Z dedykacją dla Ldorotki, która przypomniała mi, że ktoś to jeszcze czyta XD
~R~
Dość zabawnie obserwuje się śpiącego Harry'ego zagrzebanego w mojej pościeli. Sam fakt oczywiście jest cudowny i mimowolnie nie potrafię przestać się zwyczajnie gapić na mojego młodziutkiego kochanka. Zabawne jednak pozostaje uczucie jakie mi przy tym towarzyszy. A właściwie uczucia pewnej futrzastej kulki w moim umyśle. Lunatyk stara się wciąż udawać, że wcale go tam nie ma, ale nie jest w stanie. Nie dziwię się mu właściwie. W końcu on również jest po uszy zakochany w Harrym. Wcześniej nie byłem tego pewien i wciąż wątpiłem czy nie będzie ponad wszystko dążył do fizycznego zbliżenia z naszym partnerem. Lunatyk jednak stanął na wysokości zadania i był bardziej niż w porządku wobec mnie. Trochę żałuję, że tak bardzo mu nie ufałem, ale teraz już jak najbardziej zasłużył na moje zaufanie. Mógłby już skończyć udawać niewidzialnego. Nie ma mnie tu. Zazwyczaj nieobecny nie odzywa się. Wyczuwam jego wahanie i niepewnie jego obecność wypływa na wierzch mojego umysłu. Aż się wzdrygam z ogromu uczuć, które nagle mnie zalewają. Jednocześnie nareszcie czuję się kompletny. Wzdycham cicho z ulgą. Harry porusza się lekko, a jego rzęsy trzepoczą, gdy leniwie unosi powieki. Jego cudowne zielone oczy patrzą wprost na mnie. Wciąż zamglone od sennych marzeń wyglądają pięknie, ale i tak moje serce bije szybciej, gdy orientuje się w sytuacji, a na jego twarz wypływa miękki uśmiech. Pochylam się w jego kierunku jeszcze nim zdążę o tym pomyśleć i składam pocałunek najpierw na jego czole, a następnie na czubku nosa. Harry chichocze cicho niczym malutki chochlik, rozciągając się w mojej pościeli.
- Chętnie spędziłbym z tobą jeszcze czas w łóżku, ale jeśli nie wstaniesz, spóźnisz się na śniadanie – szepczę, muskając jego usta.
Szczeniak robi naburmuszoną minę, ale w końcu z głośnym jękiem niezadowolenia podnosi się do siadu, garbiąc się. Natychmiast odczuwam ogromną ochotę wciągnięcia go z powrotem do łóżka, by zamknąć go w swoich ramionach i nigdy więcej nie wypuszczać. Zbyt dobrze jednak wiem, że nie mogę tego zrobić. A przynajmniej jeszcze nie teraz. Odwraca głowę i rzuca mi spojrzenie pełne niepewności.
- Mogę przyjść wieczorem? - pyta powoli i od razu mam ochotę się roześmiać radośnie.
- Oczywiście, możesz przychodzić kiedy tylko masz na to ochotę. - Podnoszę się szybko, by ucałować go w policzek.
Harry rumieni się urocz wiele lepszym humorze zaczyna ubierać się w szkolne szaty, które przyniósł ze sobą poprzedniego wieczoru. Obserwuję go kątem oka, również się ubierając. Myślami zaś jestem już przy naszym wspólnym wieczorze. Może poproszę Zgredka, by pomógł mi przygotować coś romantycznego?
~H~
Choć najchętniej zostałbym całe życie w ramionach Remiego, to wewnątrz odczuwam ogromną potrzebę natychmiastowej rozmowy z Ronem. Dość energicznie wchodzę do Wielkiej Sali, wywołując przy tym mnóstwo szeptów. Mam ochotę westchnąć, czując się zupełnie jak w każdym momencie mojego życia, gdy coś się stało. Zamiast tego uśmiecham się lekko. Jeszcze mi brakuje plotek, że wpadłem w depresję po wyjściu ze Skrzydła Szpitalnego. Mimowolnie najpierw omiatam spojrzeniem całą salę – odnajduję rudą czuprynę mojego kumpla, Neville'a, Lunę, Alexa oraz Draco i Zabiniego. Dopiero wtedy ruszam w kierunku stołu mojego domu. Ron dostrzega mnie kątem oka i przesuwa się kawałek, robiąc mi miejsce. Klepię go lekko w ramię, siadając.
