~R~

Oczywistym jest, że Remus nie opuści Harry'ego na krok, więc od razu to ja zrywam się na nogi i szybkim krokiem ruszam do wyjścia ze Skrzydła Szpitalnego. Mam ochotę biec, ale na korytarzach jest sporo uczniów, którzy obserwują mnie nie tak dyskretnie jakby chcieli. Sytuacja w Hogwartcie jest napięta, a bez Harry'ego i Draco to ja stałem się najbardziej obserwowaną osobą. Nie dziwię się zresztą – Gryfoni starali się trzymać jak najbliżej mnie z nadzieją, że sama moja obecność może ich ochronić, Ślizgoni za to nawet nie byli pewni co myśleć o tym wszystkim i głównie zwyczajnie śledzili mnie wzrokiem. Nagle stałem się ostatnią osobą, która utrzymuje Domy we względnym spokoju i szczerze – już wiem co Harry miał na myśli, gdy marudził na swoją popularność. To nie jest przyjemne ani trochę. Nawet w bibliotece nigdy nie byłem sam i czułem na sobie czyjś wzrok. Musiałem też o wiele bardziej uważać, spotykając się z innymi członkami Dwunastu. To było niezwykle męczące i tak naprawdę cieszę się, że trochę to minie, gdy Harry wyjdzie ze Skrzydła Szpitalnego. Droga do wejścia do Pokoju Wspólnego mija mi na rozmyślaniu i dopiero wtedy orientuję się, że tak naprawdę nie mam żadnego sposobu na skontaktowanie się z Zabinim. Ostatecznie decyduję się wykorzystać następną osobę, która wejdzie lub wyjdzie stamtąd i tworzę niewielki, papierowy samolocik. Umieszczam na nim jedynie liczbę 13 oraz swoje inicjały, wiedząc, że jedynie my będziemy wiedzieć o co właściwie chodzi. Wychodzący niewielki ślizgon wręcz podskakuje wystraszony, gdy zauważa mnie zaraz po wyjściu. Natychmiast korzystam z okazji i samolot rusza przez szparę niezauważony.

- Niemal dostałem zawału – burczy chłopiec, który wygląda na drugoroczniaka.

- Wybacz. - Posyłam mu przepraszający uśmiech, odrobinę zaskoczony brakiem wrogości.

Młody wąż kiwa jedynie głową i rusza dalej przed siebie. Nie muszę długo czekać, mijają może ze dwie minuty nim ściana ponownie ukazuje przejście, z którego wychodzi Blaise. Obrzuca mnie badawczym spojrzeniem, ale o nic nie pyta. Wspólnie szybkim krokiem ruszamy z powrotem. Zbyt dobrze wiemy, że ściany mają uszy, a w dodatku oczy, więc nie rozmawiamy ze sobą.

Sytuacja przy łóżku Harry'ego wygląda dokładnie tak samo jak, gdy widziałem ją kilkanaście minut temu. Remus wciąż trzyma dłoń mojego kumpla i wpatruje się w niego jak w jednorożca, a Harry uśmiecha się do niego łagodnie. Poważnieje jednak na nasz widok, ale nie puszcza dłoni swojego kochanka. Cóż, wcale mu się nie dziwię. Gdy cztery dni temu rano Draco się obudził, sam spędziłem przy nim cały dzień i nie chciałem go zostawiać choć na sekundę, a wciąż nie jesteśmy oficjalnie parą.

- Przez ten czas byłem zawieszony w dziwnej pustce wypełnionej wciąż zmieniającymi się emocjami. Jest to wina zapewne połączeń, które mam z wami, ale również i z Voldemortem – zaczyna Harry, a mi dreszcz niepokoju przechodzi po plecach. Na Godryka, przecież ten psychol ma tak popaprane odczuwanie emocji, że zazwyczaj jego radość oznacza czyjąś śmierć w męczarniach. - Nie znam całego planu, a ledwie jego skrawki. Wiem, że gad chce nas unieszkodliwić przez Zabiniego.

