~D~
Dość niepewnie podążam za nucącym pod nosem Zabinim. Zachowuje się trochę niepokojąco nawet jak na siebie. Powiedział mi jedynie, że pilnie wymagana jest moja obecność, więc zacząłem się denerwować czy coś się nie stało. Dobry humor Blaise'a jedynie mnie dezorientuje. Staje nagle przed pokojem życzeń i zerka na mnie przez ramię. Drzwi pojawiają się niemal natychmiast, więc przestępuję z nogi na nogę. Co tu się dzieje? Może ktoś zaczarował Zabiniego?
- No dalej, wchodź. - Widząc moją nieufność, przewraca oczami. - Nic Cię tam nie zje, spokojnie.
Czując się odrobinie pewniej, chwytam za klamkę i wchodzę do środka. Blaise nie podąża za mną, ale szybko wypada mi z głowy jego osoba. Mój wzrok od razu pada na klęczącego naprzeciwko drzwi Rona. Wygląda na zdenerwowanego, trzymając biało-niebieski bukiet niczym deskę ratunku. Jest odrobinę blady, co mnie niepokoi.
- Ron? Wszystko w porządku? - pytam niepewnie.
Rudowłosy kiwa głową, choć wygląda jakby miał zwymiotować. Podchodzę do niego powoli, by w razie czego uniknąć zapaskudzenia moich butów. Gryfon gwałtownie wyciąga ręce z bukietem przed siebie, patrząc na mnie z dziwnym błaganiem. Zabieram od niego te biedne kwiaty i odruchowo zaciągam się ich zapachem. Najwyraźniej to odrobinę uspokaja Rona, bo wracają mu na twarz kolory. Sięga dłonią do swojej szaty i wyciąga z kieszeni niewielkie pudełeczko. Dobrą chwilę zajmuje mi zorientowanie się czym ono jest. Mrugam powoli i czuję jak moje policzki pokrywa rumieniec.
- Draco.
Na dźwięk mojego własnego imienia na języku Rona robi mi się przyjemnie ciepło w środku. Wiem po co tu jestem, a jednak część mnie nie może uwierzyć w to, co się właśnie dzieje.
- Wiesz, że Cię kocham. I zawsze będę. Każdego dnia dajesz mi siebie całego, a wciąż czuję niedosyt. Chcę być Twoim mężem.
Do oczu napływają mi łzy wzruszenia, ale nie mogę oderwać spojrzenia od szczerej twarzy rudzielca. Mojego rudzielca. Mojego narzeczonego. Ron bierze głęboki oddech między słowami i wbija we mnie stanowczy wzrok.
- Chcę, żeby nasze rdzenie magiczne złączyły się i już na zawsze tworzyły całość.
Moje oczy rozszerzają się w szoku i mimowolnie umyka mi łza. Opuszczam ręce z trzymanym bukietem i po prostu wpatruję się w niego głupio. Poruszam ustami bezgłośnie, a Ron uśmiecha się szeroko. Otwiera pudełeczko, a moim oczom ukazuje się najpiękniejszy pierścień jaki w życiu widziałem. Mój ukochany wyjmuje go delikatnie i wyciąga jedną dłoń w moim kierunku. Posłusznie robię krok w przód i podaję mu swoją rękę. Obserwuję jak wsuwa mi biżuterię na serdeczny palec ze łzami w oczach, a gdy kończy po prostu wybucham płaczem jak nigdy w swoim życiu. Rzucam mu się na szyję, a zaskoczony Ron nie wytrzymuje mojego ciężaru i obaj lecimy w tył. Na szczęście podłogę pokrywa miękki dywan, zupełnie jakby pokój przewidział taki zwrot akcji. Gryfon śmieje się głośno, gdy powtarzam w amoku jedno słowo „tak". Jego usta odnajdują moje i całuje mnie namiętnie. Jego słowa odbijają się echem w mojej głowie – złączenie rdzeniów! Niewiele czarodziejów decyduje się na taki krok, ponieważ tego typu małżeństwa nie da się zerwać nigdy, nawet po śmierci małżonka zostaje się w pewien sposób połączonym. Nie wiem czy Ron aż tak mnie kocha czy zwyczajnie jest lekkomyślny, ale... Nie przeszkadza mi to. Mam wrażenie jakbym właśnie tego chciał całe swoje życie.
~M~
Minevra trzymając w dłoniach filiżankę z ciepłą herbatą, śledzi spojrzeniem chodzącego po gabinecie dyrektora. Czasami mamrocze coś pod nosem, a innym razem gwałtownie zmienia kierunek swojej wędrówki.
- Herbata całkiem Ci wystygnie – kobieta informuje go spokojnie, popijając swój własny napój.
