Dziękuję wszystkim, którzy wciąż czytają moje opowiadanie i bardzo cieszę się, że wzbudza Was emocje oraz przemyślenia.

~H~

Jedno muszę przyznać – rzeczywiście nie wierzyłem, że podczas pełni cokolwiek się zmieni. Być może widząc wysiłki Remusa, uwierzyłem, że uda mu się nie poddać przemianie. Poza tym szczerze mówiąc, myślałem, że Remi i Lunatyk są tak podobni, że ciężko ich rozróżnić. Dopiero teraz, gdy mam przed sobą prawdziwego wilka wiem, że się myliłem. Ze strachem przełykam ślinę i staram się zbytnio nie ruszać. Lepiej go nie prowokować niepotrzebnie. Moje serce zatrzymuje się na dobrą sekundę, gdy z jego gardła wydobywa się zirytowany pomruk.

- Co to jest?

Nie mogę nic poradzić, że bardziej wsłuchuję się w jego głos niż myślę nad słowami. Mimo strachu przed dopiero odkrytym drapieżnikiem, jest we mnie fascynacja. Nigdy nie miałem do czynienia z tą stroną Remusa, przynajmniej nie w ten sposób, więc nic nie mogę poradzić na moją ciekawość. Jego głos jest bardziej gardłowy i zachrypnięty od tego, który słyszę na co dzień. Rozdrażnione warknięcie wyrywa mnie z myśli. Otwieram usta, szukając szybko słów, którymi mógłbym wyjaśnić całą sytuację. Po chwili zamykam je jednak. Wbijam wzrok w moje przedramię. Z przyzwyczajenia zdążyłem zakryć wzory zaklęciem maskującym, więc nie powinien ich dostrzegać, prawda? Nie żebym się przechwalał, ale moja magia jest silniejsza od tej Remusa, przez co nie powinien nawet zauważyć, że coś jest nie tak. Nie otrzymując odpowiedzi na swoje pytanie, obnaża zęby i warczy zły. Przyciska usta do mojej skóry w miejscu, gdzie linia wzoru zawija się.

- Jego możesz oszukać, ale mnie ci się nie uda – mruczy cicho, przez co przechodzi mnie dreszcz.

Naciska delikatnie kłami na moje przedramię, a zaklęcie pęka niczym bańka mydlana. Rozproszona magia osiada na mojej skórze, wywołując bolesne pieczenie. Wyrywa mi się krótki okrzyk, gdy podciąga moje ramię wyżej, by dokładniej przyjrzeć się wciąż lekko świecącym zielenią liniom. W końcu spogląda mi głęboko w oczy.

- Co to jest? – pyta wzburzony jeszcze raz.

- T- to Życie – udaję mi się wydobyć z siebie głos. – Stało się takie, gdy leczyłem Malfoya, wtedy w Skrzydle Szpitalnym.

- Nie powiedziałeś mi – mówi już zdecydowanie spokojniej. – Dlaczego?

- Ja... Sam nie wiem – kłamię pod wpływem impulsu.

Ledwo kończę, a z jego gardła wydobywa się warknięcie, po czym kładzie rękę na moim barku i przyciska do łóżka. Zbliża się i patrzy mi w oczy uważnie. Krzywi się brzydko, a ja już wiem, że moje kłamstwo zostało odkryte. Serce tłucze mi w piersi szaleńczo i z trudem łapię powietrze całkowicie przerażony. Lunatyk najwyraźniej zauważa w jakim stanie się znajduję, bo jego twarz łagodnieje i cofa się, przestając wywierać na mnie nacisk. Z łatwością ciągnie mnie za nadgarstek do pozycji siedzącej i po prostu obejmuje. W pierwszej chwili aż wstrzymuję oddech, mając wrażenie, że zaraz znów zacznie się złościć. Dopiero po chwili zaczynam się rozluźniać i również oplatam go ramionami.

- Bałem się – wyznaję cicho, wiedząc, że powinien znać prawdziwy powód. – Pomyślałem, że... że mogą ci się nie spodobać.

Odsuwa się ode mnie i spogląda mi w oczy czule. Przesuwa palcami po już nieświecących liniach i chwyta mnie za nadgarstek. Unosi moje przedramię, by złożyć pocałunek na wzorze.

- Będę musiał się do nich przyzwyczaić, to wszystko. Jesteś piękny z nimi lub bez. – Kładzie mi dłoń na policzku, a ja wtulam się w nią. – Kocham cię. Kochamy cię oboje i nigdy w to nie wątp.

