Bardzo Was proszę o komentarze~! Aż smutno mi jak tak patrzę na same reklamy na poczcie ;-;

~H~

Tej nocy w Hogwart'cie wiele osób nie spało spokojnie, niektóre wcale nie kładły się do łóżek, wiedząc, że nie uda im się zasnąć. Pewna szóstka uczniów śpi tej nocy wyjątkowo spokojnie, a ich snu nie przerywa żaden koszmar. Nie są z jednego domu, ale nie ma to znaczenia. Tego dnia połączyło ich coś wyjątkowego i doskonale zdają sobie z tego sprawę. Stali się częścią czegoś większego. Jednak ten, który poprowadził ich w sam środek piekła nie śpi spokojnie w ramionach swojego ukochanego. Wręcz przeciwnie, błądzi po zimnych korytarzach zamku. Staje przed drzwiami Skrzydła Szpitalnego i wpatruje się w nie dobrą chwilę. W końcu wyciąga dłoń, a wrota ustępują przed nim bezszelestnie. Jego kroki są miękkie, ledwo słyszalne nawet w porażającej ciszy. Nie rozgląda się, od razu rusza na sam koniec sali i zatrzymuje się przy ścianie. Układa na niej ostrożnie lewą dłoń. Przez moment nic się nie dzieje, gdy nagle całą ściana z cichym sykiem robi się zielono-przezroczysta. Młody czarodziej przechodzi przez nią bez trudu, a zieleń z powrotem staje się zwykłą ścianą. W niewielkim pomieszczeniu jest tylko jedno łóżko otoczone różnymi machinami, który wydają z siebie jedynie cichy szmer. Podchodzi do niego i siada na jego skraju. Dziewczyna leżąca na szpitalnym łóżku jest nieruchoma i prawie tak blada jak kartka papieru. Jednak on wie, że to są tylko pozory. Kładzie delikatnie lewą dłoń na jej czole zasłoniętym opatrunkiem. Życie pulsuje na jego nadgarstku, a zielone macki oplatają się wokół nieprzytomnej czarodziejki delikatnie. Zupełnie nagle w sali rozpętuje się piekło. Czerń pojawia się w niemal każdym zakątku sali, zaciskając się na drobnej dziewczynie brutalnie. Zieleń jednak nie pozwala jej na tak swobodne poruszanie się. Z sykiem atakuje ją, a czerń w popłochu ulatnia się. Reszta ciemności zwraca się w kierunku czarodzieja i płynie niespokojnie. Atakuje gwałtownie, przygniatając go swoją potęgą. Tak przynajmniej się zdaje. Tymczasem młodzieniec z łatwością rozpędza ciemne chmury, które umykają w panice i zostają rozwiane. Czarodziej jeszcze chwilę rozgląda się po sali w poszukiwaniu zagrożenia, ale nie znajduje go. Dlatego odwraca się w stronę dziewczyny. Nad jej głową unosi się niewielka szara chmurka, która co chwile zmienia kolor na czarny.

- Co on ci zrobił? – szepcze cicho ze smutkiem – Nie martw się, zaraz będzie po wszystkim.

Z tymi słowami wyciąga dłoń w kierunku chmurki, która porusza się niespokojnie na jego bliskość, ale nie stara się uciec. Dotyka jej delikatnie i wsuwa palce między teraz czarne już nitki. Czerń stara się odsunąć od jego dotyku, ale łapie ją szybko. W pierwszej chwili chce wyciągnąć ją brutalnie, ale przypomina sobie, że to zraniłoby dziewczynę. Wyciąga czerń ostrożnie, a gdy chmurka zamyka się już bez niej. Tym razem jest prawie cała biała z kilkoma przebłyskami szarości. Ciemność jakby wiedząc, że to jej koniec szarpie się w ostatnim zrywie. Kilka nitek wyrywa się śmiertelnemu uściskowi i ześlizguje się wzdłuż palców czarodzieja. Kręcą się niespokojnie nad lśniącym zielenią znakiem i w ucieczce przed dłonią łączą się z runą. Nagły ból oślepia młodzieńca, który łapie się za nadgarstek, sycząc. Przez chwile ma wrażenie, że cała ręka aż do barku pali go żywym ogniem. Zaciska zęby, stękając cicho. Podnosi się gwałtownie i zataczając się, rusza w kierunku ściany. Opiera się o nią plecami, oddychając z trudem. Tym razem ściana z głośnym trzaskiem staje się półprzezroczysta. Robi kilka kroków w tył, wychodząc z ukrytego pomieszczenia. Pozwala sobie na cichy okrzyk, po czym kontynuuje podróż. Oślepiony bólem nawet nie zamyka do końca drzwi Skrzydła Szpitalnego. Udaje mu się przejść kilka korytarzy, ale w końcu osuwa się po ścianie. Odciąga kolana pod brodę i zaciska palce na pulsującym nadgarstku.

