Czemu tak mało komentarzy? ;-; Płaczem~
~H~
Czuję jak wszystkie kolory odpływają mi z twarzy. Mój pesymistyczny umysł skupia się na złej wiadomości. Na Merlina, możliwe, że nikomu nie uda się zmodyfikować tej konstrukcji. Szukanie osoby o odpowiednich kwalifikacjach może trwać latami, a ja nie mam tyle czasu. Jest wojna i o ile na razie nie dotyka mnie aż tak bezpośrednio to w końcu przyjdzie na mnie czas. I nie będzie to moja decyzja. Voldemort w każdej chwili może stwierdzić, że pora się mnie pozbyć, a te przeklęte runy mogą mu w tym pomóc!
-Uspokój się, Harry-łagodny głos Remusa rozwiewa moje czarne myśli.
Unoszę głowę i patrzę mu w oczy. Moje życie nigdy nie było usłane różami. Nie potrafię nawet zliczyć ile razy byłem o krok od śmierci. Spoglądałem jej w oczy i umykałem jakimś cudem. Nie miałem wtedy czasu bać się tego, co ma nastąpić. Teraz jednak, gdy patrzę Remiemu w oczy po raz pierwszy w pełni zdaję sobie sprawę, że mogę umrzeć. A nie chcę. Mam Remusa i nie chcę się z nim rozstawać tak szybko.
-Nie martw się, Harry-wilkołak kładzie mi dłoń na policzku, a ja mimowolnie wtulam się w nią-To tylko jeden znak. Jak na razie wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nikt przecież nie mówi, że ten ostatni ma być czarnomagiczny. A nawet wtedy odpowiednio manipulując runami, możemy je wykorzystać na naszą korzyść. Nie martw się-powtarza z pocieszającym uśmiechem.
Obecność Remusa jest pokrzepiająca, więc przechylam się do przodu i wczepiam palce w jego koszulę. Na moment sztywnieje niepewny, ale zaraz również obejmuje mnie ciasno. Przymykam oczy uspokojony. Będąc w jego ramionach, mam wrażenie, że nic mi nie grozi-niezwykłe uczucie. W dziwnym przypływie odwagi otwieram usta i poruszam nimi. Dopiero gdy Remi odsuwa mnie od siebie gwałtownie, zdaję sobie sprawę co takiego powiedziałem. Otwieram szeroko oczy i patrzę na Remusa z takim samym niedowierzaniem jak on na mnie.
-Co powiedziałeś?-pyta słabo i przez chwilę mam wrażenie, że zaraz zemdleje.
-Ja...-przełykam z trudem ślinę-Jestem twoim partnerem-te słowa ledwo przechodzą mi przez gardło.
-Nie, niemożliwe-mamrocze od nosem-Nie mógłbym...
-To nie ma znaczenia-mówię na wydechu w desperacji, Remi wygląda jakby miał mnie odepchnąć-Jesteśmy partnerami, towarzyszami życiowymi, bratnimi duszami.
-Na Merlina...-szepcze.
Wstaje gwałtownie i zaczyna chodzić nerwowo po pokoju. Zrywam się z kanapy i podążam za nim. W brzuchu mam bryłę lodu ze strachu, że mógłby mnie nie zaakceptować. Że mnie odrzuci. Chwytam go za rękaw i szarpię, zmuszając by się odwrócił. Patrzę mu w oczy z uporem, ale znajduję w nich tylko szok i niepewność. Wręcz rzucam mu się w ramiona, zatrzymując w miejscu. Mój uścisk jest mocny i każdemu innemu człowiekowi już dawno zmiażdżyłbym żebra, ale Remi nadal milczy. Jego oddech rozwiewa mi włosy i aż robi mi się słabo z ulgi, gdy rozluźnia się trochę.
Obejmuje mnie ostrożnie i nagle uderza mnie myśl, że nie podoba mi się takie zachowanie.
-Przepraszam, Harry-Remi, na Merlina, nie...-Nie spodziewałem się. Znaczy... Przeszło mi to kilka razy przez myśl, ale uznałem to za niemożliwe-poprawia chwyt i teraz przyciska mnie do siebie desperacko-Jesteś taki młody. Ja nie mógłbym...
