~H~
Jak przez mgłę słyszę jak Remus na zmianę mówi coś do mnie i warczy na Snape'a, ale nie jestem nawet w stanie go uspokoić, wymiotując na dywan. Widok wymiocin przez załzawione oczy sprawia jedynie, że ponownie mój żołądek się buntuje. Dość brutalnie zostaję złapany za głowę, a do mojego nosa dociera ostry zapach. Z początku staram się szarpać zdezorientowany, jednak szybko się poddaję. Nie wiem co właśnie powąchałem, ale sprawiło, że mdłości ustały. Chwilowo odpycham od siebie wspomnienia, które zobaczyłem, biorąc roztrzęsiony oddech.
- Na Merlina, Harry, wszystko w porządku? - pełen zmartwienia głos dobiega do mnie z prawej strony.
Ciepła ręka Remusa ląduje na moim karku, a następnie przesuwa się na plecy. Zaczyna mnie głaskać okrężnymi ruchami i jakoś mnie to uspokaja. Pociągam nosem i ocieram twarz rękawem, czując się paskudnie. Zauważam, że Severus podsuwa mi szklankę z wodą, więc chętnie ją przyjmuję. Od razu wciska mi w dłoń również chusteczkę, więc płuczę usta i pozbywam się resztek jedzenia z nosa. W międzyczasie Mistrz Eliksirów używa zaklęcia czyszczącego. Biorę kilka głębszych wdechów i w końcu patrzę na swojego kochanka, unikając spojrzenia Czwartego.
- Już mi lepiej – odpowiadam odrobinę słabo.
Remi marszczy brwi i wygląda tylko na jeszcze bardziej zmartwionego. Siada obok mnie i przygarnia do siebie, kompletnie nie zwracając uwagi, że nie jesteśmy sami. Odsuwa mi grzywkę i składa na moim czole długi pocałunek. Od razu dociera do mnie chrząknięcie Severusa.
- Będę wdzięczny, jeśli oszczędzicie mi takich widoków.
Z gardła Remusa wyrywa się niezadowolony i niski pomruk, przypominający warczenie. Unoszę głowę i w końcu patrzę na profesora. Spodziewam się obrzydzenia, ale twarz mężczyzny jest całkowicie neutralna.
- Ten starszy mężczyzna, kojarzysz go? - pyta po prostu.
- Nigdy go nie widziałem. - Kręcę głową, zamyślając się.
Moje wspomnienia w żadnym stopniu nie wróciły. W mojej głowie wciąż panuje pustka, a te wspomnienia, które widziałem wydają się kompletnie obce. Nie pamiętam nawet szeptania czy bycia krzywdzonym. Moje własne dziwne słowa wydawały mi się obce, ale… Miały w sobie coś znajomego. Nie była to oczywiście wężomowa, co tylko wszystko komplikuje. W końcu nigdy nie uczyłem się innych języków, więc jak to możliwe, że jakiegoś używałem i sam nie umiem go rozpoznać? Nieprzyjemny dreszcz przechodzi mi po plecach i pochylam się do przodu, obawiając się kolejnej fali mdłości. Mimowolnie przypominam sobie mugolskie horrory o opętaniach, które ciotka oglądała od czasu do czasu. Myśl o tym wcale mnie nie pociesza, a jedynie wzbudza więcej wątpliwości. Powiedzmy sobie szczerze – wcale nie znam magicznego świata tak dobrze jakbym tego chciał. Czy to możliwe, że coś pokroju demonów istnieje? Niepewnie zerkam na profesora Snape'a, ale niespokojny Remus wręcz odwraca moją głowę w swoją stronę. Jego w połowie złote oczy wyglądają jak zawsze pięknie, ale tym razem sprawiają, że kręci mi się w głowie.
- Co się stało? - naciska znowu.
- Ja… Z-zobaczyłem coś… - Otwieram usta, ale zamykam je niepewny co właściwie powinienem powiedzieć. - Obrzydliwego.
- Obrzydliwego – powtarza za mną, wciąż wbijając we mnie spojrzenie.
- Coś, co ja zrobiłem.
