Śrubokręt, którego używał Kenobi, nagle obsunął się poza krawędź śrubki i z nieprzyjemnym sykiem przejechał po metalu. Mrugając, jak ktoś wybudzony z głębokiego snu, Obi-Wan posłał chłopcu zdziwione spojrzenie.
- Słucham?
Użył dokładnie tego samego tonu, gdy usłyszał, jak członków Rady Jedi nazwano „Ważniakami". Serce Anakina zrezygnowało z podekscytowanych uderzeń na rzecz krótkich i mocnych odgłosów strachu - jak silnik śmigacza, z którego powoli wyciekało paliwo. Mimo to chłopiec postanowił spróbować jeszcze raz.
- Ja... z-zastanawiałem się, czy nie pokazałbyś mi swojego miecza świetlnego? T-tylko na chwilę! B-bym mógł zobaczyć, jaki ma kolor... i takie tam.
Obi-Wan w dalszym ciągu nic nie mówił, a jego oczy pozostawały wytrzeszczone w szoku. Miał minę, jakby nikt nigdy nie wyszedł do niego z podobną prośbą.
Ale to przecież niemożliwe – rozumował chłopiec.
Kosmos z pewnością roił się od dzieci, które podbiegały do Jedi, szarpały odważnych Rycerzy za tuniki i prosiły o pokazanie mieczy świetlnych. Albo innych sztuczek. Anakin nie mógł być pierwszy!
A skoro nie był, to o co chodziło? O co mogło chodzić? Czyżby...
- Czy... - zaczął, nerwowo przełykając ślinę. – Czy to jedna z tych rzeczy, o które nie wypada prosić Jedi?
- Cóż... - dłoń Obi-Wana powędrowała do karku.
Mina młodego mężczyzny wyraźnie mówiła „tak".
- Przepraszam – Anakin zwiesił wzrok.
Już nawet nie pamiętał, który z kolei raz przepraszał Obi-Wana.
- Nie, to ja przepraszam – Kenobi uspokajająco uniósł dłoń. – Nie powinienem tak się zawieszać. Mistrz Qui-Gon zawsze powtarza, że „samo zadanie pytania nigdy nie jest zbrodnią". Gdybyś zapytał mnie o kolor bielizny, to co innego – zażartował, czym nieznacznie uspokoił chłopca. – A co do miecza świetlnego... Przynajmniej raz na pół-roku zdarza się, że ktoś prosi mnie, bym pokazał broń.
A jednak! Anakin odczuł ogromną ulgę, że nie był pierwszy. A jednocześnie poczuł w gardle gorzki smak rozczarowania... Obi-Wan nadal nie sięgnął dłonią w kierunku swojej broni.
- I... co zazwyczaj odpowiadasz? – chłopiec wymamrotał, choć w zasadzie już przewidział odpowiedź.
- Odmawiam – krótko odparł Obi-Wan.
- Czyli... nie pokażesz mi swojego miecza świetlnego?
Kenobi odpowiedział przepraszającym uśmiechem.
- Może kiedyś – westchnął, ponownie kierując wzrok na Rozpraszacz.
- A dlacze... nie, nieważne – przygnębiony, Anakin również skupił się na zadaniu.
- Bez obaw, dokończ – zachęcił go Obi-Wan. – Mówiłem ci, że zdaniem mojego Mistrza „samo zadanie pytania nie jest zbrodnią". A ja się z tym zgadzam. Jeśli czegoś nie rozumiesz, nie powstrzymuj się.
Chłopiec zawahał się, lecz po chwili odłożył swoją część urządzenia i skupił wzrok na starszym koledze. Zależało mu, by uważnie obserwować minę Kenobiego, gdy będzie zadawał pytanie.
- Dlaczego nie pokażesz mi swojego miecza świetlnego? – odezwał się, myśląc o leżącej na stole broni Qui-Gona... broni wypożyczonej praktycznie bez chwili zawahania! – Czy to dlatego... - w tym momencie Anakin nerwowo przełknął ślinę. – Czy to dlatego, że mnie nie lubisz?
- Co?
Ku kompletnemu zdziwieniu malca, Obi-Wan parsknął śmiechem. On naprawdę był świecie przekonany, że jego młodziutki rozmówca żartuje! Dopiero kiedy podniósł wzrok znad Rozpraszacza i ujrzał ściągniętą nerwami twarz Anakina, przestał się uśmiechać. Wzdychając, odłożył kupkę metalu na stół, splótł palce dłoni i spojrzał chłopcu w oczy.
- Dobra, posłuchaj...
Zabrzmiało to na tyle poważnie, że dzieciak drgnął w miejscu. Jednak został ponownie zaskoczony przez Obi-Wana, bo ten przemówił do niego najłagodniejszą wariacją swojego głosu, jaką był w stanie wyprodukować. Tak łagodną, że brzmiał niemal jak Qui-Gon.
- Są dwa powody, dla których Rycerz Jedi... czy też Padawan Jedi, taki jak ja, nie pokazuje swojego miecza świetlnego, gdy ktoś go o to poprosi. Pierwszy powód to skromność. Pokazywanie komuś najrzadszej broni we Wszechświecie podchodzi pod „popisywanie się". A Jedi powinni za wszelką cenę unikać sytuacji, w której mogliby się poczuć od kogoś lepsi albo ważniejsi. Druga sprawa jest taka... - Obi-Wan urwał, wyraźnie zastanawiając się, jak najlepiej dobrać słowa. – że miecz świetlny to coś bardzo osobistego. Nie ma znaczenia, kto prosi cię o pokazanie go. Nie pokazałbym mojego miecza świetlnego, nawet gdyby poprosił o to Mistrz Yoda.
- Nawet Mistrz Yoda?! – ze zdumieniem wykrzyknął Anakin.
- Cóż... - Kenobi rozmasował skroń. – Inna sprawa, że Mistrz Yoda raczej by o coś takiego nie poprosił, bo doskonale zna zasady rządzące światem Jedi. Ale rozumiesz, o co mi chodzi, prawda? To nie jest... „po prostu broń". Każdy Jedi konstruuje swój miecz świetlny samodzielnie.
- Naprawdę? – oczy chłopca rozbłysły zachwytem.
Obi-Wan skinął głową. Fakt, że nie chciał pokazać swojego miecza świetlnego, nagle przestał mieć znaczenie. Liczyło się to, że udzielał Anakinowi tylu fascynujących informacji o Jedi. Piloci z Tatooine opowiadali chłopcu różne historie o Obrońcach Pokoju, ale o mieczach świetlnych wiedzieli... cóż, niewiele.