- Nawet nie myśl, że pozwolę ci wygrać, gadzie – syczy cicho.

Znak jakby w odpowiedzi wywołuje kolejną falę kującego bólu, który rozchodzi się po całym ciele. Czarodziej odrzuca głowę w tył, a kropelki potu pojawiają się na jego czole. Jego oddech jest szybki i urywany. Zaciska zęby, nie chcąc jęczeć z bólu. Musi wrócić. Remus czeka na niego w pokoju. Musi wrócić do niego. Stękając, podnosi się i chwiejnie rusza przed siebie.

~S~

Severus Snape budzi się, czując kujący ból w przedramieniu. W ciągu sekundy w jego dłoni znajduje się różdżka. Na pierwszy rzut oka w swojej sypialni jest sam. Po kilku mniej i bardziej skomplikowanych zaklęciach okazuje się, że naprawdę jest sam. Jego oddech zwalnia i uspokaja się. Odrzuca kołdrę na bok i wstaje z posłania. Nie zawraca sobie głowy kapciami i boso rusza w kierunku swojego salonu. Ciężko opada na swój ulubiony fotel i unosi różdżkę. Już chwilę później wpatruje się w trzaskający ogień w kominku, trzymając w drugiej dłoni szklankę z bursztynowym płynem. Wypija ich trzy, po czym z trzaskiem odkłada naczynie na stolik. Pochyla się trochę do przodu i szarpnięciem unosi rękaw do góry. Mroczny znak wygląda dokładnie tak samo jak każdego innego dnia jego przeklętego życia. Jednak gdzieś w środku Severus wie, że coś się zmieniło. Dreszcz niepokoju przechodzi mu po plecach. Jest tylko jedna osoba na tym świecie, która ma możliwość modyfikowania mrocznego znaku. I jeżeli rzeczywiście postanowiła ona zmienić znamię, to na pewno nie oznacza nic dobrego. Syczy cicho zaskoczony nagłym ukłuciem bólu. Już w następnej chwili zaciska zęby, mimo że ból tylko się wzmaga. Ostrożnie dotyka znaku, badając jego fakturę. Wszystko wydaje się być w porządku, a ból już po chwili ustępuje i nie wraca. Severus dolewa sobie alkoholu i obserwuje jak obija się o ścianki szklanki. Jutro musi poinformować Albusa, że stało się coś dziwnego. Tylko... Czy powinien właśnie jemu powiedzieć jako pierwszemu? Albus był jego mentorem – kimś, kto zawsze go wysłucha. Ale teraz już nie jest sam, prawda? Bierze łyk napoju, który pali go przyjemnie w gardło. Potter... Z jednej strony nic przecież się nie zamieniło, a z drugiej... zmieniło się wszystko. Nawet już nie przypominał mu Potter'a Seniora. Zbyt dużo w nim krwi Black'ów – ich rys twarzy i długich włosów. Również oczy Lily nie pozostały takie same. Coraz częściej łapał się, że oczy Lily są jedynie namiastką tych należących do jej syna. Coraz częściej zdawał sobie sprawę, że Lily zaciera się w jego pamięci i być może... ma to już za sobą. A Potter... Kim właściwie dla niego był? Syn największego wroga i ukochanej? Nie, już nie – zbyt dużo w nim kogoś innego; kogoś, kogo Severus jeszcze nigdy nie widział. A jednak jest jego Dwunastym. Kimś, kto zawsze będzie stał po jego stronie. Kimś, kto nigdy go nie zdradzi. Kimś, kogo on sam nigdy nie wyda. Kimś, kto niczego nie oczekuje, ale wszystko przyjmie. Wzdycha ciężko, dopijając alkohol i podnosząc się z siedzenia. Nagle żałuje, że nie ubrał kapci – kamienie są wyjątkowo zimne. Odwraca się i szybkim krokiem wraca do sypialni. Zagrzebuje się pod wciąż ciepłą pościelą. Przymyka powieki i pozwala swoim myślą płynąć leniwie. Trzynasty ma prawo wiedzieć pierwszy. Albus... może poczekać.