- Dobrze cię widzieć – mówię cicho, rozglądając się za czymś, na co akurat mam ochotę.
- Miło widzieć cię bardziej żywego – odpowiada mi Ron i nachyla się w moim kierunku. - Po Transmutacji mamy chwilę przerwy, wtedy porozmawiamy.
Kiwam głową w odpowiedzi, zabierając się za jedzenie naleśników. Staram się dość dyskretnie obserwować to, co dzieje się na Wielkiej Sali. Napięcie wyraźnie zelżało, ale nie wszędzie – stół Slytherinu wciąż pozostaje dziwnie cichy nawet jak na nich. Atak na Draco nie został wyjaśniony? A może wręcz przeciwnie? Ciekawość zżera mnie od środka, ale zbyt dobrze wiem, że rozmowa na ten temat tutaj byłaby więcej niż złym pomysłem. Dość szybko kończymy posiłek i ruszam z Ronem w kierunku sali McGonagall, by mieć dodatkowych kilka minut na rozmowę. Stajemy wspólnie w kącie dobry kawałek od wejścia. Od razu rzucam zaklęcie prywatności i zerkam na mojego kumpla. Rudzielec dobrą chwilę obserwuje mnie z iskierką w oku. Mogę się jedynie domyślać, że jest zwyczajnie szczęśliwy, widząc mnie w innej scenerii niż leżącego na łóżku.
- Co z profesor McGonagall?
- Ah, wybacz, stary. - Otrząsa się z zamyślenia i odchrząka. - Później wyjaśnię ci o co chodzi z Draco, no ale po tym jak obaj wylądowaliście w Skrzydle uczniowie dostali kręćka. Nikt nie wiedział co się dzieje i nagle wszyscy zaczęli skakać sobie do gardeł. McGonagall pomogła nam to ogarnąć i dała kilka wskazówek jak nad tym zapanować. Myślę, że może się nam przydać podczas przygotowań.
- Przygotowań? - Marszczę brwi zaniepokojony.
- Do wojny – odpowiada poważnie, tylko zaskakując mnie jeszcze bardziej. - Nie mamy teraz czasu na tłumaczenie, opowiem ci o tym po zajęciach. Po prostu umów się z nią na spotkanie gdzieś później, gdy już wszystko ci wyjaśnię.
Kiwam głową i kątem oka dostrzegam poruszenie wśród reszty uczniów. Ruszam w ich kierunku, przerywając zaklęcie prywatności, a Ron podąża za mną. McGonagall lekko kiwa mi głową na powitanie, wchodząc do sali. Poza prywatnymi sprawami wciąż muszę nadgonić materiał, więc skupiam się na temacie zajęć, zamiast rozmyślać co działo się przez ten czas.
Nawet nie zauważam jak szybko mija mi czas i zajęcia się kończą. Nie muszę wymyślać żadnej wymówki, by porozmawiać z McGonagall, bo ta sama przywołuje mnie do siebie. Przekazuje mi tematy, które zostały przerobione podczas mojej nieobecności i zgadza się na późniejsze spotkanie w jej gabinecie. Szybkim krokiem ruszam do wyjścia, a Ron czeka na mnie tuż przy drzwiach. Mamy dobre pół godziny nim rozdzielimy się – ja mam Runy, a Ron Wróżbiarstwo. Najwyraźniej ma już plan, gdzie możemy porozmawiać spokojnie, bo od razu rusza przed siebie. Dość szybko docieramy do pustej klasy, na którą rzucam zaklęcie prywatności i odwracające uwagę, by na pewno nikt nie zechciał nam przeszkodzić. Siadam na ławce, wbijając oczekujące spojrzenie w rudzielca.
- Od czego mam zacząć?
- Powiedz najpierw o Draco. - Wzruszam ramionami, bo sam nie wiem co jest ważniejsze.
- Ktoś ze Slytherinu pracuje dla Voldemorta, ale nie wiemy jeszcze czego dokładnie chcą. Mamy tam swojego człowieka. - Otwieram aż usta, słysząc to.
- Na Merlina, czemu nie mówiłeś od razu?