- Na świecie nie ma dwóch takich samych – mówił Kenobi. - Podobnie jak nie istnieje żadna fabryka produkująca miecze świetlne. Wyrobienie tego typu broni wymaga przejścia ciężkiej próby. A kiedy już ma się to za sobą, Jedi zaczyna zżywać się ze swoim orężem. Miecz świetlny to w pewnym sensie cząstka właściciela. Przedłużenie jego ciała, a nawet fragment duszy.
Anakin chciał dopytać o więcej szczegółów, ale zanim zdążył to zrobić, zdał sobie z czegoś sprawę. Coś, co wcześniej było dla niego ogromnym zaszczytem i źródłem niewyobrażalnego szczęścia, teraz sprawiło, że zapragnął teleportować się sprzed oblicza Obi-Wana. Pod wpływem wyczekującego spojrzenia Kenobiego paliły go policzki. Patrząc w poważne niebieskie oczy, Anakin miał wrażenie, że młody mężczyzna wyczekuje... a wręcz żąda, by jego towarzysz zadał cisnące się na usta pytanie.
Odwlekanie nieuchronnego nie miało sensu.
- Skoro miecz świetlny coś tak osobistego - dukając kolejne słowa, Anakin wyraźnie słyszał łomotanie własnego serca – to dlaczego Qui-Gon mi go pożyczył?
Obi-Wan uśmiechnął się kpiąco, a chłopiec pierwszy raz zobaczył w jego spojrzeniu niezadowolenie.
- Pożyczył ci swój, bo nie miał treningowego – Kenobi rzucił, wzruszając ramionami. – A gdyby wziął jakiś ze Świątyni, musiałby się potem z tego tłumaczyć.
Jakieś inne dziecko odetchnęłoby z ulgą i zmieniło temat. Ale nie Anakin. Mógł bać się zostania znielubionym przez starszego kolegę, ale nie był tchórzem. Jeżeli Obi-Wanowi był niezadowolony, to chłopiec wolałby usłyszeć o tym wprost.
- Nie podoba ci się, że mi go pożyczył – odezwał się cichym głosikiem. – Prawda?
Obi-Wan przez pewien czas milczał. Anakin wpatrywał się w jego oczy, próbując zinterpretować odbijające się w nich emocje. Po krótkiej chwili wywnioskował, że Padawan Qui-Gona mimo wszystko nie patrzył na niego ze złością... co najwyżej z lekką dezaprobatą.
- Mój Mistrz - kręcąc głową, młody mężczyzna wreszcie przerwał milczenie – okazjonalnie robi ze swoim mieczem świetlnym rzeczy, których nie pochwalam. Takie jak obcinanie sobie nim włosów, albo pożyczanie go znalezionym na pustyni dzieciom. Ale to jego miecz świetlny i nie do mnie należy mówienie mu, co może z nim robić.
Wyobrażenie sobie Qui-Gona obcinającego włosy mieczem świetlnym skutecznie podziałało na wyobraźnię Anakina i chłopiec uśmiechnął się. Po chwili jednak na nowo posmutniał.
Czyli, mimo wszystko, miał rację i Obi-Wan nie aprobował jego treningu! W sumie, po tych wszystkich rewelacjach odnośnie mieczy świetlnych, ciężko mu się dziwić.
- Nie powinienem był brać od niego miecza świetlnego – Anakin nawet nie zdawał sobie sprawę, że zaczyna mówić na głos. – Powinienem był odmówić...
- W jednym Mistrz Qui-Gon miał rację – westchnął Kenobi. – Ty naprawdę za dużo myślisz, dzieciaku.
- Co? O co ci... ała!
Obi-Wan dał chłopcu pstryczka w nos, a potem jak gdyby nigdy nic wrócił do Rozpraszacza.
- Wszechświat rządzi się określonymi prawami – stwierdził, kątem oka posyłając Anakinowi rozbawione spojrzenie. – Jednym z nich jest to, że każde zdrowe na umyśle dziecko jest zaprogramowane do tego, by nie odmawiać dwóch rzeczy: lodów i mieczy świetlnych. A drugie prawo polega na tym, że konsekwencje bezmyślnego rozdawania podobnych rzeczy... takie jak przeziębione gardła lub obcięte kończyny – złośliwie się uśmiechnął, na co chłopiec wydał wystraszony kwik – ponoszą dorośli. Tak więc nie martw się. Nawet jeśli pozbawisz się ręki albo nogi, to Mistrz Qui-Gon za to oberwie, nie ty. Chociaż, nie, właściwie to JA, bo to JA miałem cię pilnować – dodał po chwili, energicznie rozmasowując podbródek. – Dobrze, że podczas swojego treningu niczego sobie nie obciąłeś. Jakbyś coś sobie uszkodził, musiałbym cię zamordować, a potem spalić ciało, by pozbyć się dowodów. Tego tylko brakuje, by Mistrz miał się do mnie doczepić za to, że cię nie upilnowałem.
Te straszne słowa przez jakiś czas wisiały w powietrzu. Kiedy Obi-Wan zobaczył, że Anakin wytrzeszcza na niego pełne przerażenia oczy, posłał chłopcu znaczące spojrzenie.
- Taki żart – powiedział rzeczowym tonem. – Na twojej planecie nie opowiada się podobnych dowcipów?
„Nie takich" – malec miał ochotę powiedzieć. Zamiast tego potrząsnął głową.
- Hm... - mruknął Obi-Wan. – Dobrze wiedzieć, że to nie Świątynia Jedi jest najbardziej sztywniackim miejscem we Wszechświecie.
I kto to mówi? Anakina kusiło, by poinformować Kenobiego, że to ON SAM jeszcze parę minut temu zachowywał się jak najbardziej sztywniacka istota we Wszechświecie. Chłopiec nie był pewien, czy to nowe, żartujące o obciętych kończynach wydanie podoba mu się bardziej...
Ahaaa, więc to było to słynne „Skrzywione Poczucie Humoru", przed którym ostrzegał Qui-Gon?
Miał rację – Anakin pomyślał, kiwając głową. – Podobne teksty rzeczywiście mogą rozwalić komuś psychikę.
No, ale przynajmniej czyniły Obi-Wana kimś bardziej ludzkim.
„Nie jest taki zły" – chłopiec już drugi raz wypowiedział w głowie to zdanie. Coraz bardziej wierzył, że było prawdziwe.
- A jak byłeś młodszy, to Qui-Gon też pożyczał ci swój miecz świetlny? – zainteresował się.
