Ponawiam prośbę o komentarze~! ;-;
~H~
Remus nawet nie ukrywa, że najchętniej nie widziałby się z nikim i z wyjątkowo niechętną miną staje przed drzwiami. Obserwuję go zza futryny. Nagle marszczy brwi i rzuca mi zagadkowe spojrzenie. Z powagą otwiera drzwi i patrzy na swojego gościa. Następnie jego spojrzenie wędruje do mnie. Na moment serce przestaje mi bić. Jego oczy pełne są smutku i współczucia. Nawet nie wiem kiedy dokładnie zaczynam iść w jego stronę. Wolno, bo moje stopy są zadziwiająco ciężkie. Łapię krawędź drzwi i ostatni raz krzyżuję nasze spojrzenia, po czym popycham wrota. W głowie mam pełno czarnych scenariuszy. Czy to Dumbledore? Czy odkrył już choć część układanki? A może to tylko Snape? Zapomniał czegoś albo wrócił wygłosić kilka sarkastycznych uwag? W progu nie stoi żaden z nich, a mimo to wiem, że wolałbym zobaczyć któregoś z nich. Naprzeciwko mnie stoi Ron. Jest blady, a jego czekoladowe oczy pełne bezgranicznej rozpaczy. Dobrych kilka sekund obserwujemy siebie nawzajem w milczeniu. Wiem, dlaczego tu jest. I wiem, że za kilka minut będę musiał pożegnać się z kawałkiem mojego życia. Porusza ustami jakby chciał mi coś powiedzieć, ale orientuje się, że z jego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk, więc odwraca wzrok. Bez słowa wychodzę na korytarz i podążam za nim bezmyślnie. Remi podąża za nami, słyszę go wyraźnie. Plecy Rona, widok tak mi znajomy, nagle wydają się być obce. Garbi się, a jego ramiona są ściągnięte jakby udawał, że nie istnieje. Prowadzi mnie dokładnie tak samo jak każdego ranka w tygodniu. Wychodząc zza rogu, już słyszę nerwowe szepty. Przed Skrzydłem Szpitalnym stoi grupka złożona z nauczycieli i uczniów. McGonagall patrzy na mnie jak na ostatnią deskę ratunku, jej oczy są delikatnie zaczerwienione. Omijam ją wzrokiem. Nie rozumie sytuacji, nie wie o co tak naprawdę chodzi. Pod ścianą skryci w połowie w cieniu stoi kilka osób, których widok dodaje mi sił. Malfoy z maską obojętności, obok Zabini z czymś dziwnym w oczach. Z przodu Alex wyglądający jak przestraszony szczeniak. Trochę w tyle Luna i Neville oparci o ścianę, którzy ze spokojem obserwują całe to zbiegowisko. Moment po prostu patrzę na nich, czerpiąc siłę z samej ich obecności. Odwracam się i napotykam smutne bursztynowo-złote oczy. Staram się uśmiechnąć, ale nie wychodzi mi to, więc rezygnuję. Podchodzę do McGonagall w towarzystwie Dumbledore'a i Snape'a.
- Panie Potter, panna Granger chce z panem porozmawiać – mówi nauczycielka grobowym tonem.
- Nie chce widzieć nikogo innego – prycha Nietoperz oburzony takim zachowaniem.
Dumbledore tylko obserwuje mnie neutralnie. Wygląda na starszego niż zazwyczaj i wiem, że tym razem nie jest to żadna jego manipulacja. Jego oczy są smutne i pełne winy.
- To naprawdę koniec, prawda, mój chłopcze? – uśmiecha się bez wesołości, kiwam głową w odpowiedzi – Przepraszam, Harry.
- To musiało się stać – odpowiadam po prostu.
Następnie obracam się na pięcie i ruszam w kierunku Rona opierającego się o ścianę tuż przy drzwiach. Unosi głowę, gdy do niego podchodzę. Mimo wszystkich gorzkich słów na temat Hermiony, wygląda na smutnego. Rozumiem to. Była nieodłączną częścią naszego życia przez tyle lat. Mądra i nieustraszona Hermiona. Nie mówimy nic, patrzymy na siebie w milczeniu. W końcu Ron kiwa głową w bok. Staję naprzeciwko drzwi i kładę na nich dłoń. Magia przytrzymująca je ustępuje i wpuszcza mnie do środka. Sala wygląda na opuszczoną, ale to nie tego pomieszczenia szukam. Zupełnie jak w nocy przechodzę na koniec pokoju i kładę lewą dłoń na ścianie. Natychmiast z sykiem robi się półprzezroczysta, a ja z łatwością przez nią przechodzę. W sali jest tylko jedno łóżko i nie daję rady patrzyć na nic innego. Hermiona jest blada i patrzy w okno. Dopiero po chwili odwraca głowę i wbija we mnie beznamiętne spojrzenie. Podchodzę do posłania i siadam na ustawionym obok krześle. Odwzajemniam jej spojrzenie.
