- To kolejna rzecz, o którą nie wypada prosić Jedi?

- Nieeee... ale być może zauważyłeś, na przykładzie Mistrza Qui-Gona, zakładanie się z Jedi o cokolwiek zwykle nie kończy się dobrze. Jeśli chodzi o tego typu gry, na ogół mamy szczęście.

- Skoro tak, to chyba nie musisz się martwić o to, że przegrasz swoje kredytki? – cały czas wysuwając przed siebie dłoń z kośćmi, chłopiec niewinnie się uśmiechnął.

- Nawet gdybym je przegrał, niespecjalnie by mnie to ruszyło – Obi-Wan pokręcił głową. – Jak wspomniałem wcześniej, i tak wiele nie wydaję. Posłuchaj, ja mówiłem poważnie... naprawdę mogę ci dać część moich kredytek. Nie musisz próbować wygrać ich ode mnie w kości.

Po raz pierwszy Anakin zobaczył w oczach młodego mężczyzny nie tylko rozbawienie, ale też subtelny błysk troski, który zwykł oglądać w spojrzeniu swojej mamy. Tak patrzyła Shmi, gdy jej syn przybiegał do domu cały umorusany, niosąc pod pachą znalezione na wysypisku części i krzycząc, że to jego największy skarb. Ciężko uwierzyć, że Obi-Wan też potrafił patrzeć w taki sposób.

Mimo to chłopiec postanowił upierać się przy hazardzie. Miał ku temu powody.

- Nie chcę dostawać żadnych kredytek z litości – dumnie zadzierając podbródek, spojrzał starszemu koledze w oczy. – Chcę je zarobić w uczciwy sposób. Wtedy nikt nie powie, że jestem byłym niewolnikiem, któremu wszyscy coś dają, żeby „było mu łatwiej". Lubię, jak ktoś mi pomaga, ale mam swój honor.

Przez krótki ułamek sekundy w wyobraźni Anakina zamigotała twarz Qui-Gona. Nietrudno było wpaść na to, co mądry i dostojny Mistrz Jedi powiedziałby w takiej sytuacji:

„Ani, nie mów takich rzeczy. Nikt nie daje ci prezentów z litości!"

„Wygrywanie pieniędzy w kości ciężko nazwać uczciwym zarobkiem!"

Jednak teraz nie padło żadne z tych stwierdzeń.

- No cóż, skoro chodzi o honor... - udając powagę, młody mężczyzna rozmasował podbródek. – To w co będziemy grać?

Pierwszy raz odkąd poznał dwóch Jedi, Anakin pomyślał, że Obi-Wan rozumie go lepiej od Qui-Gona. A przynajmniej w tym konkretnym momencie.

Proponując grę w kości, chłopiec był w pełni przygotowany na odmowę, a kiedy został mile zaskoczony, nie potrafił zapanować nad ekscytacją. Zeskoczył ze stołka trochę zbyt entuzjastycznie, i choć nie zrzucił przy tym żadnych narzędzi, narobił strasznego hałasu. Co jednak nie sprawiło, że uśmiech na jego buzi zniknął. Jednym szybkim susem Anakin usiadł w siadzie skrzyżnym na podłodze i posłał towarzyszowi wyczekujące spojrzenie.

Obi-Wan zawahał się, ale po chwili przyłączył się do chłopca. Dopiero teraz, gdy siedzieli naprzeciwko siebie, stało się jasne, jak bardzo był wyższy i starszy. Minę miał opanowaną, a smukłe dłonie chował w rękawach brązowego płaszcza. Anakin grywał wcześniej w kości z dorosłymi, ale żaden z nich nie był Jedi. Ile by dał, by jego rówieśnicy z Tatooine (a zwłaszcza ten wstrętny Greedo!) mogli do teraz zobaczyć!

Na buzi chłopca zagościł chytry uśmieszek. Ta kupka kredytek wyglądała naprawdę obiecująco. Trochę szkoda, że będzie musiał oszukiwać, żeby ją zdobyć.

- Zasady są proste – zaczął tłumaczyć. – W każdej rundzie obstawiamy pieniądze. Kto zdobędzie więcej punktów, wygrywa. W pierwszym rzucie rzucamy wszystkimi pięcioma kostkami. Po każdym możemy odłożyć jedną albo więcej kości. Ale tylko te, na których jest jedynka albo piątka. Jedynka jest warta sto punktów, piątka pięćdziesiąt. Po odłożeniu kości, rzucamy pozostałymi.

- A co się stanie, jeśli nie wypadnie ani jedynka ani piątka?

- Wtedy nie możesz już dalej rzucać. Ale jeśli, na przykład, ja zaczynałem i zdobyłem sto pięćdziesiąt punktów, a ty zdobędziesz dwieście, to mam jeszcze jedną szansę. Dopiero kiedy jeden z nas uzyska mniej punktów niż przeciwnik, runda jest rozstrzygnięta.

- Chyba grałem kiedyś w coś podobnego – Obi-Wan skinął głową. – Choć zasady były trochę bardziej skomplikowane. No dobrze, to kto zaczyna?

-Mama zawsze mnie uczyła, by ustępować starszym.

Brwi (nie aż tak starego) mężczyzny uniosły się do góry. Pierwsze kredytki zostały obstawione. Z odgłosem cichego westchnienia, jedna z dłoni wysunęła się z brązowego rękawa i rzuciła kośćmi. Ani jednej jedynki i piątki.

- To jest ten słynny fart Jedi? – zaczepnie spytał Anakin.

- Czasem szwankuje – Obi-Wan z żalem pokręcił głową. – Twoja kolej.

Chłopiec ostrożnie zgarnął kości. Ostrożnie, gdyż za wszelką cenę nie chciał ujawnić przedmiotów, które pozostawały schowane w ukrytej kieszonce wewnątrz rękawa. Tak, tak, dorastanie przy Watto mogło być koszmarem, ale miało też korzyści! Cwany handlarz nauczył swojego małego niewolnika, że szczęście szczęściem, ale gdy ma się taką możliwość, lepiej losowi dopomóc. Często bajerował klientów, podsuwając im czerwono-niebieską kość, i proponując, by w przypadku koloru czerwonego zapłacili więcej, a w przypadku niebieskiego – mniej. Tym, czego oszczędni ludzie NIE wiedzieli był fakt, że kość była wyważona w taki sposób, by przy każdym rzucie wypadała czerwień.

Podobnie jak ukryte kości Anakina były skonstruowane w taki sposób, by dawać szczęśliwemu właścicielowi same piątki i jedynki. Orżnął dzięki nim już niejednego! Choć w tej rundzie wcale nie musiał ich używać. Do pokonania Obi-Wana wystarczyła mu jedna jedynka. Albo piątka.

Trafiły mu się dwie jedynki. Z szerokim uśmiechem zgarnął swoją dyszkę i setkę Obi-Wana. Teraz miał już sto dziesięć kredytek. Kolejne pieniądze zostały obstawione.

- Teraz ja zaczynam – zaanonsował Anakin.

Znowu wygrał z uczniem Qui-Gona, i znowu udało mu się to bez oszukiwania. W następnej rundzie przegrał, ale niespecjalnie się tym przejął. Jako wprawiony oszust, wiedział, że ma największe szanse powodzenia, jeśli chwilę zaczeka z sięgnięciem po lewe kości. Uczciwa gra była nieprzewidywalna, a przez to bardziej wciągająca. Jeżeli Obi-Wan się wciągnie, jego czujność powinna spaść. Właśnie WTEDY nastąpi odpowiedni moment, by zacząć przerzucać kości z rękawa i do rękawa.