- Ja też was kocham.

Gdy tylko wymawiam te słowa, przechyla się w przód i całuje mnie namiętnie. Nawet pocałunek różni się od tych, do których jestem przyzwyczajony. Jego język jest szorstki i bardziej dominujący. Od razu dostaję zawrotów głowy i robi mi się gorąco. Staram się odwzajemnić każde liźnięcie i ugryzienie, przez co nasz pocałunek przedłuża się. Kładę mu dłonie na policzkach, a następnie przesuwam je na jego włosy i wplatam w nie palce. Szczęka mi drętwieje i ciężko mi łapać powietrze, ale nadal go całuję gorliwie. Ostatecznie to Lunatyk przerywa pocałunek, ale nie wypuszcza mnie z ramion, a wręcz przeciwnie – mocniej przyciska mnie do siebie. Nagle z jego gardła wyrywa się śmiech.

- A niech mnie, Remus miał rację. Naprawdę fukasz, gdy przerywamy pocałunek!

- Wcale nie! Przecież nic nie powiedziałem!

- Ty tego nie słyszysz, ale ja tak. – Odgarnia mi grzywkę i całuje w czoło.

Przyciska nasze policzki i trwamy tak w uścisku. Jego oddech łaskocze mnie w ucho i nagle czuję, że nic się nie zmieniło. To wciąż Remus, tylko trochę bardziej impulsywny i dziki. A ja wciąż go kocham i nie czuję się z tym źle. Wcześniej myślałem nawet, że poczuję się jakbym zdradzał Remiego, ale tak nie jest.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo cię pragnę – szepcze mi prosto do ucha.

Przychyla się w przód, napierając na mnie, więc kładę się na łóżku oszołomiony. Na Merlina, czy on naprawdę zamierza...? Oczywiście, że chcę! Tylko... Wolałbym kochać się z ludzkim Remusem niż z jego wilczą stroną. Oboje ich kocham, ale Lunatyk całkowicie dominuje Remiego, gdy on dopuszcza swojego wilka do głosu. Poza tym mimo wszystko jest to bardziej dzika strona mojego ukochanego, więc i bardziej brutalna. Już normalnie zżerają mnie nerwy z obawy przed bólem, a co dopiero z Lunatykiem. Nieruchomieję z mocno bijącym sercem. On tylko przygląda mi się z czułym uśmiechem. Następnie pochyla się i cmoka mnie lekko w usta, po czym kładzie głowę na mojej klatce.

- Nie bój się, nic ci nie zrobię. Remus by mnie zabił. Poza tym on bardziej się do tego nadaje, prawda?

Odpowiadam mu pomrukiem. Przymykam powieki, oddychając z ulgą. Na oślep kieruję rękę na jego głowę i wplatam ją w jego włosy. Moje palce natrafiają na inną fakturę, więc otwieram oczy, by zobaczyć, co to takiego. Ostrożnie dotykam drgających uszu, bojąc się, że sprawię mu tym ból. Nie protestuje, więc odważniej zaczynam je badać zafascynowany. Zawsze myślałem, że wilkołaki podczas pełni mogą jedynie przyjąć formę wychudzonej kreatury, która jest połączeniem wilka i człowieka. Najwyraźniej się myliłem. Ciekawe, że nigdzie w książkach nie ma o tym ani słowa. Co mogło spowodować tą niepełną przemianę? Czyżby obecność partnera ją wywoływała? Ile bólu mogę zaoszczędzić Remusowi w ten sposób! Uszy są pokryte gęstym i niezwykle miękkim futrem w kolorze piaskowym. Wydają się być bardzo wrażliwe, ale wyczuwam, że wcale nie są aż tak delikatne. Szybko robi mi się ciepło, przez wyższą temperaturę Lunatyka i zaczynam odczuwać senność. Staram się z nią walczyć, ale w końcu poddaję się jej z westchnieniem.