Blaise porusza się dość niespokojnie obok mnie, wymieniając spojrzenia z Harrym. Sam nagle czuję się dość niepewnie. Czy to oznacza, że ten chory pojeb chce zmusić Blaise'a do zdrady nas? Zapewne właśnie o to mu chodzi. Mimo wszystko Voldemort nie jest tak głupi jak byśmy chcieli, a jego plany często oparte są na graniu na naszych emocjach. Nie zdziwiłbym się, gdyby miał naprawdę dobry pomysł.

- Nie wiem jak mógłby chcieć do mnie dotrzeć – przyznaje Zabini, wzruszając ramionami. - Mam jedynie matkę, o którą osobiście bym się nie martwił. Jej nowy mąż jest kilkusetletnim wampirem i jest w niej szalenie zakochany. Nie wydaje mi się, że komukolwiek pozwoli ją choćby tknąć. Poza tym z tego co mi wiadomo to są gdzieś w Brazylii i szybko nie zamierzają wrócić.

- Mimo to dobrze byłoby ją uprzedzić, że może nastąpić na nią atak – mówi Harry, zamyślając się wyraźnie. - Czy masz jak się z nią skontaktować? Wysłanie sowy mogłoby naprowadzić Śmierciożerców na jej ślad.

- W porządku, mam telefon, który dał mi Vlad. - Widząc nasze pytające spojrzenia, wyciąga niewielkie, prostokątne urządzenie. - Mugole używają ich do kontaktowania się na naprawdę ogromne odległości. Vlad nie jest czarodziejem, ale uwielbia nowinki techniczne. Zadzwonię do matki natychmiast.

Zabini rusza w drugi kąt pomieszczenia i nie zawracając sobie głowy zaklęciem prywatności, klika coś w tym dziwnym urządzeniu. Obserwuję go mocno zaskoczony, szczególnie gdy zaczyna rozmawiać ze swoją rodzicielką, używając słów „mamuś". Najwyraźniej choć Blaise nie wydaje się być mocno związany ze swoją matką, to właśnie tak jest. Harry odchrząka, więc wracam do niego spojrzeniem.

- Chyba nie muszę mówić kto jest najlepszym kumplem Blaise'a.

- ...Draco – wyduszam z siebie cicho.

Harry patrzy na mnie neutralnie i jestem mu wdzięczny, że w jego spojrzeniu nie ma współczucia. Moje wnętrzności natychmiast skręcają się w strachu o tego blondwłosego drania.

- Co z tym zrobimy? - pytam po prostu z ogromną nadzieją, że Harry ma jakiś plan.

Kątem oka dostrzegam, że Zabini wraca do nas po skończonej rozmowie. Zatrzymuje się obok mnie, wsuwając telefon do kieszeni swoich spodni.

- Jeśli chodzi o Draco, to najważniejsze jest przeniesienie jego ojca – informuje nas, więc wbijam w niego wzrok, który odwzajemnia. - Jego matka zmarła jakiś czas temu. Voldemort zabił ją za to, że Lucjusz złożył papiery rozwodowe. Narcyza mogła zostawić swojemu panu drugie wejście do rezydencji, więc pan Malfoy nie jest tam bezpieczny. W dodatku wciąż ma znak, więc Voldemort może go torturować do woli aż Draco nie będzie zmuszony wrócić do domu mu pomóc.

- Będziemy musieli zabrać go do Grimmauld Place – mówi Harry powoli, zerkając na Remusa. Ten jedynie kiwa głową, zgadzając się. - Zostaje również kwestia twojej rodziny, Ron.

- Co z nimi? - pytam zaskoczony, marszcząc brwi.

- Voldemort zapewne już wie, że zbliżyliśmy się do Draco. Mnie nie ma jak zaatakować pośrednio, ale ty masz rodzinę, która jest dość wystawiona na atak.

- ...Masz rację – stwierdzam zdziwiony, że sam na to nie wpadłem. - Fred i George oraz mój tata są tak łatwo dostępni, że aż dziwne, że wcześniej nie zostali zaatakowani.

Harry rzuca Remusowi pytające spojrzenie, a on wzdycha, potakując. Przesuwam po nich spojrzeniem, próbując się zorientować o czym właściwie myślą.

