Nie spodziewałam się aż takiego odzewu, uwielbiam was~! Co do kanonu-mam dość wszystkiego, co kanoniczne. Ciekawe jak bardzo moje opowiadanie może być dalekie od oryginału i absurdalne? xD Kolejne pytanie, bo nie mogę się zdecydować: mam dać czadu z "tęczą" czy yuri(dwie dziewczyny razem) to będzie za dużo?
Co do przekręcania nazw-nie miałam zielonego pojęcia, że źle piszę nazwisko Rona. Na poprawianie już za późno, ale zobaczę co da się zrobić w przyszłości. (Jestem do przodu z rozdziałami, więc w najbliższych 4 rozdziałach wciąż nie będzie widać poprawy-nienawidzę czegoś poprawiać czy sprawdzać. xD) Choć możliwe, że po prostu o tym zapomnę i z przyzwyczajenia napiszę "Wesley", przepraszam za to. Uważam, że "Harry'm" wygląda w tej formie lepiej i mi osobiście przeszkadza takie "Harrym". Brrr, aż mnie ciarki przechodzą. Zaś słowo Hogwart jest po prostu trudne i zastanawianie się jak będzie brzmiało czy wyglądało... Zdecydowanie nie, a czemu mam utrudniać sobie życie i zabawę? Dlatego przepraszam, ale te "błędy" nadal będą się pojawiać. xD
Ekscytowanie się w komentarzach jest jak najbardziej MILE WIDZIANE~! xD
Ach. Nie chcę żebyście myśleli, że Remi jest takim zwierzakiem, że z łatwością traci nad sobą kontrolę, bo nie. Akurat tu chodzi o Harry'ego~.
~H~
-Jeszcze nigdy czas mi się tak nie dłużył-jęczę głośno.
Ron w końcu lituje się nade mną i zerka na mnie znad jakiejś grubej książki. Tak, wiem. Ja z godzinę siedziałem, gapiąc się na niego i nie dowierzając. Czy on w ogóle potrafi czytać?! Wredne, ale prawdziwe. Na początku nawet myślałem, że to kolejna książka o Quiditch'u, ale zaprzeczył. Zbyt długo ją ogląda jak na książkę z obrazkami, więc to też nie to.
-Dlaczego musimy czekać do weekendu?-zadowolony z poświęcanej mi uwagi kontynuuję narzekanie.
-Pewnie musi doprowadzić się do porządku-mruczy niezadowolony.
Ze zrezygnowanym westchnięciem zamyka powieść i siada na swoim łóżku. Szczęśliwy z takiego obrotu spraw turlam się po podłodze dopóki nie zatrzymuję się obok niego. Marszczę brwi, rozmyślając nad jego słowami. W końcu daję za wygraną i posyłam mu pytające spojrzenie.
-Och, no wiesz-macha ręką-Musi mu być głupio, że widziałeś go w tym stanie.
-No tak, ale przecież to nie jego wina-mruczę, palcem rysując wzorki na zakurzonych panelach.
-O czym on nie wie-Ron klepie mnie w głowę karcąco i zaklęciem pozbywa się brudu.
Wzdycham ciężko, gdy tracę swoje krótkotrwałe zajęcie. Rozkładam się u jego stóp niczym placek, mając wrażenie, że jeszcze trochę i zanudzę się na śmierć. Zupełnie nagle przypomina mi się, że moja randka z Remusem tak naprawdę randką nie jest i dotyczyć będzie run, o których nie mam zielonego pojęcia. A ja nie lubię czuć się jak tępy gumochłon, więc dobrze byłoby dowiedzieć się czegokolwiek. A gdzie zagubione dusze szukają oświecenia? W bibliotece oczywiście! Podryguję gwałtownie, gdy nachodzi mnie ten pomysł.
-Wyglądasz jak zdechła ryba-komentuje to trafnie i niezwykle poważnie rudzielec; zerkam na niego nieprzychylnie.
-Masz coś do zdechłych ryb?-fukam wojowniczo-Przecież one są takie fajne! No wiesz, są zdechłe!
