Zgubiłam rozdział, wybaczcie.

~Z~

-Długo zamierzasz tak tam stać?-pytam w końcu ciekawy, przewracając kolejną stronę podręcznika.

-Czekałem aż mnie zauważysz-odpowiada mi, wychodząc zza regału i siadając przy moim stoliku.

Unoszę wzrok i patrzę na niego z zainteresowaniem. Kto nie byłby zainteresowany, gdy sam Wybraniec przychodzi do ciebie? Szczególnie, że jesteś paskudnym ślizgonem, który przyjaźni się z jego największym wrogiem? Ach, zapewne ja, ale i tak czytanie tego nieszczęsnego podręcznika to jakiś koszmar. Przechylam głowę na bok i podpieram ją ręką.

-Tak słaby jesteś w te klocki? Zauważyłem cię zaraz jak stanąłeś za półką.

-Serio?-Potter jęczy w odpowiedzi, rozkładając się beztrosko na blacie-Nie mogłeś powiedzieć od razu? Nogi włażą mi w tyłek-skarży się, rzucając mi spojrzenie zbitego psa-Poza tym chciałem, żebyś mnie zauważył.

-Tak myślałem. Kto jak kto, ale ty raczej jesteś mistrzem kamuflażu-przyznaję, znów skupiając się na książce-Dlaczego tu jesteś?

-Masz przecież u mnie przysługę.

-Już myślałem, że zapomniałeś.

-Bo zapomniałem.

-I nagle sobie przypomniałeś?-zerkam na niego ciekawie.

-No pewnie. Cały czas tak mam-przestaje się wylegiwać i stara się zobaczyć co czytam-Jak brzmi moje zadanie?

Przyglądam mu się badawczo. Mało osób zauważyło, że Potter zmienił się, ale ja należę do tej elitarnej grupy. Złoty Chłopiec nagle zaczął coś robić i to dosłownie. Gdziekolwiek się pojawiał, załatwiał coś ważnego. I choć wygląda to zazwyczaj jak zwykłe wygłupianie się, to jest to mała część wielkiego planu. W takim razie dlaczego ma tyle wolnego czasu, by zainteresować się mną? Co sobie myślisz, Harry?

-Nie wiem czy wiesz, ale jestem naprawdę koszmarny w Obronie przed Czarną Magią-przyznaję, leniwie przesuwając podręcznik mu pod nos-Przydałyby mi się korki.

Przyjmuje książkę i patrzy na strony tak jakby widział je po raz pierwszy w życiu. Ciekawe. Następnie unosi wzrok i przez moment patrzy na mnie z niedowierzaniem. Ach. „To ślizgoni mogą czegoś nie umieć?" Tak, Harry, choć nie lubią się do tego przyznawać, więc bądź zaszczycony. Aż dwóch węży odkryło przed tobą swoje słabości.

-Czytałeś ten podręcznik?-pyta, wracając wzrokiem do książki.

Och? Myślałem, że wypowie swoje myśli na głos. Trening arystokracji coś jednak daje, ale to wciąż za mało, by oszukiwać na każdym kroku. Mógłbym ci wmówić, że jestem wróżką tak, że myślałbyś, że sam do tego doszedłeś. Mrugam wolno, zwracając uwagę na jego pytanie.

-Pewnie, trzy razy.

-Straciłeś czas-mówi po prostu i zaskakuje mnie po raz kolejny; czy nie powinieneś bardziej uważać przy ślizgonie, Harry?

-Chcesz mi powiedzieć, że nigdy go nie czytałeś?

-Nigdy go na oczy nie widziałem-kiwa głową, przesuwając zamkniętą książkę z powrotem w moją stronę-Profesor nigdy nie kazał nam jej czytać.

-No tak, ale nie wybrał żadnego podręcznika, więc kupiłem poprzedni.

-Spal go. To kupa niepotrzebnych informacji. Słuchasz na zajęciach?

-Więcej niż inni-wzruszam ramionami-Ale to nic nie daje. Wolę coś zobaczyć.

-Chodź-rzuca nagle po minucie zastanowienia.

Szybko wrzucam podręcznik po torby i zarzucam ją na ramię. Potter czeka na mnie przed wejściem do labiryntu regałów. Gdy zbliżam się, rusza przed siebie. Interesujące. Harry, czy wiesz, że mówi się, że nie powinno się odwracać plecami do ślizgona? Szczególnie gdy jesteś gryfonem. Dlaczego w takim razie nic sobie z tego nie robisz? Zerka na mnie zza ramienia i przez chwilę myślę, że może jednak nagle przypomniał sobie, że nie jestem jednym z jego małych przyjaciół. Ale nie. „Wleczesz się"

-Wleczesz się.