- Niech przeniosą się na jakiś czas do nas – zabiera głos Remus, patrząc w końcu na mnie. - Mam nadzieję, że Molly nie rozniesie nam domu...

- Bliźniacy i twój tata powinni wziąć na jakiś czas wolne, przynajmniej dopóki nie wymyślimy jak ich zabezpieczyć choć trochę i dać szansę na ucieczkę – dokańcza Harry.

- Dzięki, stary. Nasz dom może i ma na sobie parę czarów, ale nie jest tak dobrze chroniony jak Grimmauld Place 12.

- Idź natychmiast do nich zafiuukać, możesz skorzystać z kominka w moim gabinecie – mówi Remus, a ja kiwam mu głową w podziękowaniu. - Hasłem jest nowe motto rodziny Black.

Natychmiast ruszam do wyjścia, by jak najszybciej ostrzec swoją rodzinę. W końcu nigdy nie wiadomo kiedy właściwie Voldemort ma zamiar rozpocząć swój plan.

~S~

Wzdycham ciężko, uciskając nasadę nosa. Już czuję migrenę zbliżającą się wielkimi krokami. Całą ostatnią noc spędziłem przy eliksirach, spałem może ze trzy godziny, a dzisiaj cały dzień miałem zajęcia z tymi młodocianymi idiotami. Zamiast skupiać się na swoim zajęciu, radośnie szeptali cały czas, przez co ostatecznie aż trzy razy dzisiaj wybuchł kociołek. Nie mówiąc już ile razy zmuszony byłem ratować sytuację, żeby idioci nie zostali oblani swoimi i tak źle przygotowanymi eliksirami. Wchodzę do swoich kwater z rozmachem i od razu na wejściu zrzucam z siebie szatę. Mam zdecydowanie dość przebywania wśród gorących oparów, a wciąż czeka mnie uwarzenie przynajmniej kilku eliksirów. Mogę oczywiście polecić to zrobić Draconowi i Blaise'owi, ale tak czy siak miałbym wyrzuty sumienia, że nic nie robię. Jeszcze tego mi brakuję. Przechodzę przez salon do barku i nalewam sobie odrobinę whiskey do stojącej obok szklanki. Wypijam wszystko jednym łykiem i oddycham z ulgą, czując przyjemne pieczenie w gardle. Poruszam barkami, starając się choć trochę rozluźnić spięte mięśnie, ale jedynie czuję większe ukłucie bólu.

- Podobno robię całkiem niezły masaż.

Ledwie powstrzymuję się od podskoczenia z przerażenia, ale błyskawicznie odwracam się z różdżką w ręku wycelowaną w intruza. Alex unosi brwi na ten widok. Jakim cudem nie zauważyłem tego dzieciaka rozwalonego w najlepsze na mojej kanapie?! Czy aż tak jestem już stary?!

- Profesorze, mógłby pan chociaż odłożyć szklankę. To wygląda dość zabawnie.

Prycham jedynie, nalewając sobie niemal całą szklankę i ruszając w jego kierunku. Siadam obok, rzucając mu karcące spojrzenie za jego pozycję, przez którą trzyma stopy na kanapie. Dzieciak jedynie wzrusza ramionami, niezbyt przejęty tym. Cholerny dzieciak.

- Co tu robisz? - pytam, obserwując bursztynowy płyn.

- Siedzę. - Widząc moje sceptyczne spojrzenie, wywraca oczami. - Chciałem posiedzieć w ciszy.

- Pokój Wspólny odpada?

- Puchoni są bardzo gadatliwi. Jeszcze bardziej niż Gryfoni.

- Na Merlina, myślałem, że nikt nie gada więcej od nich...

Alex jedynie śmieje się cicho na to stwierdzenie i przysuwa się odrobinę do mnie. Nic nie mogę poradzić na to, że moje mięśnie odruchowo się spinają. Krzywię się, ponownie czując jak bardzo bolą mnie barki od pochylania się nad debilami w mojej klasie. Chłopak rzuca mi zamyślone spojrzenie i pokazuje mi zawartość trzymanego pergaminu. Papier został zapisany dwoma różnymi stylami pisma – drobnym i schludnym oraz pospiesznym i krzywym. No tak, w końcu pracuje razem z tymi rudymi pomiotami diabła. Mimowolnie wczytuję się w zapiski o kilku rodzajach granatów.

