Czy nie mogę dostać choć jednego komentarza? ;-; Jak ktoś się wstydzi, nie pogniewam się jeśli będzie on w formie prywatnej wiadomości. ;-; Naprawdę mi przykro ;-;
~H~
Zaraz po przekroczeniu progu biblioteki rozglądam się uważnie. To tu Alex był widziany ostatnio przez Rona, więc warto sprawdzić, czy nie zaszył się gdzieś między półkami. I choć z logicznego punktu widzenia powinien ulotnić się stąd od razu po tej feralnej kłótni i nie wracać przez kilka kolejnych dni, to coś mi mówi, że to tu będzie. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje na jego bliską obecność. Zerkam na przyjaciela i klepię go w plecy pocieszająco, widząc jego nietęgą minę. Rzuca mi tylko spojrzenie zbitego psa i rusza przed siebie. Obserwuję jak znika między regałami w kierunku naszego stałego miejsca. Trochę smutno mi z jego powodu. No wiecie, dopiero przejrzał na oczy i polubił kogoś, a tu wszystko się wali. Malfoy, jeśli okażesz się rzeczywiście aż takim dupkiem, to skopię ci dupę. Po tej mentalnej obietnicy również zaczynam błądzić między półkami, tylko po drugiej stronie pomieszczenia. Od razu krzywię się niezadowolony. Znajdują się tu dość popularne pozycje przez co ludzie odwiedzają je znacznie częściej. Jakaś krukonka rzuca mi spojrzenie jakbym zamierzał zjeść jej kota, a drugoroczny gryfon patrzy na mnie jak na samego Merlina. Szybko mijam ich, wypatrując złotych włosów. Których nigdzie nie ma. W wyjątkowo złym humorze idę w kierunku regałów, które przeszukuje Ron, modląc się, by już znalazł nasz cel. Ku mojej uldze znajduję ich siedzących razem przy naszym stoliku. W milczeniu obserwują siebie nawzajem. Wzdycham ciężko i w trochę lepszym nastroju ruszam w ich stronę. Alex obraca głowę w moim kierunku i przez chwilę mogę obserwować jego napiętą twarz. Moja ręka sama sięga do jego włosów i roztrzepuje je niczym młodszemu bratu. Następnie opadam na krzesło i zaczynam się na nim huśtać ostentacyjnie.
-Co tak milczycie?-rzucam obojętnie, a później patrzę na naburmuszonego blondyna-Dawno się nie widzieliśmy, co, Alex?
-Pięć dni-prycha obrażony.
-Ow... Liczyłeś!-opieram się łokciami o blat i staram się uszczypnąć go w policzek; umyka mi i stroszy się niczym kot.
-W-wcale nie!-fuka, odwracając głowę w drugą stronę.
-Taaak?-uśmiecham się chytrze, zauważając, że jego uszy są całe czerwone.
Puchon mruczy coś niezadowolony pod nosem, a ja zwracam uwagę na rudzielca. Wciąż wygląda jak skopany szczeniak i powoli zaczyna mnie to irytować. Zamyślony nie zauważa mojego palca, który z powodzeniem wwierca się w jego policzek, przez co wydaje z siebie zniekształcone „puf". Rzuca mi niedowierzające spojrzenie, a ja w odpowiedzi uśmiecham się olśniewająco. Następnie pukam się w nadgarstek niczym w zegarek, którego tam nie ma. Nie lubię zegarków.
-Długo będziemy tak siedzieć i patrzyć się na siebie?-pytam z kpiną.
-Lubię na ciebie patrzeć-Ron mamrocze nafochany, wbijając wzrok w stolik i rysując na nim wzorki palcem.
-To wyznanie?-unoszę brwi znacząco, następnie odwracam się do Alex'a, który wręcz podskakuje zauważając, że zwracam na niego uwagę-Ty też lubisz na mnie patrzeć?-w odpowiedzi fuka coś-Wspaniale, więc przejdźmy do interesów!-klaszczę w dłonie.