Przy każdym rzucie Anakin uważnie obserwował twarz przeciwnika. Był podekscytowany nie tylko z powodu kredytek, ale też ze względu na ciekawość. Zastanawiał się, na ile dobrze jego sztuczki zadziałają przeciwko Jedi. Czy Obi-Wan zorientuje się, że jest kantowany? A jeśli tak, to po ilu przegranych kredytkach?

No cóż, przekonajmy się!

Chłopiec wziął głęboki oddech, w odpowiednim momencie podmienił jedną z kości na tę oszukującą, a po wygranej rundzie przywrócił poprzedni stan rzeczy. Niepewnie zerknął na Obi-Wana spod grzywki jasnych włosów, sprawdzając, czy Jedi cokolwiek zauważył. Wszystko wskazywało na to... że nie! Oczy młodego mężczyzny patrzyły na toczące się po podłodze kości z takim samym średnim zainteresowaniem, co chwilę temu.

Zgarniając kredytki, Anakin cieszył się z udanego triku, ale zarazem czuł się nieco rozczarowany. Spodziewał się po Obi-Wanie dużo lepszej spostrzegawczości. Kto jak kto, ale Rycerz Jedi nie powinien tak łatwo dać się oszukać!

Tu chodziło o coś więcej niż o zwykłą grę. Pozwalając, by go okantowano, Kenobi roztrzaskał obraz, który Skywalker snuł od wczesnego dzieciństwa. Obraz, na którym Rycerze Jedi były istotami o wyższej inteligencji... kolesiami tak sprytnymi, że żaden ze zbirów z Mos Espa nie mógłby im podskoczyć! Powinni być na tyle czujni, by nie dać się oszukać absolutnie nikomu! Nawet Watto wciągającego ludzi w swoją brudną czerwono-niebieską gierkę!

Górka kredytek przed Anakinem coraz bardziej się powiększała.

To zwykły cienias – patrząc na Obi-Wana, westchnął chłopiec. – Załatwiam go w niemal każdej rundzie, a on nie mówi na ten temat ani słowa! Nawet jeśli nie widzi, co robię z rękawami, to powinien mimo wszystko zorientować się, że coś jest nie tak. Albo chociaż rzucić jakiś tekst w stylu „To podejrzane, że tak często wygrywasz".

Marzenia o niedających się kantować Jedi będą musiały pójść w zapomnienie, jak wszystkie bajki z dzieciństwa. Nooo... ale przynajmniej trochę kasy wpadnie do kieszeni! Niewielkie pocieszenie, ale zawsze coś.

Obi-Wan, do tej pory przypominający ludzką rzeźbę, nagle poruszył się, jakby chciał o coś zapytać. Zaalarmowany, Anakin wbił w niego wyczekujący wzrok. Oho? Czyżby jednak się zorientował?

- Ile trwa ta gra? – padło pytanie.

Chłopiec z trudem powstrzymał jęk rozczarowania. A więc Kenobi wcale się nie zorientował... był po prostu znudzony! Że też w ogóle nie było mu szkoda tych wszystkich przegranych kredytek! Anakin wolałby ujrzeć na jego twarzy jakieś emocje... nawet złość. Walka z przeciwnikiem, któremu nie zależało, nie przynosiła takiej samej frajdy, co zażarty pojedynek.

- To chyba jasne – mruknął chłopiec. – Gramy, dopóki jeden z nas nie straci wszystkich pieniędzy. O, ale zapomniałem ci powiedzieć... podczas jednej rundy możesz postawić więcej niż jedną sztukę.

- Hm... więcej niż jedną mówisz? – młody mężczyzna w zamyśleniu rozmasował podbródek.

A potem, na oczach zszokowanego Anakina, popchnął do przodu wszystkie kredytki, które mu zostały.

- Wchodzisz? – zapytał, patrząc na młodziutkiego przeciwnika ze śmiertelną powagą.

W pobliżu nie było żadnego lustra, ale chłopiec mógł się założyć, że jego oczy bardzo przypominają te, które wszczepił swojemu robotowi. Wielgachne, pełne zdziwienia oczy.

Obi-Wan postawił wszystko? Ten ułożony sztywniak, sprawiający wrażenie człowieka, który nawet wizytę w toalecie planował z wielką ostrożnością, był w rzeczywistości takim ryzykantem?! Ciężko w to uwierzyć.

Może dlatego że to wcale nie była prawda?

NIE jest ryzykantem – patrząc na opanowaną twarz Kenobiego, uświadomił sobie Anakin. – On po prostu chce zakończyć grę jak najszybciej. Ma już dosyć rzucania kośćmi. Ma dosyć MNIE!

I pomyśleć, że w tym celu ryzykował utratą wszystkich swoich kredytek.

Chłopiec gniewnie zadarł nos.

Skoro postawił wszystko, to orżnę go na wszystko! – pomyślał buntowniczo.

Teraz była jego kolej, by zacząć, więc sięgnął po kości. Kiedy łączył dłonie, by nimi zatrząść, potajemnie wymienił jeden ze zwykłych sześcianów na „oszukańczy". Wypadły mu dwie jedynki – jedna uzyskana uczciwie, druga nieuczciwie. Odłożył je na bok.

- Dwieście – zaanonsował.

Następny rzut. Znowu podmienił jedną kość. Wypadła piątka i dwie trójki.

- Dwieście pięćdziesiąt.

Jeszcze jedna zamiana.

- Trzysta pięćdziesiąt.

Podmienił piątą i ostatnią kość.

- Czterysta.

Teraz, gdy już wszystkie miał odłożone, musiał rzucić nimi od początku. Uzyskanie dwóch jedynek i dwóch piątek za jednym zamachem wyglądało podejrzanie, ale Anakin postanowił się nie przejmować.

- Siedemset – podliczył swój wynik.

Dla formalności, rzucił jeszcze piątą kością – jedyną, której nie podmienił na „oszukistkę". Gdy wypadła dwójka, zebrał wszystkie sześciany, potajemnie wyłożył cztery uczciwe na miejsce lewych i wyciągnął dłoń w stronę Obi-Wana.

- Twoja kolej.

To tyle, jeśli chodzi o fajną zabawę – pomyślał, z nieznacznie naburmuszoną buzią. – Ten ślepy dureń ma takiego pecha, że pewnie zawali już przy pierwszym rzucie.

- Pięćdziesiąt.

O? Udało mu się zgarnąć jedną piątkę? A to niespodzianka!

- Sto pięćdziesiąt.

Kredytki zaraz będą moje!

- Dwieście pięćdziesiąt.

Hm... zaczął mieć szczęście.

- Trzysta pięćdziesiąt.

Dobrze, że wreszcie jako tako mu idzie. Jak wcześniej zgarniał co najwyżej dwieście punktów, to zaczynało mi być go SZKODA.

- Czterysta pięćdziesiąt.

Dopiero po zgarnięciu wszystkich kości przez Obi-Wana, chłopiec zdał sobie sprawę, że wydarzyło się coś odbiegającego od normy. Zamrugał, jak ktoś wyrwany z głębokiego snu. Dotychczas zgarbione plecy Anakina wyprostowały się, przez co siedział teraz w tak samo elegancki sposób, co Kenobi. Hm, a skoro już mowa o Kenobim...

Zgarnął punkty ze wszystkich swoich kości. Zupełnie jak ja, gdy była moja kolej!