- Gwoździe? - Unoszę brwi odrobinę zainteresowany.

- Postanowiliśmy szukać pomysłów też w mugolskim świecie. Tego na pewno nie będą się spodziewać, więc to również element zaskoczenia.

- Sprytnie – kwituję jego słowa. - Co właściwie masz z tym zrobić?

Alex wydaje z siebie zrezygnowane westchnięcie. Sięga do swojej torby leżącej obok niego na kanapie i wyciąga grubą książkę. „Miny i granaty – wojna na odległość" głosi jej tytuł, a grubość wręcz potwierdza, że został tam opisany każdy rodzaj wspomnianej broni bardzo dokładnie.

- Muszę to przeczytać i dowiedzieć się jak najwięcej. Raczej nie mamy dostępu do wielu składników, których używają mugole, więc będziemy musieli opracować coś nowego na podstawie tych informacji.

- Nie krępuj się w takim razie – mówię, biorąc spory łyk alkoholu.

Alex zagłębia się w lekturze, mrucząc cicho pod nosem i choć z początku mam wrażenie, że nasili to tylko mój ból głowy, to jest wręcz odwrotnie. To dość... uspokajające. Na moment przymykam powieki, oczyszczając myśli i wsłuchując się w ten dźwięk. Szybko zaczynam czuć senność, więc wzdycham ciężko. To nie pora na spanie. Otwieram oczy i dopijam alkohol. Odstawiam szklankę na stolik i machnięciem różdżki przywołuję do siebie referaty drugoroczniaków. Skoro i tak siedzę to mogę je sprawdzić. Jeszcze te i eseje zadane piątemu rocznikowi są normalnej długości, a kolejne są już krótsze. Nie mam już tyle czasu na sprawdzanie ich, więc bachory mają szczęście. Przywołuję również czerwony atrament i pióro, ale nie muszę używać go dużo. Drugi rok Gryfoni-Ślizgoni są nadzwyczaj dobrą klasą, co również słyszałem już od Lupina. Dzięki temu kończę z nimi dość szybko i decyduję się od razu z rozmachu sprawdzić prace piątego roku. Z tymi jest już gorzej i na ich, czym do cholery jest bezuzar, wypociny zużywam połowę atramentu. No debile, po prostu debile. Większość z prac wygląda jakby ich autor nawet nie otworzył żadnej książki do wzorowania się, a te najlepsze są żywcem przepisane z książki. Wzdycham ciężko i odwracam głowę, żeby zobaczyć jak idzie Lestrange'owi. Unoszę brew, widząc, że również mi się przygląda.

- Aż tak źle? - pyta, a widząc moją pytającą minę, uśmiecha się. - Bez przerwy pan wzdychał i mamrotał coś o mózgu wielkości gumochłona.

- Niestety, piąty rok to skończeni debile pod uwagą Eliksirów. Wnętrzności mi się wywracają jak kilku z nich rozmawia o karierze magomedyka czy farmaceuty. Słyszałem również jak to nie chcieliby pracować w sklepie Weasleyów. Zabawne. Ciekawe czy któryś z tych półgłówków zdaje sobie sprawę, że oba te rude pomioty miały Wybitny z Eliksirów zarówno podczas SUMów jak i Owumentów.

- Naprawdę dałeś im Wybitny? - Puchon przygląda mi się z ciekawością, opierając policzek o swoje kolano.

- Zasłużyli – mówię tylko, wzruszając ramionami. - Dość często wysadzali mi w klasie kociołki, ale jak nikt mieli ogromne ambicje i wciąż starali się wynajdować nowe przepisy lub udoskonalać istniejące.

- Oh, naprawdę ich lubisz.

- Zamknij się, dzieciaku.