Remus widocznie odpuszcza i zabiera dłoń z mojej twarzy, a zamiast tego ponownie zaczyna głaskać mnie po plecach. Tym razem już bez przeszkód nawiązuję kontakt wzrokowy z Severusem, który stoi przed nami ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Nie wygląda na zachwyconego i wcale mu się nie dziwię. Czuję się odrobinę głupio, że muszę zadać tego typu pytanie, ale sytuacja jest zbyt poważna, by zadowalać się niewiadomą.
- Czy demony istnieją?
- Demony? - Snape unosi brew, patrząc na mnie dziwnie.
- J-jak te mugolskie, z horrorów – dopowiadam szybko zawstydzony.
Tym razem Czwarty wyraźnie się zamyśla, poświęcając na to kilka długich sekund. W końcu marszczy brwi i kręci głową zrezygnowany.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Obawiam się, że z tym pytaniem musisz zgłosić się do kogoś z większą wiedzą na temat magicznych istot.
Mistrz Eliksirów decyduje się usiąść w fotelu naprzeciwko kanapy i splata palce, patrząc na mnie stanowczo.
- Podsumujmy czego się dowiedzieliśmy.
- Mówiłem w obcym mi języku – zaczynam słabo i czuję jak Remus sztywnieje przy moim boku. - Nieznajomy mi mężczyzna zrobił mi Życie i Voldemort go zabił. Ja… z-zjadłem go.
Remus odwraca głowę w moją stronę, ale usilnie patrzę się w podłogę, by nie spotkać jego spojrzenia. Nie chcę widzieć jego reakcji na swoje słowa, zwyczajnie nie teraz, nie tutaj.
- Dowiem się czy istnieje stworzenie przypominające demony z horrorów – Severus przerywa niezręczną ciszę i w głębi duszy dziękuję mu z całego serca. - Skoro pan Smith jest tak obeznany z runami to poszukaj z nim kim może być ten mężczyzna. Lupin, dowiedz się czy istnieją czarnomagiczne przedmioty, które mogą sprawić, że ktoś używa obcego mu języka.
Kiwam głową i dość niezdarnie próbuję wstać. Od razu Remi musi mnie podtrzymać, żebym nie osunął się na podłogę. Jego silne ramię obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie. Severus nie odprowadza nas, ale również wstaje, by podejść do barku. Do moich uszu dociera dźwięk nalewanego do szklanki alkoholu, gdy wychodzimy. Remus milczy całą drogę do swoich komnat, więc również się nie odzywam.
~R~
Nie wiem ile dokładnie siedzimy w milczeniu – ja na fotelu, a Harry zwinięty w kłębek na łóżku. Czuję jak moja głowa pulsuje boleśnie z natłoku myśli. Boję się. Zwyczajnie się boję, że mój ukochany wciąż znajduje się w niebezpiecznej sytuacji. Przemawianie w obcym języku nie brzmi ciekawie, a właściwie brzmi okropnie. W końcu to może być jedynie oznaka czegoś gorszego. Czarodziejski świat pełen jest rzeczy, które mogą poważnie skrzywdzić, okaleczyć czy powoli pozbawiać życia. Tylko bardziej mnie dobija myśl, że wiele osób mogłoby przekląć Harry'ego. No i zostaje też sprawa nieznajomego mężczyzny, który zrobił mu runę. Czy aby na pewno nie był powiązany z Voldemortem? A może mimo braku powiązań wciąż chciał go skrzywdzić?
- Jesteś mną obrzydzony? - Do moich uszu dociera cichy głos.
- Hm? Obrzydzony? - pytam zdezorientowany.
Patrzę na Harry'ego i dopiero teraz dociera do mnie jak nieszczęśliwie wygląda. Szybko podnoszę się z fotela i podchodzę do niego. Układam się obok i przyciągam do siebie, by go przytulić. Młody czarodziej układa się na moim torsie, wręcz wciskając się we mnie.
- Głuptas – mówię i całuję go w głowę. - Martwiłem się, że znowu jesteś w niebezpieczeństwie, o którym wiemy tak mało.
Do moich uszu dociera ciche pociągnięcie nosem. Odsuwam się kawałek, żeby spojrzeć mu w twarz. Harry tylko jeszcze bardziej się rozkleja i zaczyna głośno płakać. Wyciąga ręce i wtula we mnie, szlochając. Również go przytulam mocno, głaskając po plecach.