~L~

Profesor Trelawney mamrocze cicho pod nosem niezadowolona. Nigdy nie przepadała za krukonami. Są zbyt aroganccy i cały czas się wymądrzają! Na jej zajęcia chodzi ich tylko kilku i Merlinowi za to dzięki! Jednak nawet te kilka osobników potrafi doprowadzać ją do szału. Dla przykładu ta blondynka! Lovegood! Jak ona działała jej na nerwy! Bez przerwy zwraca jej uwagę, a ona i tak błądzi gdzieś myślami! I jeszcze kłamie! „Przepraszam, pani profesor. Nargle w tej klasie są wyjątkowo żwawe." Też coś! Wzdycha sfrustrowana i jednym łykiem wypija szklaneczkę swojego ulubionego likieru karmelowego. Od razu lepiej! Od krukonów bardziej nie lubi tylko ślizgonów. O ile te mądrale wciąż mają jakieś granice, o tyle oślizgłe węże już nie! Nawet nie starają się udawać, że słuchają! A Malfoy...! Mogłaby go udusić gołymi rękoma i nie ma to nic wspólnego z jego pochodzeniem! Cały czas gada ze swoimi koleżkami i mizdrzy się z Parkinson! Opada ciężko na krzesło, a na jej twarz wypływa mały, złośliwy uśmieszek. Dlatego postanowiła ich ukarać, tak! Będzie mogła im pokazać kto tu rządzi! Podobno oboje poszli za panem Potter'em ratować pannę Granger, ale co ją to obchodzi? Jeśli się nie pojawią, urządzi im małe piekło. Histeryczny śmiech wyrywa jej się z gardła i kończy się kaszlem. Naprawdę nie powinna wierzyć tej staruszce, która zapewniała ją, że te cygara są najwyższej jakości! Ale cóż, jej wewnętrzne oko potwierdziło wersje staruchy, więc może coś w nich było? Odwraca się gwałtownie, słysząc odgłos kroków. Ciche pukanie i skrzypnięcie drzwi. Kilka platynowych kosmyków i niebiesko-szare oczy.

- Nocy pewnej zielonej wybrać nadszedł czas,

Piąty dokonał wyboru – przestać bać się chciał.

Nauki ojca nie poszły jednak w las,

rodziny porzucić odwagi nie posiadał.

Aż Trzynasty ruszył w bój,

krew swą przelać odwagę miał.

Piąty za nim szedł w rój

i ramie w ramie z Trzynastym stał – słowa echem odbijają się od ścian.

-Ach, nie, pani profesor – odpowiada na to wesoły głos – Ja jestem Szósta.

Nauczycielka patrzy na nią chwilę beznamiętnie, po czym zaczyna recytować wersy od nowa. Dziewczyna zaś nie przejmując się tym, siada za biurkiem i wyciąga magazyn Żongler. Wraz z ostatnim słowem drzwi otwierają się po raz kolejny, ale tym razem staje w nich chłopak. Malfoy rozgląda się po pomieszczeniu uważnie i unosi brew na widok tej dziwnej sceny. Kobieta patrzy na niego pusto, po czym potrząsa głową. Krzywi się brzydko i mruczy coś pod nosem. Profesor Trelawney naprawdę nie lubi krukonów i ślizgonów.