Koniecznie chciał sprawdzić, czy Kenobi też podchodził pod to rzekome „Prawo Wszechświata", jakoby żadne dziecko nie było w stanie odmówić, gdy proponowano mu miecz świetlny.
- Kiedy byłem młodszy, ćwiczyłem z treningowym mieczem świetlnym o słabszej mocy – obojętnym tonem odparł Obi-Wan. – Jak wszyscy Adepci w Świątyni Jedi. Ale miecza mojego Mistrza nie trzymałem nigdy.
Musiało minąć dobre dziesięć sekund, by do Anakina dotarły te słowa. Wydawały się zbyt nieprawdopodobne, by były prawdziwe.
- Nigdy? – Chłopiec powtórzył z niedowierzaniem.
- Nigdy.
- A-ale... w sensie... nigdy nie ćwiczyłeś z mieczem świetlnym Qui-Gona, tak?
- Nawet nie miałem go w dłoni.
- Ani razu?!
- Ani razu.
O raju. Akurat wtedy, gdy Anakin zaczął powoli wierzyć w to, że Obi-Wan nie ma powodów do nie lubienia go, musiała spaść TAKA BOMBA!
Jak to w ogóle wyglądało? Jak to mogło być prawdą? W sensie, że on, Anakin Skywalker, jakiś dzieciak znikąd, niebędący nawet oficjalnym członkiem Zakonu Jedi machał sobie beztrosko mieczem świetlnym Qui-Gona Jinna, zaś Obi-Wan Kenobi, formalny Padawan Qui-Gona nawet tego miecza nie dotknął! I to ani razu w życiu?
To było nie tylko bulwersujące. To było... przykre.
Ku własnemu zdumieniu, Anakin uświadomił sobie, że nie tylko jest mu smutno... był wręcz zły na Qui-Gona. Jak Qui-Gon mógł zrobić Obi-Wanowi coś takiego?!
Nie myśląc nad tym, co robi, chłopiec porzucił zadanie, złapał za leżący na stole miecz świetlny i wysunął go w stronę starszego kolegi.
- Weź – szepnął konspiracyjnie.
- Że co? – Obi-Wan wytrzeszczył na niego oczy.
- No weź!
- Oszalałeś?! Nie mogę!
- Przecież nikt nie widzi.
- To nie ma znaczenia, kto widzi.
- Po prostu go potrzymaj! – zachęcał Anakin. – Nie martw się, nikomu nie powiem.
- Nie słuchałeś tego, co wcześniej mówiłem? – w głosie młodego mężczyzny zabrzmiała nuta irytacji. – To coś bardzo osobistego. Ten miecz należy do Mistrza Qui-Gona i tylko on może dać mi go do ręki.
- Ale to niesprawiedliwe! – z rozpaczą wyrzucił z siebie chłopiec. – Przecież jesteś jego uczniem. To nieuczciwe, że ja trzymałem miecz Qui-Gona, a ty nie. Nie chcę, by było ci przykro.
- Karabast!
Zabrzmiało to jak przekleństwo, acz zostało wypowiedziane w języku, którego Anakin nie znał. Kenobi przez pewien czas gapił się w sufit z takim wyrazem, jakby modlił się o cierpliwość. Wreszcie zwrócił się do małego rozmówcy z miną która aż prosiła się o podpis: „Dojrzałość, mądrość i autorytet".
- Nie chcę brać miecza Mistrza Qui-Gona. I nie tylko dlatego, że to to ty próbujesz mi go podać. Nigdy nawet nie myślałem, by poprosić mojego Mistrza o to, by pozwolił mi wziąć swoją broń. Właściwie to... cieszę się, że nigdy jej nie trzymałem.
- Cieszysz się? – z niedowierzaniem powtórzył Anakin.
Obi-Wan skinął głową.
- Mogę sobie wyobrazić tylko jedną sytuację, w której wziąłbym do ręki miecz świetlny Qui-Gona. A byłaby to taka sytuacja, że nie miałbym własnego miecza świetlnego, a on z jakiegoś powodu nie mógłby użyć swojego. To jedyna sytuacja, w której Rycerz Jedi sięga po broń towarzysza. Bardzo niebezpieczna sytuacja, jak widzisz. Zaś fakt, że nigdy do niej nie doszło, - w tym momencie ponuro się uśmiechnął – to powód do radości. Jest niezbytym dowodem na to, że ja i Mistrz Qui-Gon nie tylko mieliśmy sporo szczęścia, ale też bardzo sprawnie działamy jako zespół. Chociaż...
Kenobi skrzywił się, jakby przypomniał sobie coś nieprzyjemnego.
- Wstyd się przyznać, ale choć ja nigdy nie trzymałem miecze świetlnego Mistrza Qui-Gona, on kilka razy trzymał mój – wyznał, wyraźnie sobą rozczarowany. – Co prawda było to już dobre kilka lat temu, a naszym przeciwnikiem był wyjątkowo groźny łowca nagród, ale... Cóż. Pozostaje mieć nadzieję, że na tyle dobrze zapamiętałem tamtą lekcję, by inny Jedi już nigdy nie musiał przynosić mi mojej broni. Wiesz, co powiedział mi Mistrz, po tym jak zwrócił mi miecz świetlny?
- Żebyś... lepiej go pilnował? – nieśmiało zgadł Anakin.
- Tak, to też. Ale z długiego wykładu, którego mu udzielił, zapamiętałem przede wszystkim jedno: „Branie do ręki czyjegoś miecza świetlnego to okropne uczucie, którego, mam nadzieję, nie będziesz musiał doświadczyć". Dokładnie to mi powiedział – w oczach Obi-Wana odbijała się powaga. – Kiedy znajdujesz oręż drugiego Jedi leżący na ziemi, automatycznie zadajesz sobie pytania: „Co się stało? Czy mojemu towarzyszowi nic nie jest? Czy jest ranny? Czy nadal żyje? W jak wielkim niebezpieczeństwie musiał się znaleźć, że został pozbawiony swojej broni?" Pożyczając ci swoją własność - młody mężczyzna skinął głową w stronę trzymanej przez chłopca broni – Mistrz Qui-Gon nie tylko okazał ci ogromne zaufanie, ale przede wszystkim pozbawił samego siebie ochrony. Dosłownie trzymasz w dłoni jego życie, więc pilnuj go i nie dawaj go do potrzymania osobom trzecim. Rozumiesz?