Dumbledore zatrzymuje się w półkroku, jakby zupełnie zapomniał o obecności swojej przyjaciółki. Kieruje na nią zaskoczone spojrzenie, a później spogląda na filiżankę stojącą na biurku. Podchodzi do niej powoli i przygładzając swoją brodę, próbuje herbaty. Jest kwaśna i nagle Albus żałuje, że kiedykolwiek myślał, że tak duża ilość cytryny będzie smakowita. Wzdycha głośno i siada na swoim krześle. Minerva obserwuje go w milczeniu, ale widząc, że dyrektor nie ma zamiaru rozpocząć rozmowy, odchrząkuje.
- Musimy powiadomić oficjalnie Ministerstwo o zmianach w programie nauczania i rozejrzeć się za nauczycielami nowych przedmiotów.
Albus podnosi wzrok z herbaty i wbija go w kobietę. Marszczy brwi, spoglądając na nią znad swoich okularów.
- Albusie – kobieta wymawia jego imię ostro, a mężczyzna spuszcza spojrzeniem ponownie z pewną skruchą. - Tym razem to nie jest sprawa, którą możemy zignorować. Nie tym razem, Albusie.
- Wiem – odpowiada ze zmęczeniem, zdejmując okulary i kładąc je na biurku.
Nauczycielka chwilę obserwuje go, dając mu czas. Znali się już tyle lat, a jednak Minevra pierwszy raz widzi go w takim stanie. Albus nie jest głupi, tylko... Kobieta uśmiecha się smutno pod nosem. Tylko za bardzo pragnie pokoju i jak najmniejszej liczby ofiar. Mimo upływu lat, wciąż pamięta swoje przybycie do Hogwartu i historie o Albusie Dumbledorze, który pokonał Gellerta Grindelwalda w pojedynku magicznym. Pamięta, że uważała go za bohatera, zupełnie jak większość magicznej społeczności. Dopiero wiele lat później dowiedziała się, że dla Albusa Gellert był przyjacielem – najdroższym jakiego miał. A mimo to poświęcił swoje uczucia, swoje serce dla pokoju, dla większego dobra. Dlatego Minevra nigdy wcześniej nie nalegała. Być może był to błąd z jej strony, ale nie mogła cofnąć czasu. Mogła za to uczyć się na własnych porażkach. Przekłada filiżankę w jedną dłoń, a drugą macha ręką w kierunku stojącego pod ścianą stolika. Z blatu natychmiast podrywa się czysta kartka i lewituje w ich kierunku, by spocząć na głowie siwego czarodzieja. Kobieta uśmiecha się rozbawiona na ten widok. Albus zaś wydaje z siebie niechętny pomruk, w końcu niczego tak nie lubi jak pisania do Ministerstwa. Mimo to ściąga kartkę ze swojej głowy i kładzie ją na blacie. Sięga po swoje okulary, rzucając kobiecie złe spojrzenie. Minevra jedynie unosi brwi, wyraźnie niewzruszona jego niezadowoleniem. Dyrektor sięga po pióro i zaczyna pisać. Nauczycielka czasami daje mu wskazówki i wspólnymi siłami udaje im się sklecić list. Kartka składa się w mały samolocik i wlatuje do kominka, niknąc w zielonym płomieniu. Przed Albusem ląduje kolejna kartka. Dyrektor podnosi wzrok na przyjaciółkę zdziwiony.
- List do Janusa Thickeya, naszego przyszłego nauczyciela Uzdrowicielstwa – wyjaśnia niewzruszona Minevra.
- Jak wiele listów będę musiał dzisiaj napisać? - mamrocze cicho dyrektor, niemrawo rozpoczynając pisanie wiadomości.
- Jeszcze dwa, dla Kingsleya i Alastora.
- Dla Alastora? - Albus przerywa pisanie, by przyjrzeć się przyjaciółce. - Alastor Moody? Zadziwiasz mnie, Minevro. Genialne – podsumowuje, znów zaczynając pisać.
~H~
Harry nigdy nie był specjalnie dobrym uczniem, a w nauce nie pomagało mu również to, że nie był też pilnym uczniem. Zazwyczaj prace domowe wciąż odkładał na jak najpóźniejszy termin, za co oczywiście regularnie Hermiona urządzała mu wykład na temat odpowiedzialności. Dopiero teraz Potter rozumie co miała na myśli. Dopiero teraz, gdy do napisania ma cztery eseje oraz dwa zaległe z czasu swojej nieobecności. To, że idzie mu mozolnie to mało powiedziane. Na szczęście jeszcze od Hermiony nauczył się zaklęcia wyszukiwania w księgach określonych słów, co czyni jego pracę o wiele łatwiejszą. Gdy pada na gryfona czyjś cień, niemal wzdycha z ulgą. Przynajmniej ma wymówkę przed samym sobą do zrobienie niewielkiej przerwy. Zresztą, zasługuje po napisaniu niemal całego, drugiego już eseju. Widok pewnego puchona stojącego nad nim skutecznie odciąga go od nauki. Harry marszczy brwi, wpatrując się głupio w Zachariasza Smitha. Drugi czarodziej nie pozostaje mu dłużny i dobrą chwilę patrzą na siebie pusto jakby żaden z nich nie wiedział, co właściwie się dzieje.
