Bardzo proszę o komentarze~! I przepraszam z góry. W następnym tygodniu mogę mieć poślizg może ze dwa dni. Czuję się wypompowana z weny, choć mam nadzieję, że szybko mi przejdzie i wrócę do formy.
~D~
Draco nie jest zbyt dobrym szpiegiem. Wynika to raczej z jego wychowania niż z niechęci. Jako Malfoy powinien rzucać się w oczy i być w centrum uwagi. Co z tego, że już jakiś czas temu przyznał, że wcale nie jest królem świata? Było mu to wpajane wiele długich lat i pewne zachowania stały się nieodłączną częścią jego. A mimo to jest tu i stara się zdobyć ważne informacje. Och, gdyby tylko Ron mógł go zobaczyć! Na pewno byłby z niego dumny i zadowolony, że Draco próbuje nowych rzeczy. Nie, nie, nie. Krzywi się zły sam na siebie. Misja sama w sobie jest bardzo ryzykowana, a jego rozproszenie tylko wszystko pogarsza. Nie powinien myśleć o rudowłosym gryfonie w takiej chwili! Zaalarmowany podejrzanym dźwiękiem odwraca się w samą porę, by odeprzeć zaklęcie, które z sykiem rozbija się o ścianę. Różdżkę trzyma przed sobą pewnie, starając się szybko rozeznać w sytuacji. Jeden przeciwnik. Zapewne stał na warcie. Jeśli pozwoli mu ostrzec innych, wszystko może przepaść. Potrzebują tych informacji! Zagryza wargę ze zdenerwowaniem, myśląc szybko. Nie może stracić głowy, bo już po nim. Spokojnie, bez pośpiechu. Co tam Ron mówił? Powinien ułożyć plan i się go trzymać. No dobra. Chłopak ma naciągnięty na głowę kaptur, więc nie widać jego twarzy. Za to widać dłonie. Bingo. Draco zrywa się do biegu, zaskakując całkowicie swojego przeciwnika i tym samym zyskując czas. Zachodzi go z lewej strony i nim zdąża zareagować już leży oszołomiony przy przeciwległej ścianie. Draco chwilę przygląda się trzymanej różdżce, po czym odrzuca ją daleko. Starcie było krótkie, ale zmęczyło go nie tyle fizycznie co psychicznie. Ślizgon bierze kilka głębokich wdechów i opanowuje drżenie dłoni. Ma zadanie do wykonania. Prześlizgnięcie się korytarzem jest łatwizną. Chłopak najwyraźniej był jedyną czujką, co wiele ułatwia. Na końcu są tylko jedna para drzwi, co wprawia Draco w niepewność. Powinien spotkać się z Ronem. Tak dawno już go nie widział! Ostatnim razem spędzili razem tylko godzinę na całowaniu się i przytulaniu, a wciąż tyle chce się dowiedzieć o Ronie. Cofa się kilka kroków i patrzy podejrzliwie na koniec korytarza. Zaklęcie odwracające uwagę jak nic. Większość uczniów nawet nie zauważy, że cokolwiek się stało, a cała reszta raczej nie zapuszcza się w takie miejsca. Jedno zaklęcie i po wszystkim. Z zadowolonym uśmiechem podchodzi do drzwi i przykłada do nich ucho. Krzywi się od razu wkurzony. No naprawdę, muszą utrudniać mu życie! Na szczęście Draco zdążył poznać dwóch braci Rona i to tych najzabawniejszych. Bardzo z siebie dumny wyciąga spod bluzy Uszy Dalekiego Zasięgu. Ha ha! Drżyjcie wszystkie sekrety! Draco Malfoy nadchodzi! Jego radość szybko się ulatnia. Słucha z rosnącym niepokojem. Nagle rozmowy urywają się, więc błyskawicznie chowa Uszy i rusza do innej części zamku. Ledwo wychodzi zza zakrętu rzuca się do biegu i nie zatrzymuje się dopóki nie dostrzega innych uczniów. Kilka trzeciorocznych krukonek gapi się na niego jak na wybryk natury. Cóż, pewnie nigdy nie widziały jeszcze biegnącego Malfoy'a, więc tak naprawdę nie można ich winić. Nie, nie, nie. Skup się, Malfoy. Musi natychmiast znaleźć Blais'a. Teraz!
