Wracam~! I tak wiem, że jestem beznadziejna, bo tak szybko można mnie zdemotywować, ALE! Tak samo szybko można mnie zmotywować! xD Dlatego dziękuję wszystkim, którzy starali się skłonić mnie jakoś do pisania, obojętnie jak. Nie martwcie się na razie, bo jestem bardzo do przodu i idę jak burza. xD Dlatego szybkie pytanie, bo nie wiem co robić z pewną osobą, a mianowicie Hermioną. Zrobić z niej wredną sucz czy przywrócić jej trochę rozumu? Życie czy śmierć?
Co do rozdziałów-gubię się w dniach tygodnia, więc trudno byłoby wstawiać rozdział na tydzień. Jak na razie myślę, że pojawi się coś za ok 3-5 dni.
Uwielbiam was wszystkich~! (I tak, odwala mi xD)
~H~
W pierwszej chwili go nie poznaję. W pomieszczeniu panuje półmrok, który tylko dodaje dramatyzmu całej sytuacji. Remus powoli prostuje się, przez co pada na niego niewielka wiązka światła przebijającego się przez ciężkie zasłony. Oddech więźnie mi w gardle. Jest blady, a właściwie szary. Przydługie włosy ma poplątane i wyglądają na dawno niemyte. Policzki ma delikatnie zapadnięte, ale nie wiem czy są one skutkiem jego początkowej rozpaczy czy może teraz niedawno coś się stało. Głupie rozmyślanie. Coś, czyli pełnia. Jednak najbardziej przerażające są jego oczy. Tylko wkoło tęczówki są złote, ale i tak święcą się upiornie niczym w gorączce. W dodatku nie pozostają nieruchome tylko cały czas przesuwają się po mojej postaci. Drżę pod tym spojrzeniem. Gdy kończy mi się przyglądać, przechyla głowę na bok z niezrozumieniem. Aż serce mi zamiera. Wygląda jakby mnie nie rozpoznał. Merlinie, to niemożliwe, prawda? Remus nie mógłby mnie zapomnieć. Zupełnie nieświadomie robię kilka kroków w przód, przez co spina się.
-Remusie...-wołam cicho z nadzieją, że może mój głos pomoże mu mnie rozpoznać.
Mam ochotę podskoczyć z radości, gdy drga i obdarza mnie zaskoczonym spojrzeniem. Następnie marszczy brwi. Niczym pies przez chwilę wącha powietrze i robi krok w moim kierunku.
-Ha... rry?-jego głos jest zachrypnięty jakby nie używał go od dłuższego czasu.
-To ja, Remi-odpowiadam łagodnie, a serce niemal mi pęka.
Na jego twarzy pojawia się tak wielka nadzieja, że zaczynam przeklinać siebie za choćby pomyślenie o opuszczenie Remusa. Merlinie, co takiego się stało? Zupełnie nagle jego mina zmienia się na czyste przerażenie. Aż szybko rozglądam się za czymś, co je wywołuje, jednak nic takiego nie znajduję. W takim razie to muszę być ja. W jednej sekundzie Remus stoi kilka metrów ode mnie, a w drugiej jest tuż obok. Łapię mnie za ramiona trochę za mocno, ale nie protestuję. Desperacko szuka czegoś w moich oczach i wydobywa z siebie głośny skowyt, gdy najwyraźniej tego nie znajduje. Delikatnie oswobadzam jedną z rąk i kładę mu ją na dłoni. Wzdryga się pod moim dotykiem i wygląda jakby miał zaraz uciec.
-Co się dzieje, Remusie?-zmuszam się do mówienia przez zaciśnięte gardło-Długo się nie widzieliśmy, miesiąc, prawda?-drga na moje słowa i mocniej zaciska palce na moim ramieniu-Przepraszam, że cię zostawiłem. Wróciłem.
Ostatnie słowo najwyraźniej przełamuje coś w nim, bo nagle przyciąga mnie do siebie mocno. Jego oddech łaskocze mnie w ucho i orientuję się, że porusza ustami, szepcząc coś cicho. Sam również oplatam go ramionami i przytulam. W kółko powtarza moje imię.
-Jestem tu, Remi. Nigdzie się nie wybieram.