~R~

W pierwszej chwili nie jestem pewien, co właściwie mnie obudziło. Przesuwam się delikatnie, by nie obudzić również Harry'ego. Zaraz marszczę brwi i siadam gwałtownie. Oprócz mnie nie ma nikogo innego w łóżku. Dotykam pościeli i odkrywam, że jest zimna. Jak wiele czasu minęło, odkąd Szczeniak wyszedł? Na Merlina, widziałem, że kładzenie go we własnym łóżku nie jest dobrym pomysłem! Zrywam się z posłania, starając się przygładzić pogniecioną koszulę. Wpadam do salonu i z rozmachem otwieram drzwi na korytarz. Już mam rzucić się biegiem przez korytarz, gdy ktoś wpada w moje ramiona. Odruchowo przyciągam do siebie ciało, gdy uderza mnie w nozdrza zapach Harry'ego. Nie stój jak debil!, karci mnie wilk, dzięki czemu wybudzam się z odrętwienia. Ostrożnie chwytam go w ramiona i po zamknięciu drzwi, przenoszę z powrotem do sypialni. W uszach dudni mi jego przyspieszony puls i wiem, że coś jest bardzo nie tak. Układam go delikatnie na pościeli i odgarniam włosy z oczu. Zielone tęczówki są zaćmione bólem i łzami, które nie wydostają się na zewnątrz. Sam mam ochotę płakać, widząc go w takim stanie. Kładę się obok i przyciągam go do siebie. Harry drży i jęczy cicho. Gdzieś w środku wiem, że nie potrafię mu pomóc i mogę jedynie być przy nim. Co nie oznacza, że nas to cieszy, skomle wilk, Kto sprawia mu ból? Całuję go delikatnie w kark, starając się odciągnąć jego uwagę od bólu. Odwraca głowę w moją stronę, a moje usta lądują na jego bliźnie. Przechodzi mnie prąd. Ty skurwielu! Dobrze wiem, że w tej chwili moje oczy bardzo szybko robią się złote, ale nic na to nie poradzę. Ta gadzina próbuje zmodyfikować konstrukcję! Harry unosi wzrok i patrzy mi błagalnie w oczy. Uśmiecham się niezgrabnie i cmokam go w spocone czoło. Następnie zsuwam dłoń w dół, odsuwając jego koszulkę na bok i ukazując tym samym niewielką bliznę po moim ugryzieniu. Podpieram się na łokciu i przykładam do niej usta. Krzyżuję nasze spojrzenia, a kolejny jęk bólu motywuje mnie do działania. Wściekłość płynie mi w żyłach, a na języku czuję swój własny jad, którego jeszcze nigdy nie używałem. Nie ma prawa krzywdzić Harry'ego, warczy wilk i kłapie groźnie zębami, Pokażmy mu, gdzie jest jego miejsce! Gwałtownie wbijam kły w śliczną skórę Harry'ego, przez co piszczy cicho. Kopię się mentalnie, ale na szczęście jad szybko zaczyna krążyć w jego żyłach, neutralizując nieprzyjemne uczucie. Kilka kropel jego krwi ląduje na moim języku, który drętwieje. Szczeniak szarpie się, łapiąc się za lewy nadgarstek. Nie odrywając ust od naznaczenia, sięgam po jego dłoń i odwracam w swoją stronę. Życie mruga niespokojnie zielono-czarnym światłem. Mrugam szybko, bo nagle przed oczami pojawiają mi się mroczki. Zaraz jednak z większą zapalczywością zaczynam walczyć z ciemnością, która zanieczyszcza magię Harry'ego. Oddycham ciężko, rozwścieczony do granic możliwości. Jak ten gad śmie! Tak jakbym miał pozwolić na coś takiego! Po moim trupie! Słyszałeś, śmieciu?! Zostaw Szczeniaka w spokoju! Wręcz wyczuwam jak mrok zaczyna pękać pod moim naporem i desperacko stara się bronić. Szepcze błagalnie, ale ja jedynie uśmiecham się krwiożerczo. Nikt nie ma prawa krzywdzić Harry'ego. Ciemność zostaje rozszarpana na strzępy i wypływa z Życia. Błyskawicznie zaciskam na niej palce, a ona rozpływa się w powietrzu pokonana. Ostrożnie odsuwam się od rany i przesuwam po niej językiem przepraszająco. Krawędzie natychmiast łączą się i na ciemnej skórze Harry'ego zostaje jedynie różowa blizna. Unoszę wzrok na twarz Szczeniaka i aż serce mi się zaciska. Ma przymknięte powieki ze zmęczenia, a włosy wilgotne od potu. Jego serce bije szybko, ale powoli zaczyna się uspokajać. Jego usta wciąż są wykrzywione w grymasie bólu. Unoszę się na łokciu i całuję go, starając się zmazać z jego warg smak łez. Z trudem otwiera oczka i patrzy na mnie tą kochającą zielenią. Wracam na swoje miejsce i przyciskam go do piersi. Całuję go w czubek głowy, ale nic nie mówię. Słowa są zbędne i mówią zbyt mało. Harry szybko zasypia, ale nie ja. Ja czuwam nad jego snem jeszcze długo i nawet gdy usypiam, jest to tylko drzemanie. Wilk również jest czujny i razem pilnujemy, by już nic dzisiaj Harry'ego nie niepokoiło.