~A~
Niepewnie zerkam na Neville'a. Harry wprawdzie nie powiedział, że mamy siedzieć w Pokoju Wspólnym Gryffindoru, ale… Powinniśmy tak po prostu wychodzić bez słowa? Po prawdzie to właśnie jego szukamy, więc to chyba nic takiego, nie? Jeszcze raz mierzę gryfona wzrokiem. Neville jest naprawdę w porządku. Nie w ten sam sposób co Harry czy Ron, ale nadal. Jest po prostu… zagubiony. Wciąż nie jest pewien kim naprawdę jest. Poniekąd go rozumiem. W końcu ja sam przez większą część swojego życia czułem się inny, gorszy. I nagle pojawił się Harry, który wszystko zmienił swoimi słowami. Zwykłymi słowami, które przecież nic nie znaczą, prawda? Nieprawda, nie w przypadku Harry'ego. On jest taki sam. Nie jest pewien czy jest starym sobą, tym, który po prostu żył w nieświadomości czy jest teraz kimś nowym. W końcu mu przejdzie i poczuje się lepiej. Bo sama świadomość, że gdzieś tam jest twoja rodzina gotowa w każdej chwili rzucić ci się na pomoc jest cudowna. Skarcą cię, gdy zrobisz coś złego. Pocieszą, kiedy jesteś smutny. Wskażą drogę, gdy się zgubisz. I zawsze staną po twojej stronie.
- Na pewno powinniśmy wychodzić?
- Przestań się martwić. Siedzenie tam nic nie da, a tak możemy się czegoś dowiedzieć – rzucam mu sceptyczne spojrzenie, więc z pewnym wahaniem dodaje – Mam wrażenie, że coś się stało, okay? Nie chcę być daleko.
Nie odzywam się już, tylko zaczynam rozmyślać. Coś się stało. W prawdzie ja też to czuję, ale myślałem, że to po prostu moje przewrażliwienie. Jednak co jeśli naprawdę gdzieś tam któryś z nas ma kłopoty? Nie wiemy nawet gdzie szukać! Kto to może być? Ron? Profesor Lupin? Profesor Snape? A może sam Harry?
Ledwo mijamy kolejny zakręt, a ktoś na nas wpada. Grupka trzeciorocznych krukonek wygląda na przerażoną, co natychmiast zauważam. Zresztą dziewczyny nie uciekają, a raczej szukają pomocy. Jedna z nich wczepia palce w sweter Neville'a i szlocha spazmatycznie.
- O-on potrze-potrzebuje pomocy! Pomóżcie mu!
- Gdzie?
Trzynastolatka palcem wskazuje nam kierunek, w którym zaczynamy biec. Mój niepokój narasta i teraz już jestem pewien – poszkodowany jest jednym z Dwunastu. Korytarz rozmazuje mi się przed oczami, gdy staram się biec najszybciej jak potrafię. Błagam, tylko nie Harry… Nagle Neville zatrzymuje się, ciągnąc mnie za sobą. Ślizgam się po kamieniach, usiłując złapać równowagę. Posyłam mu wkurzone spojrzenie. Musimy się spieszyć, więc dlaczego staje?! Truchtem podbiega do ściany i dopiero wtedy orientuję się, że to tutaj. Błyskawicznie podbiegam do nieprzytomnego chłopaka przerażony. Oddycham z ulgą zauważając, że nie ma ciemnych włosów jak Harry. Siedzi w cieniu, więc niezbyt dobrze potrafię rozpoznać ich kolor. Serce bije mi szybko. To może być Ron. Ten Ron, który uznawał mnie za przyjaciela. Co z ciebie za szmata, Alex. Martwisz się tylko o Harry'ego! Zaczynam panikować. Co mamy teraz zrobić? Wezwać pomoc? Harry'ego? Może nauczycieli? Albo zachować to w tajemnicy? Neville na szczęście nie traci głowy i kuca przy chłopaku. Obserwuję go całkowicie bezradny. Przykłada mu dłoń do szyi, a następnie szybko wyciąga różdżkę z rękawa.
- Rennervate!
Ofiara natychmiast wciąga ze świstem powietrze i od razu jęczy cicho. Z trudem unosi głowę i oszołomiony patrzy na kucającego obok Neville'a. Jego twarz jest znajoma, ale z powodu paniki dobrą chwilę zajmuje mi rozpoznanie go. Gdy tylko mój mózg zaczyna przetwarzać informacje, przechodzi mnie zimny dreszcz.