Naszą niezwykle pasjonującą rozmowę przerywa Neville, który wychyla się zza swoich zasłon i patrzy na nas jak na wariatów. Jak na zawołanie obaj wbijamy w niego wzrok, przez co cofa się zmieszany.
-Jesteście dziwni-podsumowuje całą sytuację.
-Powiedz nam coś, czego nie wiemy-odpowiada mu Ron, układając stopy na moich plecach i próbując mnie nimi połaskotać.
-Dziwność jest fajna!-wyrzucam z siebie, usiłując się nie śmiać.
Neville przez chwilę wygląda jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie robi tego. Mój przyjaciel za to orientuje się, że jego poczynania przynoszą efekty i zaczyna mnie łaskotać mocniej. Zaczynam się wyrywać i śmiać na cały głos. W końcu przykładam czoło do zimnych paneli zmęczony.
-Harry, nie ćpaj podłogi-droczy się ze mną Ron, szturchając mnie stopom.
-Ale ja lubię!-odpowiadam mu, przekręcając się na brzuch; unoszę palec do góry-O!
-Znalazłeś swój mózg?
-Nie... Ej, to było wredne!-rzucam mu mordercze spojrzenie-Przypomniało mi się coś! Chcesz iść do biblioteki?
Mam wrażenie, że od strony łóżka Neville'a słyszę coś w stylu „Bogowie oszaleli. Do biblioteki!", ale z grzeczności ignoruję go. Bo zaraz znowu zapomnę o tym, co chciałem zrobić. Rudzielec przekręca głowę na bok i chwilę przygląda mi się z zastanowieniem. Następnie kiwa głową i ze stęknięciem wstaje z posłania.
-Czemu nie-mówi, chwytając swoją książkę i podając mi dłoń.
Bez wysiłku podciąga mnie do pionu, a ja po raz kolejny gratuluję sobie w myślach wybranie go na przyjaciela. Muszę dodać kolejny podpunkt do listy jego zalet. „Pomoże ci wstać bez twojego udziału". Tak, tak, a to przydatna umiejętność. Przynajmniej dla mnie. Potrząsam głową i zauważam, że znajdujemy się już przy wyjściu z dormitorium.
-Cześć, Neville!-krzyczę do zakamuflowanego chłopaka, a on mi odpowiada trochę niewyraźnie.
Później pozwalam Ronowi ciągnąć się przez kolejne pomieszczenia. Inni gryfoni zdążyli się już przyzwyczaić, że nie jesteśmy do końca normalni, więc nie za bardzo przejmują się naszym marszem. Poza tym rano wygląda to zapewne ciekawiej, bo ja budzę się dopiero na drugich zajęciach, więc to na Rona spada misja zaprowadzenia mnie do odpowiedniego pomieszczenia. Obraz zamyka się za nami z cichym trzaskiem, więc skupiam się na nie potknięciu się na schodach.
-Hermiona byłaby z nas dumna-rzucam, zaskakując tym samego siebie.
-Zapewne, ale wciąż jest na nas zła.
-Myślisz, że powinniśmy przeprosić?
-Nie ma mowy, mam dość ciągłego przepraszania jej-mruczy niezadowolony.
-Gryzie mnie to trochę-przyznaję cicho-W końcu jest naszą przyjaciółką, nie powinniśmy się śmiać.
-A przypomnij sobie jak to ona sobie z nas kpiła za każdym razem, gdy czegoś nie wiedzieliśmy. Nienawidzę, gdy patrzy na nas z tą przemądrzałą miną-zerka na mnie znacząco, a ja kiwam głową; też tego nie lubię-I ona nigdy nas za to nie przepraszała.
-W sumie masz rację-przyznaję, z ulgą zauważając brak wyrzutów sumienia.
Prawie wchodzę na drzwi od biblioteki i tylko mój refleks ratuje mnie od rozpłaszczenia się na drewnie. Rzucam przyjacielowi urażone spojrzenie. Rudzielec uśmiecha się do mnie przepraszająco, ale jego wzrok wędruje gdzieś w dal. Również tam zerkam, a moje usta same wyginają się w złośliwy uśmieszek.