~S~

Portrety raczej nie powinny odczuwać zbyt silnych emocji, ale Syriusz naprawdę umiera ze zmartwienia. W napięciu nasłuchuje jakichkolwiek niepokojących odgłosów, ale do tej pory nie usłyszał niczego takiego. W każdej chwili jest gotowy wezwać pomoc, co obiecał Remusowi jeszcze przed przemianą. Sam zna tylko Lunatyka z czasów szkolnych, gdy Remi nawet nie pomyślał, że mógłby dogadać się z wilkiem, więc tak naprawdę nie wie, czego powinien się spodziewać. Przemiana powinna zacząć się kilka godzin temu, ale na piętrze wciąż panuje niezmącona cisza. On sam doskonale wie, jak przeraźliwie wygląda przeobrażanie się, więc nie byłby zaskoczony, gdyby Harry się przestraszył. Właściwie być może woli, by właśnie tak zareagował. Szczeniak naprawdę jest zbyt ufny. Remus owszem nie jest groźny, ale Lunatyk to wręcz inna osoba, a Harry i tak ufa mu bezgranicznie. No naprawdę, kiedyś to niewinne zaufanie go zabije. Schody skrzypią pod czyimś ciężarem, więc natychmiast kieruje wzrok w tamtym kierunku. To Remus, ale jednocześnie nie on. Jego twarz i spojrzenie są inne, ostrzejsze. Gdy dostrzega zwierzęce uszy na jego głowie, nie ma wątpliwości – to Lunatyk zmierza w jego stronę. Obserwuje uważnie każdy jego krok. Lunatyk zatrzymuje się kawałek od kominka i tym samym od jego portretu. Uśmiecha się z dziwnym smutkiem, być może rozgoryczeniem.

- Nie musisz tak na mnie patrzeć, Łapo. Harry'emu nic nie jest, śpi. – Siada wygodnie na kanapie. – Nie chcesz mi czegoś powiedzieć?

- Co zamierzasz zrobić Szczeniakowi?

- Nic. – Wzrusza ramionami lekceważąco. – Mam nadzieję, że prześpi całą noc, a gdy się obudzi, Remus będzie miał na mnie większy wpływ.

- Dlaczego miałbyś tego chcieć? – Syriusz mruży oczy podejrzliwie. – Zawsze chciałeś jak najdłużej mieć kontrolę. Dlaczego miałoby się to zmienić?

- Ty i Remus myślicie podobnie – odpowiada po chwili ciszy. – Oboje zapominacie, że ja również mam uczucia. – Wstaje z kanapy i patrzy Łapie głęboko w oczy. – Kocham Harry'ego i nie chcę go krzywdzić. Myślisz, że dlaczego go uśpiłem?

Syriusz nie odpowiada, a Lunatyk nie nalega. Zamiast tego odwraca się tyłem do portretu i odchyla głowę w tył, oddychając głęboko. Zaciska zęby, by nie krzyczeć – Łapa zna ten dźwięk aż za dobrze. Ile to razy Remus starał się uśmiechać podczas przemiany, by ich nie martwić? Trzask łamanych kości w ciszy brzmi niczym wystrzał z mugolskiego pistoletu. Syriusz wzdryga się, zapominając całkowicie, że jeszcze chwilę temu oskarżał Lunatyka o złe zamiary. Teraz ponownie jest jego przyjacielem, który cierpi. Ciche nucenie samo wyrywa się z jego gardła. Patrzy jak mięśnie na plecach Lunatyka rozluźniają się choć trochę pod wpływem melodii i wie, że to był dobry wybór. Kości przesuwają się nadal, ale już nie łamią się – przynajmniej tyle dobrego. Widok napiętej skóry, pod którą przemieszczają się mięśnie jest groteskowy, więc Łapa niemal oddycha z ulgą, gdy w końcu pokrywa ją gęste futro. Kolejna różnica – sierść Remusa zawsze była krótka, przerzedzona i zniszczona. Syriusz naprawdę nie wie czy na zmianę ma wpływ znalezienie partnera czy może dbanie o siebie. Tylko postawa została taka sama. Przez chwilę Łapa miał nadzieję, że Lunatyk przybierze postać zwykłego wilka, ale nie – nadal jest połączeniem zwierzęcia i człowieka na dwóch nogach, a właściwie łapach. Jeszcze chwilę trwa w bezruchu i dopiero wtedy zaczyna się poruszać. Odwraca się przodem do portretu jakby chciał się zaprezentować. Jedno Syriusz musi mu przyznać – już nie przypomina postaci z mugolskich horrorów, które oglądał w dzieciństwie. Przed nim stoi prawdziwy wilk – Alfa, którym Remus zawsze gdzieś w środku był.

