Kocham was~! Właśnie o to mi chodziło i, proszę, dalej komentujcie. Długość nie jest ważna-wystarczy, że napiszecie, co wam się podobał, a co nie. I jakby co-żaden komentarz nie ginie. Przychodzą mi na pocztę i wszystkie czytam.

Co do zdań-zrobiłam coś z tym, więc proszę dajcie znać, czy to pomaga.

Dostałam pytanie o sceny erotyczne-tak, pojawią się one. Dlatego rating to M. Czy to źle?

Wszystkie przepowiednie są układane przeze mnie, więc mogą być trochę... gówniane. Wybaczcie mi to. xD

~H~

To tylko słowa, ale czuję jakby zostały mi rzucone prosto w twarz wszystkie moje obawy. Na Merlina, planuję oszukać Dumbledore'a, a nie mogę sobie poradzić ze Snape'm. Czy to już koniec? Czy będę musiał odejść z Hogwart'u? Nie, myśl, Potter! Nagły powiew wiatru przywraca mi zdolność racjonalnego myślenia, ale też zwraca moją uwagę na Remusa. Który najwyraźniej uznał Nietoperza za zagrożenie i przyciska go do ściany za gardło, unosząc go trochę ponad podłogę. Gapię się bezmyślnie na ten absurdalny obrazek. Po raz pierwszy widzę u Snape'a taką minę. Maska sukinsyna spływa mu z twarzy zmywana czystym przerażeniem i grozą. Dlaczego by tego nie wykorzystać?, przemyka mi przez myśl. Nie, ocknij się, Potter. Snape nie jest kimś, komu można grozić. Poza tym grożenie nauczycielowi jest ryzykowane. Grożenie nauczycielowi innym nauczycielem jest jeszcze bardziej ryzykowne. A wykonanie groźby zjedzenia nauczyciela przez innego nauczyciela nawet nie mieści się na wykresie ryzykowności! Nie ma mowy! Zamiast tego... mogę przemówić do jego odrębności. Akurat to muszę mu przyznać-mimo służby zarówno u starego głupca jak i wrednego gada, wciąż zachowuje pewną samodzielność. A w tych czasach, gdy wojna zaczyna wszystkim dawać się we znaki, ciężko o takich ludzi. Ludzi, którzy naprawdę myślą, a nie tylko idą za tobą bezmyślnie. Poza tym nie ma dowodów. Na pewno nie takich niepodważalnych. Warkot wydobywający się z gardła Remusa, wyrywa mnie z planów. Które nie zadziałają, jeśli nasz wspaniały Naczelny Postrach Hogwart'u będzie martwy! Obecność Remiego pomogła na ból głowy, ale i tak pokój wiruje mi przed oczami, gdy wstaję gwałtownie. Nie mam jednak czasu na zwlekanie. Jeszcze trochę i Remi naprawdę udusi Snape, a później oczywiście wpadnie w depresje z tego powodu. Mam wrażenie, że idę trochę krzywo, ale ostatecznie udaje mi się dotrzeć do wciąż warczącego wilkołaka. Chwytam go za ramię najmocniej jak potrafię, wbijając mu przy tym paznokcie w skórę. Nie żeby zrobiło mu to jakąkolwiek krzywdę, ale ten nagły ból sprawia, że zwraca na mnie uwagę. Przechodzi mnie dreszcz niepokoju na widok jego złotych oczu. Na gacie Merlina, naprawdę?! Dał się ponieść teraz, ale gdy stałem przed nim prawie nagi, wciąż zachowywał kontrole?! Czy mam zacząć się czuć zazdrosny? Bo zaczynam! Ogarnij się, Potter, i ratuj prawdziwego mnie, syczy mój mentalny Snape z odrobiną zmartwienia. Gryffindor'ze, nie pozwól mi oszaleć.

- Spokojnie, Remi.

Na sam dźwięk mojego głosu wręcz widzę jak wyimaginowane uszy Remusa stają na baczność i zaczyna machać swoim wyimaginowanym ogonem. Przykro mi, Godryku, twój wierny uczeń podąża ścieżką szaleństwa, nic na to nie poradzę. Ostrożnie przyciągam go bliżej siebie i ku mojej uldze nie protestuje, posłusznie puszczając bladego jak ściana Snape'a. Zamiast tego wpatruje się we mnie jak hipogryf w zdechłą łasicę. Ledwo udaje mi się zignorować ten pełen uwielbienia wzrok i zerkam ponad jego ramieniem na Mistrza Eliksirów. Który najwyraźniej stara się wtopić w ścianę. Niestety, ma ona żółty kolor, a jego szata jest oczywiście czarna, przez co jest całkowicie odkryty. Jak powinienem zakomunikować mu, że nie ma żadnych dowodów? Mam nałożyć maskę kompletnego kretyna? Nie, lepiej nie. Nietoperza od zawsze drażni niekompetencja i mógłbym go niechcący sprowokować do działania. W takim razie wszystkowiedzący pan i władca. Świetnie, to jedna z moich ulubionych. Co nie znaczy, że po niej również nie mam odlotu. Ale coś czuję, że dzisiaj i tak będę musiał zwymiotować, żeby poczuć się lepiej. Maska uprzejmej obojętności naturalnie wpływa na moją twarz i zaostrza rysy.