~H~

Remus potrafi być zadziwiająco przekonujący, gdy czegoś chce. Pomfrei nawet nie sprzeciwia się jakoś specjalnie, gdy zaczyna chodzić za nią i przekonywać, że czuję się na tyle dobrze, by wrócić do dormitorium. Obserwuję to z pewnym podziwem – jakoś nie przypominam sobie, by wcześniej potrafił aż tak stawiać na swoim. W końcu rzuca mi zadowolone spojrzenie i podchodzi do mnie, żeby pomóc mi wstać. Przyjmuję jego dłoń i z pewnym trudem wstaję. Nie czuję się aż tak dobrze, ale to przez tak długą nieprzytomność. Czuję się dokładnie tak ociężały i otępiały jakbym spał dziewięć dni. Na szczęście Remi od razu podtrzymuje mnie, pozwalając bym oparł się na nim całym ciężarem. Pielęgniarka rzuca nam sceptyczne spojrzenie, gdy wychodzimy razem. Odrobinę zaskoczony i rozczarowany zauważam, że Remus kieruje się w kierunku Pokoju Wspólnego Gryfonów zamiast do swoich komnat. Wiem, że ma rację – powinienem jak najszybciej się pokazać i uspokoić odchodzące od zmysłów lwy. Z drugiej strony mam ogromną ochotę zignorować to wszystko i zwyczajnie posiedzieć przy Remusie. Przed nami wciąż poważna rozmowa o tym, co się stało, ale moja złość zdążyła się już ulotnić. Gdy byłem nieprzytomny, byłem w stanie odczuwać emocje wielu osób. Wiem, że byli to Voldemort oraz Dwunastu, ale nie jestem w stanie określić kto dokładnie czuł się w taki sposób. Mogę jedynie się domyślać, ze przygniatające wyrzuty sumienia, żal i samotność pochodziły właśnie od Remiego. Stajemy przed portretem Grubej Damy, więc rzucam mojemu chłopakowi długie spojrzenie. On zaś rozgląda się szybko i pochyla się, by znaleźć się blisko mojego ucha.

- Przyjdź wieczorem.

Kiwam jedynie głową, a Remus podaje portretowi hasło. Kobieta obserwuje nas w milczeniu, zwyczajnie ustępując, więc macham mu jeszcze na pożegnanie i wchodzę do środka. W pokoju natychmiast wybucha ogólna radość i nagle grupa osób otacza mnie ciasno.

- Spokojnie, spokojnie – śmieję się cicho, czując jak jakaś gwiazda. - Żyję i nie zamierzam szybko kopnąć w kalendarz. Cześć, Neville.

Chłopak spokojnie wstaje z fotela i z szerokim uśmiechem podchodzi, wciąż trzymając w ręku książkę o roślinach. Dostrzegam lekkie kręgi pod jego oczami, ale wygląda dość dobrze, więc nie myślę o tym zbyt długo.

- Miło cię widzieć, Harry. Wszystkim nam cię brakowało – mówi, puszczając mi oczko.

Również się uśmiecham i rozglądam po pomieszczeniu. Nie zauważam nigdzie rudej czupryny mojego przyjaciela. Za to miga mi przed oczami jasna smuga, gdy ktoś wręcz wskakuje na mnie. Gryfoni odsuwają się zaskoczeni, robiąc miejsce.

- Harry! - wyje mi do ucha Alex, a ja szybko obejmuje go, starając się utrzymać równowagę. - Tak za tobą tęskniłem!

- Już, już. - Klepię go po plecach, czując na policzku coś mokrego. - No nie płacz już, dzieciaku.

- W-wcale nie płaczę! - burczy, pociągając nosem.

Dopiero po dłuższej chwili pozwala się postawić na podłodze i natychmiast przeciera twarz rękawami zdecydowanie za dużego swetra. Przez chwilę mam wrażenie, że skądś kojarzę zapach ubrania, ale ciężko mi go dopasować do konkretnej osoby.

- Dobrze być tu z powrotem – informuję ich, a gryfoni wtórują mi poklepywaniem po plecach. - A gdzie Ron?

- Nie było go tu odkąd poszedł do ciebie.

Kiwam głową na tą wiadomość. Zapewne od razu poszedł wyciągnąć Draco i poinformować go o sytuacji. Nie mam mu tego za złe, ale mimo to czuję się trochę samotnie. Chciałem z nim porozmawiać i dowiedzieć się co się działo.

