce wykonywać ruchy, co uświadamia mi, że już od jakiegoś czasu rzucam się po łóżku. Unoszę powieki i wbijam w Rona żałosne spojrzenie. Rudzielec fuka cicho i roztrzepuje mi włosy swoją wielką dłonią.

-Przestań się kręcić, stary, i idź do niego-podrywam się do pozycji siedzącej.

-Powinienem?-pytam z nadzieją, że odpowie pozytywnie.

-W innym wypadku będziesz cały czas się kręcił jak oszołomiony gumochłon-parska ze złośliwym uśmiechem; wydymam wargi obrażony-Weź Mapę i idź do niego póki całe to bydło wciąż je.

Zgodnie z jego poleceniem zrywam się z łóżka i jednym susem doskakuję do nóg łóżka. Chwilę stoję, gapiąc się na pusty fragment podłogi i mam ochotę uderzyć się w czoło. Szybko wyjmuję z kieszeni pomniejszony kufer i przywracam mu jego zwyczajny rozmiar. Otwieram z rozmachem wieko i prawię wchodzę do środka, szukając skrawka pergaminu. Znajduję go w komorze na ważne rzeczy i podrywam się z nim w górę, przez co trafiam głową w drewno. Jęczę z bólu i wygrzebuję się z małego burdelu, który zrobiłem. Uśmiecham się do Rona ostatni raz z nutką szaleństwa i biegiem ruszam do drzwi. Za sobą słyszę jeszcze rozbawione „Nie zabij się tylko!". Trochę brutalnie zatrzaskuję portret, o czym od razu informuje mnie Gruba Dama swoim krzykiem. Ignoruję ją i odbiegam jeszcze kawałek. Szybko chowam się za jedną ze stojących niedaleko zbroi. Biorę kilka głębszych oddechów, by nie zacząć hiperwentylować. Gdy uspokajam się choć trochę, rozwijam pergamin.

-Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego-mówię cicho łamiącym się głosem i mam ochotę śmiać się sam z siebie.

Merlinie, co ten Remi ze mną robi? Nie widzieliśmy się tylko miesiąc, a mam wrażenie, że przynajmniej rok. Czyżby kolejne potwierdzenie mojego odkrycia? Najwyraźniej. Zwracam uwagę na mapę i marszczę brwi. Przesuwam koniec różdżki na niewielki niebieski przedmiot tuż obok mojej kropki. Całkowicie zaskoczony wpatruję się w napis, który nagle pojawia się obok, a głosi on „stara zbroja". No tak, Ron musiał dodać kilka ulepszeń choć nie mam zielonego pojęcia jak mu się to udało. Teraz zostaje znalezienie mojego celu.

-Gdzie jesteś Remusie?-mruczę sam do siebie.

Mrugam powoli, gdy na mapie zaczynają się pojawiać zielone ślady, a obraz sam przesuwa się dalej. Zatrzymuje się dopiero na niedużym pomieszczeniu, które musi być gabinetem Remusa. W środku znajduje się jedna kropka, która przez chwilę miga na zielono. Marszczę brwi zaniepokojony. W pokoju jest sam, ale podpis pod jego osobą jest dziwny. Głosi „Remus Lupin/Lunatyk". Z trudem przełykam ślinę. Lunatyk-czy nie tak nazywa się wilcza strona Remusa? Co takiego się stało, że jest w tym stanie? Stukam w pergamin różdżką z nadzieją, że obraz wróci do mnie i tak rzeczywiście się dzieje. Już mam wyskoczyć zza zbroi, gdy na papierze pojawia się czerwony wykrzyknik. Na mapie pojawia się kolejna kropka, która przez moment mruga na czerwono. Nie kojarzę ani imienia ani nazwiska, więc jest to jakiś uczeń. Wstrzymuję oddech i nakazuję sobie spokój. Czekam chwilę tak dla pewności i dopiero wtedy opuszczam moją kryjówkę. Szybkim krokiem ruszam przez korytarz, niemal wsadzając nos w mapę. Na szczęście po drodze nie spotykam większej ilości osób, inaczej chyba zacząłbym panikować. Staję jak wryty naprzeciw pokoju, w którym dość chaotycznie porusza się mój cel. Przez zaciśnięte gardło ledwo przechodzi mi ciche „Koniec psot". Unoszę wzrok, chowając pergamin do kieszeni. Dobrą chwilę wpatruję się w drzwi nim decyduję się do nich podejść. Wyciągam dłoń w kierunku klamki i orientuję się, że trzęsę się. Karcę się ostro w myślach, ale nadal nie potrafię zachować spokoju. Biorę kilka oddechów i zaciskam zęby. Nagle nachodzą mnie wątpliwości. A co jeśli Remus nie uwzględnił mnie w osłonach i drzwi pozostaną zamknięte? Czy mam się dobijać? A może uciec gdzie pieprz rośnie? A może otworzą się, ale to Remi nie będzie chciał mnie widzieć? Co wtedy mam zrobić? Potter, nie bądź ciepłą kluchą, słyszę w głowie głos Snape'a i pod jego wpływem zbieram się w sobie. Jeśli teraz wrócę do dormitorium, dalej będę nieznośny, a co za tym idzie-nie będę w stanie normalnie rozmawiać z Ronem. No dobrze, na trzy? Jeden... Dwa... Dwa i jedna czwarta... Dwa i jedna trzecia... Na Merlina, po prostu pchnij te drzwi, Potter! Pod wpływem impulsu dokładnie tak robię i staję w otwartych drzwiach. Szybko lustruję pomieszczenie wzrokiem. Wygląda jakby należało do profesora Lupina-biednego wilkołaka, a nie do członka rodów Potter i Black. Mentalnie sporządzam notatkę, by ochrzanić Remusa i zmusić go do małego remontu. W końcu porzucam myśli na temat wystroju i szukam spojrzeniem wilkołaka. Ruch przyciąga mój wzrok. Zamieram, a w moim brzuchu pojawia się bryła lodu. Niewidzialna ręka zaciska się na moim gardle i mam wrażenie, że jeśli zaraz nie wyjdę, to uduszę się. Wzdrygam się, z trudem zduszając w sobie chęć ucieczki. Nie mam pojęcia jakim cudem udaję mi się oderwać stopy od podłogi i postawić dwa kroki do przodu. Drzwi zamykają się z cichym trzaskiem. Przez chwilę żałuję, że nie uciekłem, ale wiem, że nie powinienem tak myśleć. Kilkukrotnie otwieram usta, ale długo nie mogę wydobyć z siebie głosu.

-Remi...?-szepczę łamiącym się głosem.

Postać drga i odwraca się w moim kierunku. Nagle robi mi się słabo. Czy naprawdę mam przed sobą tą samą osobę, którą całowałem miesiąc temu?