- Wszystko w porządku, profesorze?

Snape wyrwany ze swojego małego terroru najwyraźniej orientuje się, że zagrożenie ustało, bo przestaje próbować stać się jednością ze ścianą i pochyla się do przodu niczym drapieżnik, obnażając zęby.

- Potter, jak może być w porządku skoro...-Remi wydobywa z siebie ostrzegawczy warkot, na dźwięk którego Snape naciska usta w kreskę- Nic mi nie jest.

- Myślę, że źle pan zrozumiał sytuację, sir.

- Potter!-syczy rozjuszony samym sugerowaniem, że mógł coś przeoczyć- Dobrze wiem, co widziałem! Jesteście partnerami!

Remus porusza się niespokojnie przy moim boku i wyczuwam jak przekręca głowę w bok, by móc wpatrywać się w Mistrza Eliksirów groźnie. Ten zaś zauważa to i prawie niezauważalnie cofa się, by choć trochę zwiększyć odległość między sobą a wściekłym wilkołakiem. Wydobywam z siebie uspokajający szmer, dzięki czemu Remi rozluźnia się trochę i ogranicza do obserwowania zestresowanego nauczyciela. Przechylam głowę w bok, patrząc na mojego wroga z obojętnością.

- Partnerami, profesorze? Mogę zapewnić, że między mną a Remusem nie ma takich relacji, sir-uśmiecham się zimno, co chyba rozwściecza go jeszcze bardziej.

- Nie rób ze mnie głupca, Potter!-robi krok w przód z mordem w oczach, ale na tym pozostaje, bo przypomina sobie o obecności Remusa- Nie wmówisz mi, że ciebie i wilkołaka nic nie łączy!

Mam ochotę westchnąć zmęczony. Snape to naprawdę trudna sztuka i próbowanie nim manipulować nie jest dobrym pomysłem. Na pewno nie z tak marnymi umiejętnościami jak moje. W takim razie zostaje mi wierzenie w jego odrębność i wyłożenie kart na stół.

- Nie masz dowodów-mówię po prostu, odpuszczając sobie granie kogokolwiek.

- Ach-jego zaskoczenie szybko zmienia się w szyderczy uśmieszek- To o to chodziło, Potter? Myślisz, że będę tańczył jak mi zagrasz? Nie w smak ci ujawnianie tego?-cmoka drwiąco- Tak samo arogancki i egoistyczny jak ojciec!

I każdy rozumny człowiek w takiej sytuacji wie, że jest to tylko prowokacja, którą słyszę po raz tysięczny i myśli, że oczywiście nie dam się na to nabrać. Poza tym spędziłem z połowę wakacji na uczeniu się ukrywania emocji i nakładania masek. Na pewno nie dam się nabrać, nie? Guzik prawda. Snape dobrze wie gdzie uderzyć, żeby zabolało najbardziej. Ale najwyraźniej zapomniał, że w pomieszczeniu jesteśmy tylko on, ja i Remus-wilk.

- Słuchaj, Snape-wypluwam wręcz, obdarzając go najbardziej obrzydzonym spojrzeniem na jakie mnie stać- Mam w dupie co sobie o mnie myślisz. Chcesz powiedzieć Dumbledore'owi? Droga wolna? Jaszczurowi bez nosa? Proszę bardzo! Ale więcej nie chrzań mi o ochronie Alex'a czy Malfoy'a, bo to nie twoja zasrana sprawa! Chcesz wszystko spieprzyć? To idź i to zrób!

Między nami zapada mocno napięta cisza. W milczeniu wymieniamy się nienawistnymi spojrzeniami, a Remus chyba zaczyna wracać do siebie. W końcu Snape ustępuje i prycha wściekle.

- Nie myśl sobie, Potter, że wygrałeś. Trzymaj się z daleka od Draco-obdarza mnie swoim słynnym miażdżącym spojrzeniem, na które odpowiadam kpiącym uśmieszkiem.

- Chyba śnisz, Snape. Możesz być pewien, że będę trzymał... Draco bardzo blisko siebie-krzywię się paskudnie.

- Ty mały...!

Wygląda jakby chciał się rzucić na mnie z łapami, ale nagle Remi napina się gwałtownie, więc rezygnuje z tego pomysłu. Zamiast tego wpatruje się we mnie nachalnie.