Uśmiecham się pod nosem. Kim jesteś, Harry? Gryfonem czy ślizgonem? Puchonem czy krukonem? Harry, Harry... Nie powinieneś pokazywać, że jesteś inny. Tak nie można. Nie, gdy otacza cię tyle złych ludzi. Ale Harry tylko tupie zniecierpliwiony i czeka aż dopełznę do niego. Wtedy skręca w lewo, prowadzi mnie wzdłuż alejki z Transmutacją. Następnie wchodzi w dział z literaturą niezależną. Gdzie mnie prowadzisz, Harry? Nie odpowiada na niezadane pytanie, tylko skręca nagle w bok w ciasne przejście. Podążam za nim. Co chcesz mi pokazać? Zatrzymuje się gwałtownie i ledwo unikam wpadnięcia na niego. Zerka na mnie z entuzjazmem. I nagle przesuwa kawałek regał i wślizguje się pomiędzy niego a ścianę. Zaskoczony chwilę stoję w bezruchu, gapiąc się na dziurę, w której zniknął.

-Rusz się-pospiesza mnie jego zduszony głos.

Wsuwam się przez szparę. Tutaj przejście jest szersze, ale węższe niż alejki w bibliotece. Rozglądam się uważnie. Nie jest to nic innego jak cztery nieduże regały odwrócone przodem do środka wypełnione książkami. Potter stoi na samym końcu przy najbardziej zapełnionej półce. Podchodzę do niego i po spojrzeniu mu w skrzące oczy sprawdzam zawartość regału. To książki z Obrony. I to nie byle jakie. Kilka kojarzę z działu Zakazanego. Jakim cudem udało mu się je wynieść i tak po prostu zachować-Merlin sam wie. Ale są również inne, których nigdy nie widziałem, a autorów nie rozpoznaję. Biorę jedną do ręki i otwieram na przypadkowej stronie. Unoszę brew na widok notatek na marginesach i zakolorowanych wersów. Wybraniec niszczy książki? Nie, inaczej. Złoty Chłopiec Gryffindor'u jest na tyle sprytny i zachłanny, że stworzył swój własny kąt?

-Mogę z tego korzystać?-pytam, unosząc w górę trzymaną książkę.

-Nie, wiesz. Przyprowadziłem cię tu, żebyś sobie popatrzył-mówi sarkastycznie, ale uśmiecha się wesoło.

Harry, Harry... Kim jesteś? Jesteś jak Hogwart-dopiero cztery domy tworzą całość. Tyle mam dla ciebie rad, Harry. Nie bądź inny. Nie wierz innym. Nie ufaj nikomu. Nie pokazuj swoich słabości, ale wykorzystuj innych. Ale to nic nie da, nie? Jesteś po prostu Harry'm. Odwrócisz się plecami do ślizgona, powiesz co masz na myśli i nie będziesz udawał. Zaprowadzisz go do swojego świata i pozwolisz mu wejść do niego. Użyjesz sarkazmu z uśmiechem. I co ja mam z tobą zrobić, hm? Nie mogę ci tego zabronić, nie chcę. Bez tego nie byłbyś sobą. W takim razie co? Stanę obok ciebie, pozwolę ci upaść. Nie myśl, że nie będę się śmiał i ci wypominał-jestem ślizgonem. Być może nie podam ci ręki, tylko poczekam aż zrobi to ktoś inny. Ale to ja znajdę twoją przeszkodę i upewnię się, że już nigdy przez nią nie upadniesz. To będę ja. Co ty na to, Harry?