Nie wiem ile stoimy tak wciśnięci w siebie, ale w końcu zaczynają mnie boleć nogi od tej pozycji. Zerkam nad jego ramieniem i z zadowoleniem zauważam, że kilka kroków za Remusem znajduje się kanapa. Delikatnie popycham go w tył, a on wydaje się nawet nie zauważać, że się cofa. W końcu potyka się i ląduje na miękkim meblu. Mam zamiar usiąść obok niego, ale błyskawicznie wyciąga ramiona i chwyta mnie, przez co tracę równowagę i ląduję między jego udami. Kręcę się chwilę, szukając wygodniejszej pozycji. Podciągam kolana pod brodę i obejmuję je rękoma, a Remi oplata mnie swoimi. Powoli rozluźniam się, a negatywne myśli opuszczają mnie. Remus jest ciepły, a jego zapach uspokaja moje drżące serce. Przymykam oczy i całkowicie opieram się o jego ciało. Ostatniej nocy nie spałem wiele, za bardzo denerwowałem się naszym ponownym spotkaniem, dlatego teraz, gdy wszystkie troski mnie opuściły, po prostu zasypiam.
~R~
Na początku myślę, że śpię. W końcu w snach Harry jest taki realny, że to aż boli. Jednak później dociera do mnie jego głos. Moje własne imię w jego ustach jest nie do podrobienia i nawet w sennych fantazjach nie ma takiego samego dźwięku. Wtedy zaczyna do mnie docierać, że mam przed sobą prawdziwego Harry'ego, a nie senną postać. A zapach mleka i miodu tylko upewnia mnie w tym. Tutaj, w Hogwart'cie nie ma niczego, co nosiłoby choć odrobinę jego zapachu. Czy Harry wrócił? Wrócił do mnie? A może... A może chce mi tylko powiedzieć jaki jestem żałosny? Opuści mnie po raz kolejny? Nie opuszczaj nas, Harry, skamle mój wilk. Nawet nie wiem kiedy doskakuję do niego i biorę w ramiona. Szukam w jego oczach jakiegokolwiek potwierdzenia, że zamierza zostać. Że nie zostawi mnie. Ale Harry ma w oczach tylko smutek i czułość. Żadnego zapewnienia. Jego głos ślizga się po mojej skórze, a słowa powoli docierają do mnie. Z radości rozlewającej się falami po moim ciele przytulam go. Nieprzytomnie zauważam, że wciąż powtarzam jego imię. Tak idealnie pasuje do moich ramion. Nie mogę nacieszyć się tym uczuciem. W końcu ponownie mam go przy sobie. Czuję go i słyszę. Mrugam oszołomiony, nagle tracąc równowagę. Zaalarmowany zauważam, że Harry oddala się, więc szybko sięgam po niego. Opada między moje kolana, a ja zadowolony wsuwam nos w jego włosy. Pozwalam mu ułożyć się wygodnie i dopiero wtedy obejmuję go ciasno, by nie mógł mi uciec. Zamieram, nasłuchując. Co to za dźwięk? Przechylam się trochę do przodu i zerkam na twarz Harry'ego. Moje usta same wyginają się w uśmiechu. Zasnął. Radosne, trzepoczące uczucie wypełnia mnie całego. Jest tak przy mnie zrelaksowany, że jest w stanie zasnąć. Wracam do poprzedniej pozycji i ostrożnie poprawiam się, by nie obudzić go. Jego zapach odurza mnie, mąci mi w myślach, a jednocześnie rozwiewa tą mgłę, która pojawiła się w moim umyśle zaraz po ostatniej pełni. Nie mogę się powstrzymać od wąchania go i w końcu całuję go delikatnie w kark. Zamieram, gdy z jego ust ucieka cichutkie westchnienie. Nie budzi się jednak, więc kontynuuję. Składam mokre pocałunki wszędzie, gdzie tylko sięgam. Skóra Harry'ego jest jednocześnie słodka i słona, a jej smak rozpływa mi się na języku. Nie potrafię powstrzymać gardłowego jęku, gdy zaczyna kręcić mi się w głowię. Ostrożnie skubię jego kark. Marszczę brwi, mając wrażenie, że nie powinienem tego robić. Dlaczego?, burzy się wilk i w duchu zgadzam się z nim, Przecież Harry jest nasz. Dlaczego nie wolno nam go gryźć? No właśnie, dlaczego? Sam nie wiem, ale przestaję na wszelki wypadek. Choć chęć ugryzienia go, oznaczenia jest niemal paraliżująca. Jednak Harry nie jest zwierzęciem, myśli i czuje. Nie mogę uczynić go swoim bez jego zgody. Lunatyk niechętnie zgadza się ze mną. Wzdycham ciężko i opieram brodę o jego ramię. Przymykam powieki ze zmęczeniem. Od tej feralnej pełni wciąż śnił mi się Harry, przez co spanie było torturą. Teraz mogę odpocząć.