- Mamy to pod kontrolą. To Daphne Greengass, więc staraj się nie mieć z nią żadnego kontaktu, chyba że sama go zainicjuje. To ona urządziła tak Draco i choć nie jestem z tego zadowolony... - Ron zaciska zęby, marszcząc brwi w złości. - Naprawdę wyszło to na dobre. Dzięki temu ma ich pełne zaufanie, a Draco i tak miał spaloną przykrywkę, przez relacje między nami.
- Nie rozumiem po co Voldemort kontaktuje się z uczniami. - W zamyśleniu zaczynam rysować bazgroły w kurzu na blacie. - Może ma to coś wspólnego z zamachem na Zabiniego...
- Możliwe, a może chce po prostu dotrzeć do swoich popleczników, którzy są blisko nas. To może mu się przydać później, więc musimy na to uważać. - Ron wzdycha ciężko i ze zmęczeniem przeciera swoją twarz. - Ten czas naprawdę był ciężki. Bez ciebie... - Unosi głowę i patrzy mi prosto w oczy. - Nie mam pojęcia jak dajesz sobie radę z tymi wszystkimi planami i problemami do rozwiązania.
Zeskakuję na podłogę i zbliżam się do niego, by położyć mu dłoń na ramieniu. Rudzielec wygląda trochę jakby miał wyrzuty sumienia z powodu tego, jak się czuje.
- Spokojnie, stary, dla mnie to też jest trudne – odpowiadam, a on zerka na mnie z nadzieją. - Wchodzę wtedy w tryb wykonywania zadań, a później mam ochotę nie wychodzić cały dzień z łóżka. Teraz będzie już lepiej, nie musisz robić wszystkiego sam.
- Wiem, nigdy mi tak nie ulżyło na twój widok, stary. Cały czas musiałem uważać na to, co mówię i komu. Nigdy nie mogłem być pewien kogoś na milion procent.
- Zajmiemy się tym. Myślę, że przydałby ci się ktoś, z kim mógłbyś dyskutować na wszystkie strategiczne tematy, ale nie mam pojęcia kto to mógłby być...
- Dam sobie radę. - Posyła mi słaby uśmiech i nerwowo burzy swoją fryzurę. - Jeszcze nic nie wiemy od Daphne, więc zapewne nie wie nic konkretnego. Wolimy unikać spotkań o ile nie jest to absolutnie konieczne. Co do przygotowań – każdy dostał jakieś zadanie, które ma nam pomóc zabezpieczyć zamek.
- Sprytne, bitwa zapewne odbędzie się tutaj, więc możemy się na to przygotować... - Opieram się o blat obok niego, zastanawiając się nad tym wszystkim.
- Alex i moi bracia pracują nad minami, granatami czy czymś w tym rodzaju. Snape razem z Draco i Zabinim ważą całe zapasy eliksirów. Neville poszukuje roślin, które mogą nam pomóc, a Luna zwierząt. To wciąż za mało i potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy McGonagall i Dumbledore'a. - Jego ton wyraźnie zdradza, że również nie jest z tego zadowolony, a ja wzdycham jedynie.
- Nie podoba mi się ta myśl – wypowiadam swoją opinię na głos. - Do czego ich potrzebujemy?
- Zaklęcia ochronne, magiczne zabezpieczanie zamku i przygotowanie innych uczniów do walki.
- Innych uczniów? - Unoszę brwi zaskoczony.
- Muszą umieć się bronić.
- Chcesz żeby brali udział w bitwie? - Ron patrzy na mnie poważnie i kręci głową.
- Nie chcę, ale nie unikniemy tego. Zamiast tego możemy się postarać, żeby przeżyło jak najwięcej osób. Młodsi uczniowie nie zostaną dopuszczeni do walki, ale można nauczyć ich zaklęć leczniczych.
- Masz rację...