- Więc – zaczyna Zachary dość niezręcznie. - Jestem Dziesiątym?
Potter mruga bardzo powoli, wyglądając jak całkowity idiota i otwiera usta. Jego mózg mozolnie przetwarza usłyszane właśnie informacje. Na brodę Merlina, zapomniał o nim. Nie ma nawet sensu udawać, że wcale tak nie jest – Harry całkowicie wyrzucił z myśli informację, że podczas jego wybuchu magii na błoniach pojawił się wśród jego przyjaciół Zachary. Tyle miał wtedy na głowie, że podświadomie liczył, że to Ron zajmie się nowym członkiem ich wesołej gromadki. Najwyraźniej Weasley również nie wpadł na pomysł rozmowy z puchonem.
- Nie chcę się narzucać, ale... Czy na pewno nie powinienem czegoś robić? - Smith przestępuje z nogi na nogę, wyglądając jeszcze bardziej niezręcznie.
Harry w końcu zamyka usta i odchrząka. Zachary może i nie należy do najbardziej przyjaznych czy sympatycznych osób, jednak z jakiegoś powodu magia wybrała właśnie jego. Potter nie zamierza się z tym kłócić, zresztą nie ma nawet jak. Dlatego zwyczajnie godzi się z tym faktem i robi zamyśloną minę.
- W czym jesteś dobry?
Smith dobrą sekundę wpatruje się w gryfona pusto jakby nie spodziewał się, że ten rzeczywiście zechce dać mu jakieś zadanie. Następnie na jego twarzy pojawia się niepewność.
- Runy, jestem dobry w runach.
W umyśle Harry'ego zapala się pewna lampka, a jego wzrok wędruje do materiałowej opaski na jego nadgarstku. Merlinie, czy to już demencja starcza? Po upewnieniu się, że kombinacja run na jego ciele nie jest groźna, całkowicie wyrzucił ten fakt z myśli. Powinien próbować dowiedzieć się czegoś więcej. Nieodpowiedzialny bachor Potter znowu w akcji, myśli gorzko Harry.
- Jak dobry? Remus również interesuje się runami. - Smith rzuca mu odrobinę dziwne spojrzenie, słysząc imię ich profesora i wzrusza ramionami.
- Mój wujek od dzieciństwa mnie o nich uczył, a od szóstego roku życia wakacje spędzam pod opieką Mistrza Run. - Zachary prostuje się dumnie wraz ze swoimi słowami.
Harry zerka szybko na pergamin przed sobą, zostało mu napisanie zakończenia co zajmie mu może z pół godziny. Nie chce jednak odkładać tego na później niczym nieodpowiedzialny dzieciak, którym najwyraźniej wciąż jest.
- Co powiesz na spotkanie w Pokoju Życzeń za pół godziny?
Gdy zdenerwowany gryfon dociera na umówione spotkanie, widzi zrelaksowanego Smitha, czytającego magazyn. Chłopak podnosi wzrok na Harry'ego i kiwa mu głową na przywitanie. Potter odkłada swoją torbę przy kanapie, na której siedzi puchon i zajmuje miejsce obok. Dopiero wtedy Zachary odkłada magazyn i zerka na gryfona pytająco.
- W czym mogę służyć, Chłopcze Który Ma Pytanie?
Harry otwiera i zamyka usta, zastanawiając się jak powinien o tym wszystkim opowiedzieć. Pospieszają go uniesione brwi puchona, który wygląda na rozbawionego.
- Wie o tym tylko Remus, więc trzymaj to w sekrecie, proszę. - Harry sięga do swojej opaski i zsuwa ją.
Widok runy niemal go zaskakuje. Opaska jest materiałowa, więc nie kłopotał się ze ściąganiem jej podczas kąpieli czy snu. Zachary przechyla się w przód, by przyjrzeć się wzorowi bliżej. Jego twarz poważnieje i wygląda jakby naprawdę się na tym znał.
- To oczywiście Życie i domyślam się, że tyle już wiesz. - Potter kiwa głową, pozwalając by puchon dotknął runy. - Problem z runami polega na tym, że runa runie nierówna. Samo narysowanie wzorku nie wystarczy do stworzenia runy. Ogromne znaczenie ma sam tworzący, jego magia, doświadczenie, a nawet intencje.
Harry nagle przestaje być pewien wszystkiego, co już wie o kombinacji run na swoim ciele. Remus oczywiście znał się na tym, ale jego wiedza była podstawowa, zdobyta w Hogwarcie. Zachary za to, jeśli wierzyć jego słowom, ma wiedzę od Mistrza Run, co jego samego znacznie przybliża do tego tytułu.
- Nie martw się na zapas – uspokaja puchon, dostrzegając jego pochmurną minę. - Zaraz wszystko się okaże. Wtedy możesz zacząć się martwić.