~H~
Budzę się powoli i jeszcze dobrą chwilę mam ochotę pozostać w tym błogim stanie. Zupełnie nagle zalewa mnie fala bólu, przez co natychmiast otwieram oczy i rozglądam się czujnie. Niemal nie czuję swojego lewego ramienia. Całe zdrętwiało, spałem na nim? Nieprzytomnie wpatruję się w nie, szukając jakichś niepokojących oznak. Nic takiego nie znajduję. Na nadgarstku mam czerwoną opaskę sportową Dudley'a. Przymykam oczy z zamiarem ponownego odpłynięcia. Czuję jak moje myśli dryfują spokojnie. To tylko opaska na nadgarstek. Żółto-biała opaska Dudley'a. To nic takiego. Przecież tyle już ją noszę, że sam zapomniałem po co. Marszczę brwi i z trudem unoszę powieki. Opaska jest czerwona. Dlaczego jest czerwona? Przecież była żółto-biała. Kolejne ukłucie bólu sprawia, że syczę cicho. Zaniepokojony wysuwam drugą dłoń spod objęć Remusa i sięgam do nadgarstka. Ostrożnie dotykam materiału. Jest mokry. Z niezrozumieniem patrzę na palce, które są pokryte szkarłatnym kolorem. Na Merlina, to krew. Całkowicie wybudzam się ze snu. Co się dzieje? Przecież jeszcze chwilę temu wszystko było w jak najlepszym porządku.
-Harry...?-zaspany głos Remusa sprawia, że zamieram.
Porusza się powoli, zmieniając pozycję na tyle, by mógł położyć głowę na moim ramieniu i spojrzeć mi w twarz. Z niepokojem obserwuje mnie. Przesuwam nadgarstek ostrożnie przed siebie, zasłaniając go przed wzrokiem wilkołaka. Nagle Remi bierze kolejny oddech i przesuwa wzrok w bok.
-Jesteś ranny?-pyta z niepokojem-Czy ja... ugryzłem cię?
-Nie, nie-mówię słabo, przeklinając się w myślach, że mój głos drży-To nic takiego. Nic mi nie zrobiłeś.
-Ale jesteś ranny. Pokaż.
Delikatnie łapie mnie za biodra i przesuwa tak, bym siedział mu na prawym udzie bokiem do niego. Mimo że robi to bardzo ostrożnie, kolejna fala bólu przetacza się przez moje ciało. Jęczę cicho, a Remi natychmiast posyła mi przepraszające spojrzenie. Staram się uśmiechnąć uspokajająco, ale wychodzi mi tylko jakiś grymas. Ostrożnie chwyta mnie za ramię i przysuwa do siebie. Jeszcze zanim dotyka materiału wymieniamy spojrzenia. Bardzo delikatnie chwyta krawędź opaski, a ja nic nie mogę poradzić na to, że syczę przez zęby. Tym razem Remus nie zatrzymuje się i wciąż kontynuuje ściąganie przesiąkniętego krwią materiału. Przez chwilę obserwuję wyłaniający się spod krwi znak świecący zielenią z niezrozumieniem. Dopiero po kilku sekundach coś przeskakuje w moim umyśle. Na Merlina, miałem tyle spraw do załatwienia, że całkowicie o nim zapomniałem.
-Harry, co to jest?-pyta Remus dziwnie zduszonym głosem.
-Ja...-przełykam głośno ślinę, mając wrażenie, że zaraz dostanę burę-Voldemort mi to zrobił.
-Znowu masz wizje?
-Nie, nie. Chodziło mi o... porwanie-odwracam wzrok, a przed oczami miga mi kilka skrawków wspomnień z tamtego okresu.
-Dlaczego nie pokazałeś mi tego wcześniej? Harry, to może być coś niebezpiecznego!-chwyta mnie za brodę i zmusza do spojrzenia w swoje oczy wypełnione strachem i troską-To mogło cię zabić!
-Prze... Przepraszam-mamroczę, czując palące wyrzuty sumienia-Ale... To nie jest złe. W szpitalu udało mi się stworzyć dziwną osłonę.