-To bez znaczenia-mówię na wydechu, wciskając głowę w jego obojczyki.
-Ale, Harry, pomyśl o tym. Nasza różnica wieku jest duża, nie mówiąc już o tym, że jestem... wilkołakiem-ostatnie słowo wręcz wypluwa z odrazą-Zastanów się na tym. Nasze wspólne życie będzie ciężkie i pewnie wiele osób będzie temu przeciwne, jesteś na to gotowy?
-Jak na nic innego-unoszę wzrok i patrzę mu w oczy-Kocham cię.
Oczy Remusa nagle zabierają wewnętrznego blasku i mimo szoku lśnią radością. Zaraz jednak potrząsa głową lekko jakby chciał obudzić się z tego niedorzecznego snu. Stara się mnie odsunąć, ale trzymam go mocno. Jego twarz ciemnieje z rozpaczy.
-Nie, Harry, to nieprawda-mówi powoli jakby tłumaczył coś dziecku, co drażni mnie-Sprawa z partnerami to jedno, ale miłość... Nie kochasz mnie. Po prostu byłem blisko i źle to wszystko zrozumiałeś...
-Wcale nie!-wołam desperacko, przeklinając w myślach, że naprawdę brzmię jak bachor-Nie rozumiesz. Kocham cię-mam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę, ale staram się nie okazywać tego-To nie jest chwilowa zachcianka, Remi.
On tylko potrząsa głową, obdarzając mnie tak przeraźliwie smutnym i cierpiącym spojrzeniem, że robi mi się słabo. Nie wiem skąd znajduję w sobie siłę, by pchnąć go w tył. Zaskoczony tym Remus nie protestuje i oszołomiony opiera się o ścianę. Wręcz instynktownie oplata mnie ramionami w pasie, chcąc uchronić przed upadkiem. Staję na palcach i sięgam w kierunku jego ust. Remi jednak gwałtownie cofa głowę, uniemożliwiając mi pocałowanie siebie. Nic nie mogę poradzić, że ten ruch sprawia, że serce mi krwawi, a ja mam wrażenie, że się duszę.
-Już wtedy to wiedziałem-szepczę cicho z nadzieją, że może to go przekona-Gdy całowaliśmy się w domu. Pamiętasz?
Mimo wszystko jego oczy błyszczą złotem na wspomnienie tamtego wieczoru. W mojej pamięci te wydarzenia również pozostają świeże. Wciąż żywo pamiętam dotyk jego skóry, ust i zębów. Gorąco, które ogarnęło całe moje ciało. Uczucie bezgranicznego bezpieczeństwa. Próbuję jeszcze raz zbliżyć się do niego. Remi waha się, ale jednak decyduje się pochylić ostrożnie. Delikatnie dotykam wargami kącika jego ust.
-Kocham cię-szepczę, całując go lekko.
Zupełnie nagle Remus gwałtownie obraca nas i popycha mnie niemal brutalnie na ścianę. Niemal, bo dłonią chroni moją głowę przed uderzeniem. Góruje nade mną w taki sposób, że mam ochotę jęknąć, ale przygryzam tylko wargę. Pochyla się, więc wyciągam szyję, spodziewając się pocałunku. On jednak robi unik i kąsa mnie delikatnie w kark. Jego gorący oddech parzy mnie w ucho.
-Obiecaj mi, że nie zmienisz zdania-wręcz błaga i nagle uderza mnie myśl, że może nikt jeszcze nie kochał go w taki sposób.
-Nic co zrobisz nie zmieni tego, co czuję-odpowiadam mu, przechylając głowę na bok, by zetknąć się z nim policzkiem.
Jego ramiona zaciskają się wokół mnie odrobinę za mocno i sprawia mi to przyjemność. Nie traktuje mnie jak szklany posąg ani diamentową figurę. Jestem mu równy. Mruczę cicho, ocierając się o niego delikatnie. Czuję jak jego zęby muskają skórę na moim karku. Waha się, a ja czekam aż zapyta.