- Draco! – szepczę przerażony i szybko podchodzę do niego.
Blondyn powoli zerka na mnie, ale widocznie ma problem z mówieniem. Jego usta poruszają się, ale jego głos jest bardzo cichy. Wyczytuje z ruchu jego warg swoje imię. Ostrożnie chwytam go za rękę, żeby nie przysporzyć mu więcej bólu, ale i tak mimo moich starań krzywi się.
- Gdzie boli cię najbardziej? – pyta gryfon najbardziej przytomny z naszej trójki.
- Żebra – tym razem udaje mu się wydobyć z siebie głos, choć i tak jest to zaledwie szept.
Neville natychmiast rozpoczyna rzucanie zaklęć leczniczych. Na Merlina, całe szczęście, że to właśnie on trafił na Draco. Sam nie dałbym rady. Nie dość, że spanikowałem to jeszcze moja znajomość zaklęć uzdrawiających jest bardzo nikła. Podejrzewam, że zrobiłbym mu jeszcze większą krzywdę. Już po minucie Draco zaczyna oddychać głębiej i siada wygodniej. Zapewne połamane żebro uszkodziło płuco, co sprawiało mu trudność w oddychaniu. Przymyka oczy ze zmęczenia i nagle ogarnia mnie przerażenie.
- Nie zasypiaj – mówię sztywno, oszołomiony myślą, że mógłby tu umrzeć.
- Wiem. Jestem tylko wykończony, nic mi nie jest – uśmiecha się do mnie blado.
Próbuje wstać, więc chwytam go bezmyślnie za łokieć, by mu pomóc. Gdy staje ostrożnie na nogach, jedna z nich załamuje się pod nim, przez co opiera się na mnie. Sapię zaskoczony jego ciężarem. Neville natychmiast wkracza do akcji i zaklęciem zespala złamaną kość. Draco jeszcze raz próbuje złapać równowagę, tym razem bardzo wolno. Nogi utrzymują go w pionie, ale i tak podtrzymuję go za ramię. Gryfon łapie go z drugiej strony i razem wyciągamy go z cienia. Dopiero wtedy zauważam, że pod jego okiem rośnie fioletowy siniak, a całą twarz ma we krwi. Ktoś rozbił mu łuk brwiowy i wargę. Koszulę również ma poplamioną, ale niewiele, więc nie jest chyba ranny nigdzie indziej. Rzucam Neville'owi pytające spojrzenie, a ten w odpowiedzi kiwa głową w bok. Podążam wzrokiem w tamtym kierunku i zauważam drzwi. Powoli przysuwamy się do nich i gryfon otwiera je, po czym wciągamy Draco do środka. To nieduży schowek i przez chwilę nie rozumiem, dlaczego tu weszliśmy. A potem dociera do mnie w jakiej jesteśmy sytuacji. Ktoś zaatakował Draco i poważnie go zranił. Zostawanie na otwartej przestrzeni jest niebezpieczne, a ślizgon nie da rady daleko zajść. Potrzebuje pomocy i to natychmiast. Ktoś musi sprowadzić Harry'ego. Ostrożnie sadzamy rannego na podłodze, ale i tak stęka głucho z bólu. Rzucam Neville'owi niepewne spojrzenie.
- Dobrze się tu zabarykaduj, okay? Nie wpuszczaj nikogo. Jestem pewien, że Harry i tak dostanie się do środka.
- Nie chcesz ty z nim zostać? – pyta zaskoczony.
Chwilę patrzę z żalem na pobitego kuzyna. Oczywiście, że chcę! Jednak jestem kretynem i nie przykładałem się do nauki magii leczniczej! Poza tym w każdej chwili mogę dostać ataku paniki, więc będę całkowicie nieprzydatny!
- Ty z nim zostań – wyduszam z siebie z trudem – Pomożesz mu w razie potrzeby.
Nie czekam na jego odpowiedź, tylko wychodzę ze schowka. Rzucam się biegiem przed siebie. Nie mam zielonego pojęcia jakim cudem odnajduję Harry'ego. Wszystko jest rozmazane, ale dopiero po długiej chwili orientuję się, że to przez łzy. Na Harry'ego wpadam na korytarzu niedaleko gabinetu profesora Lupina. Wczepiam się palcami w jego koszulkę i wyję głośno. Chyba udaję mi się przekazać wiadomość, bo nagle blednie i rusza biegiem w stronę, z której przybyłem. Ja za to zsuwam się po ścianie, łkając. Nie wiem ile mija, gdy czyjś kojący głos sprawia, że zasypiam.