Prawdę mówiąc – tak średnio. Niebezpieczeństwo... walka tak zażarta, że Rycerz Jedi tracił w niej miecz świetlny... strach o czyjeś bezpieczeństwo... Anakin wiedział, że były to poważne sprawy, ale ponieważ był jeszcze mały, zawsze wrzucał je do worka ze strasznymi opowieściami i sennymi koszmarami. Nie myślał o nich jak o rzeczach dziejących się... naprawdę. I nie rozumiał, co to wszystko miało wspólnego ze zwykłym, głupim wzięciem miecza świetlnego do ręki. Nie chciał jednak wyjść na durnego dzieciaka, więc udał, że doskonale przyswoił sobie długi wykład i skinął głową. Obi-Wan wyraził aprobatę krótkim przytaknięciem.
- Skończyłem moją część – zaanonsował, lekko poklepując leżący na stole kawałek metalu. – Jak tobie idzie?
- Jeszcze chwila – Anakin błyskawicznie odłożył miecz świetlny Qui-Gona i zabrał się do pracy. – Zrobione! – zawołał po paru minutach.
- Hm... wygląda nieźle. Rzeczywiście masz smykałkę do takich rzeczy.
Policzki chłopca poróżowiały z dumy. Obi-Wan połączył obie części urządzenia i nacisnął kilka przycisków. Antenka wydała ciche „bipnięcie", a na maleńkim ekraniku pojawił się rząd prostokącików, które jeden po drugim zaczęły zmieniać kolory z szarych na jasno-żółte.
- Co teraz robimy? – spytał Anakin.
- Czekamy, aż system się zresetuje – Kenobi ukrył dłonie w szerokich rękawach brązowego płaszcza. - Długo to nie potrwa. Najwyżej parę minut.
Chłopiec z fascynacją obserwował zapalające się kolejno prostokąciki.
- Ile takie coś kosztuje? – rzucił po chwili.
- A co? – z ust młodego mężczyzny wyszło rozbawione parsknięcie. – Chcesz sobie kupić podobne cacko, by zakradać się na niebezpieczne planety?
- Nie po prostu... - Anakin wyszeptał, nie patrząc na rozmówcę. – Kiedy wciąż byłem niewolnikiem...
Na sam dźwięk tego słowa, poczuł w gardle nieprzyjemną gorycz. Za każdym razem, gdy je wypowiadał, wyobrażał sobie, że chodzi z przyklejoną do pleców kartką „kiedyś nie byłem istotą ludzką, a czyjąś własnością". Gdyby mógł, wymazałby to słowo ze wszystkich języków Wszechświata.
- Większość życia spędziłem w sklepie z częściami – dokończył po chwili.
- A, tak – z cichego pomruku Obi-Wana ciężko było cokolwiek wyczytać. – Mistrz Qui-Gon wspominał, że właśnie tam cię znalazł.
- Po prostu ciekawi mnie, za ile Watto by to opchnął – chłopiec skinął głową w kierunku Rozpraszacza. – Mój były właściciel, w sensie. Kiedyś niechcący sprzedałem części do droida za pół-ceny i zostałem ostro...
Chciał powiedzieć „pobity". Na szczęście w porę ugryzł się w język. Podobnie jak nie lubił wspominać swojej niewolniczej przeszłości (zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak niedawno został uwolniony), tak nie chciał, by każdy, kto na niego patrzył, widział „żałosne dziecko, które oberwało batem więcej razy, niż niejeden dorosły".
Nie potrzebował niczyjej litości! Nawet od kogoś tak cudownego jak Qui-Gon Jinn – Jedi, który go uwolnił.
A już na pewno nie od ucznia tego wspaniałego mężczyzny. Anakin nie miał pojęcia, jakim Obi-Wan był człowiekiem, ale patrząc na niego, jakoś nie mógł sobie wyobrazić, by ten schludny facet zaznał cierpienia w jakimkolwiek innym miejscu poza salą treningową. Co on mógł wiedzieć o bólu?
- No, w każdym razie, od tamtej pory zawsze sprawdzam, ile coś kosztuje – chłopiec dokończył ponurym tonem. – To odruch.
Był na siebie zły, bo chciał jedynie zapytać o cenę głupiego Rozpraszacza, a niechcący zaczął opowiadać swojej wstydliwej przeszłości. Ktoś taki jak Padme na pewno zacząłby go w tej sytuacji wypytywać o trudne przeżycia. Natomiast Obi-Wan...
- Hm... - uczeń Qui-Gona mruknął, masując podbródek. – Sądzę, że mądry kupiec nie sprzedałby porządnego Rozpraszacza za mniej niż trzy tysiące kredytek.
I tyle. Żadnego pytania o przeszłość Anakina. Prosta, konkretna odpowiedź. Były niewolnik niemal odczuł ulgę, że towarzyszący mu Jedi tak bardzo różnił się od miłej dwórki Królowej.
- Kredytek?
- To waluta Republiki.
- A! Detarie? Watto zawsze mówił na nie „detarie".
- „Detarie" to bardziej oficjalna nazwa, której używają mieszkańcy Zewnętrznych Rubieży – ze spokojem wyjaśnił Obi-Wan. – W samej Republice potocznie nazywamy je „kredytkami". Wiesz, jak wyglądają?
Chłopiec sięgnął do kieszeni.
- Padme dała mi coś takiego.
Wysunął w stronę Obi-Wana mały prostokątny przedmiot. Z jednej strony były paski, jak na czipie, a z drugiej mała cyfra „dziesięć".
- Kiedy ci to dała? – spytał Kenobi.
- Trochę przed lądowaniem na Corusant. Kiedy lecieliśmy z Tatooine. Powiedziałem jej, że nigdy nie widziałem z bliska detarii, więc pokazała mi tę „dyszkę". Jest podobna do naszych wupiupi, ale bardziej błyszcząca. Padme powiedziała, że mogę ją sobie wziąć.
- Aż dziw, że jeszcze jej nie wydałeś. Większość dzieciaków od razu pognałaby do stoiska ze słodyczami.
Chłopiec ucieszył się, słysząc w głowie starszego kolegi uznanie. Po chwili jednak posmutniał.
- Właściwie to chciałem je wydać, ale...
- Ale?