-Osłonę?
-Barierę-kiwam głową-Ona powstrzymała zaklęcia..
-Co masz na myśli?-wydaje się zaniepokojony moimi słowami.
-Cóż, nie zdezaktywowała ich, bo to mogło uruchomić alarm. Ona... przytrzymała je na chwilę z dala ode mnie, nie przerywając ich.
-Harry, jesteś pewien? Jeszcze nie słyszałem o czymś takim-ostrożnie ociera znak z krwi, przez co syczę-Widzisz? Boli cię. To, że ci pomogło nie oznacza, że nie jest złe.
Zaciskam usta w kreskę. Remus ma rację. Udało mi się stworzyć osłonę i od razu założyłem, że ten dziwny znak mnie nie skrzywdzi. Mogło mnie to zabić.
-Ale cały czas żyję-szepczę cicho, mając wrażenie, że to ostatnia moja obrona.
-Może mieć długotrwałe działanie-argument zamyka mi usta i zapada krępująca cisza-To runa.
-Huh?-unoszę wzrok znad znaku i wbijam pytający wzrok w Remusa-Runa? Jesteś pewien?
-Ma nawet odpowiedni kształt, nie ma szans, by to nie była runa. Nic o nich nie wiesz, prawda?
-Nie-zupełnie nagle wstyd mi, że wiem tak niewiele.
-Zgredku!
Zaskoczony obserwuję jak skrzat pojawia się obok z cichym „puf". Na mój widok już otwiera usta, by się przywitać, ale Remus go wyprzedza.
-Zgredku, przynieś nam, proszę, lód w kostkach w woreczku.
Stworzenie kiwa gorliwie głową i natychmiast znika, by dosłownie po sekundzie zjawić się ponownie, tym razem z workiem lodu w rękach. Wręcza go szybko Remusowi, który ostrożnie przykłada go do wciąż jarzącego się zielenią znaku.
-Profesorze Lupin, sir, czy wszystko w porządku z panem Harry'm Potter'em, sir?! Zawołać dyrektora, sir?!-skrzat wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.
-Nie, Zgredku, poradzimy sobie sami. To nic takiego. Proszę, nie mów nic Albusowi-skrzat nie wygląda na przekonanego i wciąż przygląda się nam zaniepokojony.
-Nic mi nie jest-mówię, posyłając mu uspokajający uśmiech-Dziękuję ci za pomoc.
Zgredek prostuje się dumny z siebie i znika z pokoju. Kieruję wzrok ponownie na Remusa, który ostrożnie schładza opuchnięte znamię.
-Co oznacza ta runa dla mnie?-pytam z niepokojem.
-Właściwie nic konkretnego. To Życie, ale pojedynczo nie oznacza nic-wzdycha i unosi wzrok, patrząc mi w oczy-Gdzieś musi być druga runa i, miejmy nadzieję, trzecia.
-Hm? „Miejmy nadzieję"?-przechodzi mnie dreszcz niepokoju-Co to znaczy?
-Prawidłowa reakcja składa się z trzech run, ale ta z dwóch również działa. Bardzo źle, ale działa. Teraz wszystko zależy od kolejnych run.
-Jakie są możliwości?-pytam zduszonym głosem.
-Nie chcę cię martwić, ale prawdopodobnie to nic dobrego-wyciąga dłoń i kładzie mi ją na policzku; przechylam głowę, wtulając się w nią-Skoro to Voldemort ci ją zrobił najprawdopodobniej jest to coś jak Śmierć czy Krzywda.
Przechylam się do przodu, czując jak nagle wszystko mnie przytłacza. Remus natychmiast obejmuje mnie ramieniem, dodając mi otuchy. Oddycham powoli, starając się uspokoić. Pociągam nosem, usiłując się nie rozpłakać.
-No już, nie płacz-Remi szepcze kojąco, masując moje plecy koliście-Nic ci nie będzie, nie pozwolę na to.
Unoszę głowę, z nadzieją patrząc mu w oczy. Uśmiecham się niepewnie. Trochę mi głupio, że tak się rozkleiłem. Pokazałem tylko jakim dzieciakiem wciąż jestem. Remus jednak nie wygląda jakby zwrócił na to uwagę. Delikatnie ociera mi oczy z łez. Powoli pochyla się w przód. Serce mi przyspiesza. Ostrożnie dotyka moich ust swoimi, po czym odsuwa się kawałek. Uśmiecha się pocieszająco.