-Jakich interesów?-Alex idealnie wczuwa się w role ojca chrzestnego i opiera się o oparcie krzesła niczym szef mafii.
-Kłóciłeś się wczoraj z Malfoy'em-mamrocze trochę niewyraźnie Ron.
-Ach, Draco-kiwa głową spokojnie, ale jednocześnie spina ramiona-Nie nazwałbym tego... kłótnią. Wymienialiśmy opinie.
-Prawie rzucając się na siebie?-rudzielec przestaje kulić się i wpatruje się w niego ostro.
-Nie wiesz?-Alex uśmiecha się drwiąco, a jego wzrok robi się dziwnie odległy-To nowy sposób rozmawiania szlachty-macha ręką zniecierpliwiony-Do rzeczy.
-O czym?
Puchon wręcz drętwieje na to pytanie. Już wcześniej nie był wyjątkowo rozluźniony, ale teraz to już całkowicie inna sprawa. Właściwie to nic wielkiego, ktoś mało spostrzegawczy nawet by nie zauważył, że coś się zmieniło. Jeszcze przed chwilą był lekko zgarbiony, a teraz prostuje się niczym struna. Spojrzenie zupełnie nagle zamarza i spada poniżej zera. I przede wszystkim-nakłada na twarz maskę. Arystokracja wręcz emanuje z niego. Aż cofam się z wrażenia. Czuję się jakby uderzył mnie w twarz. Szok jednak nie trwa długo i niemal natychmiast przeradza się w złość. Co chce tym osiągnąć? To jego obrona? Chce pokazać różnice między nami? Niedoczekanie, żebym pozwolił na którekolwiek z tych. Miałem wiele czasu w te wakacje, by nauczyć się kilku rzeczy odpowiednich dla mojej pozycji i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Ja również prostuję się i zadowoleniem zdaję sobie sprawę, że Alex jest ode mnie niższy. Rozluźniam ramiona, zakładam nogę na nogę. I jeszcze ostatnie-najgorsze, najcięższe i najbardziej raniące. Maska. Przymykam oczy dosłownie na dwie sekundy, a gdy je otwieram jestem innym człowiekiem. Wyniosłe spojrzenie, lodowata obojętność. Uśmiecham się chłodno na widok zaskoczenia przebijającego się przez maskę Alex'a.
-To było nieuprzejme, Ron-mówię powoli, przeciągając samogłoski-Skoro nasz przyjaciel nie chce nam powiedzieć, nie będziemy go zmuszać, prawda?
-To n-nic takiego-głos puchona na moment łamie się i już wiem, że wygrałem-Taka tam kłótnia między kuzynami...
-Ach, tak?-obrzucam go władczym spojrzeniem.
-J-ja...-w jednej chwili jego maska kruszy się, rzuca mi zranione spojrzenie-P-przestań, Harry...
Wyciągam lewe ramię i chwytam jego krzesło. Jednym szarpnięciem przysuwam je do siebie. Pozwalam mojej masce naturalnie spłynąć z mojej twarzy. Niemal niezauważalnie. Jednak mimo wszystko gdzieś w środku pozostaje to straszne uczucie pustki, które zawsze pojawia się, gdy używam twarzy arystokraty. Oplatam ręką jego ramiona i przyciągam do siebie. Patrzę mu w szare, smutne oczy przepełnione poczuciem winy i dobrze mi znaną samotnością.
-Jestem zły-przyznaję, a on wręcz kuli się w sobie-Nie rób tego więcej do nas, okay?-nadaję mojemu głosowi łagodności, chcąc dać mu znać, że nie będę się gniewać zbyt długo.