~H~

Obrazy z wczoraj mam wciąż przed oczami, nieważne czy śpię czy nie. Wiem, że są upiorne, ale wolałbym wiedzieć, co się działo dokładnie. Zamiast tego pamiętam zieleń. Wzdycham cicho i przekręcam głowę, by spojrzeć na Remusa. Ma lekkie kręgi pod oczami, ale i tak budzi się natychmiast, gdy zaczynam się ruszać. Jego bursztynowo-złote oczy są czujne i błyskawicznie omiatają całe pomieszczenie w poszukiwaniu zagrożenia. Przez chwilę czuję się winny, że przeze mnie nie miał szans się wyspać, ale zaraz mi przechodzi. Uśmiecham się do niego z wdzięcznością, a on odpowiada mi swoim czułym uśmiechem. Unoszę dłoń i kładę mu ją ostrożnie na policzku. Palcem zmazuję z niego kropelkę krwi. Remi śledzi wzrokiem moje ruchy, a gdy zauważa czerwień na mojej dłoni, jego spojrzenie robi się odległe.

-Kocham cię – szepczę, układając głowę na jego piersi.

Jego serce przyspiesza, a moje usta same wyginają się w uśmiechu. Jego duża dłoń wsuwa się w moje włosy i głaska mnie. Mruczę cicho, przeciągając się jak kot. Drugim ramieniem obejmuje mnie w pasie i z łatwością kładzie na swoim torsie. Układam brodę na swoich dłoniach i patrzę mu w oczy. Nie na długo, bo zamiast tego skupiam się na jego ustach, które poruszają się. Moje oczy rozszerzają się w szoku.

-Ja ciebie też kocham, Harry – mówi, po czym całuje mnie delikatnie.

Głupawy uśmieszek pojawia się na mojej twarzy i muszę wyglądać jak Dumbledore z błyszczącymi oczyma. Remi również się uśmiecha jakby sprawiało mu radość samo wyznawanie tego. Przesuwam się do przodu i łączę nasze usta w delikatnym pocałunku. Nie staram się dostać do środka, bo nie o to chodzi. Nie teraz. Oblizuję wargi i patrzę znowu mu w oczy. W połowie złote oczy. Nie żeby mi to przeszkadzało, wręcz przeciwnie – kocham Remusa takiego jakim jest, a jest wilkołakiem. Jednak cóż... Innych może to niepokoić.

- Co z twoimi oczami? – pytam w końcu zaciekawiony.

- Ach – zakłopotanie pojawia się na jego twarzy – Powiedzmy, że ja i Lunatyk... zawarliśmy pokój.

- Lunatyk? Twój wilk?

- Tak, wiesz, wczoraj... Mogłem cię stracić. Nie wiem w jaki sposób, ale czułem to. Po prostu... Zauważyłem, że ja i Lunatyk mamy ten sam cel-chronić ciebie.

- Oczywiście, że macie ze sobą wiele wspólnego – przesuwam palcami po jego policzku, a on mruży oczy z przyjemności – On jest tobą, a ty jesteś nim.

- Wiem, ale... Nigdy nikomu nie mówiłem, ale mogę z nim rozmawiać.

- Pewnie, ja też rozmawiam sam ze sobą w myślach.

- Naprawdę? – unosi brwi zaskoczony.

- Tak. Więcej, mam swojego mentalnego Snape'a – chichoczę cicho, a jego usta również wyginają się w uśmiechu – Po prostu nie martw się tym, okay? Kocham cię.

- A ja ciebie.

Nie wiem ile leżymy w swoich ramionach, ale jest mi tak dobrze, że to nie ma znaczenia. I zapewne leżelibyśmy tak dalej, ale rozlega się odgłos pukania. Rzucam Remusowi zaskoczone spojrzenie, ale on również jest zdziwiony. Wzdycham ciężko, ale podnoszę się z przyjemnie ciepłego torsu Remi'ego i ruszam w kierunku salonu. W ostatniej chwili zdaję sobie sprawę, że to może wyglądać bardzo źle. Znaczy uczeń nocujący u nauczyciela? Bardzo, bardzo źle. Zerkam przez ramię i patrzę na Remusa znacząco. Wywraca oczami, ale podchodzi do drzwi i otwiera je. Staram się zobaczyć kto stoi po drugiej stronie, ale Remi wszystko mi zasłania. Nie muszę się długo gimnastykować, bo zaraz mój wilk odsuwa się i wpuszcza gościa do środka. Prawie wylatują mi oczy na widok Snape'a w jeansach i ciemnej koszuli. Jestem zmuszony przetrzeć oczy i uszczypnąć się, by uwierzyć, że to rzeczywistość. Nietoperz zaś rzuca mi drwiące spojrzenie, ale nic nie mówi. Zamiast tego kieruje się do kanapy, na której wygodnie się rozkłada. Zerkam na Remusa, mając ochotę spytać „Ty też to widzisz?!", ale on jest równie zaskoczony co ja. Snape zerka na nas ze znudzeniem.

