Tak, dobrze widzicie~! Rozdziały odzyskane, wena wróciła! W takim razie jedziemy dalej. Jak na razie rozdział co tydzień, raczej w piątek. Dziękuję wszystkim, którzy nadal czytają to opowiadanie i nie stracili nadziei, że pojawi się kolejny rozdział. PM'ki się przydały, tak jak maile z pewną osobą. xD

~H~

Nie śpię, ale też nie jestem przytomny. Beznamiętnie patrzę na pielęgniarkę, która bardzo ostrożnie zmywa ze mnie krew. Pozostali nauczyciele pomagają jej w ten sam sposób. Zamaczają ręcznik w wodzie, wycierają moich przyjaciół, chodzą wymieniać wodę. Wszystko bez magii. Pani Pomfrei robi dziwną minę, gdy zmywa ze mnie krew do połowy. W niedługim czasie zaczynają przychodzić również inni profesorowie z takimi samymi minami.

- Wyjaśnij mi, panie Potter, jakim cudem żadne z was nie ma nawet zadrapania – rzuca cicho w przestrzeń.

Obserwuję ją obojętnie, przetwarzając jej słowa. Żadnych ran. Świadomość tego, że nikt z bliskich mi osób nie został skrzywdzony w ten sposób sprawia, że odzyskuję trochę logicznego myślenia. Co tam właściwie się stało? Wszystkie moje wspomnienia są zamazane zielenią. Dobrze mi znaną zielenią. Zerkam na swój nadgarstek zasłonięty nadal opaską Dudley'a. To ten znak nas chronił. Nie, nie znak. To byłem ja. Użyłem Życia, by nie pozwolić Śmierciożercą zranić kogokolwiek.

- To nie nasza krew – odpowiadam jej po prostu; chwilę patrzy na mnie uważnie.

- Zabiliście ich – to nie pytanie, ale nie ma w jej słowach złości, jest zrozumienie.

- Tak.

Między nami zapada cisza. Nie mogę poradzić nic na to, że odtwarzam w myślach każdy mój krok. Wszystkie te makabryczne widoki, które wydają się tak mało znaczące w porównaniu do tego, co te skurwiele zrobili Hermionie. Przymykam powieki zmęczony. Zrobiłbym to jeszcze raz, gdybym musiał. Nie żałuję niczego.

- Harry!

Łamiący się głos Remusa przedziera się przez senną mgłę w moim umyśle i wybudza mnie. Otwieram oczy i uśmiecham się, starając się mu przekazać tym to wszystko, co przeżyłem. Remi ma przerażenie w oczach. Nie patrząc na nic, przedziera się przez całą salę, odpychając na bok nauczycieli. Dopada do mnie i wyciąga dłoń w kierunku mojego policzka. Waha się, bojąc się, że sprawi mi tym ból. Przechylam głowę na bok, by nasze skóry się zetknęły. Remus szuka w moich oczach jakiejkolwiek oznaki, że źle się czuję i dopiero gdy nic takiego nie znajduje, rozluźnia się odrobinę.

- Tak się o ciebie bałem – szepcze i jakby na potwierdzenie jego oczy błyszczą złotem.

- Nic mi nie jest. To nie moja krew – powtarzam trochę zirytowany.

- Wiem. To nie oznacza, że martwię się mniej – odwraca nagle głowę w kierunku pielęgniarki, która obserwuje nas w ciszy – Poppy, mogę ja się nim zająć?

Pani Pomfrei bez słowa podaje mu ręcznik i oddala się w kierunku innych profesorów, którzy potrzebują jej wsparcia. Remi chwyta wilgotny materiał i zaczyna nim delikatnie ocierać krew. Obserwuję go uważnie, pozwalając mu zaspokoić swoją potrzebę opiekowania się mną. W pewnym momencie nie przerywając tej czynności, unosi wzrok i krzyżuje go z moim.

- Co się tam stało? – pyta cicho, by nikt nas nie usłyszał.

- Zabiłem ich – mówię po prostu, trochę martwiąc się jego reakcją.

- To Śmierciożercy, sprowokowali cię do działania, więc to nic złego – szybko zerka w bok, upewniając się, że nikt nie obserwuje nas, po czym całuje mnie krótko w dłoń – Nie jesteś ranny.

- To przez runy.

- Tak myślałem.

- Dlaczego nie użyjecie magii? – pytam ciekawie, po chwili ciszy.

- Nie możemy – wzrusza ramionami – Twoja bariera wciąż działa. Nie wiemy jakie będą konsekwencje naruszenia jej. A właściwie domyślamy się po tym jak Minevra prawie spaliła sobie włosy, próbując.