Kiwa głową gorliwie i odsuwa się lekko wyraźnie zawstydzony objęciem. Uśmiecham się kącikiem ust, ale niewesoło. Doskonale pamiętam czasy, w których najmniejszy dotyk wywoływał u mnie mały napad paniki. W końcu nie było to tak dawno temu. A wciąż dotykanie innych nie jest najprzyjemniejszym uczuciem. Oczywiście, jest Remus, Ron i teraz również Alex, ale inni... To całkiem co innego.
-Draco pytał o Czarnego Pana.
Szept Alex'a nie jest głośniejszy od szmeru wiatru, a mimo to brzmi niczym grzmot błyskawicy. Dziwne odrętwienie spływa na mnie i mogę jedynie gapić się na blondyna beznamiętnie. Puchon porusza się niespokojnie i zerka w kierunku Rona wyraźnie zaniepokojony. Podążam wzrokiem w tym samym kierunku. Rudzielec jest tak blady jak po spotkaniu z Aragogiem i jego przyjaciółmi. Nagle czuję przypływ współczucia. Naprawdę mi go szkoda, szczególnie, że to ja przekonałem go o wciąż istniejącej nadziei. A tu, bum! Wszystko się wali.
-Czarnego Pana?-zmuszam się do powiedzenia czegokolwiek.
-Uch, V-Voldemort'a-rzuca mi przepraszające spojrzenie-Wybacz, rodzina tak go nazywa.
-Rozumiem-mówię jałowo, krzywiąc się; te dwa słowa brzydzą mnie bardziej niż ten głupi pseudonim-O czym dokładnie rozmawialiście?
-Um, Draco spytał o czas mojego naznaczenia...
-Nie-prostuję się gwałtowanie i wbijam w niego stanowcze spojrzenie.
-Oczywiście, że nie-fuka na mnie bez przekonania-Nie chcę, ale...-odwraca wzrok, ale zauważam, że w jego oczach czai się strach.
-Boisz się o swoją... rodzinę?-staram się nie okazywać swojej niechęci, ale chyba mi nie wychodzi.
-Nie, ja nie mam rodziny-mówi powoli i wiem, że to prawda-Po prostu się boję. On... jest silny, bardzo silny. Znalezienie mnie nie sprawi mu żadnych kłopotów. Do cholery, przecież mieszkam z jego najwierniejszą dziwką!-uderza pięścią w blat sfrustrowany.
Wyciągam rękę i pod wpływem impulsu kładę mu ją na dłoni. Unosi wzrok i patrzy mi w oczy tym zrozpaczonym spojrzeniem. Spojrzeniem, które wyraża cały ból, upokorzenie, samotność i bezsilność. Spojrzeniem, które przez lata widziałem w lustrze. Moje usta same poruszają się, ale wiem, że każde moje słowo jest szczerą prawdą.
-Nigdy już tam nie wrócisz.
-Harry...
-To nie jest litość-macham ręką ze złością-Jestem samolubny i egoistyczny, dlatego to robię. Nie pozwolę ci tam wrócić-powtarzam z pełną mocną, a jego szare oczy lśnią od łez-Jest nas Trzynastu i każdy ma swoje miejsce w moim domu, naszym domu-poprawiam się i nagle uderza mnie myśl, że naprawdę chcę już ich wszystkich poznać.
-Dziękuję-mówi bez tchu i ociera szybko łzy-Ja... muszę dokończyć.
-Mów, słuchamy cię-odzywa się Ron, a Alex obdarza go nieznanym mi spojrzeniem, ale rudzielec uśmiecha się z dziwną czułością.
-Powiedziałem mu, że to nie jego sprawa. Zdenerwował się, już wcześniej był nerwowy. Pytał czy Czar... V-Voldemort nie dał mi zadania-poprawia się szybko i czuję nagły przypływ dumy-Kazałem mu iść włazić w tyłek komuś innemu, a przy okazji pozdrowić moją matkę na następnym „spotkaniu rodzinnym". Dlatego chciał mnie uderzyć.