~H~

I tym razem ze snu budzi mnie nieokreślone uczucie. W pierwszej chwili mam zamiar to po prostu zignorować. Jest mi ciepło i miękko. Nie czuję się również zagrożony, więc dlaczego miałbym wyrywać się z tego stanu? Wzdycham cicho i przesuwam dłonią po swoim brzuchu. Otwieram oczy zaskoczony. Poza mną w pokoju nie ma nikogo. Z łazienki nie wydobywają się żadne dźwięki, więc to nie tam zaszył się Remus. Marszczę brwi niezadowolony, ale wygrzebuję się z ciepłej pościeli. Wzdycham jeszcze raz, zerkając jeszcze tęsknie w kierunku łóżka, po czym kieruję się do drzwi. Na korytarzu staję nieruchomo i nasłuchuję. Pewnie po prostu poszedł do łazienki na dole, żeby mnie nie obudzić. No właśnie, przecież to logiczne. W takim razie dlaczego mam wrażenie, że dzieje się coś złego? Warto sprawdzić na wszelki wypadek, prawda? Zbiegam po schodach najszybciej jak potrafię, starając się przy tym nie zabić. Staję w salonie i ponownie nasłuchuję. Złowroga cisza wręcz piszczy mi w uszach. Syriusz spogląda na mnie z obrazu, a coś w jego oczach sprawia, że podchodzę do niego bliżej.

- Dawno się nie widzieliśmy, prawda? – Uśmiecha się jakoś tak nerwowo.

- Gdzie jest Remi?

- Hm? Nie mam pojęcia, nie widziałem go. Był z tobą, nie? – Jego twarz wygląda wyjątkowo szczerze, ale instynkt wyraźnie podpowiada mi, że to zwyczajne kłamstwo.

- Łapo, będzie szybciej jak mi po prostu powiesz. – Nic nie mogę poradzić, że w głowie mam już czarne scenariusze. – Znajdę go, choćbym musiał rozebrać ten dom do ostatniej cegły.

Syriusz waha się wyraźnie. Jego twarz ciemnieje i zapada się w smutku. W końcu wzdycha, wiedząc, że naprawdę jestem w stanie to zrobić. Kręci głową i mamrocze coś do siebie cicho. Jego wzrok wędruje do drzwi na korytarz. Nie musi mówić nic więcej. W biegu wypadam na hol i dopadam do drzwi piwnicy. Są zamknięte, więc walę w nie sfrustrowany.

- Remi, otwieraj!

Gdy nikt mi nie odpowiada, kładę dłoń na drewnie. Z Życia natychmiast wystrzeliwuje kilka zielonych wiązek, które oplatają moje palce. Czuję wyraźnie jak nasze magie ścierają się i walczą. Zaciskam zęby. Zazwyczaj moc Remusa niemal od razu by mi się poddała, ale tym razem jest inaczej. Wrzeszczę szaleńczo. Co się tam dzieje? Czy z Remusem wszystko w porządku? A może jest poważnie ranny? Przeszedł przemianę?

- Kurwa! – Uderzam w drzwi z całych sił.

Słyszę jak drewno skrzypi pod wpływem mojej siły i pomysł sam pojawia się w mojej głowie. Robię to jeszcze raz i jeszcze aż drzwi z głośnym trzaskiem nie łamią się niczym zapałka. Następnie uderzam w nie barkiem, torując sobie drogę. Prawię spadam ze schodów, zbiegając z nich. Dysząc ciężko, rozglądam się gorączkowo. Pomieszczenie jest puste. Wszystko jest ustawione dokładnie tak samo, jak gdy widziałem ten pokój po raz ostatni. Gryzę się w wargę tak mocno, że czuję swoją krew na języku.

- Wyłaź, Remi! – krzyczę, będąc na skraju załamania.

Pozwalam, by moja magia wypełniła całe pomieszczenie. Meble zaczynają drżeć pod jej naporem, ale nie zwracam na to uwagi. Szmaragdowe wstęgi poruszają się w powietrzu niczym węże. Zaalarmowany odwracam się gwałtownie i szybkim krokiem podchodzę do jednej ze ścian. Kładę na niej dłoń i napieram ostro. Cegły poruszają się lekko pod moimi palcami, a na mojej twarzy pojawia się złowrogi uśmiech. Chwytam magię niczym cienką kurtynę i po prostu ciągnę w swoją stronę, zrywając ją z obiektu, który miał zostać przeze mnie niezauważony. Nie zwracam uwagi na głośny huk, gdy zaklęcia pękają jak nietrwałe szwy ani na ostry ból, który przechodzi moją dłoń.

