Człowiek Czynu

Rozdział 2 – Zapowiedź walki

Wszyscy przygotowywali się do operacji dostania się do pałacu, a Anakinem nie interesował się absolutnie nikt. Zignorowany przez wszystkich chłopiec musiał sam znaleźć sobie zajęcie. Nie narzekał, bo bardzo szybko wpadł na pomysł, jak wykorzystać nieobecność dorosłych na swoją korzyść.

- Nie myśl – mruknął pod nosem. – Czuj. Skoncentruj się.

Wcześniej udało mu się podnieść wyschnięty pieniek drzewa, a przy wypuszczaniu go omal nie przyprawił o zawał Jar Jara. Na szczęście nieogarnięty Gungan kompletnie nie zrozumiał, co właściwie się wydarzyło. Mimo to Anakin wolał nie ryzykować po raz drugi, więc teraz obrał sobie za cel maleńką gałązkę… i ze zdumieniem odkrył, że idzie mu o wiele gorzej.

Nie rozumiem – myślał z frustracją. – Przecież pieniek był większy!

Z drugiej strony, może właśnie w tym tkwił problem? Kiedy już chłopiec nauczył się wyczuwać Moc i zrozumiał, że całe otoczenie było nią napompowane, to jednocześnie zauważył, że o wiele łatwiej mu było… hm… „wyizolować" jakiś większy obszar zamiast skoncentrować się na mniejszym. W myślach porównywał to do podnoszenia deski gołą ręką i do próby złapania mrówki szczypcami. To oczywiste, że deska była łatwiejsza!

Co wcale nie oznaczało, że nie dawało się ogarnąć mrówki. Albo, jak w tym przypadku, gałązki. Gdy był z Obi-Wanem, udało mu się podnieść małą kostkę…

Ha! Kluczowe słowa – „z Obi-Wanem"!

Co innego próbować czegoś na własną rękę, a co innego mieć do pomocy doświadczonego Jedi. A skoro już o tym mowa…

- Ani?

Na dźwięk głosu Qui-Gona chłopiec błyskawicznie cofnął dłoń.

- Tak? – zapytał, odwracając się do górującego nad nim dostojnego mężczyzny.

- Wołałem cię, ale byłeś tak pochłonięty swoim… hm… zajęciem, że mnie nie słyszałeś – z mieszaniną rozbawienia łagodności odparł Mistrz Jedi. – Co chciałeś zrobić? Próbowałeś podnieść gałązkę, prawda?

Niech to, a jednak zobaczył! Anakin zaczerwienił się.

- Słyszałem kiedyś, że Jedi coś takiego potrafią. Chciałem zobaczyć, czy mi też się uda. No bo mówiłeś, że ja też jestem… eee… wrażliwy na tę całą Moc.

- To prawda, mówiłem tak – Qui-Gon wpatrywał się w niego zaciekawionym wzrokiem. – I jak ci poszło?

- Nie poszło.

Mistrz Jedi zaśmiał się dobrodusznie.

- Nie przejmuj się – posłał chłopcu pokrzepiający uśmiech. – Podobna umiejętność nikomu nie udaje się zbyt szybko. Nawet po otrzymaniu odpowiednich instrukcji, większość dzieci spędza na ćwiczeniach parę dni, zanim daje rady podnieść jakiś przedmiot. Ja, niestety, nie mogę niczego ci podpowiedzieć. A przynajmniej na razie, Ani. I tak już kuszę los, pozwalając ci ćwiczyć z mieczem świetlnym.

Anakin musiał użyć całej siły woli, by nie pochwalić się Qui-Gonowi, jak to podniósł przed chwilą pieniek, i jak to świetnie Obi-Wan mu wczoraj wytłumaczył, w jaki sposób to zrobić. Fantastycznie byłoby zaimponować tak wspaniałemu Mistrzowi jak Jinn… ale nie za cenę wpakowania Kenobiego w kłopoty. A już zwłaszcza po tym, gdy jako tako się zakolegowali.

- Wyczuwam w tobie niepokój, Ani – uprzejmie zauważył Qui-Gon. – Czy coś się stało?

Chłopiec wydał przerażony jęk. O kurde! Nie planował wydać Obi-Wana… ale co jeśli zrobi to niechcący, bo Qui-Gon sam znajdzie odpowiedź w jego myślach? To było w ogóle możliwe? A jeśli tak?

Zmuszając się do zachowania zimnej krwi, Anakin postanowił jednocześnie znaleźć odpowiedź i odwrócić uwagę od źródła swojego niepokoju.

- Mistrzu, skąd wiesz, jak się czuję?

- To jedna z pożytecznych umiejętności Jedi – splatając przed sobą dłonie, cierpliwie wytłumaczył Qui-Gon. – Czasami potrafimy wyczuć, co dzieje się w umysłach osób, które znajdują się w najbliższym otoczeniu. A zwłaszcza osób wrażliwych na Moc. Takich jak ty.