~S~
Plotki rozchodzą się w Hogwart'cie szybko i już następnego ranka cała szkoła wie, co miało miejsce i kto uczestniczył w skandalu. Slytherin jest w rozsypce i właściwie jest to najbardziej przerażające ze wszystkiego, co się wydarzyło. Ich przywódca, Książę Slytherin'u został zaatakowany. A pomocy udzielił mu gryfon. Niewielka grupka wciąż wierzy, że to właśnie lwy uknuły ten spisek, a rzekoma pomoc była kolejnym planem. Większa część zaś po prostu się boi. Nie żeby uczniowie zauważali różnice, ale on, Severus Snape, bardzo dokładnie ją widzi. Ślizgoni już są wystarczająco odizolowani, więc ich podenerwowanie wcale niczego nie ułatwia. U jednych objawia się to zwiększoną agresywnością, u drugich większym dystansem. A najgorsze jest to, że potencjalne zagrożenie pochodzi najprawdopodobniej od nich samych.
Severus pochyla głowę nad ocenianymi pracami i zaczyna masować swoje skronie. Sytuacja była bardziej poważna niż na to wygląda. Siła węży leży w ich jedności, co oznacza, że wróg wiedział, gdzie uderzyć. Wbrew pozorom są sprawy, którymi zajmują się właśnie ślizgoni, a bez których uczniowie zaczną czuć się nieswojo. Tylko co on właściwie powinien z tym zrobić? Jego węże oczekiwały pocieszenia, zapewnienia, że uda im się to przezwyciężyć, a on nie mógł im tego dać. Gdzieś wśród nich są osoby wierne Czarnemu Panu i doniosą mu o wszystkim, co zostanie powiedziane. Severus bardzo chce im powiedzieć, że nie muszą się obawiać. Że on sam może zapewnić tylko częściową ochronę, ale czuwa nad nimi jeszcze ktoś inny. Ktoś, kogo postrzegają jako wroga. Mistrz Eliksirów odchyla się na krześle i wlepia zamyślony wzrok w sufit. Potter był jak bestia. Z opowieści wie, że gotów był poruszyć niebo i ziemię, by Draco natychmiast udzielono potrzebnej pomocy. Jest mu za to wdzięczny, choć wie, że nie zrobił tego z jego powodu. Draco sam w sobie jest dla niego ważny i jest to jedna z przyczyn zdezorientowania ślizgonów. Wybraniec ratujący Księcia Slytherin'u? Coś nieprawdopodobnego! A jednak Złoty Chłopiec poszedł o krok dalej. Wraz z odnalezionymi członkami Dwunastu bezustannie patroluje korytarze, choć trochę uspokajając uczniów. Nie czuli tego oczywiście, ale Hogwart jest wręcz przesycony jego magią. Warczy i wibruje niespokojnie. Jednak tym, co całkowicie rozbiło ślizgonów było zachowanie przyjaciół Draco. Blais wraz ze spółką natychmiast przyłączyli się do Potter'a w patrolowaniu korytarzy. Jednych to uspokoiło, drugich zaniepokoiło.