- Bez ciebie zrobił się niezły bajzel w całym Hogwartcie – informuje mnie Neville, gdy razem podchodzimy do kanapy i siadamy na niej we trójkę.

- Wszyscy nagle oszaleli! - Alex gorliwie kiwa głową. - Już chwilowy brak Draco mocno wszystkich poruszył, a gdy jeszcze ty trafiłeś do Skrzydła Szpitalnego, to wybuchł istny armagedon.

- Jak się czuje Malfoy? No i kiedy się obudził?

- Całkiem dobrze, pielęgniarka dobrze go wyklepała. Ogólnie dość skomplikowana sprawa, powiemy ci później. - Alex znacząco zerka w bok na gryfonów, którzy wciąż obserwują mnie ukradkiem. - Wyszedł jakieś cztery dni temu i uspokoił sytuację. Żebyś tylko to widział! Ślizgoni nagle zaczęli chodzić jak w zegarku!

- Odwalił kawał dobrej roboty – dodaje Neville, bawiąc się książką w zamyśleniu. - Zaczęliśmy też działać i się przygotowywać, ale o tym już opowie ci Ron. Powinieneś też zajść w wolnej chwili do profesor McGonagall.

- McGonagall? - Marszczę brwi w zaskoczeniu. - Po co?

- Sporo nam pomogła ogarnąć cały ten bałagan. Myślę, że powinieneś z nią porozmawiać. Bardzo może nam się przydać jej poparcie w przyszłości.

- Masz rację... - wzdycham ciężko.

No tak, wciąż jest tak wiele do zrobienia. Czuję wyrzuty sumienia, że tak bardzo nie mam ochoty robić tego wszystkiego. Gdzieś w środku naprawdę chcę żeby to wszystko w końcu się skończyło. Chcę pojechać z Remusem na wakacje, z dala od tego wszystkiego. I nigdy więcej nie słyszeć imienia gada. Czy to kiedykolwiek będzie możliwe? Czy naprawdę kiedyś to wszystko się skończy? Nagle zaczynam w to wątpić.

Wieczór nadchodzi dość szybko, choć zdążyłem się wynudzić podczas siedzenia na kanapie. Ron nie wraca na noc i właściwie nie zaskakuje mnie to tak bardzo. Jestem pewien, że razem z Draco spędza czas w Pokoju Życzeń i ciężko mi się mu dziwić. Malfoyowi na pewno też nie jest łatwo z myślą, że on i jego ojciec mogą stać się celami. Czekam aż wszyscy zasną i dopiero wtedy z mapą w ręku wychodzę z pokoju. Korytarze są całkiem puste i przez moment zastanawiam się czy w nocy zawsze było tak cicho. Zazwyczaj niesforne dzieciaki i tak starały się wymknąć, by przeżyć chociaż godzinę wśród mroku zamku. Tym razem jednak mapa wyraźnie pokazuje, że na korytarzach nie ma ani jednego ucznia. Czy sytuacja aż tak ich dotknęła? A może to starsi uczniowie czuwają nad młodszymi i dokładają starań, by nikt nie wychodził? Kto wie. Gdy tylko łapię za klamkę drzwi do pokoju Remusa, te otwierają się z rozmachem, a ja wpadam w czyjeś ramiona. Remi obejmuje mnie ciasno, zamykając drzwi.

- Nawet nie wiesz jak bardzo umierałem z tęsknoty każdego dnia...

- Tak właściwie to wiem, cały czas czułem wasze emocje – odpowiadam, a Remus głęboko oddycha moim zapachem. - Wszystko w porządku?

Wyczuwam jego wahanie, ale w końcu wzdycha. Łapie mnie za dłoń i prowadzi do kanapy, gdzie siadamy razem. Remi splata nasze palce i chwilę przygląda im się.

- Właściwie to nie – mówi po prostu, zerkając na mnie. - Bardzo żałuję tego, co się wtedy stało. Nie powinienem robić wszystkiego sam.

- Nie miałeś o co się martwić. Lunatyk nie zrobił mi krzywdy, a nawet się powstrzymywał, żeby mnie nie przestraszyć.