- Nie mogłem się zdecydować na co! – wyrzucił z siebie Anakin. – Nigdy wcześniej nie musiałem nad tym myśleć. Bo wiesz, niewolnikom bardzo rzadko udaje się zdobyć jakieś pieniądze. W końcu pracujemy za darmo, a na jedzenie dostajemy specjalne kartki. Kiedy już udaje się coś zarobić, to i tak się tego nie wydaje... Tak jak wtedy, gdy Qui-Gon sprzedał mojego ścigacza i zostawił pieniądze mojej mamie. To naprawdę duża suma, ale myślę, że mama niewiele z tego wyda. W końcu jest niewolnicą i wszystkie rzeczy, które ma, tak naprawdę nie należą do niej. Nawet gdyby kupiła sobie coś ładnego, to gdyby Watto komuś ją sprzedał, ten ktoś mógłby po prostu kazać mamie wyrzucić wszystko na śmietnik. Dlatego ja i mama zawsze staraliśmy się kupować jak najmniej. A nawet gdy sam coś zrobiłem... na przykład mojego robota albo mojego ścigacza, to musiałem bardzo uważać, by mój właściciel się o tym nie dowiedział. Gdy wystawialiśmy mnie w wyścigu, Qui-Gon musiał udawać, że to wszystko jego.
Dopiero po powiedzeniu tego wszystkiego chłopiec uświadomił sobie, jak wiele szczegółów ze swojego życia zdradził Obi-Wanowi. Co się z nim działo? ZNOWU wspomniał o swojej niewolniczej przeszłości, chociaż wcale tego nie planował!
Usłyszał ciche parsknięcie. A kiedy gwałtownie zadarł głowę do góry, by spojrzeć na twarz Obi-Wana, przeżył jeszcze większy szok, bo zobaczył zupełnie nie to, czego się spodziewał.
Nie współczucie. Nie litość. Zamiast tego coś na kształt gorzkiego uśmiechu i... hm... zrozumienia?
Hę? Co ten sztywniacki facet z nienagannymi manierami mógł rozumieć?
- Nie mogę powiedzieć, bym kiedykolwiek był niewolnikiem – Obi-Wan westchnął, masując kark. – Ale nieposiadanie wielu rzeczy to akurat coś, co rozumiem doskonale. Ja też nie bardzo wiem, co robić z pieniędzmi, które dostaję.
Na oczach oniemionego Anakina, sięgnął do własnej kieszeni i wysypał na stół co najmniej dwadzieścia prostokącików, z czego wszystkie były albo setkami albo dwusetkami.
- Tyle pieniędzy! – chłopiec nie mógł powstrzymać okrzyku zachwytu. – Skąd Jedi mają pieniądze?
- Od Senatu. Skarbnik Wielkiego Kanclerza przekazuje określoną sumę Skarbnikowi naszego Zakonu, a on co jakiś czas wydaje pieniądze Mistrzom, Rycerzom i Padawanom.
- A te detarie... znaczy się, kredytki... kiedy dostałeś?
- Tuż przed rozpoczęciem aktualnej misji.
- Jedi mają bardzo dużą stawkę miesięczną – Anakin z uznaniem pokiwał głową. – Nieźle wam płacą.
- To nie jest ani stawka miesięczna, ani zapłata – cicho się śmiejąc, mruknął Obi-Wan. – Jedi nie dostają wynagrodzenia za swoją służbę dla Republiki. Znaczy... ech, jakby ci to wytłumaczyć? Przed każdą misją... jak również pomiędzy misjami... dostajemy określone sumy pieniędzy i możemy to wydać, na co chcemy. Ale zwykle tego nie robimy.
- Dlaczego?
- Ponieważ Jedi na ogół nie posiadają wiele. Wzbogacanie się i gromadzenie dóbr jest sprzeczne z Kodeksem. Co prawda wolno nam posiadać różne przedmioty, ale oczekuje się od nas, że będziemy żyć skromnie. Mój pokój jest wielkości kajuty, w której obecnie medytuje Mistrz Qui-Gon.
Na wspomnienie rzeczonego pomieszczenia, oczy Anakina rozszerzyły się. Tamten pokoik może i nie był klaustrofobicznie mały, ale nie ulegało wątpliwości, że był... no, dość mały. Mniejszy od zagraconego pokoju Anakina na Tatooine.
Obi-Wan, który był dorosłym facetem i w dodatku Jedi, mieszkał w mniejszym pokoju od Anakina? Niebywałe!
- Widzę, że jesteś zaskoczony – Kenobi skomentował z uprzejmym uśmiechem. – Sądziłeś, że Jedi mieszkają jak książęta?
- Jak książęta to może nie – odparł Anakin. – Ale wydawało mi się, że... - nie był pewien, jak opisać to, co mu się wydawało, więc potrząsnął głową. – Powiedz... a gdzie ty właściwie mieszkasz?
- Aktualnie mieszkam z Mistrzem Qui-Gonem. Mamy dwupokojową kwaterę w Dzielnicy Mieszkalnej Świątyni Jedi.
- Aktualnie?
Zabrzmiało to tak, jakby Obi-Wan często zmieniał miejsce zamieszkania.
- To dosyć częste, że Padawanowie mieszkają ze swoimi Mistrzami – powiedział Kenobi. –Wielu Jedi uważa, że dzięki temu trening jest... pełniejszy. Mimo to, nie wszyscy decydują się na takie rozwiązanie. Padawan Secura jest bardzo oddana swojemu Mistrzowi, ale kiedy ją wybrał, oświadczyła mu, że prędzej zamieszka z Banthami niż z nim. I w sumie trudno się dziwić, bo Quinlan jest trochę...
Młody mężczyzna urwał w pół-zdania, zostawiając Anakina z dylematem. Z jednej strony chłopiec bardzo chciał zapytać o tego całego „Quinlana" – nie wiedział, czemu, ale miał dziwne przeczucie, że to niezmiernie ciekawa postać. No i pierwszy Jedi, o którym Obi-Wan wspomniał, używając tylko jego imienia (bądź nazwiska?) bez żadnego tytułu.
Z drugiej strony, było inne bardzo ważne pytanie, które samo cisnęło się na usta.
- Myślisz, że jeśli ja zostanę Padawanem Qui-Gona, to też z nim zamieszkam? – spytał Anakin.
Powiedz „tak", powiedz „tak", powiedz „tak"!
Gdyby do tego doszło, byłby zachwycony. Pierwszy raz w życiu miałby kogoś na kształt ojca! Albo przynajmniej mógłby udawać, że go ma...
Obi-Wan przez chwilę milczał.
- Pewnie nie od razu, ale... - powiedział wreszcie, odwracając wzrok. – Tak. Gdybyś skończył jako jego Padawan, sądzę, że ewentualnie byś z nim zamieszkał.
Głośny okrzyk triumfu w myślach Anakina został szybko zagłuszony przez poczucie winy. Bo przecież, gdyby Qui-Gon miał zamieszkać z nowym Padawanem, to by oznaczało... to by oznaczało...
- A co wtedy stałoby się z tobą?