-Serio, Ron, co ty masz z Malfoy'em?
-No wiesz, wiosna i te sprawy-stara się mnie zbyć.
-Fajnie, tylko mamy jesień-chwytam go za ramię i zmuszam do spojrzenia na mnie-Chcę o tym pogadać.
-Dobra, ale nie teraz.
-Wieczorem-naciskam, a on niechętnie kiwa głową.
Wspólnie ruszamy w kierunku regałów. Osobiście nie mam nic do innych stolików, ale z doświadczenia wiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kogo zainteresuje co robię. Dlatego wolę wybierać te choć częściowo ukryte przed natrętnymi spojrzeniami. Wystarczyło obejść jeden z półek o Historii Magi i minąć regał z zakresu Wróżbiarstwa. Idealne miejsce, które przez większość czasu pozostaje puste. Daleko od wszystkiego i wszystkich. Ron rzuca się na krzesło i ponownie wczytuje się w treść książki. Ja za to cofam się i zapuszczam w dalsze rejony biblioteki. Dobrą chwilę błądzę między alejkami aż w końcu trafiam do celu. Wzdycham ciężko na widok dwóch ogromnych regałów zapełnionych po brzegi. Jakoś nagle straciłem ochotę na zdobywanie wiedzy. To będzie długie popołudnie.
~H~
Jest jeszcze gorzej niż przypuszczałem. Choć same runy są dość fascynujące to świadomość, że kilka takich znaczków może przyczynić się do mojej śmierci nie jest już taka pasjonująca. Właściwie gdyby nie Ron, który wiernie odholowuje mnie do dormitorium to zasnąłbym na tym nieszczęsnym stoliku w bibliotece. Rudzielec mało delikatnie rzuca mnie na moje własne łóżko i obdarza mnie uważnym spojrzeniem, które odwzajemniam. Wykrzywia usta w uśmiechu i przekonany, że nic mi nie jest odchodzi. A przynajmniej próbuje, bo łapię go za nadgarstek i gapię się nachalnie. Uśmiech natychmiast zmienia się w grymas. Próbuje nawet uwolnić się z mojego uścisku, ale wystarcza moje ostrzegawcze spojrzenie i poddaje się. Z ciężkim westchnięciem opada na posłanie obok mnie. Puszczam go i przesuwam się kawałek, by mógł również się położyć, co od razu czyni. Leniwie macham różdżką, a zasłony zasuwają się. Kolejne zaklęcie i możemy rozmawiać bez obaw, że ktoś nas usłyszy. Niby nie zainteresowany zaczynam bawić się swoimi palcami, kręcąc nimi młynki albo tworząc różne figury. Ron nie jest chętny do współpracy i muszę na zachętę kopnąć go w łydkę. Otrzymuję bolesny syk i oburzone spojrzenie, ale przestaje zgrywać głupa.
-Wiesz, że ja nigdy bym nie...-zaczyna niezręcznie.
-...nie zrobiłbyś niczego, co mogłoby mnie skrzywdzić. Wiem.
-To po prostu...-robi nieokreślony ruch ręką-Nawet nie wiem jak to wytłumaczyć. Ty masz Lunatyka, a Hermiona... Hermiona to nie to. A Malfoy...
-Był pod ręką?
-Nie!-podrywa głowę i wbija we mnie wzrok-Jestem poważny.
-A co z...?-pukam się w lewe przedramię.
-Ja...-wzdycha i z powrotem opada na poduszki-To może się wydawać dziwne, ale ja wiem, że on się zmienił. Wszyscy się zmieniliśmy.