- Wiem. - Remus smutno zwiesza głowę. - Nie potrafiłem uwierzyć ani w twoje ani w jego słowa i gdzieś w środku wciąż i wciąż zadręczałem się, że nie zasługuję na ciebie.

- Remi...

- Cóż, to była prawda. Wciąż robiłem coś, co cię raniło. Wolałem uciekać zamiast zawalczyć o ciebie. Spędzałem całe godziny, martwiąc się zamiast z tobą porozmawiać. Przepraszam za to wszystko.

- W porządku, nie gniewam się już na ciebie. Po prostu chcę z tobą być – odpowiadam mu, a mój głos drży. Unoszę jego dłoń do ust i składam mały pocałunek na jego skórze. - Kocham cię najbardziej na świecie.

Remus unosi głowę i patrzy na mnie tak kochającym spojrzeniem, że aż czuję jak moje serce wręcz się rozpływa. Przymyka na moment powieki, a gdy je otwiera jego bursztynowe oczy są w połowie złote.

- Ja ciebie też kocham. Oboje cię kochamy.

- Wiem.

Pochylam się, całując go krótko i zauważam, że po jego policzkach spływa kilka łez. Unoszę się, by zbliżyć się bardziej i scałowuję je z jego twarzy. Patrzy na mnie miękko, więc uśmiecham się do niego.

- Dziękuję ci, Harry. - Przechylam głowę, nie będąc pewny za co właściwie mi dziękuje. - Za wszystko co mi dałeś i że pozwoliłeś mi być sobą.

- Nie ma za co. Obiecałem w końcu, że będę twoim powodem do życia, jeśli ty będziesz moim. - Wzruszam ramionami, a Remus przytula mnie do siebie mocno.

Dobrą chwilę cieszymy się nawzajem swoją obecnością. Moje myśli cichną i mój umysł w końcu porzuca ciągłe rozmyślanie nad kolejnymi krokami, nad tym, co jeszcze jest do zrobienia. Wciągam głęboko w płuca zapach Remusa i myślę o przyszłości. Przez moment widzę przed oczami nas razem gdzieś daleko od tego wszystkiego. Później pewnie wrócimy do Grimmuald Place 12, ale na początek wyjedziemy bardzo daleko.

- Chcę mieć kiedyś psa – szepczę cicho, wiedząc, że Remi i tak mnie usłyszy.

Czuję jak zaczyna drżeć od śmiechu. Odsuwa się kawałek, żeby spojrzeć mi w oczy, a na jego twarzy widnieje szeroki uśmiech.

- Chcesz go nazwać Łapa? Syriusz już zawsze patrzyłby na niego wilkiem!

Wyobrażam sobie Syriusza patrzącego z nafochaną miną na dużego, czarnego psa i sam zaczynam się śmiać. W końcu jednak kręcę głową.

- Mój sokół już nazywa się Łapa. Myślę, że powinniśmy dać mu jakieś inne imię. Wymyślimy coś razem, wciąż mamy sporo czasu.

- Wiesz, moglibyśmy nazwać go Jimmy. I sprawić sobie jeszcze kota.

- Kota? - Marszczę brwi, próbując zrozumieć o czym myśli.

- Kotkę właściwie, damy jej na imię Lily. Co ty na to?

Unosi rękę i odgarnia mi zagubiony kosmyk włosów za ucho. Przechylam głowę i wtulam się policzkiem w jego dłoń. Uśmiecham się, obserwując go chwilę. Jest taki piękny...

- Podoba mi się ten pomysł.

~R~

Jego ciężki oddech odbija się echem w mojej głowię. Obserwuję go zachłannie – jego zaróżowione z wysiłku policzki, uchylone usta, roztrzepane włosy. Unosi lekko powieki i spogląda na mnie spod rzęs. Jego piękne stalowe spojrzenie przeszywa mnie na wskroś, wywołując dreszcz. Przesuwam dłonią po jego nagim torsie, zahaczając o sutek. Draco jest tak blady, że moje palce wyraźnie odcinają się na jego skórze. Przez sekundę przechodzi mi przez myśl, że te kolory nie pasują do siebie. Zaraz jednak uśmiecham się pod nosem i pochylam się, by ucałować jego obojczyk. W końcu właśnie to jest takie cudowne. Ogień i woda. A może właśnie ogień i ogień – dwa całkiem różne płomienie, które razem tworzą ogniste tornado. Wzdrygam się lekko, gdy jego dotyk mnie zaskakuje. Przesuwa opuszkami palców po moim policzku. Czuję jak natrafia na lekki zarost na mojej szczęce, ale jego mina nie zmienia się. Następnie jego dłoń gładko wsuwa się w moje włosy.