- Szczeniaku, dobrze wiesz jak mocno Cię kocham. Wiem, że nie byłeś sobą, a nawet tego nie pamiętałeś. Jasne, było to obrzydliwe, ale nie myślę o Tobie źle z tego powodu. Wierzę, że zrobiłeś to wyłącznie by przeżyć.
Harry kiwa głową, ale wciąż płacze. Kilka długich minut drży w moich ramionach, zanim się uspokaja. W końcu milknie i pociąga nosem. Sięgam na stolik nocny i podaję zapłakanemu chłopcu chusteczkę. Harry przyjmuje ją i wydmuchuje nos. Jego twarz jest zaczerwieniona od płaczu, ale na pewno wygląda lepiej niż wręcz zielony. Wyciągam rękę i ścieram ślady łez z jego twarzy. Szczeniak uśmiecha się słabo, więc również się uśmiecham.
- Musisz coś jeszcze dzisiaj załatwić? - pytam cicho.
Mam ochotę zamknąć go w swoich ramionach na cały wieczór, a z drugiej strony chętnie już teraz zacząłbym szukać czarnomagicznych przedmiotów, które mogłyby doprowadzić Harry'ego do takiego stanu. Młody czarodziej wzdycha cicho i kiwa niechętnie głową.
- Muszę napisać pięć esejów.
- W porządku, chcesz tu zostać? - pytam łagodnie.
Harry wyraźnie się waha, ale w końcu kręci głową. Uśmiecham się lekko i głaszczę go po policzku.
- Pójdę do biblioteki i posiedzę tam jakiś czas.
Pochylam się i całuję go lekko. Gdy się odsuwam, ściągam wstążkę z jego włosów i poprawiam jego fryzurę. Harry wygląda już o wiele lepiej, więc staram się nie martwić aż tak, gdy wychodzi. Sam wstaję i chwytam swój płaszcz, podchodząc do kominka.
~H~
Hermiona nigdy nie była dobra w zawieraniu nowych znajomości i zdawała sobie z tego sprawę. Zazwyczaj była to wina kompletnie różnych zainteresować lub zwyczajnie jej charakteru. Dobrze wiedziała, że gdyby nie Harry i Ron, to pewnie większość czasu w Hogwarcie spędziłaby samotnie. Może i miała koleżanki, ale nie rozmawiała z nim za wiele o rzeczach prywatnych i ważnych dla niej. Tak więc przeniesienie się do Beauxbatons odrobinę ją stresowało. Odrobinę. Okazało się, że kompletnie niepotrzebnie, bo bardzo szybko odnalazła się w nowej szkole. Właściwie było jej tam nawet lepiej niż w Hogwarcie. Beauxbatons stawiało silny nacisk na naukę i samoudoskonalanie się, co jak najbardziej pasowało dziewczynie. Istniał tam również podział na klasy ze względu na oceny czy zainteresowania, co zdecydowanie ułatwiło Hermionie kontakt z innymi uczniami. Nagle okazało się, że wcale nie jest już przemądrzałą kujonką, a inteligentną i oczytaną rozmówczynią. Czas mijał jej szybko w nawale obowiązków, nauki i ciągłych wyzwań ze strony profesorów, by stawać się lepszym. W dzień czuła się świetnie w nowej rzeczywistości, ale w nocy… W nocy łapał ją pewien smutek, nostalgia. Być może tęsknota. Tak, tęskniła za Hogwartem, choć nie chciałaby do niego wrócić się kształcić. Tęskniła za Harrym i Ronem. Jej nowi znajomi podzielali jej zainteresowania i rozumieli zachowanie, ale czy byli lepsi od jej dawnych przyjaciół? Nie powiedziałaby tak. Może i kłócili się z Harrym i Ronem o mniejsze i większe sprawy, ale wciąż gdzieś w środku strasznie zależało jej na nich. Gdy teraz o tym myślała, widziała wiele swoich błędów, które sprawiły, że zaczęli się od siebie odsuwać. Widziała również ich błędy, które odpychały ją. Czasami miała wrażenie, że minęło kilka lat – tak bardzo nie przypominała już dawnej siebie z Hogwartu. Być może to przez to, co ją spotkało, choć przecież wspomnień nie miała. Być może ostatnia rozmowa z Harrym otworzyła jej oczy. Tak czy siak, Hermiona dorosła i czuła, że stała się silniejsza. A mimo to tak strasznie za nimi tęskniła i martwiła się. Długimi nocami obmyślała plany, które mogłyby im pomóc w walce ze złem, choć wiedziała, że na nic się nie przydadzą, bo nie ma jej tam z nimi. A jednak nie mogła się powstrzymać. Mimowolnie zapisywała zaklęcia, ciekawostki, wszystko, co mogło pomóc. I choć było jej dobrze w Beauxbatons, to nigdy nie czuła się pogodzona z przeszłością. Zupełnie jakby coś ją ciągnęło do Hogwartu za wszelką cenę.