Cofam się całkowicie zszokowany. Moim oczom ukazuje się prosta sala więzienna oddzielona od reszty pokoju stalowymi prętami, które wręcz fosforyzują od zaklęć, które zostały na nie nałożone. Jednak najgorsza jest postać Remusa za kratami. Przypomina siebie po przemianie na moim trzecim roku. Teraz jednak jego futro jest wyraźnie gęstsze, dłuższe i ogólnie zdrowsze. Nie garbi się i nie wygląda niczym wychudzony pies. Jego złote oczy patrzą na mnie ze smutkiem, a wręcz rozpaczą. Na ten widok zaciskam zęby z wściekłości i rzucam się do prętów. Chwytam je w dłonie, nie zwracając uwagi, że zaklęcia parzą mnie w palce.

- Tak ci sprawia przyjemność krzywdzenie samego siebie?!

Wilkołak natychmiast zrywa się z podłogi i podchodzi do mnie. Jego pysk wykrzywiony jest w niemej agonii. Zbliża szponiastą łapę do mojej twarzy, ale zaklęcia nie pozwalają mu mnie dotknąć. Potrząsa głową i pada na kolana.

- Harry, odsuń się! – jęczy desperacko. – Jesteś ranny! Błagam cię!

- Myślisz, że masz do tego prawo?! – syczę, jeszcze mocniej zaciskając palce na gorących rurach; na dźwięk mojego głosu wzdryga się, a jego uszy opadają smętnie. – Czego jeszcze ode mnie oczekujesz?! Kocham cię jak nikogo innego! Ale tobie to nie wystarcza!

- Nie, Harry, to nie tak...

- Oczywiście, że tak! Dlaczego cały czas masz przede mną sekrety?! Ciągle coś ukrywasz! Naprawdę myślisz, że odszedłbym z takiego powodu?!

- Nie, oczywiście, że nie... – skomle, rozpaczliwie starając się jeszcze raz złapać moją dłoń.

- Nie ufasz mi! Kłamiesz mi prosto w oczy! – Biorę głęboki oddech, zwieszając głowę; łzy wściekłości pieką mnie w oczy. Jak mógł?! – Dlaczego nie możesz mi uwierzyć? Tak bardzo cię kocham...

- Ja ciebie też! Jesteś całym moim światem! – wyje z desperacją, podpełzając bliżej krat. – Ja... Ja cały czas nie wierzę, że ktoś taki jak ty, ktoś tak wspaniały mógł się zakochać we mnie. Tak bardzo cię przepraszam. Ja... Nigdy więcej nie ukryję przed tobą niczego!

Zaklęcia kaleczą jego palce, gdy po raz kolejny stara się mnie dotknąć. Widząc czystą rozpacz w jego oczach, robię jedyną słuszną rzecz. Zapieram się i szarpię prętami. Metal skrzypi przeraźliwie, ale poddaje mi się. Zielone wstęgi oplatają kraty, gdy tylko zaklęcia zostają przerwane i już po chwili nie ma żadnego śladu po tym małym lochu. Robię krok w przód i kucam przy trzęsącej się górze futra. Lunatyk oplata mnie ramionami i przyciska do siebie ciasno. Jego oddech jest głośny i szybki, jakby przebiegł maraton, a jego serce bije bardzo szybko. Zerkam na niego z niepokojem. Wciąż kuli po sobie uszy, a sierść pod oczami ma mokrą od łez. Na ten widok moja złość się ulatnia, ale wiem, że w końcu wróci i będziemy musieli porozmawiać na spokojnie. Cały czas kręcimy się w kółko. Tak naprawdę wierzyłem, że wszystko potoczy się samo, ale myliłem się. By zbudować prawdziwy związek, nie możemy siedzieć z założonymi rękoma i czekać aż wszystko przyjdzie samo. Powinniśmy przedyskutować to i wypowiedzieć na głos nasze oczekiwania. Może to będzie dziwne i krępujące, ale nie pozwolę, byśmy utknęli w miejscu, wciąż się kłócąc. Wyciągam dłoń, by pogłaskać go po spuszczonych uszach, ale nie dociera ona do celu. Marszczę brwi, widząc mroczki. Nagły zawrót głowy sprawia, że chwieję się niebezpiecznie. Remus natychmiast odsuwa się kawałek ode mnie i obserwuje mnie z niepokojem.