- Świetnie, Potter, w takim razie... porozmawiajmy-czy tylko ja mam wrażenie, że on sam nie wierzy, że to możliwe?

Przesuwam się kawałek i wskazuję ręką wnętrze pokoju. Snape przechodzi obok mnie ze swoim wściekłym spojrzeniem i siada na kanapie. Nawet nie próbuję usiąść obok. Jeszcze by mnie zagryzł. Ruszam w kierunku drugiej kanapy, ciągnąc za sobą wciąż milczącego Remusa. Siadamy na niej obok siebie, co Snape kwituje tylko znaczącym spojrzeniem. Uśmiecham się do niego wrednie.

- Czego w takim razie chcesz, Potter?

- Czego chcę? Głowy jaszczura, oczywiście-prycha tylko na te słowa.

- Bądź poważny, Potter!-karci mnie niczym uczniaka- Czego chcesz w zamian za bezpieczeństwo Draco?

- Jestem poważny-zapewniam go, przestając uśmiechać się- Mogę cię zapewnić, Snape, że ze mną Malfoy będzie bezpieczniejszy niż kiedykolwiek.

- I jak niby zamierzasz to osiągnąć?-cedzi przez zęby drwiąco.

- Czy nie mówiłem już tego?-unoszę brwi znacząco- Grimmuald Place 12 jest dla niego otwarte.

- Potter, żartujesz chyba-obdarza mnie takim spojrzeniem jakby myślał, że ma przed sobą gumochłona zamiast człowieka.

- A wyglądam jakbym żartował?-rzuca mi jeszcze bardziej niedowierzające spojrzenie- Nie dziw się tak, profesorze. Z twojego zachowania wnioskuję, że wiesz kim jest Dwunastu-pochylam się w jego stronę- Tylko skąd?

- Zanim to wyjawię, chcę zapewnienia, że zostawisz Draco w spokoju, gdy okaże się, że nie jest jednym z twoich małych rycerzyków.

- Nie nazywaj ich tak!-warczę z nagłą wściekłością- Są moją rodziną i nie pozwolę ci ich obrażać!

Snape obserwuje mnie przez moment w ciszy. Jego spojrzenie jest dziwne i nie potrafię powiedzieć czy uważa, że mój wybuch był głupi czy wręcz przeciwnie. W końcu również się pochyla i wbija we mnie znaczące spojrzenie. Wzdycham sfrustrowany obcowaniem z tak trudnym człowiekiem.

- Obiecuję, że zostawię Malfoy'a w spokoju, jeśli okaże się, że nie jest jednym z Dwunastu-mówię powoli i bez zdziwienia zauważam stróżkę magii wiążącą nasze nadgarstki- Teraz twoja kolej. Skąd wiesz o Dwunastu?

- Od Trelawney-mówi po prostu, prostując się i zakładając nogę na nogę- Słyszałem przepowiednię.

- Przepowiednię?-nie mogę powstrzymać rodzącej się we mnie nadziei- Jak brzmiała?

- Chyba nie myślisz, Potter, że ci powiem-syczy z wyższością i przez chwilę mam wrażenie, że robi to tylko po to, by mi dopiec.

- Jest o mnie!-protestuję natychmiast oburzony- I może pomóc mi odnaleźć następnego z Dwunastu!

- Czwartego-podpowiada mi cicho i tym razem bez sarkazmu.

- Czwartego-powtarzam, smakując to słowo na języku; podoba mi się- Powiedz mi-błagam wręcz.

Dosłownie na sekundę w jego oczach pojawia się wahanie i błysk niepewności, ale tak szybko jak się pojawia, tak znika i wydaje się być tylko przewidzeniem. Jego oczy odnajdują moje i patrzymy na siebie. Bez złości czy nienawiści-tak po prostu, chcąc dowiedzieć się czy możemy ufać sobie nawzajem. W końcu prostuje się jeszcze bardziej.

- Ten, który przeżył ruszy naprzeciw ciemności,

gdy tylko Dwunastu stanie u jego boku,

a stanie się to w mroku światłości.

Czwarty jest tym, który cierpi co roku.

I mimo czającego się w nim zła strasznego

Czwartym nazwie go Ten, który został naznaczony,

bratem i przyjacielem, którego

nigdy nie zdradzi i nigdy nie zostanie przez niego zdradzony-jego głos, mimo że jest tylko szeptem jest doskonale słyszalny, odbija się od ścian i zostaje wyryty w mojej duszy.