Mimo nutki złośliwości w słowach Smitha, gryfon czuje się spokojniejszy. W końcu wciąż istnieje spore prawdopodobieństwo, że Remus nie mylił się co do przeznaczenia run. Zachary zaczyna bliżej przyglądać się wzorowi – patrzyć na każdą linię z kilku stron, a nawet mamrotać niezrozumiałe dla Harry'ego słowa, na które runa czasami reagowała zieloną poświatą. W końcu Zachary odsuwa się kawałek, puszczając rękę Pottera. Wygląda na pełnego podziwu, co potwierdza kiwaniem głowy i swoimi słowami.
- Jestem zaskoczony tak dobrą robotą. Szczerze mówiąc, bardzo wątpię, że zrobił Ci ją Voldemort. To prawdziwy majstersztyk godny Mistrza Run z ogromnym doświadczeniem, choć wygląda na zrobiony w wielkim pośpiechu.
Harry nie wie czy ta informacja powinna go uspokoić czy wręcz przeciwnie. Wiadomość, że runa nie została stworzona przez wężową paskudę jest oczywiście pozytywem, ale... Potter bardziej niż złych wiadomości nie lubi niewiedzy, a właśnie to oznaczają słowa Smitha.
- W porządku, jedna runa niewiele nam mówi. Wiesz gdzie znajdują się pozostałe czy muszę to sprawdzić? - Zachary nie wygląda na zbyt chętnego do przeszukiwania drugiego czarodzieja.
- Em, druga to moja blizna – odpowiada szybko Harry, widząc jego minę.
Puchon dobrą chwilę siedzi nieruchomo, po prostu patrząc się pusto na Pottera. Jego reakcja znowu doprowadza gryfona do stanu przedzawałowego i po raz kolejny nie wie co się właściwie dzieje.
- Blizna? Jesteś pewien? - pełne wątpliwości pytanie wcale nie poprawia humoru Trzynastego.
- Remus rozpoznał, że jest ona runą. - Harry zwyczajnie wzrusza ramionami.
Zachary wciąż nie wygląda na przekonanego, ale nie kłóci się. Najwyraźniej odnajdywanie run jest podstawową umiejętnością.
- To dość niecodzienne – mówi powoli Dziesiąty, wahając się. - No dobra, to się nie zdarza normalnie.
- To znaczy? Co się nie zdarza? - Czarnowłosy z każdym kolejnym słowem puchona ma wrażenie, że coraz bliżej mu do szaleństwa.
- Kolejność run jest bardzo specyficzna i niemal nigdy nie łamie się jej. Najpierw wykonuje się runę oznaczającą cel, by nadać znaczenia całej kombinacji. - Zachary zakłada nogę na nogę i prostuje się. Harry nagle odnosi wrażenie, że słucha jednego z profesorów. - Według tego to właśnie blizna powinna być celem, ale oczywistym jest, że to Życie zajmuje to miejsce. Następną runą powinna być metoda, a później cena. Taka zmiana kolejności jest ekstremalnie trudna, więc szokuje mnie widok, że cała kombinacja działa prawidłowo. Nigdy nie spotkałem Mistrza Run, który byłby zdolny do czegoś takiego – przyznaje szczerze Smith.
- Jesteś w stanie rozpracować co oznaczają pojedyncze runy z tej kombinacji? - Harry pyta niepewnie, starając się ukryć swoje przerażenie całą sytuacją.
- Oczywiście! Jeśli wiesz czym są pozostałe runy, to dość proste. Więc, gdzie jest trzecia?
Potter bez wahania chwyta za swoją koszulkę i odchyla jej brzeg, pokazując Zacharemu bliznę po ugryzieniu Remusa. Puchon nachyla się tak szybko, że Harry aż się wzdryga. Twarz Zachariasza przez moment wyraża zdumienie, ale po kilku sekundach pojawia się na niej zrozumienie.
- Ah, więc jesteś towarzyszem profesora Lupina – stwierdza po prostu neutralnie.
Harry spina się, czekając na jakieś obelgi czy choćby złośliwości. Zachary jednak nie wydaje się zainteresowany tym tematem wcale. Za to dobrą chwilę przygląda się bliźnie i w końcu kiwa głową.
- To jest nasza metoda. Ugryzienia mają różne znaczenia, zależnie od intencji stworzycieli i przyjmują przez to odrobinę inny kształt. Ta oznacza bardzo ciepłe uczucia, głównie miłość, ale też rodzinę.
Harry mimowolnie rumieni się, słysząc to. Czyli to właśnie o tym myślał Lunatyk, gryząc go? Szybko stara się jednak ukryć swoją wesołość, widząc specyficzną minę Zacharego i złośliwy uśmieszek. Gryfon odchrząka.
- A co z ceną?
- To błyskawica, dość powszechny symbol. Zazwyczaj oznacza siłę, moc. Może mieć jednak wiele znaczeń: gniew, potępienie, karę, początek, przemianę, natchnienie czy nawet płodność. - Smith porusza brwiami znacząco.