~S~
Severus wchodząc do swoich komnat, zawsze czuje się spokojniejszy. Jest to w pewien sposób jego azyl; miejsce, w którym może się w końcu zrelaksować. Jednak tym razem wchodząc przez drzwi, dociera do niego zapach alkoholu. Oczywiście, jego alkoholu. Czując powoli narastające w nim zirytowanie, wchodzi głębiej i dostrzega na swojej kanapie blond czuprynę. Oczywiście, któż inny mógłby to być. Alex nawet go nie zauważa, zbyt skupiony na nalewaniu do szklanki whiskey Severusa. Udaje mu się jej nie rozlać, ale stolik i tak jest już lekko mokry. Zapewne kilka razy nie udało mu się trafić do szklanki. Snape podchodzi do niego cicho i zabiera napełnioną szklankę z rąk. Puchon oddaje ją bez walki, zbyt przestraszony nagłym ruchem i podskakuje z krzykiem. Mistrz Eliksirów za to duszkiem opróżnia szklankę, która najwyraźniej zawierała ostatni alkohol jaki posiadał. Wciąż czuje się zirytowany, ale również odrobinę rozbawiony. Alex patrzy się na niego zszokowany, wyraźnie zaskoczony jego nagłym pojawieniem się. Widać, że wypił o wiele za dużo jak na swoje możliwości – nawet siedząc, kiwa się na wszystkie strony, jego oczy błyszczą, a policzki ma mocno zarumienione.
- Dzieciaku, ile wypiłeś? - pyta, zerkając na pustą butelkę na stole.
Miał ledwo otwartą whiskey, więc najwyraźniej wypił całą. Butelka ma pół litra pojemności, Severus może wypił z 1/5, na stole pewnie wylądowała taka sama ilość. To wciąż dużo jak na dzieciaka.
- Dusszo – odpowiada mu niewyraźnie puchom, uśmiechając się szeroko.
Snape jedynie wzdycha i siada na kanapie obok, odkładając szklankę na stolik. Opiera głowę o rękę i patrzy na zalanego nastolatka. Wyraźnie zadowolonego nastolatka.
- Czemu właściwie wypijasz moje zapasy?
- Booo byem zuy… chic! - Nagła czkawka przerywa mu w środku zdania.
Mistrz Eliksirów marszczy brwi i podnosi się szybko. Podchodzi do swojego biurka i wyciąga z niego małą butelkę z eliksirem, który pomoże dzieciakowi w trzeźwieniu i uratuje dywan Severusa przed zawartością żołądka jego ucznia. Lekko zielony Alex bez słowa przyjmuje eliksir i go wypija. Nawet się nie krzywi na jego nieprzyjemny smak, a jedynie wzdycha z ulgą.
- No! - mówi, czując się już lepiej. - Byeś dla mnie freeedny.
- Więc wypiłeś mi alkohol – dokańcza Severus, a Alex kiwa energicznie głową.
Snape śmieje się cicho z całej tej sytuacji. Irytacja mu już przeszła, a dzieciak miał przynajmniej dobry plan. Oczywiście Mistrz Eliksirów ma alkoholu więcej, ale nie zamierza niszczyć dzieciakowi sukcesu.
- Wiesz, że nie możesz tak wrócić do dormitorium? Pewnie i tak byś tam nie dotarł nawet – parska mężczyzna.
- Eyyy, nje… szmiej sje zee mnie. - Lestrange marszczy groźnie brwi.