- Usunąłeś mi wspomnienia.
- Tak – jej brązowe oczy choć trochę odzyskują swój dawny blask i wiem, że doskonale sobie poradziłem.
- Dlaczego? – pyta ze złością, zaciskając pięści na pościeli – Wolałabym pamiętać! Wiedziałabym za co mam się mścić!
- To nieprawda. Wiesz – pochylam się w jej stronę trochę, uśmiechając się niewesoło – Czasami chciałbym, by mi również ktoś je usunął – pukam się w skroń, a jej oczy rozszerzają się – Ale wtedy, w szpitalu, nikt o tym nie pomyślał. To nie są wspomnienia, które pchają cię na przód – wstaję gwałtownie i podchodzę do okna, nie mogąc siedzieć bezczynnie.
- Nie przesadzasz, Harry? – pyta drżącym głosem; odwracam się i unoszę brwi drwiąco – To nie mogło być aż takie złe...
- Ale było – przerywam jej ostro – Widziałaś zapewne kilka tych tandetnych mugolskich horrorów, prawda? Tak absurdalne, że aż śmieszne. Cóż, to moje życie, czułem to wszystko, więc nie mogę się śmiać.
- Ty dałeś radę.
- Tak, ale nie tylko dlatego, że jestem silniejszy – przez moment wygląda na złą za tak jawne wytknięcie jej słabości – Ja już wcześniej byłem złamany. Upadek z samego szczytu boli bardziej.
- O czym ty mówisz, Harry? Jakiego szczytu?
- Normalności – wzruszam ramionami – Ciemność płynęła w twoich żyłach, zanieczyszczała magię, mieszała w mózgu. Umarłabyś od niej – wzdryga się jakbym ją uderzył – Pozbyłem się jej, więc możesz spać spokojnie.
- Była ściśle związana ze wspomnieniami, prawda?
- Tak, ale nawet gdyby było inaczej, usunąłbym ci wspomnienia. Złamały by cię.
- Nie możesz tego wiedzieć!
- Ale wiem! Co chcesz usłyszeć?! Że tak było wygodniej?! Ani trochę! Ty głupia idiotko, myślisz, że mogłabyś żyć z tym, co on ci zrobił?! – pod wpływem wściekłości zrywam z siebie koszulę i odwracam się do niej tyłem – Nic nie widzisz, prawda? – pozwalam mojej zasłonie spłynąć na krótką chwilę – A teraz? Jak myślisz, co mogło zrobić takie rany, hm?
Za sobą słyszę tylko zduszony szloch. Wzdycham ciężko, spuszczając głowę. Liczę w myślach do dziesięciu, by się uspokoić. Magia wraca na swoje miejsce, tak samo jak koszula. Odwracam się w jej stronę i patrzę na nią beznamiętnie. Jej duże oczy są wypełnione wszystkimi czarnymi wizjami, które pojawiły się w jej umyśle, ale nie rusza mnie to. Ona może sobie to tylko wyobrażać i wciąż jest ograniczona swoją fantazją, a ja tam byłem. Widziałem i czułem. To ja mam na sobie blizny nie ona.
- Co...?
- Nie mówmy o tym – przerywam jej ostro, ale wpatruje się we mnie tak przerażona, że ulegam – Rozciął mnie nożem.
- Czy mnie...?
- Nie, ciebie nie. W porównaniu z tym, co ja przeżyłem ty dostałaś tylko kilka batów. Większość blizn wyleczyła pani Pomfrei, a mi udało się pozbyć kilku wyjątkowo paskudnych, ale nie wszystkich.
- A twoje...?
- Przestań ryczeć, bo nie masz powodu – natychmiast ociera łzy, ale jej usta nadal drżą; uśmiecham się upiornie – Wiele swoich własnych również wyleczyłem i zniknęły. To, co widziałaś to zaledwie ich część.