Dobrą chwilę milczymy. To prawda. I na nas w końcu przyszła pora. Wojna zmusiła nas do dorośnięcia i wciąż zmusza do podejmowania decyzji. Często wykraczających poza nasze umiejętności. Jednak nawet mimo tej wiedzy ciężko uwierzyć, że akurat Malfoy nagle zmieni się w obrońcę uciśnionych, a jego marzeniem stanie się bronienie słabszych. I w końcu... Ron i Malfoy? Czy to w ogóle możliwe? Jedna strona mnie wrzeszczy, że nie i powinienem zabronić mu jakichkolwiek relacji z tym dupkiem. Jednak druga... Druga wierzy w rudzielca. Ron, wspaniały strateg i świetny przyjaciel-czy mógłby się tak okrutnie pomylić? A nawet jeśli, to będzie jego prywatny błąd, po którym wstanie mądrzejszy i silniejszy. A ja jako przyjaciel nie mogę zrobić nic innego jak pomóc mu się wtedy podnieść. Przewracam się na bok i patrzę w czekoladowe, zaniepokojone oczy. Uśmiecham się trochę krzywo, nic nie mogąc poradzić na obawy, które mną targają.
-Wiesz, co robisz, kumplu.
Twarz Rona jak za dotknięciem różdżki rozpromienia się niczym małe słońce. Wyciąga swoje długie ręce w kierunku moich włosów. Próbuję umknąć mu ze śmiechem, ale nie staram się naprawdę i zostaję złapany. Jego palce mocno czochrają moją fryzurę, burząc kucyk, w który zebrałem swoje przydługie włosy rano. Ja za to wczepiam palce w jego niebieską koszulkę i zaczynam go łaskotać po żebrach. Tarzamy się po całym łóżku i tylko cudem udaje nam się z niego boleśnie nie spaść. W końcu wyczerpani zasypiamy-Ron rozłożony na całym łóżku, a ja na nim.
~H~
Zrywam się gwałtownie, słysząc dźwięk przerwanego zaklęcia prywatności i głos Neville'a.
-Harry, Ron?-jego głowa pojawia się między zasłonami-Jeśli się nie pospieszycie, ominiecie śniadanie.
Dwa ostatnie słowa działają niczym zaklęcie i rudzielec nagle również wybudza się ze snu. Unosi głowę niczym pies i czujnie spogląda na chłopaka. Następnie przenosi na mnie przestraszone spojrzenie nr 7 „Jeśli nie zjem śniadania, umrę!". Zrywam się natychmiast, doskonale wiedząc, że będąc w tym stanie Ron nie będzie mógł mnie pilnować bym nie właził na ściany. A to źle! Neville przezornie umyka z pokoju, widząc jak szykujemy się do szturmy na łazienkę. Kolejne pięć minut spędzamy na rozpychaniu się łokciami w kabinie prysznicowej, starając się umyć jak największą powierzchnię naszych ciał. Następnie rzucamy w siebie różnymi ubraniami, a gdy w końcu kompletujemy całą garderobę, wybiegamy z dormitorium jakby goniło nas stado hipogryfów. Gdzieś na początku gubię się i po prostu podążam za Ronem. Czy wspominałem, że moje orientacja w terenie jest wręcz na minusie? Po to są mapy!
-Stary...-dyszy rudzielec podczas biegu, zerkając na mnie zza ramienia-Nie żeby coś, ale mam chyba na sobie twoją koszulkę.
-Serio?-marszczę brwi, poruszając barkami-Jak do tego doszedłeś?
-No wiesz...-wybiegamy zza zakrętu i mijamy grupkę zaskoczonych uczniów-Jest trochę mała.
-Aha-potakuję i skupiam się na biegnięciu-Skoro już o tym mowa, to ja chyba też mam coś twojego.
-Co takiego?
-Na pewno bokserki-kiwam głową z powagą, kiedy Ron rzuca mi rozbawione spojrzenie-Mogłem się domyślić, że raczej nie noszę spodenek jako bielizny.
-Coś jeszcze masz mojego?-chichocze, zrównując się ze mną, by móc na mnie patrzeć.
-Hm...-zastanawiam się, starając wyczuć co jeszcze jest nie tak-Możliwe, że spodnie. Jakoś tak podejrzanie latają mi między nogami.
-Na Merlina, Harry, jak to w ogóle możliwe, że biegasz w moich spodniach?-rzuca mi pełne podziwu spojrzenie-Powinieneś z trudnością w nich chodzić.