W oczach Czwartego jednak wygląda jedynie jak wkurzony szczeniaczek, więc tym bardziej go to bawi i nie może pozbyć się uśmieszku z twarzy. Puchon widząc to, tylko bardziej się wkurza. Podnosi się chwiejnie i przybliża do mężczyzny. Severus bardziej martwi się tym, że spadnie i niefortunnie trafi w stolik niż cokolwiek innego, więc chwyta go lekko za biodra, asekurując. Mimo to Alex chwiejnie opada w jego ramiona i nieruchomieje. Obaj właściwie zamierają bez ruchu. Dla Severusa nie jest to komfortowa sytuacja, dotyk zawsze kojarzył mu się z poniżeniem. Zaś dla puchona jest ona niekomfortowa zupełnie z innego powodu. Jego matka przytulała go jedynie we wczesnym dzieciństwie i sam nie zdawał sobie sprawy jak bardzo spragniony jest takiego dotyku. Chłopak dość niepewnie obejmuje swojego profesora… nie, przyjaciela i zwyczajnie trwa w uścisku. Snape nie rusza się i pozwala na ten drobny gest. Mimo swojego dyskomfortu, zauważa ludzką potrzebę dotyku w nastolatku. No tak, to wciąż dzieciak – spragniony uwagi i czułości. Severus sztywno przenosi ręce na jego plecy i również go przytula. Wydaje mu się to bardzo nienaturalne, ale Alexowi to wystarcza. Młodzieniec zupełnie nagle pociąga nosem, a z jego oczu zaczynają płynąć łzy. Mistrz Eliksirów tylko bardziej się na to spina. Nikt nigdy na nim nie polegał, więc nie ma pojęcia jak pocieszać, a z drugiej strony naprawdę by chciał.
- Shh, co się stało? - Głos Czwartego nawet dla niego samego brzmi obco z tak delikatnym tonem.
Chłopak nie odpowiada od razu. Najpierw mocniej zanosi się płaczem, drżąc. Snape głaszcze go uspokajająco po plecach, dzięki czemu Lestrange przestaje płakać po kilku długich minutach.
- Dziękuję – mówi powoli Alex.
Płacz odrobinę go orzeźwił i zdecydowanie rozjaśnił myśli. Choć wciąż język trochę mu się plącze, to nie czuje się aż tak upojony alkoholem.
- Ch-chyba po prosstu mi tego brakowao.
- Przytulania?
- Tak.
Severus milknie, zastanawiając się jak bardzo podobni są do siebie. On również swego czasu był tego tak bardzo spragniony. Tak bardzo potrzebował uwagi, ciepłych uczuć. I choć dostawał ich trochę od Lily, to jeszcze więcej otrzymywał tych negatywnych. Teraz łapie się na tym, że sam nie wie jak okazywać pozytywne uczucia. Jak powinien okazać, że się o kogoś martwi czy troszczy? Że kogoś lubi, że mu zależy? Severus nie ma pojęcia.
- Czasami… - Głos Alexa łamie się i chłopak musi wziąć głęboki wdech, żeby kontynuować. - Czasami żałuję, że… - Puchon schodzi do szeptu i na moment się waha. - Że zabiłem moją matkę.
Snape słucha go, ale nie ma pojęcia co odpowiedzieć. Wiedział, że Belatriks nie żyje i że to właśnie Alex ją zabił. Wiedział też, że dzieciak zrobił to pod wpływem emocji i choć kobieta była okropnym człowiekiem, to wciąż była jego matką. Mężczyzna stara się sobie przypomnieć własne emocje z dzieciństwa. Wciąż pamięta wieczne krzyki i kłótnie rodziców, choć w jego pamięci pozostał jedynie fakt, że one się wydarzyły. Czy kochał swoich rodziców? Być może, gdy wciąż był bardzo młody. Z czasem jedynie widział w nich źródło swoich problemów, brak oparcia i przeszkodę. Właściwie był zadowolony, że oboje opuścili dom rodzinny, który należy teraz do niego. Nie do końca dobrowolnie, bo jego matka została aresztowana za używanie Imperiusa na jego ojcu i wylądowała w Azkabanie. Zaś ojciec zwyczajnie zniknął jednego dnia. Severus nie zdziwiłby się, gdyby już dawno zapił się na śmierć. Tak więc ciężko jest mu zrozumieć uczucia młodego mężczyzny.