- Nie skrzywdziłbym cię – zapewniam go od razu żarliwie, a on odpowiada mi czułym uśmiechem.

- Wiem, ale jak wytłumaczyć im, że jakimś cudem nie działa na mnie bariera?

Ledwo wypowiada te słowa, a drzwi do Skrzydła Szpitalnego zostają brutalnie otwarte i wpada przez nie Snape. Obrzuca wszystkich swoim nienawistnym spojrzeniem i rusza w naszym kierunku. Zerka na Remusa jak na kretyna i machnięciem różdżki pozbywa mnie odzieży do bokserek. Następnym zaklęciem oczyszcza mnie z krwi, po czym splata ramiona na piersi.

- I nie domyśliłeś się, Lupin, że przydałoby się go wyczyścić? – unosi brew, patrząc na Remi'ego pogardliwie.

- Po prostu... – stara się bronić.

Oni sami tego nie zauważają, ale ja, który nie uczestniczy w jakikolwiek sposób w rozmowie, już tak. Snape nie rozmawia, Snape prowokuje i stara się zranić jak najbardziej. Nie słucha wyjaśnień, nie dyskutuje. A jednak rozmawiając z Remusem, po raz pierwszy widzę, że traktuje go inaczej. Może to przez świadomość, że przebywanie z nim do niczego go nie zmusza? Nie musi wciąż uważać na każde swoje słowo, by czegoś nie zdradzić jak przy Dumbledor'ze czy wrednym gadzie. Nie musi też na siłę ani być wrednym ani miłym(to w ogóle możliwe?!). Remi nie jest kimś, kto zrazi się przez jedno głupie słowo. Jednak nadal ma uczucia i mam nadzieję, że Snape nie jest na tyle okrutny, by go ranić. Inaczej skopię mu dupę i to dosłownie. Co mnie to, że uczniom nie wolno podnosić ręki na nauczyciela?

- Severus'ie!

Leniwie odwracam głowę, by zobaczyć kto przerywa Snape'owi drażnienie się z Remusem. Już w następnej chwili muszę zbierać szczękę z podłogi, bo po raz pierwszy w życiu mam zaszczyt zobaczyć biegnącą McGonagall. Właściwie nie bardzo wiem czy być pełen podziwu, że udaje jej się nie upaść w tych swoich szpilkach czy śmiać się z jej przypalonych włosów. Snape na sam dźwięk jej głosu spina się i przybiera najbardziej zniechęcający wyraz twarzy na jaki go stać. Czyli bardzo zniechęcający. Ale wszyscy dobrze wiemy, że nawet to nie jest w stanie powstrzymać odważnej gryfonki. Dlatego niezrażona nauczycielka staje obok Mistrza Eliksirów i patrzy na niego jakby był samym Merlinem.

- O co chodzi, Minevro? – syczy przez zęby wyraźnie zły, że jego koleżanka nie odwróciła się na pięcie i nie zwiała gdzie pieprz rośnie.

- Severus'ie! Ty...

- Słyszałem za pierwszym razem – krzywi się, odsuwając się kawałek.

- Użyłeś zaklęcia!

Snape patrzy dobrą chwilę na nią całkowicie zbaraniały. Na Merlina, gdzie jest aparat, kiedy jest potrzebny?! Kalkuluje coś w myślach i otwiera usta, by coś powiedzieć, ale rezygnuje. Zaciska usta w kreskę i wpatruje w McGonagall jak w największą idiotkę na świecie.

- Cóż, Minevro, czy nie właśnie to różni nas od mugoli? „Używamy zaklęć!" – parodiuje ją i, na Gryffindor'a, naprawdę świetnie mu to wychodzi!

- Nie o to chodzi...

- W takim razie o co? – wyciąga różdżkę przed siebie i patrzy na kobietę nachalnie – Lumos! – mówi głośno i wyraźnie, a z końca różdżki wystrzeliwuje wiązka światła.

Opiekunka Gryffindor'u nadal patrzy na niego jak na jakiegoś boga, czym wprawia w Snape'a w oszołomienie. Na pewno spodziewał się, że oburzy się swoim zwyczajem i da mu długie kazanie, którego oczywiście i tak nie będzie słuchał. Odchrząka głośno, starając się wyrwać ją z tego dziwacznego transu. McGonagal otrząsa się i gwałtownie wyciąga przed siebie różdżkę. Również wymawia „Lumos!", ale nic się nie dzieje. Rzuca Nietoperzowi spojrzenie „A nie mówiłam?". Snape marszczy brwi.