Ciche sapnięcie wyrywa go z myśli. Powoli odwraca głowę i chwilę patrzy nieprzytomnym wzrokiem w głąb pomieszczenia. Całkowicie zapomniał o swoim gościu. Wstaje i podchodzi do kanapy. Zagląda przez oparcie na zwiniętego pod kocem chłopca. Alex Lestrange – co za dziwny chłopak. Z jednej strony puchon – ucieleśnienie tego, czym gardzi. Tchórzostwa i kruchości. A z drugiej... Z drugiej strony reprezentuje zaufanie i lojalność – coś, co Severus ceni ponad wszystko. On sam zaś wychodził naprzeciw przekonaniom i zachowywał się niczym ślizgon, którym powinien być. Blondyn uchyla usta przez sen i drga, przez co grzywka opada mu na twarz. Severus delikatnie odgarnia ją, by móc dalej go obserwować. Gdy tylko orientuje się, co takiego właśnie robi, cofa rękę zszokowany. Zła ręka! Wzdycha ciężko, widząc, że jego dłoń żyje swoim życiem i sama sięga, by poprawić zsuwający się koc. Ten dzieciak jest dziwny. Wyzwala w nim nieznane uczucia. Starzeję się. Nie ma zielonego pojęcia, co takiego sprawia, że jego wzrok sam szuka blond czupryny, ale to coś złego. Tak nie powinno być. Nie powinien się do niego zbliżać. Zrani nie tylko siebie, ale również jego. A Alex w przeciwieństwie do niego ma przed sobą całe życie. Severus nie jest głupi – wie, że wojna wymaga ofiar i najprawdopodobniej on sam będzie jedną z nich. Tylko teraz jego śmierć miała znaczyć więcej niż choćby kilka miesięcy temu. Teraz ma kogoś, kto zadba o to, by jego imię zostało oczyszczone i nie zapomniano o jego ofierze. Czasami, ale tylko czasami, Severus myśli, że być może przeżyje nadchodzącą nieuchronnie bitwę. Myśli, że Voldemort nie ma szans z Potter'em. Tylko czasami to robi, ale te wizje pozwalają mu żyć. Żyć dalej, by później stanąć u boku Harry'ego i poświęcić się, by go chronić. Taka jest jego rola. Czyż nie tak mówiła ta zapijaczona wieszczka? Czwarty jest tym, który cierpi(...) Na ustach Mistrza Eliksirów pojawia się ponury uśmiech. Wraca do oceniania prac, a Alex śpi, nie mając pojęcia o myślach swojego nauczyciela.
~R~
Sam uważam siebie za mistrza w martwieniu się. W końcu gdy jest się najlepszym przyjacielem samego Harry'ego Potter'a, trzeba liczyć się z tym, że przynajmniej raz na tydzień jest on w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tak więc ja sam wiele razy prawie dostałem zawału ze zmartwienia. Tamtego dnia jednak osiągnąłem zupełnie nowy poziom. Draco został zaatakowany i stracił przytomność. Moje serce stanęło na dobrą sekundę, a potem zaczęło galopować. Tak szybko jak tylko mogłem znalazłem się w Skrzydle Szpitalnym. Chyba pobiłem swój życiowy rekord, ale wtedy nie liczyło się nic oprócz Draco. Miałem za złe Harry'emu, że nie poinformował mnie wcześniej i że nie zrobił tego osobiście, tylko wysłał posłańca. Gdy wpadłem przez drzwi, byłem wściekły, ale moja złość natychmiast się ulotniła. Stanąłem wryty, gapiąc się na zielonkawą mgłę unoszącą się w powietrzu. Ciężko mi się oddychało z gorąca, które panowało w sali. To była magia Harry'ego. Wcześniej tylko ją wyczuwałem, ale tym razem dokładnie widziałem. Z opóźnieniem zauważyłem, że w pomieszczeniu jest także pielęgniarka, ale stoi przytłoczona taką ilością magii. Harry stał nad Draco i przesuwał palcami po jego ranach, mrucząc. Gdy udało mi się podejść bliżej, odkryłem, że nie mówi bynajmniej po angielsku. Nieznany język wywołał u mnie niepokój, ale starałem się opanować. Harry nie zrobiłby krzywdy Draco, wiedząc ile dla mnie znaczy. Zauważyłem, że podciągnął rękawy swetra aż po łokcie. Całe jego przed ramiona były pokryte szmaragdowymi wzorami poruszającymi się i wijącymi niczym żywe stworzenia. Życie ginęło z oczu pośród nich, ale wyraźnie tętniło mocą. Stałem obok i obserwowałem wszystko z niepokojem, ale nie przeszkadzałem mu. Życie jest częścią Harry'ego, a Harry wiedział co robi.