I choć mój umysł przyswaja sobie dopiero drugi wers, ja już wiem. A Snape siedzący naprzeciw mnie również zdaje sobie z tego sprawę. Wiem, że to właśnie on jest Czwartym. Mam wrażenie, że nagle mój mózg rozpoczyna strajk, a przed oczami miga mi czerwony napis „Error" niczym w starym komputerze Dudley'a. Na Merlina, świat zwariował. Snape jedną z najbliższych mi osób. Snape moją rodziną. I dlaczego, do cholery, wydaje mi się, że inaczej być nie może?

- I co ty na to, Potter?-odzywa się i mimo wrogości w jego głosie, nieufności w oczach, wyczuwam w nim po prostu strach; zupełnie nagle dostrzegam w nim tylko człowieka, który nie chce zostać skrzywdzony po raz kolejny.

- Co mogę powiedzieć? Może...-zastanawiam się na głos i zauważam jego spięcie- ...witaj w domu, Czwarty?

- Tsk, wkurzasz mnie, Potter-syczy ostro, ale nagle atmosfera w pokoju robi się luźniejsza- Muszę już iść, a ty, Potter, lepiej zajmij się swoim wilkołakiem, bo wygląda jakby miał zaraz zejść-posyła mi wredny uśmieszek.

Odwracam gwałtownie głowę w kierunku Remusa, o którym tak swoją drogą całkowicie zapomniałem. Na gacie Merlina, naprawdę wygląda jakby zobaczył Dumbledore'a pijącego herbatkę z Voldemort'em! Rzucam ostatnie spojrzenie Snape'owi, który zdążył się już ulotnić i teraz w pokoju jesteśmy sami. Klękam na kanapie i przysuwam się do Remi'ego, który przypomina posąg. Kładę mu dłoń na policzku i zmuszam do odwrócenia się w moją stronę. Na twarzy ma wymalowany szok i nagle czuję się winny, że nic mu wcześniej nie powiedziałem. Znaczy... jesteśmy parą, nie? Nie powinienem ukrywać takich spraw. Mimo tego, że razem jesteśmy dopiero od niecałego dnia. Powinienem mu powiedzieć od razu albo i jeszcze wcześniej, zanim to wszystko się stało. Przydałby mi się asystent, który podpowiadałby mi co mam do zrobienia.

- Remi?-wołam cicho, próbując zwrócić na siebie jego uwagę.

- Co to ma wszystko znaczyć, Harry?-pyta słabo- Kim jest Dwunastu? I czemu nazwałeś Severusa Czwartym? Czego mi nie mówisz, Harry?-obdarza mnie smutnym spojrzeniem, które wywołuje u mnie poczucie winy.

- To nie tak, Remi-protestuję natychmiast nagle zdesperowany; chyba nie zamierza ze mną zerwać z tego powodu, prawda?- Po prostu nie było na to czasu. Nie zamierzałem tego ukrywać-chwytam go za dłoń i splatam nasze palce.

Unoszę wzrok i patrzę mu głęboko w oczy. Biorę wdech i opowiadam. O przepowiedni Tiary, o spotkaniu Alex'a i o Dwunastu-mojej rodzinie, do której należy Alex, Ron, on sam i teraz również Snape. O Malfoy'u i moich przypuszczeniach. Remus słucha mnie uważnie i nie przerywa mi. Nie jestem pewien czy jest to dobry znak czy przeciwnie.

- Powiedz coś-proszę łamiącym się głosem, a Remi spogląda na mnie.

- Jestem trochę zazdrosny-przyznaje i nic nie mogę poradzić na moją głupią minę- Znaczy... Oprócz mnie będziesz miał jeszcze jedenaście osób, to trochę...

- Huh?-mrugam powoli, nie będąc pewien czy dobrze zrozumiałem- Um, myślisz, że ja ich wszystkich kocham?

- A nie?-na jego twarzy odmalowuje się napięcie.

- Oczywiście, że nie!-krzyczę na niego, ale, do cholery, jak mógł w ogóle dojść do tego?- Nie w ten sposób o jakim myślisz! To moja rodzina, a nie kochankowie!

Remus chwilę myśli o czymś intensywnie, po czym przechyla głowę na bok i zbliża się. Jego wargi wyginają się w zadowolony uśmieszek, na widok którego ciężko przełykam ślinę, a moje serce przyspiesza.

- Jestem jedyny?-mruczy, a ja mam wrażenie, że jego głos ślizga się po mojej skórze.

- O-oczywiście, że tak-jąkam się, gdy jego gorący oddech owiewa mój policzek- Jak mogłeś pomyśleć, że jest inaczej?-fukam zły, starając się nie zwracać uwagi na jego usta, które są zdecydowanie za blisko.

- Przepraszam-szepcze, a w jego głosie pobrzmiewa autentyczna szczerość i smutek- Po prostu... to wszystko jest dla mnie nowe.

- Co takiego?-oblizuję wargi nerwowo, a mój wzrok sam przesuwa się z jego oczu niżej.