- Wszystko w porządku? Harry? Harry!

Jego głos odbija się echem w moim umyśle i choć poruszam ustami, by powiedzieć mu, że wcale nie jest dobrze, z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Widziany przeze mnie obraz po prostu gaśnie niczym ekran telewizora, a moje myśli urywają się. Zostaje tylko dziwne uczucie ciepła w miejscach, w których leżały pokryte futrem dłonie Remusa.

~Z~

Blaise nigdy nie lubił Skrzydła Szpitalnego. Nie żeby osobiście spędzał tam wiele czasu. Po prostu przebywanie w tym miejscu nie było dla niego przyjemne i do tej pory się to nie zmieniło. A mimo to ślizgon stoi właśnie przed drzwiami do tego pomieszczenia. Czemu? Cóż... Blaise z pewnością mógłby wymyślić przynajmniej pięć uzasadnień swojej obecności tutaj, a jednym z nich byłyby odwiedziny przyjaciela. Jednak żadne z nich nie byłoby prawdziwe, bo to nie dlatego znalazł się przed drzwiami Skrzydła. Właściwie sam nie wie, co skłoniło go do przyjścia w to miejsce. To było zwykłe przeczucie, ale Blaise ufa swojemu instynktowi, który podpowiada mu, że powinien wejść do środka jak najszybciej. Szybkie kroki zwracają jego uwagę, więc odwraca głowę, by zobaczyć, kto jeszcze zmierza do tego samego miejsca, co on. Na widok Longbottoma unosi brew zaskoczony. Gryfon przez dobrą chwilę patrzy na niego uważnie, po czym przenosi wzrok na drzwi, przed którymi stoi. Ciekawe. I niepokojące. Czyżby nie tylko on ma wrażenie, że coś się dzieje?

- Na co czekacie? – Aż podskakuje, słysząc czyjś głos.

Błyskawicznie odwraca się w kierunku, z którego dochodzi. Bardzo niepokojące. Nie zauważył tej krukonki, Lovegood. Dziewczyna obserwuje go z powagą, co jest bardzo rzadkie. Chyba tylko raz widział ją z taką miną, a było to tego pamiętnego dnia, gdy całą grupą ruszyli za Harrym, by ratować Granger. Porusza się niespokojnie, mając wrażenie, że coś go ciągnie do środka.

- Luna ma rację. Powinniśmy wejść – mówi cicho gryfon i Blaise w duchu zgadza się z nim.

Podchodzi bliżej do drzwi i chwyta za klamkę, otwierając je. Przekracza próg w pośpiechu, choć nie wie dlaczego to robi. Natychmiast ogłusza go wysoki dźwięk. Odruchowo zakrywa sobie uszy, by choć trochę złagodzić ból. Zaciska zęby, rozglądając się po pomieszczeniu. Co to za koszmarny pisk?! Lovegood mija go szybkim krokiem, jakby wcale nie zostali prawie ogłuszeni. Blaise obserwuje ją z niedowierzaniem. Czy ta dziewczyna kompletnie zwariowała? Najwyraźniej tak, bo wydaje się doskonale wiedzieć, gdzie powinna się udać. Wchodzi za jeden z parawanów, a gdy tylko znika mu z oczu, pisk cichnie na tyle, że nie sprawia mu już bólu. Opuszcza ręce i stanowczo podąża za krukonką. Cokolwiek się tu działo, bardzo prawdopodobne, że to właśnie tam uzyska na to odpowiedź. Odgarnia materiał nerwowym ruchem i staje całkowicie zszokowany.