~V~

Od kamiennych ścian odbija się odgłos kroków. Wysoka postać dumnie zatrzymuje się przed ciężkimi, bogato zdobionymi drzwiami. Ogromny wąż sunący tuż za nim owija się wokół jego stóp, sycząc cicho. Unosi łeb, na którym zaraz spoczywa niemal całkowicie biała dłoń o długich palcach i przesuwa się po nim czule. Wygina wargi w jednym z niewielu szczerych uśmiechów. Następnie popycha wrota, które otwierają się z upiornym skrzypnięciem. Ostrożnie mija węża i schodzi schodami w dół. Woń krwi uderza go w nozdrza, a okrutny uśmieszek sam pojawia się na jego twarzy. Jak on kocha ten zapach. Przerażenie i groza wręcz tętniąca z każdego kawałka kamienia tylko jeszcze bardziej poprawia mu humor. Wąż podąża za nim w ciszy, nie chcąc wyrywać swojego mistrza z radosnych myśli. Mężczyzna zatrzymuje się przed jedną z cel i siada na wyczarowanym przez siebie tronie. Zakłada nogę na nogę i podpiera ręką głowę. Przód klatki został wyrwany i pręty żałośnie chwieją się połamane brutalną siłą. Ale to nie to go interesuje. Cała tylna ściana pokryta jest od góry do dołu krwią, która spływa na posadzkę. Tego samego dnia, gdy jego więzień uciekł rzucił odpowiednie zaklęcia, nie pozwalając, by choć kropla krwi wsiąkła w kamienie. Na moment przymyka oczy i wzdycha ciężko. Samica widząc, że jej pan po raz kolejny zadręcza się, podpełza do niego i zwija się w kłębek przy jego stopach. Mężczyzna powoli unosi powieki i schyla się, by pogłaskać węża, po czym wraca do poprzedniej pozycji.

-Możesz mówić co chcesz, Nagini, ale ja wiem-cichy syk odbija się od ścian, a kilku więźniów w dalszej części lochów wzdryga się na ten dźwięk-Pozwoliłem mu uciec.

-Nic na to nie poradzimy-odpowiada mu leniwie ta nazwana Nagini-On jest inny.

-To prawda, ale to było coś innego-znów zamyka oczy-Nie widziałaś go tam. Miałem nad nim całkowitą kontrole, a czułem się jakby to on był drapieżnikiem-uderza ze złością w podłokietnik-Nie byłem w stanie go wykończyć. Bałem się przebywać w jego towarzystwie-wypluwa z odrazą.

-To nic-zapewnia wąż, unosząc się, by spojrzeć swojemu mistrzowi w oczy-Już niedługo będzie po wszystkim.

-Masz rację-na bladej twarzy po raz kolejny pojawia się uśmiech; głaska ją delikatnie-Mogę go wykończyć na odległość-jego oczy robią się zamglone, a wargi wyginają się w przerażającym uśmiechu-Już niedługo.

~K~

Sobota jest jednym z ulubionych dni uczniów mimo wszystko. Być może dlatego, że właśnie w ten dzień tygodnia odbywa się wyjście do Hogsmeade. I nawet deszcz, który leje nieustannie od samego rana nie powstrzyma nikogo od udania się do tego czarodziejskiego miasteczka. Katie Bell wraz ze swoimi dwoma przyjaciółkami jak każdy normalny gryfon na siódmym roku oczywiście również udaje się tam. Idą w rzędzie, Katie w środku niosąc parasolkę. Śmieją się głośno i przepychają, czasami któraś z nich traci równowagę, ale pozostałe pomagają jej ją odzyskać. Dziewczyna nagle unosi głowę i marszczy brwi. Kilka metrów przed nimi idzie Hermiona Granger, przyjaciółka Harry'ego Potter'a i Rona Weasley'a. Wyjątkowo sama, bo tej dwójki nigdzie nie ma. Katie chwilę przygląda jej się zaniepokojona. Hermiona nigdy nie była zbyt lubiana ani wśród dziewczyn ani chłopców. Zainteresowanie Wybrańca zapewne uratowało ją od ciągłego nękania i sprawiło, że rozkwitła. Jednak bez Harry'ego i Rona wróciła do bycia zrzędliwą kujonkom. Chociaż może nigdy nie przestała nią być. Zaraz uwagę Katie odwracają przyjaciółki i przestaje myśleć o Hermionie. Dopiero przy bramie Hogsmeade przypomina sobie, że przed nimi szła pewna brunetka, a jednak nigdzie jej nie ma. Ogarnia ją dziwny niepokój, ale przecież nie będzie wchodziła komuś w życie z butami, więc daje sobie spokój. Sprawa robi się poważniejsza, gdy Hermiona nie pojawia się ani na kolacji ani w swoim własnym łóżku w dormitorium.