Wbija tępy wzrok w swoje drżące dłonie. Wzdycham i wracam na swoje krzesło. Patrzy na mnie przepraszająco, a mi niedobrze się robi od tego. Nie ma mnie za co przepraszać. Nie zdarzyło się to przez nią, a z tego co wiem wszyscy starali się mnie odnaleźć równie mocno. Chwytam ją za rękę, chcąc dodać jej otuchy.
- Ale to nie o tym chciałaś porozmawiać, prawda?
- Tak – kiwa głową i dobrą chwilę szuka odpowiednich słów – Myślę, że on ma jakieś ważne informacje o tobie.
- Informacje?
- Cóż, nie pamiętam zbyt dużo, są to w większości strzępki słów, ale jestem pewna, że mówił o przepowiedni. Nie o tej, która was łączy – unosi wzrok i krzyżuje go z moim – Nazwał mnie Dwunastą.
- Dwunastą?
- Tak, ale to nie ja. Mówił o brązowych włosach i Gryffindor'ze. Naprawdę zaczęłam mu wierzyć, ale wtedy powiedział o miotle. Że latam.
- Co to była za przepowiednia? Przytaczał ją? – pytam rozgorączkowany.
- Wydaję mi się, że nie została ona wygłoszona w formie słownej – kręci głową zamyślona – To brzmi bardziej jakby została narysowana albo ukazała się we śnie.
- Dwunasta lata na miotle – powtarzam szeptem, starając się zapamiętać ten skrawek informacji.
- J-jest coś jeszcze – głos jej się łamie i wiem, że w końcu przechodzimy do rzeczy.
- Wiem – jej usta układają się w ciche „Przepraszam" – Nie przepraszaj, masz do tego prawo.
- I tak przepraszam. Wiele dla mnie zrobiliście razem z Ronem.
- Dokładnie tyle samo ile ty zrobiłaś dla nas – jej oczy zachodzą mgłą i wiem, że jej również przypominają się wszystkie nasze przygody – Kiedy wyjeżdżasz?
- Jeszcze dzisiaj. Do Beauxbatons.
- Rozumiem.
- Przepraszam – powtarza jeszcze raz.
Wstaję z krzesła i podchodzę ponownie do ściany. Układam na niej dłoń i zerkam na nią przez ramię. Uśmiecham się do niej, zawierając w tym wszystko to, co razem przeżyliśmy. Ona również się uśmiecha.
- Powodzenia – mówię i przechodzę przez ścianę.
Cofam się, a zieleń znika. Przymykam powieki, czując się nagle pusty w środku. Właśnie nieodwracalnie straciłem jeden z elementów, które ukształtowały mnie. Pozwoliłem jej odejść, bo wiem, że właśnie tego pragnie. Biorę kilka uspokajających oddechów i ruszam przez salę. Z rozmachem otwieram drzwi i omiatam wzrokiem wszystkich czekających na zewnątrz. Ron gwałtownie wstaje z podłogi i podbiega do mnie truchtem. Kładzie mi dłoń na ramieniu i patrzy w oczy zaniepokojony.
- Co z nią?
- Wyjeżdża do Beauxbatons.
Na te słowa Ron kiwa tylko głową ze smutnym uśmiechem. Dla nas obu jest to lepsza opcja niż gdyby miała zostać w Hogwart'cie. Widywanie jej codziennie i świadomość, że to, co było między nami jest już skończone łamałaby nam serca. Za to w innej szkole ma szanse na zdobycie przyjaciół i bycie lubianą taką, jaka jest, a nie za to, że trzyma się z Chłopcem, Który Przeżył. Tak będzie lepiej, dla wszystkich.
~A~
Zerkam nieufnie na siedzącego dokładnie naprzeciwko mnie na skórzanym fotelu profesora Snape'a. Widząc moje spojrzenie, unosi brew w niemym pytaniu. Porusza trzymaną szklanką, a bursztynowy płyn chlupocze cicho. Odwracam wzrok i po raz kolejny rozglądam się po pomieszczeniu. Salon utrzymany jest w zielonych, brązowych i czarnych kolorach. Jest ciemny i choć na początku wydaje się być zimny i obcy, to sprawia również wrażenie przytulnego. Moje myśli po raz kolejny rozpraszają się i skupiam się na dzisiejszym poranku.