-To wcale nie musi być nic aż tak strasznego. A nawet jeśli to wciąż można to skorygować trzecią runą. Po prostu się nie martw-jeszcze raz muska moje wargi i cofa się.
-Um, więc... jak znaleźć kolejne?-spuszczam wzrok, doskonale czując rumieniec, który pojawia się na moich policzkach.
-Będę musiał sprawdzić twoje ciało, a każdy znak przeskanować magią. Gdy znajdę ją, będę musiał ustalić co to za runa, co jest już bardziej skomplikowane.
Ostrożnie łapie mnie za biodra i zdejmuje ze swojego uda, po czym sadza obok. Mimo zawstydzenia, unoszę wzrok i obserwuję go. Uśmiecha się niepewnie.
-Nie chcę tego odwlekać, ale naprawdę przyda mi się kąpiel.
Śmieję się nerwowo, bo zupełnie nagle w moim umyśle pojawia się obraz nas dwóch kąpiących się razem i robiących różne inne... rzeczy. Czuję na sobie uważne spojrzenie Remusa i przez chwilę mam wrażenie, że on również wie, o czym myślałem, przez co ponownie robię się czerwony.
-M-może na weekend?-pytam trochę piskliwie.
-Cóż-wyczuwam jego wahanie-Nic nie powinno ci się stać przez trzy kolejne dni, ale! Obiecaj, że jeśli tylko poczujesz się gorzej, to przyjdziesz do mnie i mi powiesz.
-Obiecuję-burczę cicho, chcąc natychmiast znaleźć się gdzieś indziej.
-Powinieneś wrócić do dormitorium-podrywam głowę do góry i rozglądam się gwałtownie za zegarkiem.
Na Merlina! Wstaję szybko, przez co tracę równowagę i tylko ręce Remusa, które chwytają mnie w pasie powstrzymują mnie od bolesnego upadku. Remi ma rację. Jest druga w nocy, co oznacza, że spędziłem tu około sześciu godzin. Zerkam na wilkołaka i waham się przez chwilę. Na Merlina, to nie czas na bycie niezdecydowanym! Szybko pochylam się w jego kierunku i całuję go w kącik ust.
-Dobranoc-mamroczę, czując, że moja twarz płonie.
Prostuję się i niemal biegiem ruszam w kierunku drzwi. Całą drogę biegnę jakby goniło mnie stado hipogryfów. W pokoju rzucam się na swoje łóżko i pospiesznie zaciągam zasłony. Delikatnie dotykam ust. Zupełnie nagle zaczynam żałować, że nie zaprotestowałem i nie zostałem z Remusem. Kto wie co teraz byśmy robili? Zawstydzony swoimi myślami padam twarzą na poduszkę, chowając się pod kołdrę. Głupie hormony!
~H~
Dziwne zimno ogarnia moje stopy, więc podciągam je pod siebie, mrucząc z niezadowolenia pod nosem. Znów zasypiam głębiej, ale nie na długo, bo zaraz marszczę nos, czując, że coś mnie łaskoczę. Burczę wkurzony i drapię się, ale uczucie wraca. W końcu sfrustrowany otwieram oko i łypię niezadowolony na uśmiechniętego rudzielca.
-Ić szobie-fukam, nakrywając się kołdrą.
Jednak Ron nie daje za wygraną i jednym mocnym pociągnięciem pozbawia mnie miękkiego okrycia. Kulę się z zimna i staram się zabić mojego przyjaciela samym spojrzeniem. Najwyraźniej jest odporny na Zabójcze Spojrzenie, bo szczerzy się jeszcze szerzej.
-Czego chcesz?
-Stary, jeśli zaraz nie wstaniesz, to nie zjesz śniadania.
Z trudem wstaję i gapię się na niego nieprzychylnie. Klepie mnie mocno w plecy, przez co prawie spadam z łóżka. Syczę niczym zły kot. Nachyla się w moim kierunku z tym irytującym uśmieszkiem.
-Wiesz, Lunatyk pewnie będzie zaniepokojony twoją nieobecnością-mówi mi do ucha.
Staram się go walnąć, ale umyka mi ze śmiechem. Argument jest wyjątkowo przekonujący, więc wstaję z łóżka i wlekę się do łazienki.
-Daj mi pięć minut-mruczę zaspany.