- Pewnie nigdy o tym nie zapomnisz – mówi w końcu Snape melancholijnie. - Mimo wszystko ją zabiłeś.
Choć jego słowa zabrzmiały ostro i na oskarżające, to Alex jakoś czuje się lepiej. To zwyczajne stwierdzenie faktu daje mu poczucie, że nie jest w tym sam. Oczywiście, że nie. W końcu Severus od dawna jest Śmierciożercą i na pewno zabijał. Jeśli nie dobrowolnie, to z rozkazu. Zapada między nimi milczenie i jeszcze długo trwają w uścisku. Gdy puchon zasypia, Snape delikatnie układa go na kanapie i przykrywa kocem. Patrząc na śpiącą twarz chłopca, czuje dziwnie ciepłe uczucie i pewną chęć obrony go.
~D~
Daphne czuje się zmęczona. Właściwie wykończona. Sama nauka nie sprawia jej trudności, ale zadania są dość czasochłonne. W dodatku wciąż musi utrzymywać odpowiedni wizerunek, bez przerwy. W końcu nigdy nie wie czy ktoś akurat na nią nie patrzy. Przez to wciąż jest sama i nawet nie może spędzać czasu z osobami, przy których ma możliwość zrelaksowania się. Oczywiście wciąż przypada jej rola podwójnego szpiega i nie zapowiada się, żeby szybko się skończyła. Czarny Pan jest z niej zadowolony. Wykonała zadanie związane z profesorem Snapem i uświadczyła Voldemorta w przekonaniu, że mężczyzna jest po ich stronie. Przekazała również drobne informacje o matce Zabiniego, która aktualnie przebywa gdzieś w Amazonce. Nawet udało się ją znaleźć, ale informację te przekazała właśnie rodzicielka Blaise'a. Właściwie radośnie zachwycała się przez dziwne, mugolskie urządzenie, że Vlad jest niezwykle silny i szybki. Ostatecznie poplecznicy Czarnego Pana zostali wyeliminowani, gdy tylko znaleźli się w promieniu pięciu kilometrów od wampira. Brak kontaktu z wysłaną grupą tylko sprawił, że Voldemort wierzył Daphne bardziej. Zdecydował się również porzucić plan porwania matki Zabiniego ze względu na napotkane trudności w postaci jej wampirzego kochanka. Sprawy zaczynają się komplikować i Daphne wie, że to tylko początek. Otrzymała informację, że plan zastępczy obejmuje uprowadzenie Lucjusza Malfoya i…
Greengrass wzdycha głośno, przymykając oczy i kładąc się na sporym kamieniu. Zakazany Las szumi łagodnie wokół niej, sprawiając, że wszystkie troski jakoś odchodzą w dal. Daphne nie wie ile dokładnie tak leży, zwyczajnie ciesząc się relaksem, gdy nagle dociera do niej dźwięk.
- Oh. - Czyjś męski głos wyrywa ją z myśli.
Ślizgonka natychmiast się spina i podnosi do siadu, patrząc w kierunku intruza. Szczerze mówiąc, oddycha z ulgą na widok Longbottoma. Gryfon moment stoi niezręcznie wyraźnie niepewny co powinien zrobić.
- Hej – mówi Daphne i uświadamia sobie, że to chyba pierwszy raz jak rozmawia z chłopakiem.
- Um, c-cześć, ja… - Neville rzuca szybkie spojrzenie na coś za dziewczyną i wraca do niej wzrokiem, odchrząkując. - Przyszedłem sprawdzić jak się mają diabelskie sidła.
Blondynka kiwa głową i nie rusza się, obserwując wyraźnie spiętego gryfona. To całkiem zabawne.
- Śmiało, nie krępuj się.