Granger była przyjaciółką Harry'ego, przez wiele lat stała przy jego boku i stanowiła nieodłączną część jego. Dzisiaj się to zmieniło, co jest wielkim ciosem zarówno dla Trzynastego jak i Rona. Ciężko mi to zrozumieć – w końcu ja sam znam jedynie samotność, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, co muszą czuć. Inną sprawą jest to, co ja czuję. Harry dał mi to, o czym od zawsze marzyłem – rodzinę. Zaakceptował mnie takiego, jakim jestem, nie patrząc na moje pochodzenie. A wtedy, gdy mogłem tylko patrzeć na jego plecy znikające za drzwiami Skrzydła Szpitalnego, czułem jakbym go tracił. Po wyjściu odszedł gdzieś razem z Ronem i nawet profesor Lupin postanowił zostawić ich samych. A ja... No cóż, ja rozpaczałem zagrzebany wśród książek. Przynajmniej dopóki nie przyszedł profesor Snape i zaciągnął mnie do swoich komnat. Rzucił kilka sarkastycznych uwag, a ja jak cielak polazłem za nim. Nie jestem w najlepszej formie, więc chyba mogę to uznać za wytłumaczenie.
- Dlaczego tu jestem, profesorze? – pytam w końcu znudzony.
- A dlaczego nie? – unosi brew nonszalancko – I tak nic nie robiłeś z tego, co wiem.
- Czytałem książkę, sir.
- Ha! Czytałeś książkę! Chyba raczej starałeś się nie popłakać! – uśmiecha się drwiąco i upija łyk alkoholu – Nie powinieneś być z przyjaciółmi, Lestrange?
- Gdybym ich miał, to pewnie tak.
- A co z Potter'em? – zerka na mnie znacząco, a ja odwracam wzrok – On nie jest twoim przyjacielem?
- Harry... – zaciskam usta zażenowany – Jest. Tylko...
- Siedzi i opłakuje stratę Granger?
- Tak, właśnie tak – przyznaję zmęczony ukrywaniem swojego smutku.
- A ty, Lestrange, oczywiści rozpaczasz z tego powodu. Dlaczego? – nie odpowiadam mu – Powiedzieć ci? Jesteś zazdrosny, że Potter skupia się na Granger. Chcesz, by poświęcał ci więcej czasu – na jego usta wypływa wredny uśmiech – A może jesteś w nim sekretnie zakochany, co, Lestrange?
Rzucam mu znudzone spojrzenie, na widok którego kiwa głową z uznaniem i dopija alkohol. Zbyt wiele słyszałem w swoim życiu złośliwych uwag, bym się nimi przejmował. W szczególności, gdy wygłasza je ktoś, kto nie ma dla mnie znaczenia. Co innego, gdyby to był Harry czy Ron. Na szczęście żaden z nich nie zrobiłby mi tego. Akurat tego jestem pewien jak niczego innego. W końcu nie bez przyczyny zarówno ja jak i oni należą do Trzynastu. Jednak gorzkie uczucie wciąż pozostaje i nie mam pojęcia jak się go pozbyć.
- To absurdalne, profesorze Snape. A sugerowanie, że pożądam Harry'ego w ten sposób oznacza, że dobrze pan wie, że on już jest w związku. Czyż nie, profesorze, Snape? – unoszę brew znacząco.
- Nie myślisz się, Lestrange. Jestem świadom, że pan Potter lubi... wilki – rzucam mu mroczne spojrzenie; jeszcze nie próbowałem zastraszać nauczyciela, ale zawsze może być ten pierwszy raz – Ach, nie patrz tak na mnie. Nie zamierzam ich wydać.
- Czyżby bał się pan wilków? – uśmiecham się flegmatycznie.
- Nie z tego powodu nie planuję ujawniać tego związku.
- W takim razie dlaczego?
- Z tej samej przyczyny dlaczego jesteś tutaj zamiast siedzieć nad książką i wypłakiwać sobie oczy – posyła mi zarozumiały uśmieszek – Jestem ciekaw czy pan, panie Lestange, jest w stanie go odkryć.
- Zapewne tak, ale nie mam ochoty tego robić – podnoszę się z kanapy i patrzę na niego z góry – Wolę „wypłakiwać sobie oczy" nad książką.
- Siadaj, Lestrange! – z ciężkim westchnięciem wypełniam rozkaz – Zostajesz tu.
- Dlaczego miałbym, profesorze? – kpię sobie, a jego reakcja jest natychmiastowa.