- Ty-powoli przysuwa się i muska moje usta.

- Ja?-mój głos jest zachrypnięty.

- Nigdy nie miałem nikogo takiego jak ty...

Nie chcę słuchać więcej. Pochylam się w przód, łącząc nasze usta i całując go wolno. Gryffindor'ze, daj mi cierpliwość. Nie miał nikogo takiego jak ja. Czy kiedykolwiek się całował? A może to ja byłem jego pierwszym? Czy tylko ja dotykałem go w ten intymny sposób? Najwyraźniej. Przesuwam dłoń na jego kark i przyciągam bliżej, zmuszając go tym samym do otwarcia ust. Drażnię się z nim, czując jak adrenalina pulsuje mi pod skórą. Remi stara się oddawać wszystkie moje pocałunki, ale nie nadąża choć ja także mam niemal zerowe doświadczenie. Nie jestem jakimś ekspertem w tej dziedzinie, ale gdy już zdaję się na instynkt, wszystko jest łatwiejsze. Remus warczy mi cicho w usta sfrustrowany. Napiera na mnie bardziej, przez co przewracam się plecami na kanapę. Widząc jak zachwycone oczy Remusa ślizgają się po moim ciele, nagle przypomina mi się coś.

- Jesteśmy parą, prawda?-pytam bez tchu.

- Czymś więcej, ale myślę, że można tak powiedzieć-mruczy, nachylając się nade mną.

- Czy to oświadczyny?

- Nie, jeszcze nie-och... jeszcze nie- Kiedyś na pewno, ale jeszcze nie teraz-kładzie się na mnie ostrożnie, by nie zrobić mi krzywdy; całe podniecenie wyparowuje ze mnie i zbiera mi się na fantazjowanie- Najpierw musisz skończyć szkołę...

- A później pokonać jaszczura...

- Nie, Harry, zrobimy to razem-chwilę leżymy w ciszy, przyzwyczajając się do tej myśli- A co później?

- Później?

- Po tym jak skończysz szkołę-wyjaśnia-Co chcesz robić?

- Och, nie myślałem jeszcze o tym na poważnie-przyznaję trochę zawstydzony swoją nieodpowiedzialnością.

- Nie chciałeś być aurorem?

- Chciałem, ale to nie dla mnie-wtulam twarz w jego szyję i przymykam oczy zrelaksowany- Mam dość psycholi na całe życie.

- A uczenie w Hogwart'cie?

- Myślałem o tym. Mógłbym, w końcu jestem dość dobry w Obronie przed Czarną Magią, ale...Wracanie do Hogwart'u po tym, co ma się stać... Nie sądzę, że to dobry pomysł.

- Ministerstwo?

- Ugh-wydaję z siebie zniechęcony- Jeśli już, to na pewno żaden z głównych Departamentów. Nie wytrzymałbym tego.

- Nie chcesz zostać Ministrem Magii?-śmieje się cicho Remi- Wszyscy o tym marzą.

- Prędzej zostanę Mistrzem Eliksirów-fukam.

- Czemu nie.

- Naprawdę w to wierzysz?-aż otwieram oczy zaskoczony.

- Możesz być kimkolwiek zapragniesz-szepcze mi do ucha i nic nie mogę poradzić na to, że wierzę mu- A może zostaniesz magomedykiem?

- Ooo, to mogłoby być ciekawe-przyznaję sennie- Powinienem już iść, muszę jeszcze pogadać z Malfoy'em.

- Nie dzisiaj. Zostań ze mną-prosi cicho, a ja zgadzam się natychmiast.

~H~

Właściwie mogłem się domyślić, że dokładnie tak to się skończy. Zasnęliśmy, a gdy się obudziliśmy dochodziła dziewiąta. Ominęliśmy obiad i kolację, więc byliśmy wygłodniali. Remi jako nauczyciel ma możliwość kontaktowania się ze skrzatami, więc poprosił je o jedzenia. A następnie rozmawialiśmy do późna. Gdy wróciłem do dormitorium, była czwarta rano. Domyślając się, że mogę zaspać, najciszej jak umiem spakowałem się i przebrałem. A potem położyłem się spać. I zaspałem. Na dodatek dość ekstremalnie, bo gdy się budzę, jest połowa trzeciej lekcji. I co robię? Oczywiście staram się na nią dotrzeć.

Trochę za mocno popycham drzwi do sali, przez co z trzaskiem uderzają o ścianę, zwracając uwagę wszystkich właśnie na mnie. McGonagall unosi tylko brew na mój widok. Z przepraszającym uśmieszkiem szybko wsuwam się na miejsce obok Rona. Zerkam na niego uważnie zanim zacznę się na niego złościć. Wygląda na zmęczonego. Zaawansowana klasa transmutacji składa się z całego szóstego rocznika, więc szukam wzrokiem drobnego blondyna. Odnajduję go niedaleko nas siedzącego z Luną. Przez chwilę również na mnie patrzy, więc nie muszę się wysilać, by zobaczyć jego twarz. Ma cienie pod oczami.