Nagle czuję jak cały ten ciężar opada na moje ramiona i przygniata mnie odpowiedzialność za te wszystkie osoby. Oczywiście, że nie wszyscy przeżyją, co zapewne będzie mnie dręczyć do końca życia. Zamyślam się, zaczynając sobie to wszystko układać w umyśle. Muszę porozmawiać z McGonagall i Remusem. Najlepiej byłoby, gdyby to oni przekonali dyrektora do wprowadzenia zmian w programie nauczania. Mimo to jestem gotów z nim porozmawiać na ten temat. Choć nie odpowiadają mi jego metody i działania, to wciąż mamy wspólnego wroga, który może nam zaszkodzić o wiele bardziej. Tym razem to Ron kładzie mi dłoń na ramieniu i ściska pocieszająco. Wiem, że bardzo chciałby jakoś mi ulżyć czy wziąć na siebie część odpowiedzialności. I równie dobrze wiem, że to niemożliwe. To nie on został naznaczony i to nie on ściąga śmierć na wszystkich wokół siebie. To ja.
~D~
Zerkam na Rona dość niepewnie, próbując wyczytać coś z wyrazu jego twarzy. Mechanicznie głaska moje nogi, które leżą na jego kolanach. Starałem się czytać książkę o eliksirach, która zawiera informacje potrzebne mi do tworzenia bardziej zaawansowanych wywarów, ale nieobecność mojego chłopaka nie daje mi spokoju. Wpatruje się tępo w ścianę Pokoju Życzeń pogrążony głęboko w myślach. W końcu poruszam nogą, szturchając go, a on zerka na mnie pytająco.
- Coś się stało? - W odpowiedzi jedynie potrząsa głową, na co marszczę brwi. - No to o co chodzi?
Wzdycha ciężko, przeczesując palcami swoje włosy. Zaznaczam stronę, na której skończyłem czytać i zamykam książkę. Wyczuwając dłuższą rozmowę, odkładam ją na stolik, który stoi obok.
- Myślę o Harrym.
- Co z nim? Źle się czuje po przebudzeniu? - pytam sam odrobinę zaniepokojony.
- Nie, wszystko z nim w porządku. Tylko... Czuję, że to wszystko go przytłacza.
- Jasne, że go przytłacza. W końcu jest Chłopcem, Który Przeżył.
- Nie tak zwyczajnie. Mam wrażenie, że naprawdę mu z tym źle... - Zwiesza smętnie głowę, wpatrując się w moje satynowe spodnie.
Podnoszę się i przysuwam bliżej, siadając mu na kolanach i obejmując go. Splatam dłonie na jego karku i patrzę mu w oczy. Ich błękit wygląda niczym zachmurzone niebo, więc muskam lekko jego usta na pocieszenie.
- Bitwa zbliża się ogromnymi krokami. Ty to wiesz, ja to wiem i Harry też to wie. Wszyscy wiemy, że to nie będzie miłe. Będzie ciężko i nie obędzie się bez strat. Już my czujemy się z tym źle, a Harry jest naszym liderem i katalizatorem tego wszystkiego. Potrafię sobie wyobrazić mniej więcej co musi czuć. - Jego usta wyginają się w smutną podkówkę i natychmiast mam ochotę scałować z nich cały żal.
- Chciałbym mu jakoś pomóc. Dać znak, że może na mnie polegać.
- Wiem i Harry zapewne też to wie. Nic nie możemy zrobić poza wykonywaniem swojej części najlepiej jak umiemy. Zwyczajnie bądź przy nim. Jesteście najlepszymi przyjaciółmi, na pewno da znak, gdy będzie cię potrzebować.
Wciąż ma nieprzekonaną minę, więc całuję go ponownie, tym razem pogłębiając pocałunek. Ron natychmiast odpowiada, napierając na mnie. Nawet nie zauważam, gdy kładzie mnie na poduszkach. Ściąga swoją koszulkę, uśmiechając się zadziornie. Mogę jedynie obserwować go, przygryzając dolną wargę w zachwycie. Szybko nakrywa mnie swoim gorącym ciałem i ponownie rozpoczyna pocałunek. Będąc w jego ramionach, całkowicie zapominam o wszystkich problemach.
~R~
Stoję oparty o ścianę w pobliżu gabinetu Minerwy, gdy do moich uszu dociera znany odgłos kroków. Odwracam głowę i uśmiecham się, gdy zza roku wyłania się Harry. Również na mnie patrzy i uśmiecha się ze zmęczeniem. Natychmiast marszczę brwi zaniepokojony i wyciągam dłoń w jego kierunku. Szczeniak łapie ją i pozwala się przyciągnąć do uścisku. Obejmuję go ciasno, wdychając głęboko jego zapach. Tak idealnie pasuje do moich ramion...