W głowie małego oszusta zapaliła się czerwona lampka. Ciężko uwierzyć, by koleś, który przez dwadzieścia minut gry wyrobił sobie reputację jednego z najgorszych pechowców (a warto wspomnieć, że Anakin grywał w przeszłości z naprawdę wieloma osobami!), nagle zaczął zbierać punkty, i to w tak ważnym rzucie!

Z drugiej strony... Watto zawsze mawiał, że szczęście jest jak automat z puszkami. Sześć razy połknie twoje pieniądze, ale za siódmym razem niechcący wyrzuci dodatkowy napój. Może siódmy raz Obi-Wana nastąpił właśnie teraz?

Choć w zasadzie był to raczej siedemdziesiąty siódmy. A zresztą...

Zresztą, nic mu to nie da! – lekceważąco pomyślał Anakin. – Zdobyłem siedemset punktów, a on będzie rzucał pięcioma kośćmi drugi raz. Żeby mnie przebić, musiałby mieć szczęście również teraz. A biorąc pod uwagę, jak szło mu wcześniej, taka sytuacja się raczej nie zdarzy.

Obi-Wan zaczął rzucać i liczyć.

- Pięćset pięćdziesiąt.

Żadne zaskoczenie. Trafić jedną jedynkę na pięć kości to żaden wyczyn.

- Sześćset pięćdziesiąt.

Co? Trafiła mu się też druga?

- Siedemset pięćdziesiąt.

Ej, ej, ej! Chwila moment! Jak...

- Ojej, już koniec. Teraz ty.

Że CO?!

Anakin aż otworzył usta ze zdumienia. Był absolutnie przekonany, że ustawiając siedemset punktów poprzeczki, zakończy tę rozgrywkę za pierwszym podejściem. Tymczasem Obi-Wan... przebił go o pięćdziesiąt punktów?! Jak?!

Chłopiec posłał starszemu koledze podejrzliwe spojrzenie.

- Fart Jedi – młody mężczyzna po prostu wzruszył ramionami. – Wygląda na to, że wreszcie zaskoczył.

I to AKURAT w tej rundzie? – Anakin miał ochotę zapytać. – Akurat wtedy, gdy gramy o WSZYSTKO?

Zamiast tego wziął do ręki kości i uważnie się im przyjrzał. Od razu poznał, że były „uczciwe". Należały do niego, więc znał ich dokładne wyważenie – nawet jeśli różnica między nimi i „oszukańczymi" wynosiła zaledwie kilka miligramów.

Po raz kolejny zerknął na Obi-Wana. Facet cały czas miał ten sam, obojętny wyraz twarzy, którego nie powstydziłby się zawodowy pokerzysta. Może – wbrew temu, na jak ugrzecznionego wyglądał – w rzeczywistości znał się na hazardzie? I na oszukiwaniu. Kiedy nie była jego kolej, wciąż trzymał ręce w rękawach tego swojego płaszcza. To były bardzo szerokie rękawy. O kurde! Czy to możliwe, że on w nich... Że on też...?!

Chłopiec wpatrywał się w rzeczone rękawy jak zahipnotyzowany. Mógł się założyć, że Obi-Wan zmieściłby w nich nie tylko komplet oszukańczych kości, ale i ze cztery śrubokręty i małego robota. Z drugiej strony... nawet GDYBY miał oszukańcze kości, to jaka była szansa, że wyglądały dokładnie tak jak te, których używał jego mały przeciwnik?

Anakin przegrał w przeszłości zbyt wiele pieniędzy, by nie nauczyć się odróżniać własnych kości od podmienionych. Sześciany do oszukiwania, które aktualnie chował w rękawie, wyrzeźbił sam, upodabniając je do „uczciwych" co do najdrobniejszego szczegółu. Nawet jeżeli Obi-Wan byłby regularnym hazardzistą i wciąż nosiłby przy sobie „zestaw do kantowania", to ten zestaw nie miał prawa wyglądać identycznie jak kości, których aktualnie używali.

On nie oszukuje. To niemożliwe.

- Coś nie tak? – Kenobi cicho odchrząknął.

Chłopiec przecząco potrząsnął głową i skoncentrował się na grze. Nie ma co wnikać w to, jak Obi-Wan wydziergał te swoje nędzne siedemset pięćdziesiąt punktów. Pofarciło mu się, i tyle! To się zdarza. A nawet JEŚLI uzyskał podobny wynik w nieuczciwy sposób, to i tak nie będzie miało znaczenia, bo Anakin był znacznie lepszy w te klocki. Spośród pięciu oszukańczych kości, które posiadał, trzy zawsze wyrzucały jedynki, a dwie – piątki. To dawało czterysta punktów na każdy rzut pięcioma sztukami. Czyli osiemset punktów po dwukrotnym zgarnięciu wszystkich kości.

Przebicie wyniku Obi-Wana nie powinno być trudne. Wystarczy, że Anakin będzie robił to, co dotychczas.

Tak jak poprzednim razem, przerzucał kości z rękawa do rękawa, uważając, by siedzący naprzeciwko Jedi niczego nie zauważył.

- Czterysta – podliczył, zgarniając wszystkie sztuki.

Gdy wcześniej była jego kolej, nie odmienił „oszukistek", za jednym zamachem wyrzucając dwie jedynki i dwie piątki. Jednak zrobienie tego również tym razem byłoby zbyt podejrzane, więc trzeba było wybrać trudniejszą drogę do zwycięstwa.

Anakin sprawnie lawirował małymi sześcianami, na początek zostawiając sobie tylko jeden kantujący.

- Pięćset.

Czas na wymianę kolejnej kości.

- Pięćset pięćdziesiąt.

I następnej!

- Sześćset.

Ech, to było tak proste, że aż nudne...

- Siedemset!

Aż wreszcie podmienił ostatnią kość.. Przed rzutem schwycił przedmiot dwoma palcami i pomachał nim na wysokości twarzy Obi-Wana, uśmiechając się łobuzersko.

- Przekonajmy się, czy ja też mam fart Jedi.

Kenobi skinął głową.

- Przekonajmy się.

Kość została wypuszczona. Toczyła się po podłodze nieprzyzwoicie długo, jednak Anakin śledził jej ruch tylko jednym okiem. Po co miał patrzeć? Wiedział, że wypadnie jedynka. Wspomniana jedynka pozwoli mu uzyskać osiemset punktów i przebić wynik Obi-Wana. Nawet z tym tak zwanym „fartem Jedi", przekroczeniu ośmiuset punktów będzie prawie niemożliwe! Kenobiemu nigdy się to nie uda. To Anakin wygra tę grę! To on zgarnie wszystkie kredytki, i wyda je na...

Hę?

Kość wreszcie przestała się toczyć. Z gładkiej białej powierzchni sześcianu spoglądały na Anakina trzy zielone kropeczki. Przez pierwsze dziesięć sekund, chłopiec w ogóle nie zarejestrował, co się stało. Trójka? Wypadła TRÓJKA?!

Ale JAK?! – sapnął w myślach. – Jakim cudem?

Jego piąta i ostatnia kość była oszukańcza. Był PEWIEN, że podmienił ją na oszukańczą – taką, na której zawsze wypadała jedynka.

Czyżby popełnił błąd? Czy to możliwe, że motał kośćmi tyle razy, że wreszcie zagubił się i zaczął mylić „uczciwe" przedmioty z „oszukańczymi"? Ale przecież CZUŁ, że rzucał kością do kantowania! Jak arogancko by to nie brzmiało, naprawdę, na serio, nawet jeśli to była tylko kwestia paru miligramów, ZAWSZE wiedział, co dokładnie trzyma w dłoni!