- Przez pół nocy szukaliście Dwunastu, prawda?-szepczę do Rona, a ten tylko uśmiecha się lekko- Nie róbcie tak, okay? Nic to nie da, jeśli będziecie się przemęczać.

- Postaram się, ale dobrze wiesz, że nie da mi to spokoju-jęczy, zerkając na mnie błagalnie- Powiedziałem nauczycielom, że bardzo źle się wczoraj czułeś.

- Hah? I po co ja przychodziłem na lekcję?

- Dotrzymać mi towarzystwa.

- Niech ci będzie.

- Byłeś z Lunatykiem?

- Yhym, wszystko mu opowiedziałem. Ach!-McGonagall rzuca mi znaczące spojrzenie, więc staram się mówić ciszej- Mieliście rację. Istnieją przepowiednie o Dwunastu.

- Co, serio? Skąd wiesz?

- Bo znalazłem następnego-uśmiecham się trochę niepewnie, nie wiedząc jak zareaguje.

- Coś czuję, że mi się nie spodoba-mruczy, a ja wzruszam ramionami- Wal, stary.

- To Snape.

- Na gacie Merlina, naprawdę?!-nauczycielka po raz kolejny gromi nas spojrzeniem- Nie mogę w to uwierzyć!

- Lepiej zacznij się przyzwyczajać. Daj mi kawałek kartki, to napiszę ci przepowiednię-jak najciszej się da wyjmuje kawałek pergaminu i podaje mi go.

Zaczynam szybko pisać to, co pamiętam. I choć moja pamięć pozostawia dużo do życzenia, zapadła mi w pamięć. Cóż, przepowiednie nie są czymś, co można tak łatwo zapomnieć. Na koniec zginam pergamin w pół i przesuwam w kierunku Rona, który natychmiast chowa ją do torby. Oprócz tego wyciąga z niej średniej wielkości książkę i podaje mi ją. Gdzieś w połowie został wsunięty pergamin, więc otwieram ją na tej stronie. Ach, podanie o przepisanie się z zajęć.

- Szybko się uwinąłeś-rudzielec aż puszy się z dumy, a jednocześnie wygląda na zdołowanego- Co jest?

- Do tego czasu powinienem znaleźć już kolejnego z Dwunastu-mamrocze, nagle interesując się leżącym przed nim podręcznikiem.

Uśmiecham się pod nosem. Niewiele osób wie, że Ron gdy już się za coś bierze, kończy to za wszelką cenę. Mogłoby się wydawać, że całymi dniami nic nie robi, bo mu się nie chce, ale to nie do końca prawda. Owszem, jest leniwy, ale kto nie jest? Większość spraw nie jest po prostu dla niego na tyle interesująca, by się nią zająć. A poza tym Ron jest bardzo ambitny i wiele od siebie wymaga. To akurat może być skutkiem życia latami w cieniu Chłopca, Który Przeżył. Klepię go po ramieniu pocieszająco.

- Spokojnie, mamy czas. Prawdziwa wojna nie zacznie się dopóki nie odnajdziemy wszystkich i choć chcę ich poznać, nie spieszy mi się za bardzo. Nie martw się.

Ron chwilę obserwuje mnie uważnie, po czym unosi kącik ust w uśmiechu na znak, że już mu lepiej. Mam wrażenie, że wicedyrektorka zaraz zasztyletuje mnie samym spojrzeniem, więc ze szczerą radością witam dzwonek oznaczający koniec zajęć. Nie zdążyłem nawet wyjąć żadnych przyborów, więc szybko ulatniam się z sali. Jeszcze McGonagall będzie chciała porozmawiać na temat mojego braku koncentracji i co wtedy? Kilku minutowy wykład nie jest czymś, na co mam tera ochotę. A skoro o wykładach mowa, to przydałoby się zorientować co dalej w sprawie Hermiony. Zerkam przez ramię na Rona, który właśnie wyszedł z klasy i rozgląda się w poszukiwaniu mnie. Powinienem zostawić to mu? Raczej nie. Jest na nią jeszcze bardziej cięty niż ja i tym razem może nie zapanować nad swoim gwałtownym charakterem. Poza tym nie tylko on się z nią przyjaźnił. Powinniśmy zrobić to razem. Kątem oka dostrzegam włosy w kolorze platynowym. Zagryzam wargę, myśląc przez chwilę. W końcu macham do Rona i odwracam się. Malfoy wraz z grupką swoich znajomych znika już za rogiem. Wybraniec biegnący za Księciem Slytherin'u może wyglądać trochę śmiesznie, ale nie zamierzam przegapić takiej okazji. No i odkładanie tego na później jest po prostu nie fair. W stosunku do Rona i samego Malfoy'a. Na szczęście idą wolno i szybko ich doganiam.