Harry jednak skupia się tylko na jednym słowie, mając wrażenie, że wszystko w jego umyśle ułożyło się odpowiednio, a elementy połączyły się.
- Przemiana – powtarza cicho.
Czy to nie tak wszystko się zaczęło? Harry nawet nie pamięta jaki był wcześniej, jak się zachowywał, w jaki sposób myślał. Myślał, że może to wina przeżyć, ale... No właśnie, ale. Rzecz w tym, że Harry zwyczajnie nie pamięta swojego uwięzienia. W jego pamięci zieje pustka, która zaczyna się od popchnięcia go na zimną posadzkę przez Voldemorta, a kończy się widokiem przyjaznej postaci. Być może to jego umysł sam usunął traumatyczne wspomnienia, ale co jeśli zostały mu one odebrane przez kogoś? I dlaczego?
~R~
Gdy Harry wchodzi do moich komnat, od razu wyczuwam jego zdenerwowanie. Ten zapach niepokoi mnie, więc wbijam uważne spojrzenie w szczeniaka. Harry ma poważną minę i patrzy mi w oczy, co odrobinę mnie uspokaja. Mimowolnie zapatruję się w niego, tonę w jego pięknych oczach. Taki wspaniały... I tylko nasz. Uśmiecham się lekko do swoich myśli i odkładam na bok eseje, które sprawdzałem przed przyjściem mojego kochanka. Wyciągam dłoń w jego kierunku, co odrobinę wyrywa go z poważnego nastroju. Przyjmuje ją jednak i pozwala się ściągnąć na moje kolana. Ściskam go krótko, wdychając jego zapach. Czuję jak całe zmęczenie po dzisiejszym dniu zwyczajnie znika.
- Co się stało? - pytam, odsuwając się trochę, by spojrzeć mu w oczy. Harry odchrząka i chwilę się zastanawia.
- Cóż, Zachary Smith nadzwyczaj dużo wie o runach.
Marszczę brwi, zastanawiając się nad jego słowami. Szczerze mówiąc, nigdy specjalnie nie interesował mnie ten szczególny puchon. Na moich lekcjach nie wyróżnia się specjalnie i idzie mu dość przeciętnie. Hm, runy. Oczywiście, każde dobre umiejętności będą nam przydatne w nadchodzącej walce, a akurat w tej dziedzinie nie mamy nikogo poza mną. No i moja wiedza nie jest szczególnie rozległa.
- Wiesz, że Zachary należy do Dwunastu? - Pytanie Harry'ego wyrywa mnie z myśli.
- Huh? Naprawdę?
Gryfon uśmiecha się lekko, widząc moje zaskoczenie i kładzie mi dłoń na policzku. Pochyla się, by skraść mi szybkiego całusa i muszę się powstrzymywać, by go nie przytrzymać. Nie czas na to, ale może później...
- Też zapomniałem – przyznaje odrobinę zawstydzony Harry, splatając ramiona na moim karku. - Sam do mnie przyszedł, bo chciał pomóc.
- Nie wiedziałem, że Zachary jest taki ambitny – przyznaję, wplatając dłoń we włosy Harry'ego i ściągając z nich wstążkę, która trzyma je razem.
- Tak czy siak, rozmawialiśmy trochę o runach i okazało się, że wie naprawdę dużo. - Na moment milknie i oblizuje usta. Oj, nie kuś. - Pokazałem mu Życie.
Chwilę po prostu patrzę na niego, przetwarzając jego słowa. Życie. Ah, no tak. Nagle robi mi się bardzo głupio, że w natłoku obowiązków zapomniałem o tym, że Harry ma na sobie kombinację run, która może być potencjalnie niebezpieczna.
- Co Ci powiedział na ten temat? - pytam zdenerwowany.
- Spokojnie, kombinacja właściwie jest bardzo korzystna dla mnie. - Posyła mi lekki uśmiech, co odrobinę mnie uspokaja. - Za to Zachary twierdzi, że nie mógł jej zrobić Voldemort. Podobno coś takiego jest bardzo skomplikowane do zrobienia.
- Nie Voldemort? Kto w takim razie? To dziwne – zastanawiam się na głos. - Więc została zrobiona specjalnie przez kogoś.
- Tak, no i tu pojawia się problem. Nawet nie wiem kiedy zapomniałem, ale... - Harry wyraźnie się spina i spuszcza spojrzenie. - Nic nie pamiętam z porwania. Nawet nie wiem czy to zaklęcie czy... No wiesz, czy mój umysł sam tego nie wyparł.
Ściskam go mocniej, przyciągając do ciasnego uścisku. Sam pamiętam to aż nadto jasno i wyraźnie, zupełnie jakby minął co najwyżej tydzień. Widok kamiennej posadzki, której oryginalny kolor dawno zniknął pod warstwami zaschniętej krwi. Zapach krwi Harry'ego, który dochodził do mnie z każdej strony. Upiorny szept Harry'ego, który brzmiał jak wypowiadany w nieznanym mi języku. I w końcu jego widok – w strzępach ubrań przesiąkniętych jego krwią, świeżą i zaschniętą.