A może kość po prostu się popsuła? Może źle nią rzucił? Może...

Gdy tak nad tym główkował, podniósł wzrok, by spojrzeć na Obi-Wana. Spodziewał się zobaczyć na twarzy starszego kolegi co najwyżej uprzejme zaskoczenie, albo jakąś minę w stylu: „O, jednak wygrałem? Ale fajnie." A zamiast tego zobaczył... coś niewiarygodnego!

Kąciki ust Kenobiego lekko drżały, a w niebieskich źrenicach krył się dziwny błysk. Anakin wytrzeszczył oczy.

- Oszukiwałeś – wyszeptał z niedowierzaniem.

Obi-Wan odchylił głowę do tyłu i wybuchł głośnym śmiechem.

- Oszukiwałeś! – uderzając dłonią o podłogę, powtórzył zbulwersowany chłopiec.

- I kto to mówi? – Kenobi spytał pomiędzy rechotami. – Chyba nie zamierzasz udawać, że od ósmej rundy nie używałeś lewych kości?

O kurde, a jednak WIEDZIAŁ! W dodatku wskazał dokładny moment, od którego zaczęło się oszustwo. Od samego początku widział, co się działo, ale postanowił siedzieć cicho. Dlaczego nic nie powiedział?

Anakin zachwyciłby się spostrzegawczością Jedi, lecz w tej chwili jego małą główkę zaprzątało co innego. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, skoczył na śmiejącego się Obi-Wana, przewracając go na plecy.

- W jaki sposób oszukiwałeś? – siedząc młodemu mężczyźnie na brzuchu, zaczął przeszukiwać jego ubranie. – Też masz lewe kości? Gdzie je masz? W rękawie? Tutaj? A może tu? O kurde, ale ten płaszcz ma dużo ukrytych kieszeni! Nie no, gdzie one są? Gdzie?!

- Nie rób tak, mam łaskotki – kiedy Anakin praktycznie wepchnął mu głowę pod pachę i zaczął machać blond czupryną na prawo i lewo, Obi-Wan zaśmiał się jeszcze głośniej.

Chłopiec był tak zafiksowany na poszukiwaniach, że fakt naruszania przestrzeni osobistej starszego kolegi w magiczny sposób uszedł jego uwadze. Dopiero gdy odchylił poły białej tuniki i nie znalazł pod spodem nic poza nagim i umięśnionym torsem, uświadomił sobie, że... o kurde, tak chyba mimo wszystko nie wypada!

Błyskawicznie odskoczył od Obi-Wana, a kiedy zobaczył, że młody mężczyzna dalej się z niego śmieje, opadł do siadu skrzyżnego i obrażalsko skrzyżował ramiona.

- Do tyłka je sobie wepchnął, czy jak? – mruknął z naburmuszoną miną.

W powszechnym języku galaktycznym rzecz jasna nie ośmieliłby się powiedzieć czegoś, więc postawił na „bezpieczny" język Huttów, którego zwykł używać na Tatooine.

- Oszalałeś? Nie jestem masochistą!

Rozmyślania nad lokalizacją „oszukańczych" kości tak pochłonęły Anakina, że chłopiec dopiero po chwili zajarzył, co usłyszał, z czyich ust to usłyszał i po jakiemu. Kiedy synapsy w mózgu wreszcie mu zaskoczyły, zbladł.

- Czy...

- Czy znam huttecki? Tak. Więc lepiej nie licz na to, że dasz radę potajemnie przy mnie przeklinać.

Wzdychając, Obi-Wan podciągnął się do siedzenia i zaczął doprowadzać do porządku wygniecione ubranie. Zrezygnował z rechotania na całą maszynownię, ale wciąż wyglądał na lekko rozbawionego. Widząc to, Anakin nieco się rozluźnił.

- Masz... masz bardzo dobry akcent – powiedział nieśmiało.

- To miłe, że tak uważasz – Kenobi był zajęty poprawianiem tuniki, więc nie patrzył w jego stronę.

- Gdzie się nauczyłeś?

- Tu i tam.

- Padme powiedziała, że niewielu mieszkańców Republiki zna huttecki – z zamyśleniem patrząc w podłogę, mruknął chłopiec. – Ponoć ten język cieszy się tutaj bardzo złą reputacją i jest kojarzony z gangsterami.

- Nie wierz w tego typu gadanie. To język jak każdy inny. A poza tym, w wielu sytuacjach bywa przydatny.

Serce Anakina wypełniła się przyjemnym ciepłem. Dotychczas były niewolnik nienawidził hutteckiego – ten język kojarzył mu się ze wszystkim, co najgorsze. Z paskudnym Gardullą, który kiedyś był jego właścicielem. Z Sebulbą, który tyle razy go zaczepiał. Z Greedo, z Watto, i ogólnie ze wszystkimi najgorszymi szumowinami, które kręciły się po Zewnętrznych Rubieżach.

A jednak był to najczęściej używany język na Tatooine, przez co stał się w pewien sposób częścią samego Anakina. Fakt, że ktoś pokroju Obi-Wana postanowił się go nauczyć, był na swój sposób pokrzepiający. Huttecki wychodzący z ust kogoś przyjaźnie nastawionego brzmiał przyjemniej niż kiedykolwiek wcześniej.

- Qui-Gon powinien zabrać cię ze sobą do miasta, gdy wylądowaliście na Tatooine – chłopiec zwrócił się do Obi-Wana. – Pewnie byś mu się przydał.

- Ktoś musiał pilnować statku. Zresztą, mój Mistrz nie wie, że znam huttecki.

- A wie, że oszukujesz w kości?

- Każdy Jedi oszukuje w kości. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie takiego, który by tego nie robił.

Anakin był coraz bardziej zaintrygowany.

- Ale jak? – dopytywał się. – Przecież przeszukałem cię i...

- Owszem – w oczach Obi-Wana migotały wesołe ogniki. – Przeszukałeś.

Policzki chłopca poróżowiały ze wstydu.

- W-wybacz. Bardzo chciałem znaleźć twoje lewe kości i nie pomyślałem, że... Wybacz, nie powinienem.

- Nie szkodzi. Z ilu stron byś mnie nie obejrzał, i tak niczego byś nie znalazł. Nie używam lewych kości.

- Nie? W takim razie jak oszukujesz?

Teraz to Obi-Wan, dla odmiany, zaczął wyglądać na zdziwionego.

- Naprawdę nie wiesz? – zapytał, uważnie patrząc na Anakina.

- Jakbym wiedział, to bym nie pytał.

- Mówisz poważnie? Qui-Gon ci nie pokazał? – w głosie młodego mężczyzny zabrzmiało niedowierzanie.

Siedzący na podłodze chłopiec nerwowo przesuwał ciężar ciała z pośladka na pośladek.

- Czego mi nie pokazał? – czuł, że ciekawość zaraz w nim eksploduje.

Obi-Wan jakiś czas siedział w milczeniu, jakby coś rozważał. Miał identyczną minę, jak Kitster, gdy zastanawiał się, czy wziąć kawałek mięsa z talerza swojego właściciela i rzucić go bezdomnemu kotu.

Wreszcie Kenobi wydał ciche westchnienie, pokręcił głową i wyciągnął rękę.

- No cóż... gdy chodzi o Jedi, sposób na oszukiwanie jest dosyć prosty.