Longbottom mimowolnie rumieni się na widok uśmiechu dziewczyny i sztywno rusza w kierunku roślin. W pewnej odległości od nich kładzie swoją torbę i przykuca, by im się przyjrzeć. Daphne nie odrywa od niego wzroku, sprawiając tylko, że ten czuje się jeszcze bardziej niezręcznie. Neville usilnie stara się skupić na swoim zadaniu. Rośliny nie poruszają się i wyglądają całkowicie niewinnie ze względu na docierające do nich światło. Jednak gdy tylko pada na nie cień sylwetki chłopaka, wyraźnie się ożywiają. Od posadzenia ich minęły jakieś dwa tygodnie, a one podwoiły swój rozmiar. Wciąż wyglądają całkiem uroczo i niewinnie, ale już są w stanie zgnieść małe zwierzątko. Longbottom wyciąga z torby dość spory słoik z nawozem i ostrożnie rozkłada go wokół roślin.
- Co to za rośliny? - Głos Daphne sprawia, że wzdryga się zaskoczony.
Zdecydowanie nie spodziewał się, że ślizgonka zacznie z nim jakąkolwiek rozmowę. Może i oboje należą do Dwunastu, ale raczej nic poza tym ich nie łączy. Neville nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić jak przyjaźnie prowadzą pogawędkę.
- Diabelskie sidła – odpowiada prosto, czując się wyjątkowo dziwnie.
Przecież już jej to powiedział, prawda? Dlaczego w takim razie pyta o to ponownie? Gryfon zerka na dziewczynę przez ramię i zauważa jej wyczekujące spojrzenie.
- Uh, o-one lubią wilgoć i ciemność. Zbliża się zima, ich ulubiona pora roku – zaczyna dość sztywno, ale szybko się rozkręca. - Bitwa prawdopodobnie rozegra się zimą lub wczesną wiosną, więc będą w swojej najlepszej formie. Posadziłem je w kilku miejscach w Zakazanym Lesie, by stanowiły kolejną przeszkodę dla Śmierciożerców. U-um… Powinienem o tym Ci mówić? - pyta nagle niepewnie.
Neville wie, że Daphne jest podwójnym szpiegiem na pierwszej linii, który ma bezpośredni kontakt z Voldemortem. Wie również odrobinę o sztuce bronienia umysłu i mimowolnie zaczyna się zastanawiać czy przypadkiem nie utrudnił ślizgonce całego jej zadania. Greengrass wzrusza ramionami.
- Spokojnie, poradzę sobie z tym, a to najbardziej relaksujące chwile w moim życiu w ostatnim czasie.
Daphne uśmiecha się lekko, z nutką melancholii, ale i zmęczenia. Longbottom dobrą chwilę patrzy na nią i zastanawia się. No tak, jako szpieg jest zmuszona unikać całej ich gromadki i trzymać się z poplecznikami Czarnego Pana. Neville nagle czuje się bardzo dziwnie.
- Uh, długo tu będziesz? - pyta sztywno.
Dziewczyna unosi głowę jakby chciała spojrzeć na słońce i określić godzinę na oko, jednak korony drzew jej to uniemożliwiają. Wydaje się, że niedługo zacznie się pora obiadowa. Powinna wrócić do zamku, ale… Nie ma na to kompletnie ochoty.
- Poczekaj tu, dobrze? Niedługo wrócę.
Daphne obserwuje jak gryfon zrywa się na nogi i zaczyna wręcz biec z powrotem do zamku. Nawet zostawia za sobą torbę, która przewraca się, potrącona przez niego. Greengrass podnosi się i podchodzi, by zebrać jego rzeczy zanim rośliny się nimi zajmą. Zabiera im wręcz sprzed macek kilka pergaminów i sporą książkę o zielarstwie. Zauważa, że wiele stron zostało zaznaczone karteczkami i mimowolnie jakoś czuje się lepiej, że nie tylko ona ciężko pracuje, by wszystko trzymało się w kupie. Podnosi jego torbę i stawia ją przy kamieniu, po czym znowu na nim siada. Mija może z piętnaście minut, gdy Neville pojawia się znowu. Wręcz wypada z krzaków jak burza, cały czerwony i ciężko oddychający. Najwyraźniej w obie strony biegł. Jednak uwagę ślizgonki zwraca koszyk w jego ręku. Gryfon łapie oddech i unosi go zwycięsko.
- Co powiesz na piknik?
Daphne patrzy na niego moment całkowicie zaskoczona, po czym po prostu zaczyna się śmiać radośnie.