- Chcesz spróbować sobie przypomnieć? - pytam cicho, przyciskając go do siebie.
Harry milczy i wcale mu się nie dziwię. Szczerze mówiąc, nie chcę, żeby sobie przypominał. Nie chcę, by znów był tam i przeżywał to wszystko.
- Tak.
Kiwam głową i składam pocałunek na jego skroni. Trwamy w uścisku kilka minut, po czym ja wracam do sprawdzania esejów, a Harry z nogami na moich kolanach zaczyna odrabiać swoje zadania.
~N~
Neville nucąc cicho pod nosem, ostrożnie umieszcza rośliny w ziemi. Kiedyś Zakazany Las go przerażał, ale teraz gryfon nie może powstrzymać ciekawości, widząc znane mu lub nieznane rośliny. Małe sadzonki Diabelskich Sideł oplatają się wokół jego palców, przez co uśmiecha się rozczulony. Wyglądają zupełnie jakby go przytulały, choć tak naprawdę chętnie wycisnęłyby z niego całe życie. Cichy szelest zwraca jego uwagę, więc Neville odwraca głowę. Jego oczom ukazuje się Zachariasz Smith wychodzący z krzaków. Wygląda na odrobinę zagubionego, ale jego twarz rozjaśnia się na widok gryfona.
- Merlinie, szukam Cię już z pół godziny – informuje go z wyraźną ulgą. - Pewien ptaszek wyśpiewał mi, że przydałby Ci się ktoś, kto zna się na runach.
Longbottom chwilę patrzy na niego zaskoczony, po czym uśmiecha się. Nigdy nie spodziewał się przyjaznej pogawędki ze Smithem, a tu proszę.
- Spadłeś mi z nieba. Możesz sprawić, że ziemia poza tym miejscem będzie sucha?
- Jasne. - Zachary kiwa głową i wyciąga nóż z kieszeni. - Nie boisz się tak siedzieć tu sam?
- Hm? - Neville podnosi się, uwalniając się delikatnie z uścisku roślin. - Niezbyt, no i nie jestem do końca sam. Niedaleko jest Luna.
- Luna? Pomaga Ci z roślinami? - Smith pyta neutralnie, ryjąc nożem w kamieniu.
Gryfon nie jest pewny czy naprawdę go to interesuje czy zwyczajnie utrzymuje rozmowę, by nie zapadła niezręczna cisza.
- Nie, zajmuje się zwierzętami. Nikt do końca nie wie co właściwie robi. - Zachary rzuca mu pytające spojrzeniem. - No wiesz, to w końcu Luna.
Obaj uśmiechają się porozumiewawczo. W końcu nikt raczej nie wierzy w to, że Lovegood widzi różne stworzenia, o których mówi. Jednak krukonka jest tak sympatyczna, że nikt nie ma serca się z nią kłócić na ten temat. Skoro jest szczęśliwa w ten sposób, to niech tak zostanie. Longbottom sadzi jeszcze kilka innych roślin i czeka chwilę aż Smith również skończy swoje zadanie. Następnie wspólnie udają się w głąb lasu, szukając swojej towarzyszki. Lunę znajdują dość łatwo – siedzi na niewielkiej polanie, splatając kwiatowy wianek. Chłopcy stają jak wryci, gapiąc się. Nie na nią oczywiście, a na stworzenie spoczywające tuż obok niej. Ogromne zwierzę przypominające szaro-czarnego lwa pokryte dziwnymi kolcami leży obok całkowicie zrelaksowane. Co więcej na jego ogromnym łbie otoczonym przez kolczastą grzywę spoczywa kwiatowy wianek.
- Czy... Czy ja dobrze widzę? - pyta cicho Smith.
- Na Merlina, czy to...
Ich dalsze zszokowane rozważania przerywa Luna, która ich zauważa i macha im ręką energicznie. Zwierzę wydaje z siebie cichy pomruk, a jego kolczasty ogon przesuwa się kawałek. Nie reaguje jednak w żaden inny sposób na pojawienie się nowych osób. Krukonka sprawnie kończy drugi wianek, znacznie mniejszy i wkłada go sobie na głowę. Następnie kładzie dłoń na pysku stworzenia i głaszcze go, mówiąc coś. Do dwójki czarodziejów dociera jego niezadowolone warknięcie, niemal przyprawiając ich o zawał. Zwierzę otwiera oczy i żółtymi ślepiami śledzi wstającą Lunę. Dziewczyna bierze swoją torbę i machając lwu na pożegnanie, podąża w kierunku swoich towarzyszy. Gdy do nich dociera, łapią ją za ramiona i od razu puszczają, słysząc niezadowolone warknięcie.
- Wyglądacie jakbyście zobaczyli dementora – komentuje Luna, chichocząc.
- Nie, za to widzimy nundu – odpowiada jej cicho Neville. - Czemu to tu jest?!