- Zróbcie zdjęcie, będzie na dłużej – radzi w końcu, unosząc brew nonszalancko.

Remi pierwszy otrząsa się z szoku. Łapie mnie na nadgarstek i ciągnie za sobą aż do sofy, na której siada. Jestem tak zszokowany, że nawet nie protestuję, gdy sadza mnie sobie na kolana. Snape zerka na nas znacząco, ale nic nie mówi. Na Godryk'a, powiedz coś! Rzuć jakiś wredny komentarz! Kim jesteś i co zrobiłeś ze Snape'm?!

- Przejdźmy do rzeczy, bo Potter nie wytrzyma długo ze mną ubranym w ten sposób – na gacie Merlina, czy to był żart?! Od kiedy Snape rzuca żarty?!

- W takim razie, co cię do nas sprowadza, Severus'ie?

Natychmiast poważnieje i przechyla się trochę do przodu. Uważnie przygląda się nam, po czym podciąga rękaw koszuli, ukazując mroczny znak w pełnej krasie. Jest taki jak zapamiętałem – czarny i obrzydliwy. Pulsuje jego magią, która przyprawia mnie o mdłości. Marszczę brwi, skupiając się na falowaniu magii. Coś się zmieniło i czuję to wyraźnie, choć nie potrafię wyjaśnić co. Snape obserwuje mnie badawczo.

- Mroczny znak został zmodyfikowany.

- Zmodyfikowany? – powtarza Remi powoli – Harry, czy to może...?

Krzyżuję z nim spojrzenie. To, co działo się wczoraj z Życiem było dziwne i nie potrafię wyjaśnić, co właściwie się stało. Voldemort próbował przejąć władzę nade mną, a przynajmniej resztki jego mocy. Choć dla mnie to wyglądało jak wspomnienia pomieszane z rzeczywistością i dużą dawką bólu. Miałem wrażenie, że w moich żyłach płynie lawa i wypala mnie od środka. Na szczęście jad Remusa ochłodził mnie i zniwelował działanie magii Voldemort'a. W pewien sposób Życie nawiązało... połączenie, tylko z czym? Mrocznym znakiem? Jeśli tak właśnie jest, otwierają się przede mną nowe możliwości. Ale jednocześnie jestem bardziej narażony. Co ja gadam? Jestem jak świniak wystawiony na tacy. Ale to może być szansa na pokonanie gada.

- Możliwe, że zyskałem pewną... władzę nad mrocznym znakiem – oczy Snape'a rozszerzają się na tą wiadomość – To możliwe, nie mówię, że tak jest.

- Spróbuj – mówi nagle stanowczo.

Rzucam mu niepewne spojrzenie, ale jego oczy są pewne i pełne ukrytej nadziei. Potrafię go zrozumieć. Tyle lat uwięziony i związany mrocznym znakiem, napiętnowany. Nie da się go pozbyć ani złagodzić bólu. A teraz nagle pojawia się światełko w tunelu. Po tylu latach. Właśnie dlatego wstaję i podchodzę do niego. Dlatego wyciągam dłoń i zbliżam ją do jego przedramienia. Dlatego zaciskam palce na jego skórze. Przechodzi mnie prąd, ale nie przestaję wpatrywać się w ten ohydny znak. Marszczę brwi i przyglądam mu się uważniej. Bardzo powoli jego krawędzie tracą swój kolor, który nabiera zielonej barwy. Powoli zieleń zsuwa się niżej, zatapia znak w sobie, aż cały nie lśni zielenią. Snape patrzy na niego zachłannie jak na największy skarb. Moje palce mrowią od magii, a Życie pulsuje delikatnie. Dłoń mi drętwieje i jestem zmuszony puścić jego przedramię. Jak za dotknięciem różdżki cała zieleń znika zastąpiona głęboką czernią. I choć wygląda to brutalnie, to ja wyczuwam, że zieleń gdzieś tam jest. Czai się i czeka na wezwanie. Snape powoli wypuszcza powietrze. Nie potrafi ukryć rozczarowania, więc bez myślenia kładę mu dłoń na ramieniu.