Najciszej jak się daje zamykam za sobą drzwi Pokoju Życzeń i rozglądam się w poszukiwaniu mojego najlepszego kumpla. Nie zajmuje mi to wiele czasu – Harry rzuca się w oczy. Ledwie wczoraj ratował życie Draco, a teraz trenuje. Właściwie pewnie wcale nie spał. Pewnie myśli nie pozwalały mu zasnąć, więc wciąż ćwiczył. Nigdzie nie widać zielonej mgły, więc Harry zdążył już zapanować nad swoją magią. Pozbył się zarówno swetra jak i koszulki, przez co mogę swobodnie obserwować ruchy jego mięśni pod skórą. Harry nie nabiera mięśni, rysują się one na jego ciele delikatnie, w przeciwieństwie do mnie. Doskonale wiem, że Seamus zrobił mi zdjęcie, gdy wyszedłem z łazienki, na którym widać było mój czteropak i które obiegło już całą szkołę. Nie powiem, czuję się mile połechtany, że robię aż takie wrażenie. Szczególnie, że Zabini zdradził mi, że Draco zarekwirował wszystkie wśród ślizgonek i trzyma je u siebie w szufladzie. Głośny trzask wyrywa mnie z przyjemnych myśli i ponownie skupiam się na Harry'm. Wzory na przedramionach przestały się poruszać i ustabilizowały się, ale wciąż drgały lekko. Najwyraźniej nie znikną same i staną się częścią Harry'ego. Kolejny trzask. Jemu zaś nie przeszkadzają aż tak bardzo, bo znalazł ich zastosowanie. Najwyraźniej w jakiś sposób podnoszą one jego predyspozycje fizyczne, co mogę obserwować w tej chwili. Kolejna drewniana kukła wręcz rozpada się na kawałki od ciosu pięścią. Harry obraca się zwinnie i w podskoku pozbawia „wroga" głowy nogą. Zielone wzory wiją się na jego skórze i przygasają. Gdy nie świecą, wyglądają niczym zwykły tatuaż. Pewnie jeszcze dzisiaj rozniesie się, że w tajemnicy poszedł na Pokątną, by sobie go zrobić. Odwraca się w moim kierunku. Jego twarz pozostaje kamienną maską, ale oczy ukazują odczuwane przez niego zmęczenie. Podchodzi do leżących w rogu ubrań i wyciera się swoją koszulką. Następnie siada na podłodze wyczerpany. Dołączam do niego z wahaniem. Czasami Harry woli pobyć trochę sam, ale najwyraźniej to nie ten czas, bo zerka na mnie strapiony. Uśmiecham się zachęcająco.
- Za dwa dni pełnia – mówi powoli, a jego rysy twarzy układają się, by wyrazić wyrzuty sumienia – Muszę wtedy wrócić z Remi'm do domu.
- Nie martw się – zapewniam go natychmiast – Poradzimy sobie, nie jesteśmy przecież dziećmi.
- Jesteś pewien? – pyta zmartwiony.
- Tak, stary. Poważnie, przestań się martwić. Świat się nie zawali, gdy odpoczniesz przez dwa dni – zerka na mnie nieprzekonany – To nic takiego, naprawdę. Posiedzę przy Draco aż się obudzi. Jeśli ma ważne informację, to zacznę działać. Alex i Neville mi pomogą. Jest jeszcze Luna. No i Snape, on nie pozwoli nam zrobić nic głupiego. Idź z Lunatykiem, to ważne.
- No dobra, ale jeśli zacznie się robić gorąco, wyślesz mi sowę, okay? – kiwam głową, by go przekonać – W takim razie zostawiam wszystko tobie na te dwa dni.
W końcu przestaje się martwić o wszystko i przymyka oczy, opierając głowę o ścianę z tyłu. Zaraz potem jego oddech wyrównuje się i Harry po prostu zasypia. Oczywiście, że nie wyślę mu sowy, chyba że będzie się paliło i waliło. Doskonale pamiętam listy Łapy i opis tego, co się działo z Lunatykiem. Bez Harry'ego to będzie dla niego koszmar, a sam Harry będzie jak zombie. Poradzimy sobie. W końcu jesteśmy Dwunastoma, prawda? A to coś znaczy.
~D~
Postacie skryte w cieniu drgają niespokojnie, czując czyjąś obcą magię. Błyskawicznie odwracają się z uniesionymi różdżkami. Na przód wysuwa się najwyższa osoba i nerwowo odchrząka.
- Wiemy, że tam jesteś. Wyłaź!
Przez chwilę nic się nie dzieje, a później z mroku wychodzi kolejna osoba. Jej płaszcz z gracją owija się wokół jej nóg jakby je głaskał czule. Mierzy wzrokiem stojącego przed sobą chłopaka i unosi ręce w górę. Pozostali kręcą się niespokojnie, wyczuwając zagrożenie ze strony nieznajomego. Bardzo powoli sięga do kaptura, by nie sprowokować innych i zsuwa go ze swojej głowy. Jej blond pukle rozsypują się po plecach, a twarz oświetla jej znikome światło. Przywódca cmoka i uśmiecha się złośliwie.