- Co się stało? - szepczę mu do ucha i czuję jak jego mięśnie drgają.
- Później – odszeptuje jedynie.
Odrywa się ode mnie i ciągnie mnie za sobą w kierunku gabinetu mojej koleżanki po fachu. Z żalem pozwalam mu puścić moją dłoń, żeby zapukać do drzwi. Mija kilka sekund nim Minerva otwiera nam i zaprasza do środka. Dziwne przeczucie, że coś gnębi Harry'ego jedynie się nasila, ale nie mogę zrobić nic poza rzuceniem mu zaniepokojonego spojrzenia. Czuję, że również Lunatyk w moim wnętrzu porusza się nerwowo. Nauczycielka nie prowadzi nas do swojego biurka, ale do kanapy i fotelów. Przesłanie jest aż nazbyt wyraźne – Minerva jest po naszej stronie. Siadam razem z Harrym na kanapie, a kobieta zajmuje fotel naprzeciwko. Zakłada nogę na nogę i przerzuca znaczące spojrzenie ze mnie na Harry'ego.
- Herbaty? - Kręcę jedynie głową, bo zupełnie nie mam na to ochoty.
- Nie, dziękuję – odpowiada Szczeniak i odchrząka. - Słyszałem, że bardzo pani pomogła Ronowi, podczas mojej nieobecności.
- Dałam mu jedynie kilka wskazówek, to wszystko. Chodź przyznam, że bardzo ciekawi mnie to, co się wtedy działo. Pan Weasley powiedział, że jedynie Pan Potter może mi to wszystko wyjaśnić.
- Szykujemy się do wojny.
W pierwszej chwili nie dociera do mnie jak swobodnie rzucił te słowa i dopiero po chwili odwracam głowę, żeby na niego spojrzeć. Jest spokojny, a jego twarz jest kamienną maską. Przenoszę wzrok na Minervę, która unosi brew zaskoczona i zerka na mnie, jakby szukając potwierdzenia. Kiwam jedynie lekko głową.
- Do wojny... Skąd przyszło wam do głowy coś takiego?
- Nie przyszło, było to w naszych myślach już od dawna. Nie ma sensu udawać, że Hogwart będzie nas chronił w nieskończoność. - Minerva zaciska usta w wąską kreskę i wyraźnie bije się z myślami.
- Ale wojna... - Wzdycha ciężko i ściąga swoje okulary, uciskając skronie. Zupełnie jakby sama ta myśl wywoływała u niej ból głowy. - Macie jakiś plan?
- Wstępny, ale potrzebujemy pomocy nauczycieli i dyrektora.
Słowa Harry'ego zaskakują mnie. Albusa? Ciężko określić ich stosunki nawet neutralnymi, a teraz nagle chce z nim współpracować? Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że prędzej czy później byłaby nam potrzebna choćby jego zgoda. Jednak powaga mojego młodego ukochanego jednocześnie napawa mnie smutkiem i dumą. Żal mi, że tak szybko musiał dorosnąć i stać się odpowiednią osobą do roli lidera.
- Czego od nas potrzebujesz, Harry? - pyta Minerva poważnie.
- Zaangażowania. Ktoś musi nauczyć uczniów się bronić i zaklęć leczniczych. Wiem, że Pani również się to nie podoba, ale nie możemy udawać, że to się nie stanie. W bitwie wezmą udział uczniowie. Także ci, którzy są na to zdecydowanie za młodzi.
- Nie mogę podejmować takich decyzji sama, ale chętnie wesprę twój głos w rozmowie z Albusem.
- Dziękuję, pani profesor. Jest jeszcze jedna sprawa.
- Mów, Harry, postaram się pomóc jak tylko umiem. - Minerva uśmiecha się lekko ze zmęczeniem.
- Samo zabicie Voldemorta nic nie da. Czuję, że coś jest z nim nie tak. Nie mówiłem o tym wcześniej – mówiąc to, zerka na mnie przepraszająco – ale gdy byłem nieprzytomny, dość wyraźnie go czułem. Nie tylko jego emocje, ale również to kim właściwie jest.