-Ja to mam szczęście-uśmiecham się szeroko-Mój krawat też wydaje się być za długi.
-Stary!-maca swój krawat i zerka na mnie zdumiony-Rzeczywiście!
Tak właśnie nieogarnięci śmiejąc się, wpadamy do Wielkiej Sali. Jesteśmy tak zajęci nabijaniem się z samych siebie, że całkowicie ignorujemy resztę uczniów, którzy wpatrują się w nas nachalnie. Prawie zabijamy się o ławki, ale ostatecznie udaje nam się na nich usiąść. Zerkamy na siebie i ponownie wybuchamy śmiechem. Łapię jednego z ostatnich tostów i zaczynam go rzuć. Ron jednym kęsem pochłania połowę nałożonej sobie jajecznicy. Nachylam się w jego stronę konspiracyjnie.
-A ty nie masz przypadkiem moich spodni?-szepczę, starając się być cicho, ale Neville z naprzeciwka posyła mi podejrzliwe spojrzenie.
-Niefiem-mamrocze Ron i zerka pod stół-Sam się przekonaj-wzrusza ramionami i wraca do jedzenia.
Porywam jeszcze trzy tosty, które wpycham sobie w usta i nurkuję pod stołem. Nie mogę powstrzymać chytrego uśmieszku, gdy słyszę zdławiony okrzyk naszego kolegi. Nasze wygłupy w tym roku podskoczyły na wyższy poziom, a biedny Neville jeszcze się do tego nie przyzwyczaił. Potrząsam głową i przypominam sobie, po co w ogóle znajduję się na podłodze. Chwytam nogawki spodni Rona i sprawdzam ich długość. Niestety dla mnie mają odpowiednią długość, co oznacza, że będę skazany na za długie jeansy. Wydymam usta niezadowolony i wracam na powierzchnię. Nakładam sobie parówkę, którą zaczynam dziobać.
-I co?-pyta Ron między jedzeniem.
-I nic-fukam, kręcąc smętnie głową-Masz swoje spodnie.
-Ach, skończyłeś?-kiwam głową potwierdzająco-Weź, zmień nasz krawaty.
Przesuwa się kawałek tak, by siedzieć do mnie bokiem i móc jednocześnie jeść dalej. Szybko rozplątuję materiał i wiążę z powrotem, tym razem na właściwych szyjach. Jednocześnie zaglądam mu pod szatę.
-Naprawdę masz moją koszulkę-mówię na widok szmaragdowego materiału-Czy ty masz w ogóle koszule w tym kolorze?
-No pewnie-posyła mi zarozumiały uśmieszek-Pasują mi do włosów.
Po raz kolejny tego dnia zaczynamy się śmiać głośno. Żaden z nas nie ma pojęcia o dwóch nienawistnych spojrzeniach, które podążają za nami.
~H~
Z jednej strony weekend nadszedł zbyt szybko, a z drugiej zbyt późno. Moja wiedza na temat run nadal jest żałośnie mała i przy Remusie nie mam nawet po co się odzywać na ten temat. Choć równocześnie mogę mu trochę zaimponować, że wiem choć trochę na ten temat, co oznacza, że się staram i nie zwalam wszystkiego na niego. A całokształt pogarsza samo pragnienie zobaczenia Remiego, przytulenia czy pocałowania. Tak więc stojąc przed drzwiami do gabinetu Remusa, jestem w kawałkach. Rozdarty między chęcią zapukania, a natychmiastowej ucieczki. Przełykam głośno ślinę i zbieram całą swoją odwagę. Mam ochotę zacząć liczyć do trzech, ale wiem, że nic mi to nie da. Prędzej zacznie mnie boleć brzuch ze zdenerwowania i użyję tego jako wymówki. Potter, nie bądź baba, karcę się w myślach i stukam pięścią w drewno. Na Merlina, co ja zrobiłem?! Nie mam nawet czasu na szybkie ulotnienie się, bo drzwi otwierają się natychmiast. Obdarzam Remusa zaskoczonym spojrzeniem. Czy on stał przy nich i czekał na mnie? Um, dziwne, ale urocze. Zerkam na wilkołaka i spinam się. Jego mina nie wróży niczego dobrego. Dość niechętnie wchodzę do pomieszczenia i zerkam niepewnie na mężczyznę. W jednej sekundzie dzieli nas ze trzy metry i Remi wydaje się wkurzony, ale całkowicie spokojny, a w drugiej mocno przyciska mnie do ściany. Unoszę wzrok i patrzę mu w oczy. Na chwilę tracę oddech na widok jego w połowie złotych oczu. Moje ciało samo lgnie do niego i nic nie mogę poradzić na to, że moje biodra starają się otrzeć o niego. Remi pochyla się w moim kierunku i zatrzymuje zaledwie kilka centymetrów ode mnie.