- Malfoy!-wołam za nim i zatrzymuję się.

Blondyn również staje i odwraca się w moim kierunku. Tylko przez moment jego twarz wyraża niechęć i rozczarowanie, ale dla mnie wystarczająco długo, by to zauważyć i zrozumieć. Domyśla się, dlaczego go zatrzymałem i nie chce o tym rozmawiać. Spodziewał się Rona i jest zawiedziony, że to nie on przyszedł z nim pomówić. Przez chwilę głupio mi, że odradziłem mojemu przyjacielowi się z nim spotkać, ale tylko przez chwilę. Jestem pewien, że w ostateczności staliby i gapili się na siebie w milczeniu.

- Możemy porozmawiać?

- No nie wiem, Potter-jego usta wyginają się w wyćwiczony szyderczy uśmieszek- A co takiego chcesz mi powiedzieć?

Szybko ogarniam wzrokiem „przyjaciół" ślizgona. Tuż obok Parkinson uwieszona na jego ramieniu najwyraźniej w złym humorze, bo rzuca mi tylko nieprzychylne spojrzenie i daje sobie spokój z całą resztą; dosłownie przez moment wygląda jak zwyczajna dziewczyna a nie podła suka, którą od zawsze była. Grabe i Goyle stoją z boku, gapiąc się na niego tępo. Wyglądają jakby wciąż przetwarzali moją wypowiedź, więc przestaję zwracać na nich uwagę, ale nie zapominam o nich. Zabini obserwuje mnie neutralnie, a gdy go zauważam, mruga do mnie przyjaźnie. Ach, sprawa z hipotetycznym mięsem. Szybko dopisuję do rzeczy do zrobienia zainteresowanie się przysługą dla Blais'a. Ostatnią osobą jest drobna blondynka o pięknych zielonych oczach. Jej rysy twarzy kogoś mi przypominają... Czy to nie siostra Astorii, Dafne Greengrass? Są bardzo podobne. Choć mała Astoria już jest ulubienicą wszystkich i uznawana jest za samozwańczą Księżniczkę Slytherin'u, podczas gdy starsza siostra została zepchnięta na dalszy plan, mimo że wcale nie wygląda gorzej od siostry. Ona patrzy na mnie tylko beznamiętnie z niepokojem w oczach, ale to wszystko. Żadnych kpiących uwag czy uśmieszków. Ciekawe.

- Chcesz rozmawiać przy wszystkich? Nie ma sprawy-wzruszam ramionami niby obojętnie- Ron powiedział...

- Wystarczy!-przerywa mi natychmiast, nerwowo zerkając na swój „ogon"- Chodźmy gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać-jego ochroniarze poruszają się niespokojnie, więc dodaje miażdżąco- W cztery oczy.

Kiwam głową z uczuciem zwycięstwa i szybko przeszukuję w myślach plan zamku. Czy niedaleko nie powinna być jakaś dawno nieużywana klasa? Miejmy nadzieję, że jestem ją w stanie znaleźć bez mapy. Odwracam się bez słowa i ruszam korytarzem. Na szczęście już za zakrętem dostrzegam podstarzałe drzwi. Rozglądam się jeszcze i po upewnieniu się, że nikt nie postanowił nas śledzić, wchodzę do środka, najpierw przepuszczając ślizgona. Pomieszczenie jest trochę zakurzone, ale nie tak bardzo jak myślałem. Szybkie zaklęcie czyszczące załatwia całą sprawę i umożliwia nam oddychanie. Dobre kilka minut sprawdzam czy sala naprawdę jest pusta i nakładam rozmaite zaklęcia. Aż Malfoy zaczyna przyglądać mi się niespokojnie.

- Chyba nie zamierzasz mnie tu zabić, co, Potter?-rzuca półżartem, więc rozbawiony zerkam na niego mrocznie- W-wiesz, ja tak naprawdę wcale cię nie nienawidzę...-dodaje nerwowo i muszę powstrzymać się od parsknięcia śmiechem.

- Malfoy, uspokój się. Przecież nie zabiję cię w szkole. Chcę tylko pogadać.

- Wiem-wydyma usta obrażony.

- Słuchaj, to ja przekonałem Rona, żeby z tobą nie rozmawiał-natychmiast rzuca mi wściekłe spojrzenie- Sam przyznaj, że prowadzilibyście tylko jakieś gierki i nie rozmawiali serio.

- ...Może.

- No właśnie-zbliżam się i siadam na ławce naprzeciwko niego- Nie chciałeś, żeby Ron to usłyszał, prawda?