Gniew wzbiera się we mnie natychmiast i mam ochotę zacząć na niego wrzeszczeć. Miał przecież czas, by chociaż mi o tym wspomnieć! Czy nie mieliśmy przypadkiem mówić sobie wszystkiego? Wilk przytakuje mi gniewnie, co tylko podsyca moją wściekłość. Z ogromnym wysiłkiem powstrzymuję się od robienia scen i jedynie zaciskam dłonie w pięści, by nie wybuchnąć.
- Myślę, że powinieneś porozmawiać o tym z Albusem, on zna odpowiedź na twoje pytania – odpowiada tajemniczo Minerva, na co Harry krzywi się niezadowolony.
Kiwa jednak głową i wstaje z kanapy, rzucając mi znaczące spojrzenie. W milczeniu podążam za nim, nawet gdy już drzwi gabinetu Minervy zamykają się za nami. Harry odrobinę zwalnia, by zrównać się ze mną krokiem i obserwuje mnie. Z przekory nie pozwalam mu spojrzeć sobie w oczy, by zrozumiał, że jestem na niego wściekły. W ciszy docieramy do moich kwater. Wchodzę jako pierwszy i wciąż nie patrząc na Harry'ego podchodzę do swojego biurka, by oprzeć się o nie dłońmi.
- Remi... Przepraszam, że ci nie powiedziałem. Nie zrobiłem tego specjalnie, po prostu... - Odwracam się, żeby na niego spojrzeć i od razu mięknę na widok jego zgarbionej sylwetki. - Po prostu zapomniałem. Myślałem o tak wielu rzeczach, że zwyczajnie zapomniałem, że mam osobę, której mogę o tym powiedzieć.
Wzdycham ciężko, przecierając twarz. Powinienem się na niego złościć przynajmniej dłuższą chwilę, ale zwyczajnie nie jestem w stanie. Wiem, że Harry nie kłamie i mówi to, co rzeczywiście leży mu na sercu. I właściwie nie dziwię mu się wcale. Każdy z Dwunastu ma swoją działkę do zrobienia, ale to Harry musi nad tym panować i wiedzieć co się dzieje u wszystkich. To on musi wymyślić plan jak poskładać to do kupy. A przecież jeszcze wczoraj leżał w Skrzydle Szpitalnym nieprzytomny.
- Możesz mówić mi o wszystkim. Chcę słuchać o twoich planach, pomysłach czy wątpliwościach. Chcę być przy tobie, gdy mnie potrzebujesz, a nie mogę, jeśli nic mi nie powiesz.
- Wiem. Przepraszam.
Wzdycham jeszcze raz i rozkładam ramiona. Harry natychmiast rusza w moim kierunku, wtulając się we mnie. Układam policzek na jego głowie, wdychając głęboko jego zapach. Czuję jak jego puls powoli zwalnia i normuje się. Bał się tej rozmowy i jakoś polepsza mi to nastrój. Harry'emu również na nas zależy. Nie pozwalam jednak, by nasz uścisk trwał w nieskończoność i odsuwam go kawałek.
- Musimy się spotkać z dyrektorem. - Mój chłopak krzywi się na te słowa.
- Coś czuję, że to będzie ciężka rozmowa.
- Wiem, ale sprawa z Voldemortem nie może czekać. Jeśli nie możemy go zabić zwyczajnie, to musimy wiedzieć jak zrobić to inaczej.
- Masz rację – wzdycha Harry i robi krok w tył. - Miejmy to już za sobą.
~H~
Gabinet dyrektora wydaje mi się jeszcze bardziej zagracony niż zazwyczaj i po prostu obcy. Nie czuję się tu wcale dobrze i odrobinę mi smutno z tego powodu, gdy przypominam sobie wszystkie chwilę, które spędziłem tu, mając Dumbledore'a za zaufaną osobę. Czuję na sobie spojrzenie pary oczu zza okularów i choć mam ochotę udawać, że wcale mnie tu nie ma, to odwzajemniam spojrzenie.
- Potrzebujemy pomocy – mówię wprost, nie bawiąc się w żadne gierki, które dyrektor tak uwielbia.
- Słucham, chłopcze. - Mimowolnie krzywię się na to określenie.