Fascynujące. Profesor Snape nie jest osobą, która jest miła dla kogokolwiek. A mimo to okazuje mi sympatię. Dlaczego? Dlaczego woli żeby przebywał w jego prywatnych komnatach niż w bibliotece? Jego spojrzenie nabiera ostrości, a mięśnie spinają się. Wygląda jak gotowa do ataku puma i na ten widok dziwny dreszcz przechodzi mi przez plecy.
- Słuchaj, bachorze – sięga po butelkę i dolewa sobie alkoholu, który wypija jednym łykiem – To, że masz wyższy numer niż ja nie oznacza, że będę tolerował twoje szczeniackie zachowanie.
- „Wyższy numer"? – mrugam zaskoczony i nagle wszystkie części układanki wskakują na odpowiednie miejsce – Jesteś jednym z Dwunastu.
- Zaskoczony? – uśmiecha się krzywo i wbija wzrok w trzaskający w kominku ogień jakby nie oczekiwał odpowiedzi.
- Właściwie to nie tak bardzo – odpowiadam mimo to, zaskarbiając sobie tym samym jego uwagę – Mogłem się domyślić, że będzie pan jednym z nas.
- „Jednym z nas"? – unosi brew drwiąco – Kim takim, Lestrange?
- Członkiem naszej rodziny.
Profesor układa się wygodnie w fotelu i spogląda na mnie tajemniczo. Jego czarne oczy wydają się obiecywać wiele cierpień, ale wiem, że zawsze tak wyglądają. Myśli i układa to sobie wszystko w głowie. To nie jest nagłe olśnienie – przychodzi powoli. Profesor Snape przypomina mnie i sam nie wiem, w której części jesteśmy do siebie podobni. Po prostu jest w nim coś, co mam również ja. Może to znajomość samotności, a może coś innego – bardziej mrocznego. Nawet jeżeli usilnie staram się nie słuchać i nie patrzeć na to, co robi moja rodzina, nie zawsze się to udaje. Po zobaczeniu takich rzeczy nie mogę dalej cieszyć się życiem bez strachu. Może to właśnie nas łączy. Strach przed samym sobą. Czyste przerażenie zawsze kiedy się budzisz lub twoje myśli przepełnia nienawiść. Strach, że niczym się nie różnisz od tych, którymi gardzisz najbardziej na świecie. Mrużę oczy, przyglądając się drewnu trawionemu przez ogień. Nawet nie wiem kiedy przymykam powieki i zasypiam. Tego dnia nie płaczę, mimo niepewności i strachu w sercu. Nie płaczę, bo jest przy mnie ktoś równie skrzywdzony co ja.
~H~
Pomieszczenie oświetla jedynie niewielka świeczka stojąca na stoliku do kawy. Oprócz tych dwóch przedmiotów w pokoju jest jeszcze tylko duża kanapa, na której siedzimy my. Obaj wpatrujemy się w jasnopomarańczowy płomyk pusto. W sali panuje cisza, a mimo to mam wrażenie, że słyszę jak Ron myśli. Obracam głowę w jego stronę i patrzę na jego profil. Czując na sobie mój wzrok, również zwraca na mnie uwagę.
- Nie chcesz z nią porozmawiać? – pytam o pierwsze co nasuwa mi się na myśl.
- Nie – kręci głową i w moich oczach wygląda na kilka lat dojrzalszego – Nasze ostatnie chwile razem nie były miłe i przyjemne, ale nie chcę ich zmieniać. Nie chcę być dla niej miły dlatego, że mogę już nigdy jej nie zobaczyć. Zrobiłem dokładnie to, o czym myślałem przez te wszystkie lata i nie zamierzam tego cofać.
- Myślę, że ona zrozumie. W końcu to Hermiona – uśmiecham się delikatnie, a oczami wyobraźni widzę te wszystkie nasze chwile razem – Po za tym to nie tak, że nie będziemy mieli szansy już nigdy jej zobaczyć – odchylam głowę w tył, opierając ją na oparciu kanapy – Za dwa lata nie będą nas ograniczać mury szkoły i zawsze możemy ją odnaleźć, ale...
- Ale jeszcze nie teraz. Wiem.
Jeszcze przez moment milczymy jakbyśmy oddawali tym samym cześć Hermionie, a później zaczynamy rozmawiać. Przypominamy sobie wszystkie wspólne chwile – te złe i dobre. A następnie schodzimy na tematy całkowicie niezwiązane z Hermioną. I tak po prostu wyrzucamy ją z myśli, naturalnie i bezboleśnie znika. W pewnym momencie Ron porusza się niespokojnie, przez co ześlizguję się z jego ramienia na oparcie kanapy. Rzucam mu obrażone spojrzenia, a w zamian dostaję zażenowany uśmieszek.