- Ze mną? – Obi-Wan zamrugał, jakby nie zrozumiał pytania.
- Wyprowadziłbyś się, czy...?
- A, o to chodzi – ze zmęczonym wyrazem twarzy, młody mężczyzna rozmasował skroń. – Cóż, tak, pewnie bym się wyprowadził.
- Bo można mieć tylko jednego Padawana? – spuszczając wzrok, szepnął Anakin. – Tak mówi cały ten Kodeks, prawda?
- Tak, Kodeks tak właśnie mówi. Choć samego zamieszkania to nie dotyczy.
Chłopiec posłał Kenobiemu pełne nadziei spojrzenie.
- To znaczy...
- Trenowanie dwóch uczniów w tym samym czasie jest zabronione, ale nigdzie nie jest powiedziane, że nie można mieszkać jednocześnie z dawnym Padawanem i z obecnym. Acz podobne przypadki są niezmiernie rzadkie.
Ta informacja jednocześnie ucieszyła i zasmuciła Anakina. Ucieszyła – bo dowiedział się, że mieszkanie we trójkę w istocie BYŁO możliwe. A zasmuciła, bo Obi-Wan zasugerował wcześniej, że raczej nie ma zamiaru dzielić kwater z nowym uczniem swojego nauczyciela.
Było to przykre, nie dlatego że Anakinowi jakoś szczególnie zależało na mieszkaniu z Obi-Wanem – po prawdzie, perspektywa życia pod jednym dachem z kimś tak poukładanym i zdyscyplinowanym wydawała mu się bardziej straszna niż zachęcająca. Chodziło o to, że nie chciał, by Obi-Wan został zmuszony do wyprowadzki od swojego Mistrza, i by zrobiło mu się z tego powodu smutno.
- A gdybym miał NIE być Padawanem Qui-Gona - zagaił, uważnie obserwując Kenobiego – to myślisz, że byś się od niego wyprowadził? Czy to jest tak, że uczniowie muszą wyprowadzać się od Mistrzów, gdy już ukończą trening?
Z jakiegoś powodu Obi-Wan również dokładnie przypatrywał się chłopcu – jakby próbował wybadać, do czego zmierzają te wszystkie pytania.
- Zwykle tak jest, ale nie zawsze – odparł po chwili. – Świątynia ma co prawda droidy do sprzątania i gotowania, ale niektóre rzeczy Jedi muszą robić sami. Mistrz Qui-Gon nie odróżnia proszku do prania od proszku do zwalczania rdzy, więc mieszkanie na własną rękę zapewne skończyłoby się dla jego ubrań katastrofą – dodał, kąśliwie unosząc kącik ust.
Anakin nerwowo przełknął ślinę. Bardzo chciałby powiedzieć, że w tej kwestii potrafiłby przyjść Qui-Gonowi Jinnowi z pomocą, ale, niestety, sam miał podobny problem. On TEŻ nie odróżniał proszku do prania od proszka do zwalczania rdzy i kiedyś zapłacił za to utratą połowy koszulek oraz solidnym ochrzanem od matki.
- Czasem dwaj Jedi mieszkają ze sobą ze względów praktycznych – wzdychając, ciągnął Obi-Wan. – Po zrzucaniu na mnie wszystkich obowiązków domowych przez dziesięć lat, sądzę, że Mistrz Qui-Gon raczej nie kręciłby nosem, gdybym oznajmił mu, że chcę z nim zostać. Zresztą... bywa i tak, że Jedi, którzy nigdy nie byli Mistrzem i Padawanem mieszkają razem, bo tak im wygodnie. Miejsce zamieszkania to akurat jedna z tych kwestii, w którą Rada się nie wtrąca, więc Jedi mają dużą wolność wyboru. O ile Młodzicy i Padawani muszą obowiązkowo przebywać w Świątyni, to po przejściu Prób można zamieszkać, gdzie się chce. Jedyny warunek jest taki, że miejsce musi się znajdywać na tyle blisko, by ktoś mógł stawić się na wezwanie Rady w przeciągu kilku godzin.
W normalnym wypadku Anakin od razu zainteresowałby się „Najlepszym Pilotem Zakonu" i obrzucił starszego kolegę pytaniami o wspomnianego człowieka. Teraz jednak jakoś nie miał na to ochoty. Ba, nie obchodziło go nawet to, czy jako Jedi, będzie mógł mieć własne statki i grzebać w nich o dowolnych porach (również w środku nocy).
W tej chwili obchodził go tylko i wyłącznie fakt, że on, Anakin Skywalker nigdy nie będzie dla Qui-Gona Jinna tak użyteczną Gospodynią Domową jak Obi-Wan Kenobi. A co jeśli Qui-Gon będzie oczekiwał, by Anakin robił to samo, co jego poprzedni Padawan, i Anakin się zbłaźni, i Qui-Gon będzie nim ROZCZAROWANY? Shmi Skywalker nigdy nie oczekiwała, by jej syn robił w domu COKOLWIEK. Poza naprawianiem wszystkiego, co miało kable.
Zlew, w którym były brudne naczynia, nie miał kabli. Zlew był straszny!
Im dłużej Anakin o tym myślał, tym bardziej upewniał się w przekonaniu, że najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby udało mu się zostać Padawanem Qui-Gona, ale Obi-Wan wcale by się od nich nie wyprowadził, i gdyby Obi-Wan dla nich obu...
- Nie ma mowy – padło chłodne stwierdzenie.
Anakin podniósł wzrok i wydał cichy kwik, bo zobaczył, że jego starszy kolega w dość nieprzyjemny sposób krzyżuje ramiona. O kurde! Czyżby...
- Czy... - chłopiec zaczął niepewnie. – Czy Jedi potrafią czytać w myślach?
- Czasami – tajemniczo odparł Obi-Wan. – Ale tylko osobom, które są wrażliwe na Moc, i z którymi mają wystarczająco bliską więź.
Mózg Anakina pracował na pełnych obrotach. Aha, tak to wyglądało? Czyli, że co? Obi-Wan mógł, czy nie mógł...? Nie no, kurde, chyba NIE mógł. W końcu jego więź z Anakinem NIE była bliska. Prawda?
Mimo to, wolał się upewnić.
- A przed chwilą? – maskując zdenerwowanie niepewnym uśmiechem, zagaił chłopiec. – Czy ty... ?
To niemożliwe, by potwierdził, prawda? Przecież nie był blisko z Anakinem! SAM POWIEDZIAŁ, że nie można czytać komuś w myślach, jeśli nie jest się z nimi blisko! Powiedział tak, więc nie mógł...