Jedno spojrzenie na Rona uspokaja mnie. Jego twarz wyraźnie się rozluźnia, a jego oczy wydają się wręcz krzyczeć „I to tyle?". Na chwilę pozwalam, by ogarnęła mnie radość, że Malfoy nie rzucił się na Alex'a od tak, bo miał zły dzień. Jednak wiem, że to wcale nie jest nic. Wręcz przeciwnie, cała sytuacja jest bardzo poważna i niepokojąca. Ale również dwuznaczna. Z jednej strony mamy obraz Malfoy'a-pupilka tego gada, który z zazdrości o uwagę tego popaprańca chce podkraść zadanie kuzynowi. Zaś z drugiej Malfoy, który jest zaniepokojony stanem swojego kuzyna i chce się upewnić, że nie wplątał się w jakieś bagno. Musimy z nim porozmawiać. Teraz tylko pytanie w jakim składzie. Alex'a wykluczam już na starcie. Nie przepada za swoją rodziną i to może go zaślepić. Natomiast Ron... Z jego udziałem rozmowa będzie parskaniem na mnie i wymianą spojrzeń. Jednak Ron najbardziej zasługuje na udział właśnie w tej konfrontacji. Teraz pytanie jako kto chcę z nim mówić? Przyjaciel chłopaka, który go lubi? A może ktoś, kto jest zaniepokojony całą sytuacją i naprawdę chce poznać twarz prawdziwego Malfoy'a? Wzdycham wewnętrznie i orientuję się, że Ron już od jakiegoś czasu przygląda mi się podejrzliwie. Krzywi się niezadowolony.
-Zamierzasz iść tam sam, prawda?
-Myślę o tym-przyznaję z przepraszającym uśmiechem.
-Dobra-mówi po chwili milczenia-Ale nie zgadzam się żebyś robił wszystko sam. Ja też chcę się do czegoś przydać.
Uśmiecham się niepewnie i na końcu języka mam jakąś wymówkę, ale nie wychodzi ona z moich ust. Właściwie, dlaczego nie? Są sprawy, którymi muszę zająć się osobiście, ale też takie, które spokojnie mogę powierzyć Ronowi. A to ułatwiłoby mi kilka zadań. Robię szybki przegląd w myślach.
-Potrzebny mi wzór podania o przepisanie się z zajęć-mówię po dokładnym przejrzeniu mojej mentalnej tablicy „rzeczy do zrobienia"-Chcę zrezygnować z Wróżbiarstwa, a zamiast tego chodzić na Magiczne Runy.
-Runy?-przekręca głowę ciekawie, nawet nie gniewając się, że zostawię go samego.
-Tak, uch-na Merlina, nic mu nie powiedziałem o znaku!-Przy okazji mam wam coś do powiedzenia, ale to nie rozmowa na teraz.
-Okay, podanie-praktycznie znikąd wyjmuje długopis i zapisuje sobie coś na wewnętrznej stronie nadgarstka-Coś jeszcze?
-Jesteś dobry w te klocki, więc rozejrzyj się trochę za pozostałą Dziewiątką-ponownie zapisuje to sobie i wbija we mnie wzrok.
-Dziewiątką? Masz kogoś jeszcze?-pytaniem wyprzedza go Alex; uśmiecham się tajemniczo.
-Cóż, jestem niemal pewien, że jednym z nich jest mój... chłopak-mogę na niego tak mówić, prawda?
Przyjemne ciepełko rozlewa się po moim ciele. Remus jest moim chłopakiem. Chyba? Uch, znaczy jesteśmy partnerami, nie? Będziemy robić to, co para-tulić się, całować i... no. Zanotować: spytać Remusa czy jesteśmy parą. Aż podskakuję, gdy Alex pochyla się nagle, gwałtownie zmniejszając przestrzeń między nami.
-Masz chłopaka?!-krzyczy i natychmiast zdaje sobie sprawę, że nie powinien tego robić, więc rozgląda się zaniepokojony.