-Pachniesz Ronem-szepczę cicho, a ja mam problem ze zrozumieniem jego słów.
-Huh?-na Merlina, Potter, skup się-Ach, no tak. Cały dzień miałem na sobie spodnie Rona-śmieję się nerwowo.
-Tylko spodnie?-warczy groźnie-Wydaje mi się, że coś jeszcze.
-Um, bo-bokserki też-dukam zawstydzony.
Źrenice Remusa rozszerzają się w zaskoczeniu i furii jednocześnie. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. To źle, bardzo źle. Przestraszony wyciągam dłoń i kładę mu ją na piersi, chwytając jego koszulkę w garść. Jest zły. A złość może skierować na dwie osoby-na mnie lub rudzielca. A w tym stanie możliwe, że pogna przez cały zamek i znajdzie mojego przyjaciela. Kto wie, co mógłby mu zrobić, gdy nie panuje nad sobą. Remi jednak nie pali się do opuszczenia pomieszczenia. Zamiast tego zbliża się jeszcze bardziej. Jego usta prawie dotykają moich. Gdy mówi, czuję ich ruch tuż przy wargach.
-Mówiłem, że masz się do niego nie zbliżać-warczy, patrząc mi stanowczo w oczy.
-Przecież Ron to tylko przyjaciel-mruczę, nie potrafiąc się skoncentrować.
-Masz na sobie jego zapach-przesuwa się tak, że dotyka mojej szyi nosem-Dlaczego?
-My...-przełykam z trudem ślinę-Zaczęliśmy się wygłupiać i jakoś zasnęliśmy. A potem w biegu założyliśmy złe ubrania. Tylko tyle.
-I tak mi się to nie podoba-odpowiada po chwili, a jego mokry język przesuwa się po mojej skórze; drżę rozkosznie-Nie chcę żebyś pachniał kimkolwiek oprócz mnie.
Na końcu języka mam tysiące zapewnień i próśb, by zostawił na mnie swój własny zapach. Żadna z nich jednak nie wychodzi z moich ust. Zamiast tego niewielkie ukłucie bólu sprowadza mnie na ziemie. Prawie stapiam się ze ścianą, starając się odsunąć od Lunatyka.
-Co z tymi runami?-mówię na wydechu.
Remi przez chwilę wygląda jakby nie rozumiał co do niego mówię. Zaraz jego oczy przybierają swój zwyczajny bursztynowy odcień, a on odsuwa się kawałek. Wygląda na zażenowanego tą utratą kontroli.
-Wybacz, Harry, nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje-uśmiecha się przepraszająco i gestem zaprasza dalej.
Zerkam na niego niepewnie, czując ukłucie żalu, że mu przerwałem. Moje ciało nadal czuje jego obecność tuż obok. Nerwowo podchodzę do kanapy, ale nie siadam, nie wiedząc na czym ma polegać szukanie run. Odwracam się i wlepiam wyczekujące spojrzenie w Remusa, który wciąż stoi w tym samym miejscu. Czując na sobie mój wzrok, drga niespokojnie i rusza w moim kierunku. Wzruszam ramionami, chcąc choć trochę rozładować atmosferę.
-Na czym to wszystko będzie polegać?
-Ach-Remi odwraca wzrok-Może lepiej byłoby to zrobić jutro-uśmiecha się niepewnie.