Ku zgrozie chłopca, Kenobi chłodno uniósł brew.
- Owszem – wycedził, dobitnie patrząc Anakinowi w oczy.
Dziewięcioletni Skywalker nie czuł się tak przerażony i zawstydzony nawet wtedy, gdy mama przyłapała go na wrzucaniu łajna Bantów do kieszeni kolegi (inna sprawa, że skurczybyk sobie zasłużył!)
Jakaś część jego wciąż przekonywała, że to niemożliwe! Obi-Wan Kenobi zwyczajnie się z niego nabija. Albo żartuje, tak jak wtedy, gdy gadał o obciętych kończynach. To przecież niemożliwe, by przeczytał myśli Anakina AKURAT WTEDY, gdy Anakin pomyślał, jak to fantastycznie byłoby zrobić sobie z pierwszego Padawana Qui-Gona darmową gosposię.
Chłopiec jeszcze przez chwilę miał złudną nadzieję, ale następne słowa Kenobiego rozwiały wszelkie wątpliwości.
- Uważnie słucham mojego Mistrza - Obi-Wan zaczął, pochylając się w stronę Anakina – a on mawia, że „grzechy popełnione w myślach się nie liczą". Więc, chyba nie mam innego wyjścia, niż ci odpuścić, ALE...
O kurde! Anakin jeszcze nigdy nie czuł się aż tak przerażony po usłyszeniu jednego krótkiego „ale".
- Ale - powtórzył Obi-Wan – musisz coś wiedzieć. Chociaż po moim Mistrzu sprzątam bardziej niż chętnie, to zapewniam cię, że po tobie sprzątać NIE zamierzam. Rozumiesz?
Chłopiec tak energicznie pokiwał głową, że bał się, że mu odpadnie.
- Świetnie – Kenobi posłał mu usatysfakcjonowany uśmieszek. – A teraz... ponieważ ja jestem wyrozumiałym Padawanem Jedi, który nie szuka zemsty, a ty jesteś grzecznym i ułożonym kandydatem na Padawana, pójdziemy na układ, dobrze? Ty udasz, że nie pomyślałeś sobie czegoś tak durnego jak to, o czym rzeczywiście pomyślałeś, a ja udam, że nigdy się o tym nie dowiedziałem. Zgadzasz się?
Anakin powinien rozważyć wkręcenie sobie paru dodatkowych śrubek do kręgów szyjnych. Jak dalej będzie potakiwał z taką siłą, to naprawdę zgubi głowę.
Ulżyło mu, gdy Obi-Wan się od niego odsunął i powrócił do swojego typowego, opanowanego wyrazu twarzy. Zdumiewające, ale on naprawdę wyglądał, jakby już zapomniał o całej sprawie. Chłopiec zazdrościł mu tak świetnego panowania nad sobą. Albo UDAWANIA, że świetnie nad sobą panuje. Tak czy inaczej, było to dość imponujące.
- Wracając do kredytek... - westchnął Kenobi.
Co? – zdziwił się Anakin. – Rozmawialiśmy o kredytkach?
Dopiero teraz przypomniał sobie, że rzeczywiście tak było. No tak – zanim zeszli na temat mieszkań, rozmawiali o pieniądzach.
- Mówiłeś, że Jedi dostają kredytki, ale ich nie wydają – chłopiec zaczął powoli odnajdywać utracony wątek. – To dlatego że... wiele nie posiadają. I wspomniałeś, że pokój, w którym mieszkasz, nie jest jakiś bardzo duży.
Obi-Wan skinął głową.
- Ale, w takim razie - rozumował Anakin – skoro prawie nic nie wydajecie, to dlaczego Senat daje wam tak dużo kredytek?
- Ponieważ pieniądz, podobnie jak miecz świetlny, jest czymś na kształt broni. Chociaż nie, to złe porównanie... Powiedziałbym, że to takie samo narzędzie pracy jak komunikator czy statek.
- Nie rozumiem.
- Na pewno doskonale pamiętasz okoliczności, w jakich wylądowaliśmy na twojej rodzinnej planecie, Tatooine. Czasem, w trakcie misji, Jedi musi załatwić jakąś sprawę, która wymaga pieniędzy. Na przykład wypożyczyć pojazd, by dojechać do miasta... zapłacić jakiemuś łowcy nagród, by zdradził ściśle tajną informację... ALBO wymienić popsuty hipernapęd T14 – w tym momencie Kenobi posłał Anakinowi znaczące spojrzenie. – Cóż, idealnie byłoby, gdybyśmy mieli pieniądze w każdej walucie... ALE nawet Senat ma swoje ograniczenia, dlatego nosimy przy sobie głównie kredytki. Chociaż, kto wie? Może kiedyś polityka finansowa Republiki poprawi się na tyle, by móc swobodnie wymieniać nasze detarie na pieniądze z Zewnętrznych Rubieży? Wówczas Mistrzowie Jedi nie musieliby ryzykować, wysyłając małych chłopców na niebezpieczne wyścigi.
Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z subtelną nutą dezaprobaty. Anakin miał ochotę powiedzieć, że bardzo chętnie wziął udział w wyścigu i bez wahania zrobiłby to ponownie, ale czuł, że i tak nie przekona Obi-Wana, więc dalej zagłębiał się w kwestie finansowe Jedi.
- Czyli to nie są tak naprawdę pieniądze dla was, tylko takie jakby... „kieszonkowe"? – spytał niepewnie.
- Kieszonkowe? – zdziwił się uczeń Qui-Gona.
- Watto czasami wysyłał mnie, bym coś dla niego załatwił i wtedy też dawał mi kieszonkowe. Ale zawsze podkreślał, że to nie jest forsa dla mnie, ale na jakiś konkretny cel. Na przykład miałem łazić po innych sklepach, a gdy ktoś miał ten sam sprzęt co Watto, to miałem zapłacić pracownikowi temu komuś, by dyskretnie schował towar na zaplecze, tak by klienci nie widzieli.
- Bardzo sprytnie.
- Ale o to chodzi, prawda? To tak samo jak z wami?
- Nie do końca. Gdybyś użył pieniędzy tego całego Watto, by kupić coś tylko dla siebie, a on by się o tym dowiedział, zostałbyś ukarany, czyż nie?
Przypomniawszy sobie dźwięk trzaskającego bicza, chłopiec zwiesił głowę.
- Na pewno – mruknął.