- Chcesz się spotkać z Malfoy'em, prawda? – kiwa głową zawstydzony; wzdycham – Nic na to nie poradzimy, nie? W końcu ja też nie mam ochoty na nic innego jak przytulanie się z Remusem.
- I... Nie gniewasz się, nie, stary?
Macham na niego ręką jak na uciążliwą muchę i spycham go nogą z kanapy, przez co jest zmuszony wstać. Kręci głową z niewielkim uśmiechem, po czym rusza do wyjścia, machając mi. Chwilę półsiedzę – półleżę i wpatruję się w drzwi. Leniwie podnoszę się do pionu i również wychodzę z pomieszczenia. Drzwi Pokoju Życzeń natychmiast rozpływają się w powietrzu jakby nigdy ich tu nie było. Ja za to szybkim krokiem przemierzam korytarze, nie myśląc już o niczym oprócz Remi'ego.
~R~
Aż podskakuję, słysząc dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. Nie żebym bał się, że ktoś tu wejdzie, bo nie. Tylko Harry zna hasło, a w tej chwili nie bardzo chcę, by widział co robię. Właśnie dlatego gwałtownie chowam kilka fiolek do szuflady i odwracam się błyskawicznie, starając się przybrać jakąś naturalną pozycję. Harry tylko mruży oczy podejrzliwie na moje marne starania. Szybkim krokiem podchodzi do mnie i kładzie dłonie na mojej klatce piersiowej. Przesuwam się trochę w bok, by całkowicie zakrywać swoim ciałem szufladę. Szczeniak nie odpuszcza i wpatruje się we mnie natarczywie, przez co mam ochotę powiedzieć mu o wszystkim.
- Co tam ukrywasz~? – mruczy rozkosznie, a ja nagle mam ochotę przygwoździć go do ściany i całować szaleńczo.
- To nic takiego, Harry – jego oczka rozszerzają się i wygląda na zranionego.
- Nie powiesz mi? Dlaczego?
Cofa się w tył, spuszczając smętnie głowę. Moje ciało porusza się samo. Doskakuję do niego i przyciskam do piersi. Wczepia palce w moją koszulę, ale nie wiem czy robi to dlatego, że chce być przy mnie czy wręcz przeciwnie. Łapię go za brodę i siłą zmuszam do spojrzenia na siebie. Chwilę siłuję się z nim, nie chcąc sprawiać mu bólu i w końcu niechętnie mi ustępuje. Nachylam się, by go pocałować, ale zaciska usta w kreskę.
- Harry, to...
- Co jest w szufladzie? – wzdycham ciężko i jeszcze raz staram się go zwieść.
- To tylko praca.
- I dlaczego ją przede mną chowasz? – unosi brew sceptycznie.
- Bo myślałem, że jak zobaczysz, że mam dużo pracy to sobie pójdziesz – próbuję jeszcze raz i tym razem udaję mi się ucałować go w usta – A chcę z tobą spędzić trochę czasu.
Chwilę waha się wyraźnie czy wierzyć mi, ale w końcu uśmiecha się niepewnie. A moje serce przeszywa ból i rozczarowanie samym sobą. Harry wierzy mi na słowo, mimo tak wyraźnych dowodów, że to może być kłamstwo. A ja wykorzystuję to i oszukuję go. Oczywiście, robię to, by wciąż był przy mnie, ale to nie ważne. W szufladzie mam cztery fiolki z eliksirem tojadowym, czyli poczwórną dawkę. A i tak wiem, że nawet z tym pełnia będzie koszmarem. Jednak nie zaryzykuję stratę Harry'ego, by ulżyć sobie w cierpieniu. Bo to właśnie daje mi obecność Szczeniaka – ulgę. Dni, które wcześniej sprawiały mi tylko ból, teraz są radośniejsze i przepełnione ekscytacją. A to wszystko dzięki mojemu kochanemu partnerowi. Mrugam powoli, gdy czuję lądujący na moim policzku pocałunek. Harry wydyma usta obrażony tak jawnym ignorowaniem jego obecności, więc całuję go szybko, by go udobruchać.
- Jak się czujesz? – rzuca mi pytające spojrzenie, na które uśmiecham się z ulgą – Widzę, że wszystko w porządku, to dobrze. Całe życie masz przed sobą i wiele osób pojawi się w nim, a niektóre odejdą.