~H~

Unoszę głowę znad książki z podaniami i pergaminu, na którym zacząłem pisać swoją prośbę o przeniesienie. W drzwiach stoi Ron. Ron, który wygląda jakby spłonął cały jego dom wraz z wszystkimi członkami jego rodziny. Ale nie spłonął, prawda?! To nie jest czas na logiczne myślenie. Po prostu zrywam się z łóżka, natychmiast zapominając o podaniu i nie zwracając uwagi, że atrament moczy mi pościel. W ciągu sekundy znajduję się przy jego boku. Jest blady z przerażenia, ale trzęsie się z wściekłości.

-Hermiona-mówi cicho i w pierwszej chwili nie potrafię zrozumieć co-Ten gad ma Hermionę.

Czuję jak wszystkie kolory odpływają mi z twarzy. Na Merlina, Hermiona. Hermiona, która dzisiaj sama poszła do tego przeklętego Hogsmeade. Hermiona, która była naszą przyjaciółką przez pięć lat. Hermiona, z którą nie rozmawiamy. Ma ją gad. Nie pytam, po prostu ramię w ramię zbiegamy po schodach. Uczniowie powoli idą w kierunku Wielkiej Sali, ale my nie dajemy się ponieść tej spokojnej fali. Przepychamy się gwałtownie jak w amoku. Gdzieś tam słyszę zaniepokojony głos Remusa i wołanie McGonagall, ale nic z tego nie ma znaczenia. Z nadludzką siłą wpadamy na wrota i nie wiem jakim cudem, ale otwieramy je tak mocno, że uderzają o ścianę. Ron staje, nie bardzo wiedząc co dalej ma robić. Ja nie mam tego problemu. Tuż przed stołem nauczycielskim stoi Dumbledore razem z bladą Katie Bell. Ruszam w ich kierunku. Nie mam pojęcia, że nagle mój krok nabiera gracji, twarz wygładza się, a oczy robią się lodowate.

-Co się stało?-pytam roztrzęsionej dziewczyny.

-Harry, uspokój...-dyrektor nie pozwala jej niczego powiedzieć.

-Nie odzywaj się!-warczę na niego, a on wygląda na zszokowanego taką reakcją-Mów-pospieszam Katie.

-Ja... O-ona szła przed nami-udaje jej się w końcu wydusić-A później... później jej nie było!-szlocha gwałtownie.

Robię krok w przód i chwytam ją za ramiona. Unosi zaczerwienione oczy i patrzy na mnie zrozpaczona. Potrząsam nią delikatnie, nie żeby zrobić jej krzywdę, ale by ocknęła się. Ociera łzy i kiwa głową zawstydzona swoim wybuchem. Widząc, że uspokoiła się, odsuwam się i odwracam na pięcie. Kilka kroków dalej stoi Ron wraz z Alex'em. I nagle uderza mnie myśl, że to właśnie się dzieje. Dotyka nas wojna. Zmienia nas z dzieci w wojowników. Nagle czyjaś ręka ląduje na moim ramieniu. Zerkam przez ramię na zaniepokojonego Dumbledore'a.

-Harry, znajdziemy ją-zapewnia mnie poważnie i wiem, że tym razem nie kłamie ani nie oszukuje.

-Nie, dyrektorze-mówię powoli i spokojnie, choć czuję się jakby ktoś mi wyrwał serce; odtrącam jego dłoń-To ja ją znajdę.

Tym razem nie próbuje mnie zatrzymać. Ruszam w kierunku moich przyjaciół. Przy boku Rona stoi blady Malfoy i trzyma go mocno za rękę. Patrzy na mnie z czymś dziwnym w oczach. Kawałek za nim zauważam Zabini'ego, który ma ten sam wyraz twarzy. Zaraz za Alex'em czeka Neville razem z Luną. Mijam ich bez słowa, nagle wiedząc, że oni wszyscy po prostu pójdą za mną. Uczniowie widząc nas, rozstępują się na boki. Uderza mnie myśl, że idę na wojnę.

-Panie Potter!-McGonagall zagradza mi drogę, wyglądając na zdesperowaną.

-Pani profesor-odpowiadam, a jej oczy nagle robią się szklane.

-Po prostu...-jej głos łamie się-Po prostu uważaj.