- W przypadku Jedi jest inaczej. Nie mamy narzuconej instrukcji, na co wydawać pieniądze. Mamy je po prostu mieć, i tyle. Ponieważ jesteśmy Jedi, Senat ma zaufanie, że wykorzystamy powierzone nam kredytki we właściwy sposób. To nie są tylko pieniądze na misje, ale również na nasze prywatne wydatki. Gdyby jakiś Jedi chciał kupić coś tylko dla siebie, nikt nie powiedziałby na ten temat złego słowa. Rzecz w tym, że chociaż możemy, i tak tego NIE robimy... a Senat doskonale o tym wie. Jeśli już coś kupujemy, to prędzej rzeczy praktyczne, takie, które mogą przydać się podczas misji. Jak chociażby roboty albo narzędzia. Natomiast kupowanie rzeczy, których po prostu pożądasz, jest... niewskazane. Kodeks surowo tego zabrania.
- A gdybym bardzo pragnął ultra-nowoczesnego statku kosmicznego, i zupełnie przypadkiem ten statek byłby dla mnie pożyteczny? – Anakin posłał starszemu koledze pełne nadziei spojrzenie. - Czy gdybym był Jedi, mógłbym sobie taki kupić?
W oczach Obi-Wana zamigotały wesołe ogniki. Ale nie dlatego, że kpił z chłopca. Najwyraźniej uznał jego pytanie za urocze.
- Niezły z ciebie spryciarz, co, dzieciaku? – śmiejąc się pod nosem, pokręcił głową. - Ultra-nowoczesne statki kosmiczne na ogół RZECZYWIŚCIE są pożyteczne, więc istnieje szansa, że Republika dałaby ci na to pieniądze. Aczkolwiek, najprawdopodobniej musiałbyś dzielić się wspomnianym statkiem z innymi Jedi.
- Czyli to nie byłby tak naprawdę mój statek? – Anakin próbował ukryć rozczarowanie, lecz nie do końca mu to wyszło.
- Byłby, ale zaborczość wobec rzeczy materialnych jest niewskazana. Zresztą, czy to takie złe, że inni korzystaliby z twojego statku?
- Hm... to zależy od tego, czy by go popsuli – po namyśle odparł chłopiec. - Chętnie dzielę się tym, co moje. Ale tylko pod warunkiem, że ktoś o to dba!
- Dość rozsądne podejście.
- Pasuje do Jedi?
I czy JA do nich pasuję?
- Tak sądzę. Aczkolwiek lojalnie uprzedzam, że są w Zakonie ludzie, którzy są w stanie wziąć twoją rzecz bez pytania, a potem oddać ci ją w kawałkach. – Obi-Wan nieoczekiwanie się wzdrygnął. - Zakładając, że w ogóle ci ją oddadzą.
W pamięci Anakina zamigotało imię, które już raz padło podczas rozmowy.
- Ten cały Quinlan... tak?
Nie wiedział, czemu, ale miał dziwne przeczucie, że chodziło właśnie o niego. I cieszył się, że zgadł, bo wyglądało na to, że nieznacznie zaimponował tym Obi-Wanowi.
- Widzę, że nie tylko do napraw masz talent – uczeń Qui-Gona z uznaniem pokiwał głową. - Również intuicja ci nie szwankuje. Tak, „Ten Cały Quinlan" – zakończył z kąśliwym uśmieszkiem.
I znowu imię tajemniczego Jedi zostało wymienione bez jakiegokolwiek tytułu. Co więcej, Obi-Wan nie upomniał Anakina żadnym tekstem w stylu „ja mogę mówić o tym kolesiu, jak mi się podoba, ale ty pamiętaj o szacunku". Teraz to chłopiec zaczął być ciekawy wspomnianego faceta dwa razy bardziej! Ciekawe, czy Obi-Wan dobrze tego kogoś znał? Po sposobie, w jakim o nim opowiadał, można było wnioskować, że byli dobrymi znajomymi.
- Cóż... - po chwili westchnął Kenobi - pocieszające jest to, że gdy przeprasza, zabiera cię na obiad. A, no tak. Już wiem!
Co wiesz? – chłopiec posłał młodemu mężczyźnie pytające spojrzenie.
- Jest jedna rzecz, na którą Jedi lubią i MOGĄ wydawać pieniądze – opierając policzek na dłoni, wyjaśnił Obi-Wan. Wyglądał na lekko rozmarzonego. - Jedzenie. W świątyni podają tak mdłe posiłki, że czasem mam ochotę zapoznać kulinarnego droida z moim mieczem świetlnym. Ja i Mistrz Qui Gon jemy na mieście, kiedy tylko możemy. Choć niestety Adepci... to znaczy dzieciaki w twoim wieku, rzadko mają podobny luksus. Przed dwunastymi urodzinami ma się bardzo niewiele okazji do opuszczenia Świątyni.
Zabrzmiało to tak, jakby Anakin JUŻ był jednym ze wspomnianych Adeptów. Podobało mu się, jak to zabrzmiało.
Natomiast wzmianka o „mdłym jedzeniu" podobała mu się ZDECYDOWANIE mniej. A on, naiwny, łudził się, że wszystkie nieprzyjemne doświadczenia kulinarne zostawił na Tatooine. Kiedy był niewolnikiem, bardzo rzadko miał okazję zjeść coś pysznego – i to tylko dlatego, że sympatyczna starsza pani, Jira, dawała mu zniżkę na smakołyki.
- W takim razie... - odezwał się zdeterminowanym tonem. - Na wypadek, gdyby Rada się zgodziła i rzeczywiście miałbym zostać Jedi, to kiedy już wyzwolimy Naboo, wyjdę na miasto i porządnie się najem! Wiesz, by sobie zrekompensować to mdłe żarcie, które będę musiał jeść w Świątyni przez kilka lat. Spróbuję wszystkich pysznych rzeczy, o których mówiła mi Padme!
- Dziesięć kredytek może ci do tego nie wystarczyć – łagodnie patrząc chłopcu w oczy, zauważył Obi-Wan.
Anakinowi wpadł do głowy iście szalony pomysł. Nie zastanawiając się, czy rozsądnie było coś takiego robić, dzieciak wskazał na leżącą na stole garść kredytek i wypalił:
- A gdybym dodał do tego te tutaj?
- Chcesz, bym ci parę dał?
- Niee... ale mógłbym spróbować je od ciebie wygrać.
- Wygrać?
Chłopiec bez słowa wyciągnął kości i podsunął je starszemu koledze pod nos. Obi-Wan najpierw zamrugał, a potem parsknął śmiechem.
- Na Moc, dzieciaku... - zarechotał, dłonią zasłaniając oczy. - Czy ty mnie namawiasz do hazardu?