Na szpitalnym łóżku leży Harry, choć „leży" to nieodpowiednie słowo. Chłopak wygina się w łuk, co wygląda bardzo boleśnie. Jego nadgarstki i kostki zostały przywiązane do ram wstęgami materiału. Nagły trzask sprawia, że wszystkie kolory odpływają z jego twarzy. Całkowicie przerażony obserwuje jak Harry opada na łóżko, gdy jego ręka wygina się nienaturalnie. Pielęgniarka bez słowa przysuwa się i mamrocze zaklęcie, które natychmiast łączy złamaną kość i gryfon ponownie wygina się. Blaise przenosi wzrok z nieprzytomnego chłopaka na inne osoby. Oprócz niego, Longbottoma i Lovegood znajdują się tam również Weasley, Lestrange, profesor Snape oraz profesor Lupin. Wszyscy są tak przeraźliwie bladzi jakby zobaczyli samego Merlina. Dłuższą chwilę poświęca nauczycielowi Obrony, bo czy dzisiaj przypadkiem nie jest pełnia? Jego oczy owszem są tak złote jak jeszcze nigdy, ale nic nie wskazywało na to, że ma zamiar zmienić się w żądną krwi bestię. Jego wzrok ponownie wędruje do cierpiącego gryfona. Na Salazara, naprawdę zamierzają tak sterczeć i nic z tym nie robić?! Unosi głowę i wbija wzrok w Lovegood, która bez strachu kładzie dłoń na przedramieniu Harry'ego. Zupełnie niespodziewanie Harry pada na łóżko spokojnie. Jej nadgarstek zostaje opleciony przez zielone linie, które zaledwie po chwili nikną, a ona cofa się. W dziwnym odruchu on sam wyciąga dłoń w kierunku napiętego ciała, dotykając jego kostki. Blaise zdezorientowany obserwuje jak zielone linie wiją się na skórze Wybrańca i w końcu przechodzą na jego dłoń, oplatając jego palce. Patrzeć na coś takiego, a samemu przeżywać to całkiem co innego. Cofa się jak poparzony, a przynajmniej próbuje, bo jakaś siła nie pozwala mu na to. Szmaragdowe wstęgi nagle przestają się poruszać i zaczynają zanikać. Blaise zatacza się w tył, łapiąc za dłoń. Wzory nie są widoczne, ale ślizgon czuje, że zostały w nim wyryte. Niepewnie spogląda na nieprzytomnego gryfona. Z jakiegoś powodu przestał się krzywdzić i teraz spoczywa spokojnie na szpitalnym łóżku. Co to wszystko ma znaczyć?!

Z rozmyśleń wyrywa go ruch. Longbottom także dotyka nieprzytomnego chłopaka i cały proces powtarza się jeszcze raz. Od razu Blaise zauważa, że napięcie całkowicie zeszło z Harry'ego i po prostu zapadł w sen. Lustruje wzrokiem pozostałe osoby, czując, że zapowiada się długa rozmowa. Bardzo długa i bardzo męcząca.

~R~

Ron naprawdę nie ma pojęcia jak to wszystko wytłumaczyć tak, by inni go zrozumieli. Harry pewnie poradziłby sobie z tym lepiej – zawsze miał w sobie coś, co sprawiało, że ludzie po prostu za nim podążali, nawet jeśli on sam tego nie chciał. Hermiona zrobiłaby to lepiej – do tego czasu pewnie wiedziałaby już wszystko na temat całej sytuacji. Jednak to jemu przypadło to zadanie. Dlatego unosi głowę i patrzy na osoby siedzące na sąsiednich łóżkach.

- Jak wiecie lub nie wiecie – tu zwraca się do Luny, Neville'a i Zabiniego – jesteśmy Dwunastoma. Najwyraźniej Harry potrzebował nas w takim, a nie innym składzie i przez to wszedł w ten dziwny trans. Musieliście już poczuć różnicę. Wcześniej nazywaliśmy siebie Dwunastoma, ale tak naprawdę nic nie wskazywało na to, że nimi jesteśmy. Dzisiaj się to zmieniło. - Unosi swoją dłoń i pokazuje pozostałym widniejącą jedynkę na jej wewnętrznej stronie. - Dzisiaj naprawdę staliśmy się Dwunastoma. A Harry jest naszym Trzynastym.

- Co w takim razie dokładnie oznacza bycie jednym z Dwunastu? - pyta Zabini, gdy cisza zaczyna się przedłużać. - Jesteśmy prywatną armią Pottera?

- Nie. - Odpowiadają mu jednym głosem Ron, Alex i Severus.

- Nie – powtarza Mistrz Eliksirów. - Jesteśmy rodziną w pełnym znaczeniu tego słowa.

- Dziwnie słyszeć to z pańskich ust, sir – odpowiada mu Blaise, na co Snape kręci głową pobłażliwie.

- Tutaj nie jestem nikim więcej niż Czwartym – mówiąc to, unosi swoją dłoń naznaczoną tymże numerem. - Tutaj wszyscy jesteśmy częścią tej rodziny, jakkolwiek dziwnie to brzmi.