- Chcesz mi powiedzieć, że nikt z tego pomieszczenia nie może używać magii?

- Możemy, ale... – nerwowo przygładza swojego nadpalonego koka.

Mistrz Eliksirów moment obserwuje ją jakby oczekiwał, że zaraz krzyknie coś w stylu „Żartuję no!". Nic takiego jednak się nie dzieje, co wprawia go w jeszcze większą konsternacje. W końcu robi kilka kroków w kierunku wyjścia i kieruje różdżkę na następnego pacjenta. Szybkie zaklęcie czyszczące później Neville siedzi bez krwi na sobie. Robi dziwną minę jakby nie był pewien czy powinien się bać, że Snape rzucił na niego zaklęcie czy spanikować, że było to zaklęcie czyszczące. McGonagall natychmiast występuje przed swojego kolegę i również próbuje, po czym pacnięciem gasi płomień na swoim rękawie. I pewnie trwałoby to o wiele dłużej, gdyby nie otwierające się drzwi i Dumbledore wchodzący do Skrzydła Szpitalnego.

~R~

Odwracam gwałtownie głowę w bok, odrywając niedowierzające spojrzenie od Severus'a i Minevry. Harry nagle spina się, a na jego twarz wpływa maska obojętności. Podążam za jego wzrokiem, chcąc wiedzieć, co sprawiło, że tak się zachowuje. Odpowiedź jest jasna jak jasnoróżowe gwiazdy na seledynowej szacie Albusa. Jego wzrok powoli przesuwa się wzdłuż łóżek, więc zanim dociera do nas zdążam przysunąć się do Harry'ego. Na Merlina, Harry używał zaklęć poza murami zamku! Czy to oznacza, że zostanie mu wytoczona kolejna rozprawa? Jeśli podadzą mu Veritaserum, ujawni, że jest oznaczony runami. To zaś oznacza, że zostanie ujawnione, że jesteśmy partnerami. W najlepszym wypadku Harry straci tylko trochę ze swojej popularności, ale w najgorszym... może zostać wydalony z Hogwart'u. Kroki Albusa są leniwe, wdzierają się w umysł i sieją spustoszenie. Niemal dziękuję Merlinowi, gdy w końcu dociera do łóżka Harry'ego. Jego wzrok najpierw spoczywa na mnie. Mój wilk jeży się, choć ja widzę w jego oczach jedynie sympatię.

- Remusie, czy mógłbyś zostawić nas na chwilę samych? – zerka na mnie znad swoich okularów.

Na końcu języka mam odmowę, ale zerkam jeszcze na Harry'ego. Niemal niedostrzegalnie kiwa głową, więc niechętnie cofam się aż do parapetu. Wystarczająca odległość, by uznać ją za bezpieczną, a jednocześnie pozostaję na tyle blisko, że usłyszę dokładnie każde słowo. Albus chwilę przygląda mi się uważnie. Wyrywa mi się ciche warknięcie, gdy zauważam delikatny ruch ręki. Zaklęcie prywatności, jak mniemam. Zaraz potem sapię zaskoczony. Z głośnym trzaskiem wokół Harry'ego uwidacznia się zielona bariera, a na jej powierzchni połyskuje rzucone przed chwilą zaklęcie, które znika z sykiem. Zieleń wyczuwając, że nic już nie grozi Harry'emu rusza do przodu, oplatając Albusa agresywnie. Dyrektor z początku nie reaguje jakby nic się nie działo. Dopiero po chwili zaczynam zauważać, że przebywanie w tym uścisku sprawia mu ból. Harry przygląda się mu zimno i czeka jeszcze moment nim cofa agresywną zieleń. Albus otrzepuje się jakby nigdy nic, ale na jego szacie zostały wypalone ślady po mackach.

- Nie ma potrzeby rzucać zaklęcia prywatności, dyrektorze.

- Ach, tak, chłopcze. Masz racje – kiwa głową poczciwie i siada na krześle przy łóżku – Czy wiesz dlaczego tu jestem, Harry?

- Dyrektorze – uśmiecha się lodowato, a wilk dopinguje go głośno – Nie ma potrzeby owijać w bawełnę. Czy przyszedł już list z Ministerstwa?

- Nie, mój chłopcze.

- Nie? – Harry mruga zaskoczony, a ja robię to samo – Może nie mają aktualnie wolnej sowy?

- Nie sądzę, Harry – Albus wydaje się być rozbawiony tą sugestią.