Na oczach oniemiałego Anakina rozrzucone na podłodze kości nagle poderwały się do góry i teraz szybowały nad dłonią Obi-Wana jak planety po galaktyce. Chłopiec wydał cichy odgłos zachwytu. Ostrożnie trącił palcem jedną z kości – odskoczyła na centymetr, po czym wróciła na poprzednie miejsce.

- To jest... to jest ta słynna telekineza Jedi!

Klęcząc przez starszym kolegą, Anakin machał głową jak opętany, oglądając fruwające przedmioty ze wszystkich stron, jakby chciał się upewnić, czy nie są zawieszone na cienkich sznurkach.

- „Telekineza" to termin kojarzony z czarami – łagodnie stwierdził Obi-Wan. – My nazywamy to przesuwaniem przedmiotów za pomocą Mocy. Mistrz Qui-Gon wyjaśnił ci, czym jest Moc?

- Sporo o tym mówił – niepewnie odparł chłopiec. – Ale nie jestem pewien, czy zrozumiałem.

- Niektóre rzeczy łatwiej poczuć niż o nich mówić. Na przykład Moc. Zwłaszcza Moc.

Kostki zostały powolutku opuszczone na podłogę. Anakin obserwował ich ruch jak zahipnotyzowany. Obi-Wan również się w nie wpatrywał. Oczy miał lekko zmrużone i zamyślone – znowu skojarzył się chłopcu z Kitsterem. A konkretniej z Kitsterem, który zdołał z powodzeniem rzucić kotu smakołyk i teraz rozważał ponowne złamanie zasad.

Były niewolnik oraz Jedi przez chwilę nie odzywali się do siebie. Obi-Wan siedział z nogami skrzyżowanymi w dostojny sposób i z dłońmi luźno opuszczonymi na kostki, zaś Anakin klęczał, opierając palce na udach. O dziwo, wisząca między nimi cisza wcale nie była niezręczna. Było w niej coś kojącego.

Coś kojącego a także... coś jeszcze.

- Jeśli dasz radę jedną podnieść - Kenobi odezwał się niespodziewanie – oddam ci wszystkie kredytki.

Po tych słowach bardzo powoli podniósł wzrok z kości na Anakina. Nie wyglądał jak typowy dorosły, który chciał zmotywować dziecko do wykonania arcytrudnego zadania. Przypominał bardziej badacza, który zainteresował się pewnym egzotycznym stworzeniem i postanowił przeprowadzić na nim eksperyment.

To nie było wyzwanie. Nie była to też próba nakłonienia niedoświadczonego małolata, by się zrobił z siebie błazna. Intuicja mówiła chłopcu, że jego starszy kolega nie liczy ani na negatywny ani na pozytywny rezultat – jest po prostu ciekawy.

A co na to Anakin?

No cóż, Anakin długo się nie wahał. Jego mała rączka wystrzeliła do przodu i zawisła nad nieruchomymi kośćmi.

Kredytki? Wcześniej ich pragnął, ale teraz miał je w kompletnym poważaniu. Jak mógłby przejmować się pieniędzmi, gdy dostał jedyną i niepowtarzalną okazję, by pokazać Obi-Wanowi, na co go stać?

Przez ostatnie kilkanaście minut Kenobi może i zaprezentował mu się od cieplejszej strony, ale to nie zmieniało faktu, że wcześniej kłócił się z Qui-Gonem w sprawie trenowania Anakina. Zdeterminowany chłopiec pragnął nakłonić go do zmiany zdania z taką samą desperacją, z jaką próbował wcześniej zaimponować Radzie Ważniaków.

Skupił całą swoją uwagę na kostkach. Próbował wyobrazić sobie, jak unoszą się do góry. Tak intensywnie marszczył brwi, że zaczęło go boleć czoło. Napinał palce ze wszystkich sił, naprężając je do tego stopnia, że wręcz się trzęsły. Aż wreszcie osiągnął swój limit i zdał sobie sprawę, że nie jest już w stanie dłużej wyciągać przed siebie dłoni. Z jękiem rozczarowania, pozwolił jej opaść z powrotem na udo.

Obi-Wan nie skomentował nieudanej próby ani słowem.

- Powiedz... - Anakin spojrzał na niego spod pukli klejących się do czoła włosów. – A te dzieci, które są w Świątyni... gdy pierwszy raz podnoszą przedmioty, to po jakim czasie im się to udaje?

Młody mężczyzna chwilę się zastanowił.

- Niektóre osoby wrażliwe na Moc potrafią podnosić przedmioty już jako niemowlaki – powiedział w końcu. – Uczą się tego w tak naturalny sposób jak chodzenia czy mówienia.

Chłopiec poczuł, jakby wbito mu w pierś ostry kolec. Z żalem musiał przyznać, że nie przypominał sobie ani jednego momentu, by niechcący coś podniósł.

Z drugiej strony, okres bycia niemowlakiem na ogół nie był czymś, co się pamiętało. Czy to możliwe, że Shmi zauważyła, by jej syn podnosił przedmioty, ale nigdy mu o tym nie powiedziała? Anakin żałował, że jej o to nie spytał. Ciekawe, czy Qui-Gon zapytał?

- A jeśli chodzi o robienie tego w pełni świadomy sposób – Obi-Wan dodał po chwili. – Dzieci w Świątyni Jedi na ogół są nauczane kontrolowania przedmiotów poprzez Moc w wieku trzech, czterech lat. Większości pierwsza próba udaje się po paru dniach.

Trzy, cztery lata?! z przerażeniem uświadomił sobie Anakin. – Parę dni?!

Pomyślał o swoich własnych dziewięciu latach życia spędzonych bez jakiegokolwiek kontaktu z Mocą i zrobiło mu się bardziej przykro niż kiedykolwiek wcześniej. A potem pomyślał o dziewięciolatkach w Świątyni Jedi, i o tym, że te dzieci były w jego wieku, ale przesuwały przedmioty już od dobrych czterech lat. O ile to możliwe, zrobiło mu się JESZCZE bardziej przykro.

Więc to dlatego sztywniacy z Radzi uznali, że był za stary. Czyżby Obi-Wan wspomniał teraz o wieku, by mu o tym przypomnieć? By wykazać mu, że nie miał szans? No tak, to oczywiste. Od początku był przeciwny trenowaniu Anakina. Pewnie zachęcił go do podniesienia kostki, bo chciał...

Ale zaraz.

Chłopiec uważnie przyjrzał się twarzy starszego kolegi. W niebieskich oczach Obi-Wana odbijało się zaciekawienie.

Skoro podniesienie jakiegoś przedmiotu udaje się najczęściej po paru dniach - rozumował Anakin – to dlaczego on w ogóle powiedział mi, żebym spróbował?

Jedyny powód, który przychodził zdeterminowanemu chłopcu do głowy był taki, że Obi-Wan w jakiś stopniu wierzył, że może mu się udać. Może wcale nie próbował Anakina zniechęcić, a... wręcz przeciwnie?

Może tak naprawdę zachęcał małego towarzysza, choć wcale nie powinien? Bo przecież Anakin był dużo starszy od zaczynających przygodę z Mocą trzy-czterolatków, a Rada nie wyraziła zgody na uczenie go czegokolwiek. Czy to dlatego Obi-Wan miał wcześniej „Minę Kitstera"? Bo robił coś, czego nie powinien?

Jeśli tak, to Anakin powinien to docenić! Skoro Kenobi złamał dla niego swoje ukochane zasady, to nie należało poddawać się po zaledwie jednej próbie!