- Zrobiło się zimno – szepcze cicho, na co marszczę brwi.

Podciągam wyżej koc, by opatulić nim bardziej Draco, ale on jedynie wywraca oczami i prycha pod nosem.

- Nie to miałem na myśli.

- Co innego chciałeś powiedzieć przez to, że zrobiło się zimno? - pytam zainteresowany, zniżając się tak, by nasze twarze dzieliło jedynie kilka centymetrów.

Jego oczy na moment spoczywają na moich ustach i nie mogę powstrzymać zadowolonego uśmieszku. Przygryzam dolną wargę, a Drago czerwieni się zawstydzony – zapewne na myśl o tym, co wcześniej robiłem mu tymi ustami.

- Gdy jest ciepło, lepiej widać twoje piegi.

- Moje piegi? - powtarzam całkowicie zbity z tropu. - Podobają ci się?

- Zawsze mi się podobały. Lubię pomarańczowy, jest taki... ciepły. - Widząc moje niedowierzające spojrzenie, wydyma wargi obrażony. - Nie wierzysz mi.

- Oczywiście, że nie. Nigdy w życiu nie widziałem cię w czymkolwiek pomarańczowym.

- Niezbyt pasuje mi do twarzy! - oburza się natychmiast. - Na szczęście jest sposób bym miał pomarańczowy blisko siebie i nie musiał go nosić.

- Cóż, mi całkiem dobrze w jasnych rzeczach.

Wzruszam ramionami, a Draco natychmiast robi się czerwony aż po same uszy. Śmieję się cicho z tak uroczej reakcji. Nigdy bym się nie spodziewał, że ten wredny dupek jest tak niewinny. A może wcale tak nie jest i tylko przy mnie zachowuje się w ten sposób. Robi mi się cieplej na sercu. Pochylam się, by pocałować mój kochany ogień, a on natychmiast angażuje się w pocałunek.

- Poczekaj tylko aż zobaczysz minę swojego ojca, gdy będę prosił go o twoją rękę – szepczę mu w usta.

Draco mruga gwałtownie i cofa głowę, by spojrzeć na mnie. Marszczy brwi, a niedowierzanie jest wręcz wypisane na jego twarzy. Jakoś nie mogę powstrzymać rozbawienia na jego zaskoczenia.

- Chcesz prosić go o moją rękę? - pyta bardzo powoli.

- Oczywiście, że tak. Spodoba mu się to, a mnie nie zabije kilka całkowicie sztywnych oficjalności.

- Nie o to mi chodzi – burczy niezadowolony i kładzie mi dłonie na policzki. - Naprawdę chcesz... wziąć ze mną ślub?

Uśmiecham się lekko na niepewność, która nagle pojawia się w jego oczach. Moje serce wypełnia tak silne przekonanie jak wtedy, gdy poszedłem za Harrym bez słowa w bój. To właśnie tego młodego mężczyznę chcę mieć przy swoim boku, gdy będziemy wypruwać flaki Śmierciożercom. To właśnie jemu chcę robić ciasteczka i zabierać na oficjalne obiady. To z nim chcę grać w szachy i spać przy jego boku.

- Nigdy nie chciałem niczego tak bardzo jak tego... - Całuję go delikatnie w usta, czując jak drżą mu wargi. - Jeszcze nie teraz, ale niedługo... Chciałbym, żebyśmy chociaż zostali narzeczeństwem. Nie, nie odpowiadaj mi teraz – powstrzymuję go od razu, gdy uchyla usta. - Odpowiesz mi, gdy już zrobię to oficjalnie. A teraz zamierzam cię kochać tak długo aż nie wybiję ci z głowy wszystkich niepotrzebnych myśli...