- Nie chciał o tym mówić. - Luna wzrusza ramionami beztrosko i rusza przed siebie.
Chłopcy zerkają ostatni raz na zwierzę i szybko za nią podążają, widząc wbite w nich ślepia. Gdy oddalając się kawałek, oddychają z wyraźną ulgą.
- Wszystko w porządku? - pyta przejęty Neville. - Nie czujesz się słabo albo chora?
- Hm? Nie, wszystko w porządku! - mówi radośnie Lovegood, podskakując.
- To nundu... to szczeniak? - pyta z nadzieją Zachary.
Luna jednak potrząsa głową, zatrzymując się na moment, by zerwać kwiatka. Czarodzieje wymieniają ze sobą spojrzenia.
- Jest dorosły, mieszka tu dość długo. Znam go od pierwszego roku, więc dość długo jesteśmy już przyjaciółmi.
- Przyjaciółmi... - powtarza Neville niedowierzająco. - Z bestią o Klasyfikacji Ministerstwa Magii XXXXX?
- Yup! - Luna niewzruszona idzie przed siebie, wciąż podskakując radośnie.
- Ze znanym mordercą czarodziejów, który absolutnie nie nadaje się do udomowienia ani do tresury? - pyta Zachary równie zszokowany co Longbottom. - To coś zabija samym oddechem! Do zabicia go potrzebne jest przynajmniej setka czarodziejów!
- Hm~, mnie nie zabił – zauważa jedynie Luna.
~S~
Powiedzenie, że Severus czuje się komfortowo w tej chwili to największe kłamstwo w historii. Siedzący przed nim na kanapie Potter również nie wygląda na zachwyconego tą sytuacją. A Remus stojący za nim to już całkiem wygląda jak wcielenie dementora. Snape wzdycha ciężko, czując nadchodzącą migrenę.
- To nie będzie przyjemne – informuje ponuro, a Lupin garbi się smętnie.
- Rozumiem – odpowiada krótko Harry i kiwa głową.
Severus ponownie wzdycha i unosi swoją różdżkę. Chwilę patrzy sobie w oczy z Harrym i dopiero wtedy rzuca zaklęcie.
- Legilimens.
Umysł Pottera nie wygląda jakoś specjalnie inaczej w porównaniu do tego jaki był dawniej. Snape miał kilka okazji wchodzić mu do umysłu, by sprawdzić czy dzieciak nie pakuje się w tarapaty. Zawsze było to dość łatwo dostępne miejsce – jego wspomnienia są rozmieszczone w otwartej przestrzeni, lekko falując. Tym razem jednak przed Severusem staje półprzezroczysta, zielona bariera. Przepuszcza go ona, ale Mistrze Eliksirów wyraźnie czuje ukłucie magii na swojej skórze, zupełnie jakby Życie go ostrzegało przed robieniem głupich rzeczy. Cóż, czarodziej naprawdę cieszy się, że nie jest tu w celu krzywdzenia swojego ucznia. Snape decyduje się po prostu iść drogą i rozglądać się. Wspomnienia Harry'ego wyglądają jak domy. Są otoczone płotami, a przy bramie stoją skrzynki pocztowe. Taki widok odrobinę fascynuje Severusa. Dawniej umysł Pottera również miał drogi, ale nic więcej, na pewno nie wyglądało to jak osiedle. Idąc główną drogą, mężczyzna zauważa, że otoczenie powoli się zmienia – wspomnienia występują w większej odległości od siebie, płoty wokół nich wyglądają na zniszczone, a niektóre nie mają skrzynek pocztowych. Niepokojąca atmosfera jest aż namacalnie wyczuwalna. Jednak Snape po jednym spojrzeniu zauważa, że to wciąż nie to, czego szuka i odwraca spojrzenie, by nie dać się wciągnąć. Nie ma potrzeby oglądać nieprzyjemnych dla Harry'ego wspomnień i szczerze mówiąc, zwyczajnie nie chce. Czasami czuje ukłucie ciekawości widząc ich urywki, ale wciąż nie zagłębia się w nie. Droga w końcu przechodzi w ścieżkę, która prowadzi w niezbyt gęsty las. Severus ostatecznie staje przed metalową furtką, do której prowadzi dróżka i przygląda się temu, co znajduje się za nią. Wspomnienia w środku znacznie się różnią nawet od tych nieprzyjemnych. Skłębione w wielki ciemny kołtun wydają się buzować wściekle i szeptać niepokojąco. Czwarty aż czuje dreszcz przechodzący mu po plecach. Chyba nigdy nie widział czegoś takiego – tak mrocznej energii, która wręcz warczy na niego. Mimo chwilowej igiełki strachu, Severus otwiera furtkę i robi krok, by przez nią przejść. Nie zdąża, bo wspomnienia wyciągają swoje macki i wciągają go w siebie ostro. Wylądowanie na zimnej posadzce wręcz wyciska Snape'owi oddech z piersi. Szybko