-Na samym początku rzuciłem zaklęcie prywatności-uspokaja go Ron, a następnie wbija we mnie nachalne spojrzenie-Nie chcesz mi czegoś powiedzieć, Harry?
-Um...-rzucam szybkie spojrzenie na Alex'a i waham się przez chwilę-Obiecaj, że nikomu nie powiesz.
-Obiecuję! Mów, bo nie wytrzymam-pogania mnie, kręcąc się niespokojnie na krześle.
-Powiedziałem dzisiaj Remusowi, że jestem jego partnerem życiowym.
-To świetnie, star...
-Co?!-Alex aż podrywa się z miejsca-Chodzisz z profesorem Lupinem?! To...! To...! Na gacie Merlina, nawet nie potrafię znaleźć dobrego powodu, żeby ci tego zabronić! Ugh!-ciężko siada na krześle, splatając ramiona na piersi.
-Jak już mówiłem-Ron posyła nafochanemu puchonowi rozbawione spojrzenie-To świetnie, stary. Myślisz, że on też jest jednym z nas?
-Tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że to nie tylko uczniowie, ale dorośli też. A to utrudnia poszukiwania-kiwam głową z zamyśleniem; znalezienie Dziewiątki wśród kilku tysięcy czarodziejów graniczy z cudem.
-Właściwie... To taka jakby przepowiednia, nie?-odwracam głowę, żeby spojrzeć z niezrozumieniem na blondyna-Nie wypowiedział jej czarodziej, ale Tiara Przydziału. To chyba też się liczy, nie?
-Przepowiednia całkowicie zmienia sprawę-dopowiada Ron z zamyśleniem-W takim wypadku sami powinni znaleźć się prędzej czy później, ale zawsze możemy pomóc Losowi, prawda?
-Nie o to mi chodziło-Alex potrząsa głową gorliwie i patrzy na nas z ekscytacją-Przepowiednia dotyczyła Dwunastu, ale i mnie. A to znaczy, że może zostaną wypowiedziane przepowiednie o pozostałych.
-To możliwe-przyznaje Ron, zaraz jednak marszczy brwi-Ale przecież nie zostaną wypowiedziane jedna po drugiej, nie? Poza tym do dyspozycji mamy tylko tą nawiedzoną nietoperzycę. Może wypowiedzieć przepowiednie w każdej chwili! Którykolwiek wróżbita na całym świecie może ją wypowiedzieć! A my nawet się o tym nie dowiemy.
-Smutne, ale prawdziwe-przyznaje mu racje Alex-Ale! Zawsze można trochę wspomóc wróżbitę!-aż podskakuje, gdy wpada mu do głowy pomysł.
-Co masz na myśli?-pytam natychmiast.
-Jeśli zmniejszymy krąg podejrzanych i wspomnimy o nich w obecności Trelawney, to być może wypowie przepowiednie.
-To zawsze coś-wzdycham ciężko, zaczyna boleć mnie głowa-Popracujcie nad tym, okay? Chyba muszę się położyć-mówię, masując skronie.
-W porządku, stary, możesz na nas liczyć-Ron szczerzy się radośnie, zadowolony z danego mu zadania, a Alex mu przytakuje.
-W takim razie zostawiam to wam.