Kiwam głową wdzięczny, że nie stara się mnie zatrzymać. Nie pamiętam drogi przez zamek czy błonia. Ścieżka do Hogsmeade wydaje się być jeszcze dłuższa niż normalnie. Na początku nie zauważam niczego niezwykłego i ogarnia mnie strach. Co jeśli nie zdążymy? Hermiona może umrzeć. Zanim zdążam pomyśleć, moja różdżka już grzeje moją dłoń. Zatrzymuję się i unoszę wzrok. Powoli z krzaków wychodzą postacie ubrane w czarne płaszcze i białe maski. Jedna z nich występuje naprzód i najwyraźniej ma zamiar coś powiedzieć, ale nagle jego ubranie zostaje rozerwane, a on sam upada, krwawiąc. Mrugam, orientując się, że to było moje zaklęcie. Nagle Ron wychodzi przede mnie i macha różdżką. Jeden ze Śmierciożerców zostaje pozbawiony głowy i osuwa się, drgając konwulsyjnie. To, co później się dzieje pamiętam jak mieszaninę kolorów. Z jednej strony zieleń, brudną i obrzydliwą, a z drugiej cała tęcza, wypełniona nadzieją. I zieleń. Opiekuńcza, owijająca się wokół nas, lecząca i chroniąca. Chwytam jednego za przód płaszcza i jednym ciosem rozbijam mu maskę, której odłamki tną jego twarz. Nie rozpoznaję go, ale nie to mnie interesuje.

-Gdzie ona jest?-jego oczy rozszerzają się komicznie i stara się wyrwać.

Zaciskam palce na jego szyi, a on pada na ziemie martwy. Wsuwam dłoń po płaszcz i wyciągam niewielki medalik z mrocznym znakiem. Odwracam głowę w bok. Ron przyciska koniec różdżki do karku innego z mężczyzn. Jego twarz jest maską zimnej furii i mam wrażenie, że ja wyglądam identycznie. Jego usta poruszają się, Śmierciożeca odpowiada, a następnie pada, wijąc się z bólu. Rudzielec podchodzi do mnie, łapie za medalik. Czuję czyjeś ręce na swoich ramionach, Alex dotyka Rona i kiwa mi głową.

-Czarny Dwór-mówi Ron, a słowa odbijają się echem w moim umyśle.

W następnej sekundzie stajemy przed wielką posiadłością. Gdzieś w środku czuję bryłę lodu. Wszystko pachnie tak jak w tamtym miejscu. Idę pierwszy, a oni za mną. W ciszy, stawiając kroki w tym samym czasie. Jak armia, którą nagle się staliśmy. Chwytam za klamkę bramy. Zaklęcia ochronne lśnią w świetle księżyca, gdy zielona poświata po prostu rozrywa je na strzępy. Metalowa bramka topi się w moich dłoniach. Przechodzę po niej i ruszam w stronę drzwi. W połowie zmieniam kierunek, okrążam dom. Kładę dłoń na ścianie i nagle jej fragmenty strzelają w powietrze. Czyjś krzyk. „Nie pozwólcie im wejść do lochów!" Nie wiem jakim cudem w jednej chwili dzieli nas kilka metrów, a w następnej trzymam go z gardło. Nie wiem też jakim cudem nagle wszyscy Śmierciożercy wybuchają jakby rozrywani niewidzialnymi szponami. Zielonymi szponami. Dotykam tych drzwi, drzwi z moich koszmarów, a one zmieniają się w drzazgi. Schody wydają się być niezwykle długie, ale w końcu docieram na sam dół. Nic się nie zmieniło. Woń krwi i strachu podsyca moją nienawiść. Na początku nie rozpoznaję postaci, która stoi przed jedną z celi. Wyprzedza mnie Alex, unosi różdżkę, rzuca zaklęcie. Skrzeczący głos i zimna nienawiść w oczach puchona. Belatriks. Chwilę obserwuję ich beznamiętnie. Cichy wybuch zwraca moją uwagę. Odwracam głowę i natychmiast mam ochotę nie patrzeć. Nie robię tego. Podchodzę bliżej. Neville zamiera przy wysadzonych przez niego prętach. Ron jest już w środku, klęka przy drobnym ciele. A ja tuż obok niego. Odgarniam brązowe włosy delikatnie i kładę dłoń na spoconym czole. Cichy jęk. I zieleń. Alex cały we krwi przy mnie. My wszyscy we krwi. Wściekła twarz Voldemort'a i błysk aportacji. A później Hogwart. Głosy i ludzie. Ich przerażenie i krew na nas. Wszędzie krew. Nasze krwawe ślady. Twarze umazane krwią. Nie naszą krwią.