Harry w milczeniu przygląda się starcowi. Aż mnie skręca z ciekawości. Jaką minę ma Albus? Co wyrażają jego oczy? Co się tam dzieje?!, wyje mój wilk, kręcąc się niespokojnie. W końcu Harry porusza się niespokojnie.

- Żadnego listu? – upewnia się szeptem.

- Żadnego, mój chłopcze – po chwili ciszy Albus podnosi się z krzesła – Nie chcesz mi czegoś powiedzieć, Harry?

Do tej pory mój młody arystokrata był wręcz przyjaźnie nastawiony do dyrektora. W jednej chwili wszelkie przejawy sympatii znikają z jego twarzy, a spojrzenie nabiera ostrości. Postać Albusa jakby sflaczała, najwyraźniej zdaje sobie sprawę, że zniszczył to, co udało mu się osiągnąć. Po raz kolejny zerwał tą niewielką nić porozumienia, która narodziła się między nimi.

- Nie, dyrektorze – na te słowa mężczyzna tylko wzdycha ciężko.

- W takim razie wybacz, Harry, ale muszę wracać do swoich obowiązków.

Harry nie odpowiada, a w pożegnaniu kiwa tylko głową. Następnie wbija wzrok w swoją pościel, rozmyślając. Widząc go w takim stanie, aż serce mi krwawi. Jednak ja też muszę przemyśleć kilka spraw, teraz. Ledwo tydzień temu dowiedziałem się, że Harry, mój kochany Harry, jest moim partnerem. W dodatku kocha mnie. A przecież wiele magicznych stworzeń humanoidalnych jak wilkołaki czy wile nigdy nie poznaje swoich życiowych towarzyszy. Ile z nich nigdy nie będzie ze swoim partnerem w relacjach miłosnych? Może to kara za nasze zdolności-partner jest dla nas wszystkim, ale my dla niego... nikim. Nie czują dosłownie niczego. Żadnego przyciągania, żadnej chemii. A jednak Harry mnie kocha. Odwracam się gwałtownie w kierunku okna. Moje usta same wyginają się w idiotycznym uśmiechu. Lepiej żeby nikt nie widział jak się szczerzę jak głupi do sera.

Tamtego dnia wręcz wygoniłem Harry'ego. Musiałem wszystko przemyśleć, a praca była tylko wymówką. W sumie cały czas starałem się pracować i nie myśleć o konsekwencjach naszego związku, bo takie będą na pewno. Cały tydzień unikałem Harry'ego, a teraz... Teraz może nastać trudny dla nas czas, w którym oboje będziemy potrzebowali nawzajem swojego wsparcia, a ja głupi traciłem czas. Tyle przeszkód stoi nam na drodze, tyle niepewności. Jestem nauczycielem, a Harry uczniem. Sama świadomość, że postępuję wbrew zasadą jest... rozczarowująca. Nie żeby nauczanie było moją wymarzoną pracą, ale lubię to. Poza tym jeśli na wierzch wyjdzie nasz związek, umiejętności Harry'ego zostaną poddane wątpliwością. Może powinienem poprosić Albusa, by Harry zdawał sprawdziany u kogoś innego? Nie, nie. Albus nie może wiedzieć, nie może mieć niezbitych dowodów. A to przecież nie koniec problemów. Czy Harry zdaje sobie sprawę, że związek z wilkołakiem nie jest zabawą? Ma również swoje ciemne strony. Jak przebywanie blisko podczas pełni. O czym Harry oczywiście się nie dowie, a nawet jeśli, nie pozwolę, by mi towarzyszył. Wilk kładzie po sobie uszy i skomle. Nie chcemy zranić Harry'ego ani nie chcemy go stracić. I choć naprawdę mu ufam, nie jestem pewien czy po zobaczeniu mojej przemiany, nie zmieni zdania. Nie chcę nawet tego sprawdzać. Nie za cenę Harry'ego. Mimo wszystko nie pragnę niczego bardziej niż być przy nim. Odwracam się przodem do sali pewny swego. Natychmiast napotykam spojrzenie Harry'ego. W kilka kroków znajduję się przy jego łóżku i siadam na krześle. Najchętniej wziąłbym go w ramiona i nie wypuszczał już nigdy, ale ograniczam się do trzymania go za dłoń. Może i nie jest ranny, ale na pewno wykończony-magicznie i psychicznie.

- Powinieneś się przespać – przyglądam mu się z troską.

- Nie chcę – zaciska usta niczym obrażone dziecko – Nie będę tutaj spał.