Wstaję z krzesła i ruszam między regałami do wyjścia, przerywając jednocześnie otaczające nas zaklęcie, które jeszcze przez chwile skrzy się na mojej skórze. Bibliotekarka rzuca mi takie spojrzenie jakbym wyłonił się z jakiejś tajemnej pieczary, z której nie wychodziłem przez kilka dni. Czuję się tak wyrzuty, że nie zwracam już na to uwagi i po prostu ignoruję ją. Nagle drzwi wydają się wyjątkowo ciężkie i wydaje mi się, że z trudem je otwieram. Chwilę stoję na korytarzu, usiłując sobie przypomnieć, w którą stronę powinienem iść. Na szczęście o tej porze wielu uczniów siedzi w Pokojach Wspólnych i po prostu leniuchuje, więc nie spotykam ich na korytarzu oprócz dwóch krukonek, które dyskutują o czymś wielce zawiłym. Ból głowy zwiększa się i mam wrażenie, że moje kroki odbijają się echem w moim umyśle niezwykle głośno. Na chwilę zatrzymuję się i opieram o ścianę, by odpocząć. Skóra na nadgarstku wydaje się być niezwykle wrażliwa i materiał opaski drażni mnie. Powinienem z tym iść do Remusa. Tak, muszę... Zupełnie nagle czuję jak czyjaś ręka zaciska się na moim ramieniu i szarpie mnie w bok. Ze zduszonym okrzykiem lecę w tamtym kierunku i tylko czyjeś ramiona powstrzymują mnie od upadku. Przez chwilę mam nadzieję, że to Remi chciał mi zrobić niespodziankę, ale zaraz potem do mojego nosa dociera woń goździków i czarnej kawy. Ktoś odpycha mnie od siebie delikatnie, więc posłusznie staję pewniej na nogi i odsuwam się. Znajduję się w jakimś niewielkim i ciemnym pomieszczeniu, przez co nie widzę mojego towarzysza. Na Merlina, czy muszę trafiać do takich miejsc, gdy źle się czuję?
-Potter, co ty, do cholery, wyprawiasz?-znajomy głos Mistrza Eliksirów wdziera mi się w uszy i wręcz kopie umysł.
-No właśnie, co ja robię?-mamroczę cicho, myśląc, że to tylko znowu Snape w moich myślach.
-Potter?-zupełnie niespodziewanie głos nabiera dziwnych tonów-Dobrze się czujesz?
-Na Merlina, nie-jęczę, przyciskając rozpalone czoło do ściany-Słyszę jak mój mentalny Snape się o mnie martwi, chyba do reszty zwariowałem.
-Co ty bredzisz, Potter?-czyjaś dłoń chwyta mnie mocno za ramię i potrząsa delikatnie-Słuchaj, im dłużej tu siedzimy, tym szybciej zwiększa się szansa, że ktoś zauważy nasze zniknięcie, więc ocknij się.
-Nie... Nie potrząsaj mną-mamroczę cicho, a dziwny mężczyzna natychmiast przestaje-Zaraz rzygnę.
-Potter! Nawet się nie waż! Słuchaj mnie! Czyś ty oszalał, od tak rozmawiając z Lestrange'm i Malfoy'em?! Jak Czarny Pan się o tym dowie, a dowie się na pewno, to ich ukaże!-syczy wściekle.
-To niech się dowie, jaszczur jeden-fukam wojowniczo-Nie dostanie ani jednego ani drugiego!
-Potter, nie możesz zapewnić im odpowiedniej ochrony!
-Mogę! Grimmauld Place 12 jest bezpieczniejsze niż sam Hogwart!-na oślep szukam mężczyzny i odpycham go, by dać upust swojej frustracji.
-Ty... Potter, zamierzasz ich wpuścić tam?! Czyś ty oszalał?!
-Na gacie Merlina, rozmawiam z moim mentalnym Snape'm, to oczywiste, że oszalałem! Daj mi spokój. Alex jest Dwunastym, Ron też. Możliwe, że Malfoy również-wzdycham ciężko, mając dość tej absurdalnej rozmowy-Wychodzę.
-Potter!-czyjaś dłoń znów przyciska mnie do ściany mało delikatnie-Powtórz to!
-Co?!-pytam głupio, ciężko mi się skupić.
-To o Dwunastu! Kto nimi jest?!
-Alex i Ron. Dlaczego chcesz to wiedzieć?-zaczynam się niepokoić, chyba wraca mi rozum.
-Na Merlina, musimy porozmawiać, ale nie tutaj-mamrocze bardziej do siebie niż do mnie-Potter?