-Co? Dlaczego? Już tyle czekaliśmy!
-Masz rację-wzdycha zrezygnowany-Po prostu... Dzisiaj mogę nie być do końca sobą i... Mogę zrobić ci krzywdę.
Robię krok w jego kierunku i łapię go za przedramię. Unoszę wzrok i patrzę mu w oczy. Czuję rozkoszne motylki w brzuchu na widok jego skrzących się złotem oczu. Przełykam z trudem ślinę.
-Nie boję się ciebie-szepczę, a jego tęczówki ciemnieją-Nie zrobisz mi krzywdy-odsuwam się kawałek, czując, że jeszcze chwila i sam rzucę się na niego-Co mam zrobić?
-Um-Remi wydaje się być zakłopotany-Musisz się rozebrać.
-Rozebrać, okay-chichoczę nerwowo-Jak... bardzo?
-Ach, do bielizny-odwraca wzrok i... czy on się rumieni?!-Muszę cie... przeszukać.
Mój oddech mimowolnie przyspiesza na tą myśl. Remi będzie na mnie patrzył i dotknie mnie. Będzie mnie dotykał wszędzie. Odwracam się do niego tyłem, chcąc choć trochę ukryć płonącą twarz. Unoszę drżące dłonie do guzików mojej błękitnej koszuli ze złotym wzorem i zaczynam je rozpinać. Idzie mi wolno, bo cały się trzęsę, ale nie ośmielam się zerknąć do tyłu. W końcu udaje mi się rozpiąć ją do końca. Łapię za jej poły i biorę głęboki wdech. Zsuwam ją powoli z ramion i mimowolnie zerkam na Remiego. Wpatruje się we mnie jak zahipnotyzowany i mam wrażenie, że jego oczy śledzą każdy mój ruch. Odkładam koszulę na kanapę i kładę dłonie na pasie. Mam ochotę śmiać się histerycznie, ale pożądanie wiszące w powietrzu uniemożliwia mi to. Rozpinam rozporek, a charakterystyczny dźwięk rozchodzi się po pokoju. Mam wrażenie, że słyszę jak Remus szybko bierze wdech. Wolno zsuwam kolejną część mojej garderoby i pozwalam jej leżeć wokół moich kostek. Przez moment błagam wszystkich możliwych bogów, bym nie dostał erekcji, bo spalę się ze wstydu. Wychodzę ze spodni i odwracam się. Spojrzenie Remusa przewierca mnie, ale zbieram w sobie odwagę i wbijam w niego wzrok. Wilkołak rusza w moją stronę drapieżnym krokiem, a mnie nagle przechodzi dreszcz. Remi okrąża mnie dwa razy i staje naprzeciwko mnie. Wyciąga dłoń i zatrzymuje ją w powietrzu, wahając się nagle.
-Zaczynamy?-pyta bez tchu, a ja zdobywam się tylko na kiwnięcie głową.
Jego palce powoli dotykają mojego ramienia. Chwilę pozostają w tym miejscu, rysując na mojej skórze różne wzory. Nawet ten niewielki dotyk sprawia, że kręci mi się w głowie, a mina Remusa mówi mi dokładnie, że on czuje to samo. Wzdrygam się lekko, gdy druga dłoń ląduje tuż obok pierwszej. I wtedy to czuję. Magia pieści moją skórę wraz z palcami Remusa. Na chwilę przestaję oddychać, a gdy robię wdech, syczę. Dłonie Lunatyka przesuwają się ostrożnie po całym moim ramieniu, wywołując jeszcze więcej rozkosznych dreszczy. Napotykam gorący wzrok Remiego i pozwalam się pchnąć delikatnie w kierunku kanapy. Siadam na niej ciężko, a on klęka między moimi nogami. Ta pozycja sprawia, że moje serce przyspiesza. Dotyk Remusa na moim udzie tylko pogarsza moją sytuację. Na szczęście szybko schodzi w dół, dzięki czemu nie widzi wybrzuszenia w moich zielonych bokserkach. Zaraz jednak przerzuca się na drugą nogę i zaczyna wędrować dłońmi w górę. Nagle przyciska usta do mojego uda, a ja jęczę głośno. Przesuwa gorącym językiem po mojej skórze, a ja z sykiem wciągam powietrze. Remi unosi głowę i obserwuje mnie z perwersyjnym uśmiechem, który zapiera mi dech w piersi. Na Merlina, czy tylko ja mam wrażenie, że szukanie run nagle zmieniło się w gorące macanko? Nie mam czasu na więcej racjonalnych myśli, bo nachyla się w moim kierunku i muska ustami mój brzuch.