- Pierwsza sprawa to kwestia przygotowań do bitwy – Remus zaczyna zamiast mnie. - Razem z Minervą rozmawialiśmy o konieczności wprowadzenia większej ilości zajęć obronnych oraz tych nastawionych na zaklęcia lecznicze.
- Przygotowania do bitwy? - Dyrektor unosi wysoko brwi, obserwując nas w zaskoczeniu. - Nie mamy się czego obawiać. Hogwart to najbezpieczniejsze miejsce w Wielkiej Brytanii.
- To nieprawda i wie pan to – wtrącam się, obrzucając go ostrym spojrzeniem. - Jeśli ktoś ma z powodzeniem zaatakować Hogwart, to będzie to właśnie Voldemort.
Dobrą chwilę mierzę się z Dumbledorem spojrzeniem, nie zamierzając odpuścić. W duchu mam nadzieję, że nie jest aż takim głupcem, by naprawdę wierzyć w to, że możemy się ukrywać w zamku całą wieczność. W końcu dyrektor wzdycha i splata palce.
- Zmiana programu może zaniepokoić Ministerstwo i taka informacja dotrze w końcu również do Voldemorta – mówi powoli.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale gorzej wyjdziemy bez tych dodatkowych godzin zajęć.
- Najpierw będę musiał zwołać zebranie nauczycieli i spytać ich o zdanie w tej sprawie, ale postaram się wprowadzić pewne zmiany. Co z drugą sprawą? - zerka na mnie zza swoich okularów.
- Gdy byłem nieprzytomny, odkryłem, że Voldemort nie może być zabity. Czemu?
Twarz dyrektora natychmiast poważnieje na te słowa. Zerka znacząco na Remusa, a następnie na mnie, ale mój nieustępliwy wzrok sprawia, że wzdycha.
- To prawda. Chciałem, żebyś dowiedział się o tym w inny sposób...
- To nie ma teraz znaczenia. O co właściwie chodzi i czemu nie można go zabić? - pytam wzburzony, że Dumbledore zataił tak ważną informację. Jak zawsze zresztą.
- Domyślam się, że nie wiesz czym są horkruksy. - W odpowiedzi jedynie kręcę głową. - To przedmiot, w którym została ukryta cząstka duszy. Dopóki istnieją, ich właściciel jest właściwie nieśmiertelny.
- Na Merlina... - Opieram się aż o oparcie fotela zszokowany. - Da się je zniszczyć?
- Tak, choć najcięższą rzeczą jest ich znalezienie. Do zniszczenia horkruksa jest potrzebna bardzo silnie niszcząca substancja, po której użyciu nie jest on w stanie się naprawić. Taką substancją jest jad bazyliszka czy choćby zaklęcie Szatańskiej Pożogi.
- Wiemy ile horkruksów posiada Voldemort? - pytam, uciskając skronie. Wręcz czuję zbliżający się potworny ból głowy.
- Ciężko określić, mam podejrzenia co do ich ilości i czym mogą być, ale nie mogę być tego absolutnie pewien. Dwa z nich zostały już zniszczone – dziennik Riddle'a i pierścień ojca Voldemorta.
Nie jestem pewien nawet co bardziej mnie szokuje – świadomość, że zniszczyłem przypadkowo część duszy Voldemorta czy myśl, że ten paskudny gad był kiedyś dzieckiem i miał ojca. Czuję dłoń Remusa, która opada na moje ramię i ściska je, by dodać mi otuchy.
- Musimy się ich pozbyć jak najszybciej... - mamroczę bardziej do siebie niż do dyrektora.
- Spokojnie, Harry, mamy na to czas. Wszystko na spokoj... - Wręcz czuję jak magia zaczyna się gotować w moich żyłach.
- Wcale nie mamy czasu! - krzyczę, przerywając mu i zrywając się na nogi. - Dla pana zawsze zostałby czas, ale prawda jest inna. Nie mamy czasu na gierki. W przeciwieństwie do pana, dyrektorze, ja zdaję sobie sprawę ile osób będzie walczyć za mnie. Nie mam zamiaru patrzeć jak umierają na darmo, bo pan uważa, że wciąż mamy czas. Wrócę jutro o tym porozmawiać – warczę i zwyczajnie ruszam w kierunku wyjścia bez czekania na odpowiedź.