jednak próbuje się rozeznać w sytuacji. Poznaje to miejsce – podziemia Czarnego Dworu raczej są dość charakterystyczne. Dość łatwo jego oczy wyłapują również postać Harry'ego, który siedzi zwinięty pod ścianą. Jego ubrania są w strzępach, a każdy widoczny skrawek skóry został naznaczony ranami. Zapach krwi jest duszący i tak obrzydliwy, że gdyby Severus nie był Śmierciożercą już długi czas, to pewnie by zwymiotował. Jakby tego było mało, do uszu Czwartego dociera upiorny szept Pottera. Snape nie rozpoznaje w jakim języku zostają wypowiedziane jego słowa, co tylko wydaje się bardziej niepokojące. W końcu nie jest tajemnicą, że dzieciaki raczej nie są poliglotami, szczególnie te mieszkające w Wielkiej Brytanii. Dalsze rozmyślania Severusa przerywa zmiana sceny, choć prawie ją przegapia – Harry nie zmienia swojej pozycji, ale na jego ciele przybywa obrażeń. Drzwi do więzienia otwierają się z hukiem, a do środka wchodzi dwóch Śmierciożerców, ciągnąc za sobą kogoś. Za nimi spokojnie kroczy Czarny Pan. Snape mimowolnie przygląda mu się uważnie i z zaskoczeniem zauważa w jego postawie pewne wahanie. Poplecznicy Voldemorta podchodzą do Pottera i rzucają trzymanego staruszka przy jego stopach. Następnie szybko usuwają się z drogi i stają przy drzwiach, by nie przeszkadzać swojemu przywódcy.
- Zrób z nim cośśś – syczy Voldemort wściekle, stając w pewnej odległości od dwójki więźniów.
Severus wzdryga się, ale nie na dźwięk głosu Czarnego Pana. Stojąc za jego plecami, po prostu zauważa pewną subtelną zmianę w zachowaniu Harry'ego. Chłopak lekko przekrzywia głowę i wlepia spojrzenie w Voldemorta. Jego oczy są dzikie, całkowicie pozbawione człowieczeństwa, ale jednocześnie nie należą do przestraszonego stworzenia. Wydaje się, że to właśnie on jest tu drapieżnikiem, co jest wręcz surrealistyczne w takiej sytuacji. Czarnoksiężnik najwyraźniej również to zauważa, bo Snape zauważa jego spięcie. Staruszek wydaje się odrobinę zdezorientowany, więc kieruje pytające spojrzenie na Czarnego Pana. Ten syczy wściekle i dopada do mężczyzny, szarpiąc go za włosy.
- Ogarnij dzieciaka! - rozkazuje, przyciągając go do chłopaka.
Nagle Harry porusza się i wyciąga ręce. Błyskawicznie zaciska palce na kostce Voldemorta, a jego twarz wykrzywia upiorny uśmiech. Szeptane przez niego wciąż słowa stają się głośniejsze i mimo że czarnoksiężnik również nie wydaje się je rozumieć, to wyraźnie jest przerażony sytuacją. Brutalnie strząsa jego dłoń i wyciąga różdżkę.
- Crucio!
Staruszek zaczyna się wić w agonii, krzycząc przeraźliwie. Potter nie wydaje się zbyt przejęty tym i wciąż wpatruje się w Voldemorta drapieżnie. Severus przesuwa się kawałek, by widzieć lepiej tą dwójkę, mając wrażenie, że coś mu umyka. I rzeczywiście, gdy zmienia pozycję, staje się jasne, że staruszek trzyma Harry'ego za nadgarstek i ostro ryje w nim paznokciami. Najwyraźniej Czarny Pan traci w końcu cierpliwość i cofa zaklęcie.
- Avada Kedavra – mówi zamiast tego.
Zielony promień uderza w plecy mężczyzny, a życie powoli gaśnie w jego oczach. Mimo to jego paznokcie wykonują jeszcze kilka ruchów, kończąc runę. Podziemie wypełnia szmaragdowe światło, które sprawia, że Czarny Pan cofa się kilka kroków. Poświata jedynie się nasila, więc czarnoksiężnik ostatecznie szybkim krokiem rusza do wyjścia, zostawiając Pottera z trupem. Harry za to chwilę siedzi w bezruchu jakby nieprzejęty, że leży na nim czyjeś martwe ciało. W końcu jednak drga i odsuwa od siebie staruszka delikatnie, wlepiając w niego wzrok. W celi rozlega się głośne burczenie w brzuchu i Severus nagle czuje całkowite przerażenie dalszym rozwojem zdarzeń. Tym razem odwraca głowę, nie mogąc patrzyć na coś tak okropnego. Głośne mlaskanie tylko bardziej upewnia go, że powinien po prostu wyjść z tego wspomnienia. Severus przerywa zaklęcie i zatacza się w tył. Do jego uszu dociera odgłos wymiotowania.
- Harry?! - Lupin doskakuje do pochylonego i drżącego w konwulsjach Pottera.