- Ona wciąż tam jest – mówię po prostu.

Wracam na swoje miejsce na kolanach Remusa, czując na sobie dwa spojrzenia. Remi natychmiast obejmuje mnie ramionami i przyciska do siebie. Poruszam się niespokojnie, czując, że coś jest nie tak. Ale to sprawa między nami i angażowanie w to Snape'a byłoby niewłaściwe, więc nie poruszam tego tematu. Przez kilka długich sekund Mistrz Eliksirów siedzi nieruchomo i tylko na mnie patrzy. Gwałtownie zrywa się z siedzenia i rzuca coś szybko, brzmiącego ja „Mam coś do zrobienia", ale kto go tam wie. Dopiero gdy drzwi zamykają się za nim, obracam się w drugą stronę, siadając na nim okrakiem. Widząc jego obrażoną minę, aż jęczę mentalnie sam nie wiem czy z zachwytu czy wyczuwając kłopoty i kolejną pogadankę wychowawczą. Staram się myśleć pozytywnie. Najpierw porozumienie z Lunatykiem, a teraz okazywanie uczuć? Dzięki wszystkim czterem Założycielom i Merlinowi!

- O co chodzi? – pytam, kładąc mu dłoń na policzku, by patrzył mi w oczy.

- Nic – burczy cicho i aż unoszę brwi zaskoczony.

- Fochasz się? – pytam z niedowierzaniem.

- Wcale nie – prycha, krzywiąc się – Po prostu... Severus patrzył na ciebie tak... tak jak ja!

- Remi – całuję go czule w usta, ale odwraca głowę wciąż nafochany – Potrafisz sobie to wyobrazić, prawda? Ktoś nagle znajduję lek na lykantropię. Oczywiście, że patrzy tak na mnie. Jestem jego nadzieją.

- Ale ja nie chcę – przyciska mnie do siebie ciaśniej, marudząc uroczo – Tylko moją nadzieją możesz być!

Całuję go jeszcze raz, ale tym razem nie przerywa mi, a oddaje pocałunek. Mam wrażenie, że zaraz będę rzygał tęczą. I srał cukierkami. Jeśli nie przestanie, popłaczę się z nadmiaru słodkości. Gdzie, do cholery, ukrywałeś tą swoją stronę? Odrywam się od niego z głupim uśmieszkiem przyklejonym do twarzy.

- To będzie trochę trudne, wiesz? W końcu jestem Wybrańcem – posyłam mu zadziorny uśmieszek, na który reaguje niezadowolonym warknięciem – Nadzieją jestem raczej większości czarodziejskiego świata, ale tylko twoim partnerem – szepczę mu w usta i całuję go po raz kolejny.

Liże moją dolną wargę agresywnie, po czym przygryza ją, chcąc dostać się do środka. Jakimś cudem udaje mi się powstrzymać głośny jęk i choć kręci mi się w głowie, odsuwam się ponownie. Mruczy coś pod nosem niezrozumiale.

- Nie myśl, że komukolwiek pozwolę ci mi zabrać – szepcze mi do ucha, po czym przygryza je – Nigdy nie pozwolę ci odejść.

- I bardzo mnie to cieszy.

Czuję jak uśmiecha się tuż przy mojej skórze. Odchyla głowę w tył i znów mnie całuje. Splata nasze języki i drażni moje podniebienie. Jęczę głośno i już wędruję dłońmi w dół, by wsunąć je pod jego koszulę, gdy rozlega się pukanie do drzwi. Remi wzdycha sfrustrowany, ale nie przestaje mnie całować namiętnie. Gdy dźwięk się powtarza, odsuwam go od siebie, używając siły. Fuka niezadowolony, a jego bursztynowo-złote oczy sprawiają, że mam ochotę pocałować go ponownie. Zsuwam się z jego kolan i wstaję z kanapy. Rzucam mu znaczące spojrzenie i chowam się za rogiem sypialni. A było tak miło.