Chłopiec ponownie wyciągnął rękę.

Podnieś się! – pomyślał, patrząc na kość. – Podnieś się! Podnieś się! Podnieś się!

- To tak nie działa – westchnął Obi-Wan.

Anakin nie potrafił powstrzymać jęku frustracji.

- A jak działa? – wyrzucił z siebie, posyłając młodemu mężczyźnie pełne wyrzutu spojrzenie.

Obi-Wanowi to łatwo mówić, bo już potrafi!

- Tego nie da się opisać – powiedział Kenobi. – To trzeba poczuć. Nie myśl. Czuj.

- Nic nie czuję.

- Nie czujesz, bo myślisz. Nie myśl.

Pfft! Ale rada! Świetna wskazówka, naprawdę!

Czyli że co? Anakin ma po prostu siedzieć z wyciągniętą ręką, nie myśleć o absolutnie niczym, a kość tak po prostu się podniesie?

Nie miało to dla niego żadnego sensu, ale za wszelką cenę nie chciał się poddać. Da radę! Uda mu się! Pokaże Obi-Wanowi, że...

- AŁA!

Jęknął, gdy został niespodziewanie pociągnięty za ucho.

- Dlaczego to zrobiłeś? – posłał starszemu koledze pełne wyrzutu spojrzenie.

- Bo nadal to robisz – kręcąc głową, stwierdził Obi-Wan. – Myślisz.

- Wcale nie myślę!

Kenobi spojrzał mu w oczy.

- Robisz dokładnie to samo, co wcześniej ze zdalniakiem. Boisz się, że ci się nie uda. Koniecznie chcesz mi zaimponować. Zamiast „po prostu ćwiczyć" próbujesz coś pokazać, udowodnić. To wszystko myśli! One ci przeszkadzają. Są jak ściana pomiędzy tobą i Mocą.

Policzki Anakina pokryły się warstwą różu. Chłopiec nie mógł uwierzyć, z jaką łatwością Obi-Wan wymienił wszystkie jego obawy i pragnienia. A poza tym... zaraz, czyli jednak zwracał uwagę na to, co wcześniej działo się z jego małym towarzyszem i zdalniakiem? Wcale nie miał tamtego nędznego treningu w poważaniu?

I pomyśleć, że doskonale wiedział, co Anakin chciał... i że Anakin tak bardzo pragnął...

- Nie wstydź się swoich myśli – łagodnym tonem odezwał się Obi-Wan. – Wstyd to też myśl. Pozbądź się wstydu. Pozbądź się strachu. Pozbądź się wszystkiego, co ci przeszkadza. Wycisz swój umysł. Skoncentruj się.

Skoncentruj się – powoli wypuszczając powietrze z ust, chłopiec powtórzył w myślach usłyszaną instrukcję. – Skoncentruj się. Skoncentruj...

Ponownie wyciągnął rękę. Naprawdę próbował zrobić to bez żadnych emocji.

Ale nie potrafił.

Myśli obłaziły go zupełnie jak mrówki, gdy kiedyś wdepnął w ich gniazdo na pustyni. Strącał je, miażdżył ich maleńkie ciała, ale to nic nie dawało, bo był ich za dużo i nie chciały zostawić go w spokoju. Nie tylko po nim chodziły – również gryzły, drapały, rozpraszały go.

Robię to, co powiedział Obi-Wan... Czemu nie działa?

Ile razy jeszcze będę mógł spróbować, zanim powie mi, żebym się poddał?

Dlaczego nadal nic nie czuję?

Uda mi się! Uda mi się! Uda mi się!

A jeśli nie? Co jeśli mu się nie uda?

Wreszcie zrozumiał, że nic z tego nie będzie. Ogarnęła go rozpacz.

Chciał cofnąć rękę, jednak jego dłoń została zatrzymana w miejscu przez długie palce. Chłopiec posłał Obi-Wanowi zdumione spojrzenie.

Młody mężczyzna nie powiedział ani słowa. Jedynie wyciągnął przed siebie wolną dłoń i powoli położył na niej małą rączkę Anakina.

Nagły kontakt z ludzką skórą dogłębnie poruszył chłopca. Nie przeżył czegoś takiego od czasu opuszczenia Tatooine. Owszem, dotykał ludzi – ktoś położył mu dłoń na ramieniu, ktoś inny poklepał go po plecach, ale to wszystko działo się przez ubranie. Od momentu, gdy przycisnął swój policzek do policzka mamy podczas ich bolesnego pożegnania, nie musnął swoim ciałem skóry kogoś innego.

Skóra Obi-Wana była nieco bardziej szorstka niż skóra Shmi Skywalker – nie należała do kobiety, ale do mężczyzny. Ale wcale nie była przez to nieprzyjemna w dotyku. Emanowało z niej przyjemne ciepło.

Kenobi wciąż niczego nie powiedział. Z początku Anakin próbował dociec, do czego to wszystko zmierzało, ale kiedy mijały kolejne sekundy, a z ust młodego mężczyzny nadal nie wyszło ani jedno słowo, chłopiec zrezygnował z rozmyślań i po prostu cieszył się faktem, że może kogoś dotknąć.

Nagle kość poderwała się do góry. Oczywistością było, że stało się tak za sprawą Obi-Wana, a Anakin w żadnym stopniu w tym nie uczestniczył, ale... ale mimo wszystko COŚ poczuł!

Było to trudne do zdefiniowania uczucie. Mrowienie, lecz nie wewnątrz ciała, ale na zewnątrz. Jakby powietrze nie było tylko powietrzem, ale czymś więcej. Czymś namacalnym jak ścigacz... nie, nie ścigacz! Energia buchająca z silników ściągacza. Albo niszczycielska moc miecza świetlnego. To coś było nie tylko w powietrzu. Było wszędzie!

- Czujesz Moc? – spytał Obi-Wan.

- Tak – wyszeptał. Automatycznie i bez wahania, jakby zapytano go o imię.

Wiedział, że wcale mu się wydaje. Wiedział, że to, co czuł, było Mocą. A jednocześnie zrozumiał, że nie czuł jej po raz pierwszy. Była z nim także wtedy, gdy pędził ścigaczem po zwycięstwo, by pomóc Qui-Gonowi i Padme.

Wspomnienie sprawiło, że się zrelaksował.

- Czujesz Moc we mnie? – usłyszał kolejne pytanie.

- Tak.

Że czuł ją to mało powiedziane! Niemal słyszał jej odgłos, gdy mknęła w żyłach dużej męskiej dłoni. Była inna niż ta w powietrzu. Bardziej skupiona i skoncentrowana. Silniejsza!

- Czujesz ją wokół kości?

- Tak.

- Czujesz ją w sobie?

Zawahał się tylko na sekundę.

- Tak!

I wiedział, że to prawda.

- Nie przestawaj jej czuć – jeszcze nigdy głos Obi-Wana nie wydawał mu się aż tak miły dla ucha.

Powolutku, centymetr po centymetrze, duża dłoń zaczęła wysuwać się spod dłoni Anakina. Mocna, hucząca jak silniki statku kosmicznego energia zanikała, ale cała reszta energii wciąż była na swoim miejscu. Chłopiec skupił się właśnie na niej. Kość lekko się zachwiała, ale nadal wisiała w powietrzu.

Dłoń Obi-Wana kompletnie odsunęła się od mniejszej dłoni. Niewielki sześcian wciąż nie spadał, choć Anakinowi wydawało się, że może stuknąć o podłogę w każdej chwili. Chłopiec robił, co mógł, by mu na to nie pozwolić. Nadal czuł to samo, co wtedy, gdy dotykał ciepłej skóry Obi-Wana, lecz zauważał subtelne różnice.