-Ach!-wydaję z siebie głośny jęk i natychmiast rumienię się z tego powodu.
Czuję jak jego wargi wyginają się w uśmiechu, a następnie rozchylają się i wypuszczają na wolność język. Który łakomie zaczyna badać każdy dostępny skrawek skóry. Najpierw wędruje w górę aż do lewego sutka, którego całuje czule. Kolejny jęk udaje mi się zdławić, przez co rzuca mi rozbawione spojrzenie. Jego język muska brodawkę, a zaraz za nim otaczają go usta. Odrzucam głowę w tył, stękając. Mimowolnie unoszę dłoń do jego włosów i wplatam w nie palce. Chwilę pozwalam mu na bawienie się moim sutkiem, ale potem szarpię delikatnie jego kosmykami, czując, że jeszcze trochę i dojdę przez to. Remi rzuca mi badawcze spojrzenie i przesuwa się w dół. Rysuje mokre wzory na moim podbrzuszu.
-Ngh!-jęczę gwałtownie-N-nie tam! Ach!
Remus nie słucha jednak moich protestów i kąsa delikatnie to miejsce, sprawiając, że zaczynam wariować. W końcu zawstydzony swoimi niekontrolowanymi jękami zakrywam usta dłonią. Remi natychmiast przestaje znęcać się nade mną i unosi się. Łakomie oblizuje usta i chwyta mnie za nadgarstek, zmuszając do odkrycia ust, które natychmiast atakuje. Jego dłonie przesuwają się na moje policzki, gdy jego język splata się z moim. Fala gorąca bucha mi prosto w twarz i już sam nie wiem czy chcę go całować czy jęczeć tak głośno jak tylko umiem. Nagłe ukłucie bólu, sprawia, że odrywam się od jego gorących ust. Najwyraźniej Remi też to wyczuł, bo tężnieje i odgarnia mi grzywkę. W trakcie pocałunku jedna z dłoni zawędrowała na moje czoło, dotykając przy okazji blizny. To właśnie z niej promieniuje niewielki, ale drażniący ból. Całe podniecenie natychmiast mnie opuszcza. Zaniepokojony zerkam na Remusa.
-Czy to...?-pytam słabo.
-Tak, runa-wstaje z westchnieniem.
Wyciąga z rękawa swoją różdżkę i jednym machnięciem sprawia, że pomieszczenie rozświetla się od niewielkich kul światła wirujących pod sufitem. Zupełnie nagle czuję się skrępowany moją nagością. Remi nie zwraca jednak na to uwagi i siada obok mnie. Zmusza mnie do odwrócenia głowy w jego kierunku i po raz kolejny odgarnia mi włosy. Palcem wskazującym zaczyna krążyć wokół blizny, mamrocząc coś pod nosem. Aż robi mi się zimno ze strachu. Blizna jest runą. Na Merlina, jaką runą może być blizna stworzona przez mordercze zaklęcie? Oczywiście, że czarnomagiczną i bardzo złą! A ja tak beztrosko ufałem temu dziwnemu znakowi! Z niepokojem obserwuje Remusa, który dobrą chwilę bada runę. Opuszcza ręce i uśmiecha się trochę sztucznie.
-Mam dobrą i złą wiadomość-oświadcza, a mi od razu serce podchodzi do gardła-Ta runa to Ochrona. A zła wiadomość-konstrukcja jest już skończona i jest to ta z najbardziej złożonych. Bardzo ciężko je zmodyfikować. Czasami jest to niemożliwe.