- Dziękuję, że próbujesz mnie pocieszyć. Nie jestem smutny – wbrew swoim słowom uśmiecha się niewesoło – Wiedziałem już wcześniej, że Hermiona odejdzie, więc przygotowałem się na to mentalnie.
Wplatam palce w jego włosy i przechylam jego głowę tak, bym mógł ucałować jej czubek. Zatrzymuję się tak na chwilę, zaciągając się jego zapachem. I zapachem kogoś innego. Krzywię się mimowolnie i obdarzam go karcącym spojrzeniem.
- Znowu pachniesz Ronem.
- Nic nie mogę na to poradzić – szepcze cicho, stając na palcach i pocierając policzkiem o mój – On też mnie pocieszał.
Słysząc jego sugestywny ton, warczę cicho. Wiem, że Ron nie jest zainteresowany Harry'm właśnie w ten sposób, a sam Szczeniak nie zdradziłby mnie, ale... Nic na to nie poradzę. To oczywiste, fuka wilk, Harry to nasz partner! Oplatam go ramionami i unoszę w górę, na co piszczy zaskoczony. Siadam na kanapie, a jego sadzam sobie na kolanach.
- Lubisz mnie drażnić, co?
- Oczywiście! – uśmiecha się zadziornie – Robisz wtedy taką podniecającą minę.
Uśmiecham się mimowolnie. Chwytam go za kark i zmuszam do pochylanie się, tym samym złączając nasze wargi. Naciskam mocniej, a jego usta rozchylają się z cichym jękiem. Splatam nasze języki razem, a jego smak odurza mnie. Przesuwam dłoń niżej i wsuwam ją pod jego koszulkę. Harry wygina się w łuk z przyjemności, mrucząc niczym kociak, ale tym samym przerywając nasz pocałunek. Oblizuję wargi łakomie, tylko przez chwilę odczuwając rozczarowanie. Patrzenie na niego jest równie przyjemne. Powoli drapię delikatnie go po kręgosłupie i z zachwytem obserwuję jak zmienia się jego mina. Przymrużone oczy, półotwarte usta, zaróżowione policzki. Jego ciężki oddech i pojedyncze jęki są najpiękniejszą muzyką na świecie. Druga dłoń dołącza do pierwszej i masuję jego plecy zmysłowo. Harry kręci figlarnie biodrami, a moje ręce same zsuwają się na nie. Pasują idealnie i wszystkie moje palce układają się we wgłębieniach. Jego koszulka unosi się odrobinę, odsłaniając jego brzuch. Zafascynowany patrzę na kontrast między naszymi skórami. Prawa dłoń porzuca swoje miejsce i wędruje na jego podbrzusze. Harry jęczy i sapie, jego oczy obserwują mnie łakomie. Przesuwam ją wyżej i przez chwilę na jego twarzy widzę rozczarowanie, ale zaraz znów pojawia się na niej przyjemność, gdy natrafiam palcami na jego sutka. Waham się rzez sekundę. W końcu nie każdemu sprawia to przyjemność. Z tego, co wiem podoba się to osobą bardziej wrażliwym, a taki jest Harry. Okrążam go paznokciem i szczypię. Gwałtownie unoszę głowę i zaskoczony zerkam na Szczeniaka. Harry sapie głośno i wręcz kwili. Powtarzam ruch, wyczuwając, że jego sutek stwardniał pod moim dotykiem. Unoszę się trochę i całuję go namiętnie, chcąc ponownie poczuć jego smak na języku. Nie całujemy się długo – Harry jest zbyt pochłonięty wydawaniem tych wszystkich kuszących dźwięków. Przesuwam usta na jego szyję i kąsam skórę w tym miejscu. Pożądanie miesza mi w myślach. Na Merlina, jak ja go pragnę. Zsuwam się wargami niżej i czule całuję znamię, które mu zrobiłem. Przechodzi mnie rozkoszny prąd. Tak bardzo chcę uczynić go całkowicie moim, ale... Dlaczego nie? Harry nas kocha, a my kochamy jego! Niedługo pełnia, ledwie kilka dni. Nie dałbym rady się powstrzymać i mógłbym zrobić mu krzywdę. Odrywam się od niego, oddychając ciężko. Harry porusza się niespokojnie, gdy przestaję go pieścić i przypadkiem ociera się o moje krocze. Syczę cicho, a on nieruchomieje. Jego oczy są szeroko otwarte i pełne pożądania. Jego usta poruszają się jakby chciał coś powiedzieć, więc szybko go całuję. Nie chcę go zranić, odrzucając propozycję zbliżenia. Wzdycham mu w usta zadowolony i odsuwam się. Harry fuka niezadowolony i kuli się, wtulając w moją pierś. Głaskam go po włosach, starając się uspokoić. Nagle Szczeniak prostuje się gwałtownie i wbija we mnie natarczywy wzrok.