Wyciągam rękę i głaskam go po roztrzepanych włosach. Posyłam mu czuły uśmiech i podnoszę się. W końcu ktoś musi namówić Poppy, żeby wypuściła Harry'ego. Pielęgniarka jakby czując, że myślę o niej, rzuca mi podejrzliwe spojrzenie. To będzie ciężka bitwa.

~R~

Jest dokładnie tak, jak myślałem. Poppy niczym lwica broni swoich racji i wiele czasu zajmuje mi przekonanie jej, że Harry przecież nie jest ranny, a ja będę miał na niego oko. W końcu jednak poddaje się i odpuszcza. Uśmiech zadowolenia nie opuszcza moich ust przez całą podróż ze Skrzydła Szpitalnego do moich kwater. Pani Pomfrei nie miała jeszcze okazji przekonać się, że jak chcę, potrafię być prawdziwym wrzodem na tyłku. W końcu James i Syriusz musieli się od kogoś tego nauczyć. Wewnętrznie chichoczę złowieszczo. Nagły dotyk na ramieniu zwraca moją uwagę. Harry uparł się, że może iść i teraz przysypia na moim barku. Kręcę głową, ale uśmiecham się czule. Szczeniak mruga szybko i unosi lekko głowę. Widząc mój wzrok, wydyma usta niczym dziecko.

- Wcale nie śpię!

- Oczywiście – kiwam głową poważnie.

Mimo tak żarliwego zapewnienia, układam jedną rękę na jego plecach, a drugą wkładam pod jego kolana i w następnej chwili trzymam go w ramionach. Harry prycha jak kociak, ale układa się wygodniej, zaciskając pięść na mojej koszuli. Po szybkim rozejrzeniu się cmokam go delikatnie w czoło. Jego usta wyginają się w sennym uśmiechu, a moje serce przyspiesza. Wygląda tak rozkosznie, ale wiem, co można jeszcze poprawić. O wiele lepiej będzie wyglądał w naszym łóżku, mój wilk kiwa łbem niczym znawca. Przez chwilę zastanawiam czy powinienem kazać mu się zamknąć, ale biorąc pod uwagę, że dobrze mówi, zostawiam go w spokoju. Łokciem naciskam klamkę do moich komnat, szepcząc motto, widniejące na gobelinie w Grimmauld Place 12. Nogą zamykam je za sobą i zatrzymuję się na środku salonu. Czy naprawdę mogę ot tak zanieść Harry'ego do swojego łóżka? To nie powinien być problem, prawda? W końcu jesteśmy parą. Walić to!, radzi mi wilk, Nieś go do łóżka! No i jak tu nie lubić tej kupy futra, gdy daje takie wspaniałe rady? Szybkim krokiem przemierzam salon i popycham drzwi do sypialni. Jeszcze chwilę waham się, stojąc w progu. Czy Harry nie uzna, że śmierdzę? Może to głupie, ale to oczywiste, że wilkołak ma inny zapach, niekoniecznie przyjemny dla ludzi. A łóżko jest miejscem, które ma najwięcej mojego zapachu na sobie. Który może być nieprzyjemny dla Harry'ego. Może powinienem położyć go na kanapie? Szczeniak cicho wzdycha przez sen. Pod wpływem impulsu po prostu wchodzę do środka. Tamtej nocy również był w moim łóżku i nie skarżył się, więc muszę przestać się zamartwiać. Harry mnie kocha. Nie mogę powstrzymać uśmiechu wpływającego mi na usta. Powoli podchodzę do posłania i ostrożnie układam na nim śpiącego chłopca. Młodego mężczyznę, który porusza się niespokojnie i przysuwa do mnie. Starając się go nie obudzić, układam się obok. Kilka minut leżę sztywno, nasłuchując jego bicia serca. Chęć bycia bliżej jest większa niż strach przed odrzuceniem. Dlatego delikatnie odwracam go w swoją stronę. Szczeniak nawet śpiąc, współpracuje i układa głowę na mojej piersi. Obejmuję go w pasie, układając dłoń na jego biodrze. Odwracam głowę w bok i zanurzam nos w jego włosach. Woń krwi zagłusza zapach Harry'ego, ale nadal mogę go doskonale wyczuć. Przymykam powieki, odprężając się. Staram się już nie myśleć o niczym – problemach związanych z naszym związkiem, tajemniczych runach czy zbliżającej się wielkimi krokami pełni. W tej chwili nic nie jest ważniejsze niż mój Harry śpiący w moich ramionach.