- Kogo moje oczy widzą? Daphne Greengrass we własnej osobie! Czego tu szukasz?
- No właśnie! Czego tu szukasz?! – powtarza jego kolega.
- Milcz – dziewczyna mierzy go lodowatym spojrzeniem, przez co śmiałek natychmiast zamyka usta – Podobno ktoś używa imienia Czarnego Pana, by straszyć uczniów.
- Nic ci do tego!
- Nie odzywaj się bez pozwolenia – robi krok naprzód, przez co wszyscy cofają się nagle zaniepokojeni – Obyś się nie zdziwił. Przyszłam się upewnić czy na pewno działacie z polecenia Mrocznego Lorda... – mrozi ich spojrzeniem – ...czy może to głupi dowcip, by nastraszyć głupie lwiątka.
- Chyba nie myślisz, że ci powiemy, Greengrass? – Daphne uśmiecha się tylko krwiożerczo.
- Mam rozumieć, że to był wasz pomysł? W takim razie powinnam pokazać wam, gdzie jest wasze miejsce – w jej dłoni natychmiast pojawia się różdżka – Czarny Pan pewnie z chęcią wysłucha waszych powodów.
- Nie, czekaj! – woła jeden z chłopców.
- Zamknij się! Nic jej nie mów!
- Działamy dla Czarnego Pana! – ślizgonka chwilę przygląda im się badawczo, po czym chowa różdżkę do rękawa.
- To zmienia postać rzeczy. Jakie są rozkazy naszego Pana?
- Nie powiemy – warczy przywódca zły, że pozostali się wygadali – To tajna misja.
- Rozumiem. Jeśli zmienicie zdanie, wiecie gdzie mnie szukać – odwraca się, a płaszcz furkocze za nią.
- Może powinniśmy ją wtajemniczyć? – rozlega się za nią szept.
- Nie! Ona trzyma się z Zabini'm i zdrajcą Malfoy'em!
- Skoro już o tym mowa, unieszkodliwiłam waszego króliczka – jej melodyjny głos sprawia, że drgają wystraszeni.
- Jakiego króliczka?
- Malfoy'a, bo to on podsłuchał was wczoraj – zerka na nich z uniesioną brwią – Wymazałam mu wspomnienia o tym, czego się dowiedział.
- Przecież nie wiedziałaś, że służymy Czarnemu Panu!
- Nie mogłam ryzykować – z powrotem odwraca się w ich kierunku – Gdyby przeze mnie nie powiódł się plan naszego Pana, nigdy bym sobie nie wybaczyła.
Na te słowa ślizgoni wymieniają ze sobą spojrzenia. Rozkazy Lorda są jasne i mówią, że powinni zebrać jak najwięcej popleczników. Daphne jest kimś i wiele może zrobić dla ich sprawy. Im zajęłoby to więcej czasu, a dotarcie tak wysoko w hierarchii może być dla nich nie do wykonania. Za to Daphne... Mogłaby zrobić to wszystko bez szemrania, skoro tak chce się przypodobać Czarnemu Panu, nie? A oni zgarną zasługi.
- Dobra – mówi w końcu przywódca i kiwa głowę w kierunku ukrytych w mroku drzwi – Chodź, powiemy ci co i jak.
Gdy odwracają się do niej plecami, Daphne pozwala sobie na zadowolony uśmieszek. Mimo wszystko było warto. Teraz tylko musi dowiedzieć się, co kombinują i nie dać się złapać, co nie powinno być trudne. Co innego Czarny Pan – jeśli stanie z nim oko w oko, jest trupem. Zabini będzie musiał poczekać, pewnie zorientuje się, że plan działa. Gorzej będzie ze skutkami rzekomego pobicia Draco, bo jak wytłumaczyć Weasley'owi, że to wszystko było częścią planu? Pewnie da jej w zęby. Na pewno da jej w zęby. Dlatego powie mu Zabini. A Blais jak to Blais pewnie powie Potter'owi, który wszystko wytłumaczy swojemu kumplowi. Być może przedtem da w zęby Blais'owi. No cóż, ryzyko zawodowe. A inaczej – nie jej zęby.