- Dlaczego nie chcesz tego zrobić?
Uśmiecham się zażenowany tak bezpośrednim pytaniem. Mogłem się spodziewać, że Harry nie pozwoli mi używać wymówek zbyt długo i w końcu wyciągnie ze mnie odpowiedź. A jak ona właściwie brzmi? Nie teraz, bo niedługo jest pełnia. Ale dlaczego nie za tydzień czy miesiąc? Harry jest dla mnie wszystkim – budzi we mnie nieznane mi uczucia. Codziennie pragnę go tak bardzo, że nie raz jest to bolesne. Co w takim razie mnie powstrzymuje? To, że jestem nauczycielem, a on uczniem? Jest to w sumie bez znaczenia, prawda? Harry jest moim partnerem, a to jest ważniejsze od mojej posady.
- Sam nie jestem pewien – sodpowiadam zgodnie z prawdą, a spojrzenie Harry'ego łagodnieje – Kocham cię ponad życie – głaskam go czule po policzku, a on uśmiecha się radośnie – Chcę... Wszystko musi być idealnie, rozumiesz? – oplatam go ramionami i przytulam; jego włosy łaskoczą mnie w nos – Tylko ty i ja, nic nam nie może przeszkodzić – szepczę mu do ucha i czuję jak drży rozkosznie – Ty leżący na moim łóżku nagi i ja na tobie. Co ty na to?
- Podoba mi się.
- Jeszcze nie teraz, ale obiecuję, że już niedługo, okay? – kiwa głową, a ja oczami wyobraźni widzę to wszystko, co mu wtedy zrobię – Chcę to zrobić w domu, nie tutaj. To musi być dłuższy okres wolnego. Będę ostrożny, ale wiem, że to i tak będzie bolesne, a nie chcę, żebyś się męczył na lekcjach.
Harry porusza się niespokojnie, więc pozwalam mu się wyprostować. Patrzy na mnie czule i całuje szybko w usta. Obejmuje mnie ramionami za szyję i przytula. Przymykam oczy, wdychając jego zapach.
- Przerwa świąteczna? – szepcze cicho, a moje serce przyspiesza.
- A nie zaprosiłeś kogoś przypadkiem? – pytam, dobrze wiedząc, że zapewne tak zrobił.
- Uch, zapomniałem – jęczy cicho z żalem – Na pewno będzie u nas Alex i być może Ron. A już zacząłem się cieszyć...
- Nic na to nie poradzimy – klepię go pocieszająco po plecach.
Całkowicie zaskoczony zauważam, że jestem tym rozczarowany. Oczywiście, chcę być z nim bliżej, ale jednocześnie chcę mieć czas, by po prostu cieszyć się nim. Właściwie na początku wydawało mi się, że to wciąż za wcześnie, ale... Czy naprawdę nic nie może zatrzymać jego przyjaciół? Ron zapewne mógłby pojechać do swojej rodziny albo... zostać z Draco. No właśnie, do tego czasu mogą się do siebie zbliżyć, a Ron prawie na pewno będzie chciał spędzić z nim święta. Może zabierze go do swojej rodziny? A Alex... Tu sprawy się komplikują. Puchon nie może wrócić do domu rodzinnego i nie może ufać żadnym swoim krewnym. W dodatku nie jest blisko z nikim oprócz Harry'ego i Rona. Na Godryka, czy nie ma nikogo z kim mógłby spędzić święta? Nie ma nikogo, kto byłby nim zainteresowany? Najwyraźniej będę musiał kogoś takiego znaleźć. Lunatyk znowu wkracza do akcji. Kto pomógł Jamesowi i Lily się zejść? Kto znalazł Peterowi jego jedyną w życiu dziewczynę? Kto maczał palce w każdym dłuższym związku Syriusza? Lunatyk, oczywiście. Teraz tylko muszę znaleźć kogoś, kto będzie równie samotny w święta. A kto potrafi obserwować uczniów lepiej niż nasz kochany Mistrz Eliksirów?