- Nie wiem o czym mówisz-ze znudzeniem przygląda się swoim paznokciom- Weasley nic dla mnie nie znaczy.

- Napraaawdę?-unoszę brwi nonszalancko- W takim razie muszę mu powiedzieć, żeby zaczął interesować się kimś innym, bo ty nie lubisz go w ten sposób.

Patrzymy sobie w oczy, sprawdzając na ile sobie możemy pozwolić. Wiem, że moja zaczepka nie została zignorowana, a wręcz przeciwnie. Malfoy'a rusza to, że Ron może polubić kogoś innego.

- Dobra, Potter, czego chcesz?-mruży w końcu oczy, dając za wygraną.

- Informacji-odpowiadam po prostu, pochylając się do przodu- O czym rozmawiałeś z Alex'em i jakie są twoje intencje?

- Ach, więc przyjaźnisz się z tym dzieciakiem, Potter?

- Ron także i najwyraźniej zaczęli podobać mu się blondyni-unoszę brwi, pospieszając go.

- Tsk. To idiota. Dobrze wie jak niebezpieczny jest Czarny Pan, a jednak drażni go-nerwowo przeczesuje swoje włosy- Ostatnio mówi się, że chce mu dać jeszcze jedną szansę z powodu ciotki Belatriks. No to spytałem czy dostał jakieś zadanie.

- A on pomyślał, że jesteś wrednym hujem i kazał ci spierdalać-Malfoy uśmiecha się niewesoło.

- W dużym skrócie-przyznaje- Zirytował mnie swoim idiotyzmem, więc chciałem go uderzyć i wbić mu trochę rozumu do głowy, a wtedy...

- ...wtedy wkroczył Ron.

- Tak-wzdycha ciężko, garbiąc się przygnębiony- Słuchaj, Potter, wiem, że nie jestem idealny, ale nawet ja mam osoby, o które się martwię, okay? A ten kretyn myśli, że może drażnić Czarnego Pana i nadal żyć.

- Nic mu nie będzie-mówię pod wpływem impulsu i natychmiast tego żałuję; Malfoy zerka na mnie nieufnie.

- A co, zamierzasz go obronić?

- Tak z grubsza-kiwam głową niechętnie.

- I niby jak zamierzasz tego dokonać?-rzuca szyderczo- Na wakacje będzie musiał wrócić do domu, a to będzie dla niego koniec.

- Nie wróci tam-wzruszam ramionami.

Zerka na mnie podejrzliwie. Ile mogę mu powiedzieć? Na ile mogę mu zaufać? Do diabła, Malfoy, zdecyduj się czy jesteś dupkiem czy nie! Nie traci zainteresowania nawet, gdy milknę. Wręcz przeciwnie-wpatruje się we mnie jeszcze intensywniej. Umykam wzrokiem, ale on zaczyna zmieniać pozycje, by spojrzeć mi w oczy.

- Gadaj, Potter!-syczy w końcu sfrustrowany- Co zamierzasz z nim zrobić?

- Po prostu mu ufam-wzruszam ramionami.

- Ufasz?-zaskoczenie odmalowuje się na jego twarzy- Komuś, kto ma na nazwisko Lestrange?

- Tak, a na imię ma Alex-odpowiadam szczerze.

- Jakim cudem?-nieświadomie pochyla się w przód, wpatrując się we z fascynacją.

- Żadnym. Mimo wszystko Los jest po prostu tym, co prędzej czy później masz zamiar zrobić-mówię tajemniczo.

Nawet jeśli Alex nie należałby do Dwunastu, wciąż byłby dla mnie kimś ważnym. Tak po prostu. Bo jest do mnie podobny, a jednocześnie inny. Bo jest po prostu sobą. To jak spotkanie Rona. Wtedy nie istniała jeszcze przepowiednia o nas, a jednak zaprzyjaźniłem się z nim. Czy tak samo jest z Remusem? W końcu na trzecim roku miałem szansę zbliżyć się do niego. Nie zrobiłem tego, ale pojawiła się następna szansa. A Malfoy? Czy przez te lata nie dostawałem kolejnych szans, by go poznać? Kłótnie nadal są rozmowami. Myśląc tak, jest chyba trzecią osobą, z którą tak często rozmawiałem.

- Los to nic innego jak my sami-mówię bardziej do siebie niż do niego, po czym unoszę wzrok- Wiesz, Malfoy, myślę, że łączy nas przeznaczenie.

- Hah? To, że jesteśmy wrogami?-uśmiecha się krzywo z pewnym smutkiem.

- Nie. To, że zostaniemy przyjaciółmi-zamiera i wpatruje się we mnie zszokowany.

- Zwariowałeś, Potter-mówi w końcu niepewnie.

- Być może-uśmiecham się do niego szeroko.