Wcześniej kość zdawała się wisieć na grubej, solidnej, niewidzialnej linie. Teraz wisiała na nitce.

Spływająca po skroni kropelka potu rozproszyła koncentrację Anakina i nitka pękła. Z cichym stukiem lewitujący przedmiot upadł na podłogę. Chłopiec posłał Obi-Wanowi pełne zachwytu spojrzenie.

- Pomagałeś mi? – zapytał z błyszczącymi od wyczekiwania oczami. – Wcześniej obracałeś kośćmi, nie ruszając dłonią. Teraz też to zrobiłeś?

Znał odpowiedź, ale chciał usłyszeć ją z ust starszego kolegi. Kenobi przecząco pokręcił głową.

- Nie pomagałem ci – oznajmił zamyślonym tonem. – Odkąd zabrałem rękę, trzymałeś kość zupełnie sam.

Nie patrzył na Anakina. Wbijał wzrok w podłogę z takim wyrazem, jakby zupełnie zapomniał o obecności małego towarzysza i oddał się wewnętrznym rozmyślaniom. Cokolwiek wywnioskował, musiało sprawić mu przyjemność – przez ułamek sekundy usta drgnęły mu w uśmiechu, a w oczach błysnęło przyjacielskie ciepło.

Wspomniany błysk ucieszył chłopca bardziej niż zdobyte kredytki.

Wyrwany z zamyślenia Obi-Wan potrząsnął głową i popchnął kupkę pieniędzy w stronę Anakina.

- Trzymaj. Zasłużyłeś.

Chłopiec nie zrobił nic, by pozbierać wygrane detarie. Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że przestały go obchodzić. O wiele bardziej interesowało go zgłębianie Mocy, którą dopiero co w sobie odkrył. Jak dziwacznie by to nie brzmiało, naprawdę wolał Moc zamiast pieniędzy – czuł się dzięki temu jak prawdziwy Jedi! Jego serduszko napełniło się nieśmiałą dumą.

Wyciągnął rękę, ale nie po kredytki – zawiesił ją centralnie nad kością.

Teraz, gdy już raz poczuł Moc, wiedział, że będzie mu łatwiej. Przypomniał sobie wszystko po kolei – ciepło skóry Obi-Wana oraz buzującą w powietrzu energię. Skupił ją na kości, która najpierw nieznacznie drgnęła, a potem uniosła się do góry. O kurde, naprawdę się uniosła!

Oczywiście nie można było powiedzieć, by ten kołyszący się - jak statek prowadzony przez pijanego kierowcę – sześcian unosił się nad podłogą z taką samą gracją i łatwością, jak wtedy, gdy był podnoszony przez Kenobiego... ALE mimo wszystkie się unosił! I to TYLKO I WYŁĄCZNIE za sprawą Anakina!

Chłopiec utrzymał koncentrację przez pełną minutę, a gdy kość wreszcie spadła, uśmiechnął się do Obi-Wana. Tym razem młody mężczyzna spojrzał bezpośrednio na niego.

- Całkiem nieźle – wyszeptał, krótko przytakując.

Może było to jedynie pobożne życzenie Anakina, ale mały towarzysz Kenobiego mógłby przysiąc, że to skinienie nie było zwykłym wyrazem aprobaty. Było wyrazem szacunki i akceptacji. Jakby Obi-Wan dopiero teraz ujrzał siedzącego naprzeciwko chłopca takim, jakim był naprawdę.

Po długiej chwili ciszy uczeń Qui-Gona zabrał się za zbieranie pieniędzy i skinął na Anakina, by ten wyciągnął ręce. Bogatszy o kilka tysięcy kredytek dzieciak uznał to za znak, że lekcja unoszenia przedmiotów dobiegła końca. Pragnął poprosić Obi-Wana, by kontynuowali jeszcze przez chwilę, ale nie chciał testować swojego szczęścia, więc zdecydował się na milczenie. Z żalem pochował detarie po kieszeniach.

- Tylko nie wydaj wszystkie od razu – chowając dłonie w rękawach, Kenobi porozumiewawczo się do niego uśmiechnął.

Anakinowi zrobiło się strasznie głupio, że kiedykolwiek uważał tego faceta za nieprzyjemnego typka. Albo za kogoś nieprzyjaźnie do niego nastawionego. Było oczywiste, że...

- Obi-Wan – odezwał się niski męski głos.

Zarówno Kenobi jak i jego mały towarzysz nerwowo drgnęli. W drzwiach stał Qui-Gon Jinn. Sposób, w jaki unosił brew, patrząc na swojego Padawana, zapowiadał nadchodzący ochrzan.

O nie! Czyżby widział, jak Obi-Wan uczył mnie podnosić przedmioty?! – przeraził się chłopiec. – Albo jak dawał mi kredytki?! Albo...

- Obi-Wan – surowym tonem powtórzył Qui-Gon – czemu jeszcze nie zaniosłeś Rozpraszacza do pilotów? Miałeś to zrobić pół-godziny temu.

Wzrok młodego mężczyzny odruchowo spoczął na wspomnianym urządzeniu. Jego mina, gdy uświadomił sobie, że zamiast wypełniać swoje obowiązki, siedzi sobie z dzieckiem na podłodze, stanowiła nie lada widok! Anakin wytrzeszczył oczy. To był rumieniec? Ten opanowany Obi-Wan, niemal cały czas łażący z twarzą, która nie wyrażała żadnych emocji, potrafił się rumienić?!

- Mistrzu, przepraszam, ja... b-bardzo przepraszam! – Kenobi zerwał się na równe nogi (Raju, nawet jąkać się potrafi! – pomyślał zszokowany chłopiec). – Już idę. Przepraszam, Mistrzu, to się nie powtórzy!

I wyleciał z maszynowni z Rozpraszaczem pod pachą. Kiedy mijał swojego Mistrza, zasłonił dłonią twarz i wybełkotał coś, co brzmiało jak rozbudowana wersja przeprosin. Qui-Gon i Anakin odprowadzili go wzrokiem.

- Masz ci los – wzdychając, Mistrz Jedi pokręcił głową. – Dopiero niedawno chwaliłem go za koncentrację, a teraz znowu zaczął chodzić z głową w chmurach.

- To nie jego wina! – chłopiec pośpieszył bronić starszego kolegi. – Zapomniał o Rozpraszaczu, bo go zagadałem. Nie chcę, by myślał, że to przeze mnie się na niego wkurzyłeś.

- Nie wkurzyłem się na niego, tylko go upomniałem, Ani. I na pewno nie pomyśli, że to przez ciebie. W takich sytuacjach ma tendencje do zrzucania winy na siebie zamiast na innych. Zresztą, całkiem słusznie. Kto by go nie zagadał, nie powinien zapominać o swoich obowiązkach.

- Ale jak miał zajmować się Rozpraszaczem, gdy kazałeś mu mnie pilnować? – nie ustępował Anakin. – Znaczy... powiedziałeś, bym mu przekazał, że ma mnie pilnować.

- Owszem, miał pilnować, byś nie uciął sobie ręki moim mieczem świetlnym – oczy Qui-Gona były dziwnie rozbawione. – Ale kiedy wszedłem, wcale nie byłeś w trakcie ćwiczeń, prawda? – wzrok Mistrza Jedi wymownie spoczął na rozwalonym zdalniaku. – Widzę, że tym razem nie poszło ci tak dobrze, jak poprzednim razem.