-Mogę cię... ugryźć?-jego szept jest nie głośniejszy od szmeru wiatru, ale słyszę go doskonale.
-Tak-odpowiadam bez tchu, orientując się, że jeszcze chwila i sam zacząłbym o to błagać.
Nacisk zwiększa się i z moich ust mimowolnie ucieka westchnienie przyjemności. Nagle Remi sztywnieje i sapie głośno. Marszczę brwi niezadowolony, że po raz kolejny przerywa nasze pieszczoty. Odsuwa się gwałtownie, patrząc mi w oczy rozgorączkowany.
-Chyba wiem gdzie jest ostatnia runa-mówi szybko, a ja dobrą chwilę próbuję zrozumieć jego słowa.
-Gdzie?-przypływ nadziei prawie zwala mnie z nóg.
Drgam zaskoczony, gdy unosi dłoń w moim kierunku. Na Merlina, czy ja nadal nie mam nic na sobie oprócz bokserek? Tuliłem się do Remiego prawie nagi! Czuję jak rumieniec pokrywa moje policzki i pełznie w dół po szyi. Drżę pod dotykiem wilkołaka i przez moment wyczuwam niepewność Remusa. Pozwalam sobie na ciche westchnienie, którym daję mu znak, że jest to przyjemne. Spuszczam wzrok na swoją pierś. Remi ma jaśniejszą karnację i jego palce przyjemnie dla oka wyglądają na mojej skórze. Przesuwa dłoń wyżej, na moje obojczyki i przesuwa nią wzdłuż niewielkiej blizny. Na jej widok marszczę brwi zaskoczony. Moje ciało nie jest nieskazitelne i mam kilka śladów, których nie chciałbym nigdy więcej widzieć na oczy, ale mimo wszystko znam położenie każdego z nich. A nie przypominam sobie skąd mam właśnie tą. Nagle coś przeskakuje w moim umyśle, a wszystkie fragmenty układanki tworzą całość. Unoszę rękę i również dotykam znaku. Przełykam ciężko ślinę, gdy czuję przeskok magii. Robi mi się gorąco pod jej wpływem. Unoszę wzrok i patrzę Remusowi w oczy. Stara się wyglądać przepraszająco, ale nie wychodzi mu to. Duma i zadowolenie aż emanują z niego.
-Oznaczyłeś mnie wtedy-mówię oczywiste i łapię się na tym, że chcę usłyszeć jak to mówi.
-Tak-odpowiada mi i kontynuuje jakby czytał mi w myślach-Jesteś mój.
Przypływ dziwnego trzepoczącego uczucia sprawia, że się uśmiecham. Nic nie mogę na to poradzić, że nie potrafię się skupić na niczym innym. Mam ochotę podrażnić Remusa, by pokazał mi prawdziwego siebie, a nie tylko tą ludzką stronę. Bo to właśnie robi do tej pory. Nawet uderzenie mną o ścianę było wyjątkowo delikatne i nie miało w sobie nic z dzikości. A ja nie chcę Remusa, którego widzą wszyscy. Chcę tego właściwego Remiego-człowieka i wilka.
-A co jeśli ktoś również będzie chciał mnie mieć?-pytam, drażniąco przesuwając ręką wzdłuż jego torsu.
Reakcja jest natychmiastowa. Chwyta mnie w ramiona i przyciąga do siebie z wyraźną dominacją. Przesuwa nosem po moim policzku z cichym warknięciem i gryzie mnie w ucho karcąco. Nie mogę powstrzymać zachwyconego chichotu.
-Najpierw będzie musiał mnie pokonać-mruczy z wyraźną groźbą w głosie-A możesz być pewien, że nikomu na to nie pozwolę. Jesteś mój-liże ukąszone miejsce przepraszająco-Zmieniasz temat-mówi nagle, ponownie odsuwając się kawałek-Runy. Nie sądzę żeby znak z mojego ugryzienia mógł być czarnomagiczny, ale lepiej to sprawdzić.