Dokładnie dziesięć minut później siadamy przy stole Gryfindor'u. Nakładam sobie po trochu wszystkiego i zaczynam jeść, nie za bardzo nawet wiedząc co akurat mam w ustach. Ron jako mistrz szybkiego jedzenia kończy szybciej ode mnie, przez co zaczyna mi się przyglądać natrętnie. W końcu nie wytrzymuję i rzucam mu zirytowane spojrzenie.
-Co?-rzucam w przerwie między jedzeniem.
-Nie mogę patrzeć jak męczysz to jedzenie, stary.
-To nie patrz-nie przestaje jednak mnie obserwować-Czego chcesz?
-Mogę ci pomóc.
-Pomóc?-posyłam mu zaskoczone spojrzenie-Chcesz mnie nakarmić?
-Czemu nie. Wkurzasz mnie.
Przeanalizujmy wszystkie „za" i „przeciw". Plusy: oszczędzę energię, Ron przestanie się gapić, nie będę musiał się ruszać. Minusy: będzie to wyglądać głupio. Wyciągam dłoń z widelcem w jego stronę. Rudzielec chwyta go z dziwnym, maniakalnym uśmieszkiem. Nabiera na sztućce trochę jajecznicy i wkłada mi ją do ust. Patrzę na niego podejrzliwie.
-Podoba ci się to, nie?
-Nawet bardzo-przyznaje i robi dyskretny ruch w bok.
Żując kawałek parówki, zerkam w tamtym kierunku. Stół Slytherin'u jest taki jak zapamiętałem, więc posyłam przyjacielowi pytające spojrzenie. Na jego ustach pojawia się ponownie psychiczny uśmiech.
-Patrz na Malfoy'a.
Zerkam jeszcze raz. Odnalezienie blondyna nie jest trudne-siedzi w tym samym miejscu od lat. Zaskoczeniem jest to, że wpatruje się w nas morderczym wzrokiem, Zabini przygląda mu się rozbawiony, a Parkinson stara się zwrócić jego uwagę. Wracam wzrokiem do rudzielca.
-Czy ty...-połykam kawałek tosta-...próbujesz wzbudzić w Malfoy'u zazdrość?
-Z powodzeniem jak widać-unoszę brwi, słysząc to.
-Chcesz mi coś powiedzieć?
-Wiesz, stary, zawsze miałem słabość do blondynów-śmieje się rozluźniony-Ale nie martw się, Lunatyk mnie nie interesuje.
-Spróbowałbyś tylko-fukam na niego, mimowolnie wędrując wzrokiem do miejsca Remusa.
Obserwuje mnie, co sprawia, że oblewam się rumieńcem. Wręcz sztyletuje wzrokiem Rona i nic nie mogę poradzić na to, że cieszę się z tego. Nagły ból w czole sprawia, że wracam spojrzeniem do przyjaciela. Pstryknął mnie! Fukam na niego, ale on tylko uśmiecha się.
-No dalej, Harry, jeszcze kilka łyżeczek-mruczy do mnie jak do dziecka.
-Wesley, czyżbyś nagle został niańką Potter'a?
Odwracam głowę i oczywiście kogo widzę? Malfoy'a! Najlepsze jest to, że wygląda jakby miał zaraz mnie rozszarpać. Ledwo powstrzymuję się od chichotu. Posyłam rudzielcowi znaczące spojrzenie.
-Zazdrosny?-Ron posyła mu wszystkowiedzący uśmieszek-Jak będziesz grzeczny to tobą również się zajmę.
-Ja wcale...! Wcale nie jestem zazdrosny!-syczy trochę piskliwie.
-W takim razie my musimy już iść.
Ron chwyta mnie za ramię i podciąga do pionu. Zaczyna mnie ciągnąć do wyjścia. Dreptam za nim posłusznie wciąż nie obudzony do końca. Nagle ktoś chwyta mnie za bark. Czyjś oddech owiewa mi ucho.
-Nie pozwól mu się dotykać tak często-głos Remusa jest chrapliwy.
Zerkam na niego przez ramię i muszę powstrzymać uśmiech. Zazdrość wręcz promieniuje od niego. Pochylam się w jego kierunku i łapię jego spojrzenie. Wyginam wargi w uśmiechu.
-Ron to tylko przyjaciel, jesteś tylko ty i ja-widocznie się waha i stara się znaleźć coś w moich oczach.
-Naprawdę?-szepcze cicho z nadzieją.
-Tak, tylko ty i ja. Nikt więcej.