- Nie – mruknął chłopiec. – Nie poszło.

- Hm... ale nie wyglądasz na jakoś szczególnie zmartwionego tym faktem. Wyczuwam w tobie pokłady dogasającej ekscytacji, Ani. Wydajesz się też bardziej zrelaksowany niż zwykle.

Chłopiec wydał cichy jęk. Zdolność do wyczuwania czyiś emocji przez Jedi wydawała mu się coraz bardziej frustrująca. Szkoda, że Obi-Wan nie mógł pożyczyć mu trochę swojego niezmąconego opanowania. Jak na razie wypożyczył mu tylko zawstydzony rumieniec, którym uraczył swojego Mistrza na pożegnanie.

Ech, żeby to tylko było wyczuwanie emocji. Qui-Gon nie tylko odgadł nastrój małego towarzysza, ale też w jakiś sposób wyłapał fakt, że myśli Anakina krążyły wokół Obi-Wana.

- Wnioskuję, że mój Padawan jednak cię nie ugryzł? – zażartował.

Policzki chłopca poczerwieniały jeszcze bardziej. Jedynym pocieszeniem był dla Anakina fakt, że kości – czyli niezbity dowód jego hazardowania oraz nielegalnego unoszenia przedmiotów z Obi-Wanem – tkwiły bezpiecznie w kieszeniach razem z kredytkami. Chociaż nie słyszeli, kiedy Qui-Gon otworzył drzwi, wyglądało na to, że chyba mimo wszystko na niczym ich nie przyłapał. Chyba.

- Nie – miętoląc skraj bluzy wymamrotał chłopiec. – Nie ugryzł mnie. Był... bardzo miły.

- Mówiłem ci, że tak będzie – Qui-Gon łagodnie się do niego uśmiechnął. – Dorośli czasem mają rację. Mistrzom Jedi też się to zdarza. Chodź, Ani. Czas złożyć wizytę Królowej. Niedługo lądujemy.

Razem opuścili maszynownię. Kiedy szli w stronę kajut Amidali, kątem oka Anakin przyuważył Obi-Wana rozmawiającego z pilotami. Chłopiec cieszył się, że jego relacje z Kenobim ociepliły się, ale też czuł w klatce piersiowej dziwne uczucie niedosytu.

Wiedział o obecnym Padawanie swojego potencjalnego Mistrza dużo więcej niż wcześniej, ale czy naprawdę go zrozumiał?

Miał przeczucie, że – nie, nie do końca. Choć bezsprzecznie ujrzał dzisiaj starszego kolegę od łagodniejszej strony, to nie mógł pozbyć się wrażenia, że wcale nie poznał prawdziwego Obi-Wana. Coś mu mówiło, że Kenobi nie pokazał mu wszystkich niuansów swojego charakteru... że nie odsłonił części osobowości, którą rezerwował dla bliskich sobie osób, takich jak Qui-Gon.

Marszcząc brwi, Anakin zastanowił się, czy kiedykolwiek pozna Obi-Wana od tej bliższej, „prawdziwszej" strony? Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale był jej bardzo ciekawy. Prawie w takim samym stopniu jak Mocy.

Ciekawe, czy medytacja rzeczywiście pomagała zgłębić Moc? Chłopiec znał idealną osobę, którą mógłby o to zapytać:

- A właśnie, Qui-Gon...

- Hm?

Nie chciał poruszać tematu tak od razu, więc na początek zagaił:

- Jak ci poszła medytacja?

- Nie poszła mi wcale – Mistrz Jedi wydał westchnienie irytacji. – Jar-Jar co chwilę właził mi do pokoju i wypytywał o spiżarnię.

Słowniczek do rozdziału pierwszego:

Zdalniak – latająca kulka, która strzela do trenującego drobnymi pociskami. Ćwiczą z nią Adepci Jedi, a także Luke w „Nowej Nadziei" (kanon, Nowa Nadzieja).
Watto – dawny właściciel Anakina (kanon, Mroczne Widmo).
Mos Espa – jedna z Oaz na Tatooine, rodzinna osada Anakina (kanon, Mroczne Widmo).
Kitster – kolega Anakina (kanon, Mroczne Widmo).
Rozpraszacz Sygnału – urządzenie utrudniające wrogim jednostkom wykrycie statku na radarach (własne).
Karabast! – przekleństwo w języku lasatów. Zeb z „Rebeliantów" szczególnie je sobie upodobał (kanon, Rebelianci).
Kredytki – waluta Republiki. Inaczej „detarie" (kanon, Wojny Klonów).
Detarie – waluta Republiki. Inaczej „kredytki" (kanon, Mroczne Widmo).
Ścigacz – pojazd wyścigowy. Nie mylić ze śMigaczem, czyli ze zwykłym pojazdem do przemieszczania się w obrębie planety (kanon, Mroczne Widmo).
Wupiupi – waluta na Tatooine. Pozostałe pieniądze akceptowane na planecie Anakina to peggaty (64 wupiupi) i truguty (8 wupiupi). Płaci się nimi we wszystkich systemach kontrolowanych przez Huttów (kanon, Mroczne Widmo, Star Wars Wiki).
Powszechny język galaktyczny – Język, którego używa jakieś 90 procent Galaktyki (a przynajmniej istoty posiadające narządy mowy podobne do ludzkich). Inaczej po prostu „basic" (kanon, Wojny Klonów).
Huttecki – język Huttów, bardzo popularny wśród gangsterów (kanon, Mroczne Widmo).
Huttowie – gangsterzy, którzy wyglądem przypominają duże robaki. Na przykład Jabba (kanon, Mroczne Widmo).
Sebulba – doug, największy rywal Anakina (kanon, Mroczne Widmo).
Toydarianin – rasa z planety Toydaria. Cechy charakterystyczne: krótkie kończyny, małe skrzydełka i nos przypominający trąbkę słonia. Na przykład dawny właściciel Anakina, Watto (kanon, Mroczne Widmo).
Doug – rasa poruszająca się na rękach zamiast na nogach. Mają ryjki podobne do dobermanów. Na przykład rywal Anakina, Sebulba (kanon, Mroczne Widmo).

Fakty niepotwierdzone (bądź niedoprecyzowane) przez kanon:

Mieszkania Jedi: sporo szczegółów zostało doprecyzowanych przeze mnie, bazując na kanonie.
„Kieszonkowe" Jedi: nie przypominam sobie, by w kanonie było wspomniane, skąd Jedi dostają pieniądze, ale jedno jest pewne – bardzo rzadko brakuje im kredytek ;) Opisałam system płacenia Jedi, kierując się zdrowym rozsądkiem.
Czytanie w myślach: coś, co pojawia się w wielu książkach i fanfikach, ale w kanonie jest tylko delikatnie sugerowane. Ten motyw bardzo mi się podoba, więc postanowiłam użyć go w tym fanfiku.
Wiek, w którym młodzicy zazwyczaj rozpoczynają szkolenie w Świątyni: tutaj opierałam się głównie na Star Wars Wiki, sprawdzając wiek, w jakim poszczególni Jedi byli brani do Świątyni.
Czas, po jakim Jedi opanowują poszczególne umiejętności: zdałam się głównie na intuicję, i w przypadku podnoszenia przedmiotów postawiłam na kilka dni. Chciałam już od samego początku pokazać, jak wielką Moc ma w sobie Anakin, i jak bardzo jest utalentowany.