Stara się być poważny, ale jego oczy wciąż błądzą łakomie po moim ciele. Rozgrzany tym namiętnym spojrzeniem nie mam zamiaru rozmawiać teraz o takich sprawach. Jesteś nieodpowiedzialnym bachorem, Potter. Wiem, wiem. Ale! Właśnie powiedziałem Remiemu, że jesteśmy partnerami i wyznałem mu miłość. Choć nie odpowiedział mi bezpośrednio, to zaakceptował wszystko. W dodatku ostatnia runa jest ugryzieniem, które powstało w czasie naszego... zbliżenia. Nie może być zła, prawda? Odchylam się w tył i mrużę oczy, obdarzając wilkołaka zadziornym spojrzeniem.
-Sprawdzaj ile chcesz-mruczę, przesuwając dłonią od moich obojczyków aż do linii bielizny.
Mimowolnie spojrzenie Remusa wędruje za moją ręką, zostawiając za sobą gorące ślady na mojej skórze. Gdy kończę, warczy sfrustrowany i ponownie się zbliża. Palcami dotyka blizny i zaczyna ją badać, wnioskując po łaskotaniu magii. Równocześnie patrzy mi w oczy karcąco.
-Zachowuj się, Harry-upomina mnie-Będziemy mieli dużo czasu na to wszystko-uśmiecha się łobuzersko, gdy zauważa, że zadrżałem na te słowa-A teraz daj mi zbadać tę runę.
Wydymam usta niby obrażony, ale posłusznie już go nie kuszę. Zajmuje mnie co innego. To była... obietnica, prawda? Bo zamierzam wręcz zmusić go do wypełnienia jej. Unoszę kącik ust do góry, zauważając roztargnienie mężczyzny. O ile sam nie będzie nalegał na spędzanie większej ilości czasu razem. Ja tam nie mam nic przeciwko, ale... Mój dobry nastrój schodzi na drugi plan, ustępując miejsca obawą. Oczywiście, Remi jest nauczycielem i nasza relacja sama w sobie jest niewłaściwa. Będziemy musieli bardzo uważać, by ktoś niewłaściwy tego nie odkrył, bo ta wiedza może nam mocno zaszkodzić. Nie tylko Remi może stracić pracę, a ja zostanę wydalony ze szkoły. To coś więcej. Mimo wszystko Hogwart jest najbezpieczniejszym miejscem w czarodziejskiej Wielkiej Brytanii. W dodatku jeśli Dumbledore miał jakiś inne plany wobec mnie, może próbować się mieszać, a na to nie pozwolę. Muszę wszystko dobrze rozegrać. Na co mogę sobie pozwolić? Ile mogę ujawnić? O kogo powinienem zawalczyć?
-Harry?-zaniepokojony głos Remusa sprowadza mnie na ziemię-Wszystko w porządku?
-Tak, nie martw się. To nic takiego-uśmiecham się delikatnie na widok jego niepokoju.
-Dobrze-odchrząka i zabiera dłoń z moich obojczyków-To bardzo skomplikowana runa i nie potrafię jej rozpoznać, ale nie zrobi ci krzywdy. Chociaż...-przez chwilę wygląda na winnego-Wydaje mi się, że konstrukcja wciąż nie działa do końca prawidłowo. To przez to znak mógł cie boleć. Mam swoje przypuszczenia co do tego, co mogło być powodem, więc nie powinno zdarzyć się to ponownie-wyciąga dłoń i kładzie mi ją pieszczotliwie na policzku-A przynajmniej nie w takim stopniu-nagle jego wzrok umyka w dół i zaraz wraca zażenowany-Myślę, że powinieneś się ubrać.
Po raz kolejny tego dnia moje policzki robią się wściekle czerwone. Zawstydzony tylko kiwam głową i czym prędzej mijam Remusa, zmierzając do kanapy. W rekordowym czasie zakładam na siebie spodnie i koszulkę. Następnie odwracam się i posyłam obserwującemu mnie wilkołakowi mały uśmiech.
-A teraz możemy pospędzać razem czas?-pytam z nadzieją.
Która szybko gaśnie, gdy wzrok Remusa ucieka w bok. Również patrzę w tamtą stronę na biurko, na którym leży dość duży stosik papierów. Krzywię się na jego widok i smutno kiwam głową. A miałem nadzieję, że będę mógł nacieszyć się moim Remim, a tu dupa. Podchodzę do niego i staję na palcach. Zamykam mu usta szybkim pocałunkiem.