-Co?-mruczę niewyraźnie, znów zbiera mi się na wymioty-Źle się czuję.
-Dasz radę zejść do lochów?-lochy? A gdzie to jest?-Potter? Słyszysz mnie?
-Nie dam rady. Tu... Remus. Muszę iść do Remusa-tak, Remi coś na to poradzi.
-Do wilkołaka? Po co?-moje ciało znowu robi się dziwnie ciężkie-Potter!
-Zaprowadź... mnie do... Remusa...
-Na Salazara, i po co mi to było? Potter, nie zasypiaj!
Fukam coś pod nosem, gdy nagle dzienne światło oślepia mnie na chwilę. Jęczę cicho, bo ból głowy przybiera na sile i prawie nie słyszę swoich myśli. Na szczęście mój towarzysz nie daje mi się po prostu osunąć na podłogę i ciągnie mnie za sobą z uporem. Zerkam na niego ciekawie. Gryffindor'ze, uratuj swego wiernego ucznia, bo chyba właśnie po ludzku rozmawiał z najgorszym z węży, samym Severus'em Snape'm! Gapię się na niego zszokowany, nie zwracając uwagi na drogę.
-Potter, przebieraj tymi nogami!-sapie nagle ostro, wybudzając mnie z oszołomienia.
-No przecież przebieram.
Posyła mi znaczące spojrzenie, ale nic nie mówi. Całe szczęście, bo nie jestem w stanie wymyślić nawet dość dobrej riposty, za którą odebrałby mi punkty. Starzejesz się, Potter. Nagle zatrzymujemy się, przez co lecę do przodu i uwieszam się na Nietoperzu. Wstrzymuję oddech ze strachu, że jego zapach sprawi, że zarzygam mu całą szatę, a wtedy na pewno mnie ukatrupi. Ku mojemu zaskoczeniu woń goździków trochę uspokaja mój żołądek, a kawy przywraca choć trochę rozsądku. Snape nie przejmując się mną, puka w jakieś drewno i choć ciekawość mnie zżera, to odwrócenie się może spowodować nieprzyjemne konsekwencje. Już po chwili słyszę skrzypnięcie otwieranych drzwi.
-Severus? Co ty tu...? Harry?!-nagle głos Remusa dociera do mnie i łagodzi nieznośny ból.
-Posuń się, wilkołaku, i daj nam wejść-warczy od razu Snape.
Chwyta mnie pod ramiona i wręcz wnosi mnie do środka pomieszczenia. Następnie ciągnie za sobą na kanapę i kładzie na niej ostrożnie. Przez chwilę mam wrażenie, że martwi się o mnie, ale szybko mi przechodzi. Pewnie nie chce pobrudzić swoich szat. Zerkam w bok, szukając wzrokiem Remusa. I wręcz słyszę „O-o" w moim umyśle, które nie zwiastuje nic dobrego. Remi wygląda na mocno wkurzonego. Zaciska dłonie w pięści i wpatruje się w swojego kolegę po fachu z mordem w oczach, które tak swoją drogą są do połowy złote.
-Co mu zrobiłeś, Snape?-warczy dziko.
-Uspokój się, wilkołaku-odpowiada mu spokojnie, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że dłuższe drażnienie go może się źle skończyć-Źle się poczuł i kazał się tu przyprowadzić.
Remus nadal wpatruje się w niego podejrzliwie i wygląda jakby lada chwila miał skoczyć ku niemu. Poruszam się niespokojnie, czując się o wiele lepiej, ale wciąż nieidealnie. Remi natychmiast odwraca głowę w moim kierunku i w ciągu sekundy doskakuje do mnie. Odgarnia mi czule włosy z czoła i przygląda się mi z troską. Wzdycham z ulgą, gdy ból głowy znika całkowicie. Głośny wdech zwraca moją uwagę. Snape obserwuje nas z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy.
-Na Salazara, Potter jest twoim partnerem.