Zbiegam po schodach i zaczynam biec przed siebie aż do wyjścia. Ogromne wrota odskakują przede mną niesione moją wzburzoną magią. Wypadam na dwór i prę przed siebie, nie czując nawet chłodu. Śnieg skrzypie pod moimi stopami, irytując mnie jeszcze bardziej. Warczę wściekły i obszernie macham ręką, a biały puch w jednej sekundzie zmienia się w parę. Wrzeszczę z wściekłości, czując, że zwyczajnie mnie roznosi. Tyle czasu straciłem, tak długo trwałem w przekonaniu, że nic nie mogę zrobić. Ile jeszcze kłamstw się nasłuchałem w swoim życiu? Jak wiele osób, którym ufałem nigdy nie było tego godnych? Czuję jak moja magia skrzy w powietrzu, zaczynając wirować. Porywa parę i formuje wir niczym tornado, odgradzając mnie od reszty świata. Pierdolony Voldemort i pierdolony Dumbledore. Czemu ta dwójka wiecznie utrudnia mi życie?! Jeszcze gada mogę zrozumieć, w końcu najchętniej widziałby mnie martwego, ale ten głupi staruch? Co on sobie do cholery myślał cały ten czas?! Że się domyślę? Że jebany psychol poczeka ładnie aż zniszczę mu horkruksy? Bo oczywiste, że to ja muszę je zniszczyć! Czemu to zawsze ja muszę sprzątać syf po błędach Dumbledore'a?! Zdobycie jednego horkruksa zapewne będzie tak trudne jak sama walka z gadem, bo to oczywiste, że nie leżą sobie gdzieś na ziemi. Potrzebujemy czasu na rozpracowanie tego, na ustalenie planu i na samo wejście na teren wroga, żeby je wykraść. A staruch jeszcze upiera się, że mamy czas. Dopiero po chwili dociera do mnie czyjś głos. Wyrwany z zamyślenia i wściekłości zauważam, że tornado wokół mnie porusza się tak szybko, że mogłoby zmieść z powierzchni chatkę Hagrida. Biorę głęboki wdech i skupiam się na własnej magii. Życie lśni lekko zielenią, gdy na moim czole pojawiają się kropelki potu, gdy staram się uspokoić swoją rozszalałą magię. Powoli trąba powietrzna zwalnia aż w końcu zostaje jedynie mgła z pary. Dopiero wtedy rozglądam się za osobą, której głos słyszałem. Jednak czyjeś ramiona zaskakują mnie pierwsze. Remus wręcz wyskakuje z mgły i zgniata mnie w uścisku. Zaraz szybko odsuwa się i zaczyna mnie oglądać ze wszystkich stron. Jego całkowicie złote oczy w końcu zaglądają w moje ze zmartwieniem.
- Nic ci nie jest? Stała ci się krzywda? - Kręcę jedynie głową zbyt zszokowany, a on natychmiast przytula mnie ciasno ponownie. - Dzięki Merlinowi... Kiedyś cię uduszę za takie straszenie mnie. Twoją magię było czuć aż w zamku.
Zawstydzony odwracam głowę, by spojrzeć na zamek w nadziei, że nie zleciała się chmara uczniów ciekawych co się stało. Tłumu co prawda nie ma, ale na śniegu stoi kilka osób – nieubranych, przestraszonych i bladych. Ogarniam ich wzrokiem i z zaskoczeniem zauważam kilka nowych twarzy. Daphne Greengass lekko kiwa mi głową zza zamkowych drzwi i natychmiast znika w środku, zapewne by nie niszczyć swojej przykrywki. Zachariasz Smith za to wygląda na mocno zdezorientowanego całą sytuacją, jakby sam nie wiedział co właściwie tu robi. Znana mi już reszta jedynie wpatruje się we mnie w napięciu z różdżkami w dłoniach. Mam ochotę się roześmiać, a cała wściekłość opuszcza mnie. Musiałem ich przestraszyć na śmierć. Pewnie pomyśleli, że nastąpił atak czy coś równie niebezpiecznego. Mimowolnie przeliczam ich w myślach. Ron, Alex, Remus, Severus, Draco, Luna, Blaise, Neville, Daphne i Zachary. To dziesięć osób i mimowolnie na tę myśl robi mi się niedobrze. To jedynie dwie osoby od bitwy.