-Kiedy się zobaczymy?-szepczę, patrząc mu prosząco w oczy.
-Postaram się jak najszybciej-mówi gorliwie i uśmiecha się gorzko.
Odwzajemniam uśmiech i ruszam w kierunku drzwi. Zerkam na niego ostatni raz przez ramię i wychodzę z pomieszczenia. Gdy znajduję się już na korytarzu, wzdycham ciężko. Chyba będę musiał znaleźć kogoś i wskrzesić mój dobry nastrój, bo nie mam ochoty smęcić cały dzień. Ron odpada, bo zaszył się w bibliotece i udaje, że czyta, obserwując Malfoy'a. W takim razie pora popsuć jeszcze bardziej mózg Neville'owi. Radosnym już krokiem ruszam w kierunku wieży Gryffindor'u.
~H~
-Nie rób tego, Harry-jęczy Neville, przekręcając się na fotelu tak, że nogi ma przewieszone przez oparcie.
-...i chłopiec zdał sobie sprawę, że kocha tego gumochłona o zacnym imieniu Anastasia Antonina Aurora.
-Nie...!-podrywa głowę do góry, obdarzając mnie morderczym spojrzeniem-I jak ja niby wyprostować?
-To już twoja sprawa-posyłam mu zadziorny uśmieszek.
-Hm... Aha! Żyło im się razem bardzo dobrze i bardzo gumochłonowo. Niestety, pewnego słonecznego dnia chłopiec odkrył wielką tajemnicę swojej ukochanej. Du, du, dum!-robię przerażoną minę, a Neville przez chwilę chichocze rozbawiony; zaraz znów robi poważną minę-Gumochłon tak naprawdę nazywał się Anastasia Antonina... Janina! Chłopiec nie potrafiąc wybaczyć jej takiej zdrady, wyrusza na podróż do Królestwa Wróżek!
Oboje dobre kilka minut śmiejemy się jak wariaci. Po tym jak zagraliśmy siedem razy w eksplodującego durnia, dwanaście w szachy, trzy razy obejrzeliśmy kolekcję kart z czekoladowych żab jakiejś trzeciorocznej, objedliśmy z pięć osób z ich słodyczy i zrobiliśmy bitwę na papierki zaczęliśmy się nudzić. I to przeraźliwie. Dlatego postanowiliśmy stworzyć wspólną historię, która jest czystym absurdem. Najwyraźniej dobrze nam idzie, bo trwa już przynajmniej z godzinę, a wokół nas zebrał się spory tłum przysłuchujący się opowieści. Podczas śmiania się zsuwam się z fotela, ale nie chce mi się podnosić, więc dalej leżę na podłodze z nogami na siedzeniu. Unoszę palec do góry.
-Chłopiec przebył siedem bagien, siedem wysypisk i siedem wielkich kompostów, ale dotarł do Królestwa Wróżek. Strażnik rozpoznał w chłopcu pogromcę Smoka Wymiotnika i Ogromnej Żaby Pierdziawy. Natychmiast zaprowadził go przed oblicze króla.
-Król ucieszył się wielce na widok chłopca-Neville posyła mi wredny uśmieszek-Tak bardzo go polubił, że zechciał go poślubić!-dziewczęta z pierwszego roku piszczą ucieszone-Jednak król miał również dwie córki, które również zapragnęły być żonami chłopca!
-Chłopiec jednak odmówił im wszystkim, tłumacząc, że właśnie został zdradzony przez swoją wielką miłość. Nie żeby to powstrzymało króla.
-Król zamknął chłopca w swojej sypialni i codziennie odwiedzał go, by...-Neville uśmiecha się perwersyjnie, a dziewczyny prawie podskakują z radości-...każdej nocy jeść z nim budyń!
-Nie...!-rozlega się zrozpaczony zawód uczennic.
-Neville-mówię poważnie-Złamałeś mi serce~!-łapię się za pierś teatralnie i udaję, że płaczę.
-A ty mi mózg. Jesteśmy kwita-uśmiecha się niczym szaleniec.
-Na Merlina, Harry, co tu się dzieje?!
Gwałtownie odwracam głowę w drugą stronę, co nie jest dość łatwe leżąc na podłodze, przez co coś mi strzyka w karku. W progu stoi Ron, który wygląda jakby zobaczył właśnie gumochłona w swojej wannie. Macham mu radośnie, nie zwracając uwagi na jego stan. Za dużo czasu z normalnymi ludźmi, zaraz to naprawimy~! Rudzielec z trudem przedziera się przez rozłożonych na dywanach uczniów i staje nade mną. Wyciągam ręce w jego kierunku. Ron jak to Ron łapie mnie za jedną i odciąga w górę jakbym nic nie ważył. Piszczę ucieszony. Naprawdę lubię jak to robi!
-Ja też~!-odzywa się Neville, wierzgając nogami w powietrzu.
-Stary-rudzielec rzuca mi pełne podziwu spojrzenie-Udało ci się zepsuć Neville'a! A ja to przegapiłem!
-No ba!-szczerzę się, wdrapując na jego barki-Kto jest miszczu?!-wołam do rozłożonych uczniów-Ja jestem miszczu!
-Tak, tak-nie widzę jego twarzy, ale wiem, że przewraca oczami, podrzucając mnie na swoim ramieniu-Panu już dziękujemy.
Nie zważając na moje protesty, rusza w kierunku schodów do męskich dormitoriów. Wyciągam dramatycznie rękę w kierunku Neville'a, który robi to samo.
-Pomścij mnie!-drę się-Dokończ tę historię! Doookooończ~!
W następnej chwili razem z przyjacielem znikamy za rogiem, a następnie znajdujemy się w naszym pokoju. Ron mało delikatnie rzuca mną jak workiem kartofli na łóżko i kładzie się obok. Przekręcam głowę w bok, by móc go obserwować. Już wcześniej, gdy tylko zobaczyłem go w Pokoju Wspólnym, zauważyłem, że coś jest nie tak. Szturcham go, a on kieruje na mnie wzrok.
-Co jest?-pytam zmartwiony.
-Chyba myliłem się co do Malfoy'a-mówi cicho rozczarowany.
-Hm? Co się stało w tej bibliotece?
-Na początku wszystko było super, a później... Pojawił się Alex.
-Alex?-marszczę brwi na wspomnienie puchona o blond włosach-Teoretycznie powinni się całkiem nieźle dogadywać, nie?
-No właśnie nie-wzdycha ciężko i sięga ręką do swoich włosów, które roztrzepuje w roztargnieniu-Zaczęli się o coś kłócić, a raczej to wyglądało jakby Malfoy naskakiwał na niego. Alex wyglądał na przestraszonego, więc musiałem się wtrącić. Prawie mnie uderzył.
-Alex?
-Malfoy-milknie wyraźnie przygnębiony.
Nie wierzę, że zamierzam to zrobić, ale tak być nie może. Ron lubi Malfoy'a i nie ważne jaki był z niego dupek. A jestem na 99 % pewien, że postanowił dać sobie spokój, bo uznał, że kłócą się o śmierciożercze sprawy, a to zaś może zagrażać mi. Szturcham go po raz kolejny, bo pogrążył się w czarnych myślach.
-To pewnie nic takiego-posyła mi sceptyczne spojrzenie-Nie muszą zaraz rozmawiać o tym gadzie. W końcu są kuzynami, nie? Mogą się dość dobrze znać.
-Nie sądzę-mamrocze nieprzekonany.
-No weź, Ron. Nie rezygnuj z takiego powodu. Nie gdy nie znasz jego punktu widzenia. I przestań płakać nad wszystkim jak jakaś panienka-fukam na niego karcąco-Dobrze wiedziałeś, że jego rodzina nie jest święta i tym samym on też nie, więc nie miej teraz o to pretensji.
-Masz rację-wzdycha ciężko-Chyba będę musiał pogadać z Alex'em.
-O! Ja też chcę się z nim zobaczyć!-podskakuję radośnie.
-Jutro po śniadaniu?
-Po śniadaniu!