Obi-Wan mówił wczoraj coś podobnego.

- A co z czytaniem w myślach?

Na to pytanie chłopiec również dostał odpowiedź od Kenobiego, ale był ciekawy, jak do sprawy podejdzie ktoś starszy i bardziej doświadczony.

- Cóż… - wzdychając, Qui-Gon rozmasował podbródek. – Czytanie w myślach to nieco… skomplikowana sprawa. Myśl nie jest stroną w książce, którą po prostu można przeczytać. To coś bardziej abstrakcyjnego. Czasami przyjmuje formę wewnętrznego monologu, ale nie zawsze. Wiesz, czym jest monolog, Ani?

Anakin skinął głową.

- Gdy… gada się do samego siebie, tak?

- Dokładnie. Czasem, gdy myślimy, mówimy sami do siebie… ale znacznie częściej przeżywamy to, co się dzieje, nie wypowiadając w głowie żadnych konkretnych słów. Kiedy jeden Jedi „wchodzi" drugiemu do głowy, najczęściej widzi tylko przebłyski obrazów. W taki sposób Mistrz Yoda i pozostali członkowie Rady odgadli, że rozmyślałeś o swojej mamie. Ale to był tylko „urywek" twoich odczuć, a nie pełny… hmm, jakby to ująć… zapis. Natomiast, by zobaczyć czyjeś dokładne myśli, trzeba najpierw mieć z tą osobą bliską więź.

- Jak z przyjacielem? – dopytywał chłopiec.

- Tak, ale to nie zawsze wystarcza. Nie każda przyjaźń jest na tyle bliską przyjaźnią, by umożliwić swobodny przepływ myśli. Większość Jedi ma kilku towarzyszy, którym jest w stanie przekazać przynajmniej ogólny zarys swoich intencji. To bardzo przydatne w walce. Kiedy ja i Obi-Wan sięgamy po miecze świetlne, nie musimy na siebie patrzeć, bo praktycznie siedzimy sobie nawzajem w głowach. Każdy z nas wie, co się dzieje z tym drugim.

- To znaczy, że Obi-Wan może czytać ci w myślach?

Qui-Gon nieznacznie się uśmiechnął.

- Cóż… tak.

- A ty w jego?

- Naturalnie. No, chyba że akurat nie chce mnie wpuścić i stawia między nami tę swoją nieznośną Tarczę.

W sposobie, z jakim Mistrz Jedi pokręcił głową, kryły się zarówno irytacja jak i czułość.

- Tarczę? – marszcząc czółko, powtórzył Anakin.

- To sposób na powstrzymanie drugiego Jedi przed poznaniem twoich myśli i uczuć – wyjaśnił Qui-Gon. – Adepci są tego uczeni od najmłodszych lat, ale większość opanowuje to dopiero będąc nastolatkami. Nie będę ci tego dokładnie tłumaczył, Ani, bo to dość skomplikowane, ale ogólnie chodzi o to, by okiełznać swoje emocje… by przejąć nad nimi kontrolę, a potem umieścić je w miejscu, które jest niedostępne dla innych.

Miał rację. To rzeczywiście BYŁO skomplikowane.

- Obi-Wan jest w tym bardzo dobry, prawda? – chłopiec wydał ten niezadowolony pomruk, jeszcze zanim zdążył się nad nim zastanowić.

Qui-Gon parsknął śmiechem.

- O, tak – w jego głosie zabrzmiała czułość. – Zabezpiecza swoją głowę lepiej niż twój stary znajomy Watto sakiewkę z pieniędzmi.

To miłe z jego strony, że użył określenia „stary znajomy" a nie „były właściciel". Anakin posłał mu pełne wdzięczności spojrzenie.

- Jakbym umiał tę całą „Tarczę", też pewnie korzystałbym z niej przez cały czas – mruknął, mając w pamięci Kenobiego jako gosposię i wczorajszą wpadkę.

- Nie wiem, czy chcę, byś pod tym względem brał przykład z Obi-Wana – z powagą odparł Qui-Gon. - Jestem dumny z tego, jak świetnie nad sobą panuje… ale zasłanianie się przed innymi nie zawsze może wyjść na dobre. To odcina nas od Żywej Mocy.

- Od…

- Żywa Moc to wszystko, co nas otacza. Rośliny, zwierzęta, ludzie… Przede wszystkim ludzie, bo to z nimi najczęściej się stykamy. No i oczywiście wszystkie rozumne rasy istniejące w różnych częściach galaktyki.

Anakin nie był pewien, czy rozumie.

- Czymkolwiek jest ta cała Żywa Moc, na pewno nie chciałbym, żeby naruszała moją prywatność – mruknął, wzruszając ramionami. – I wcale nie dziwię się Obi-Wanowi, że on też nie chce!

- Obaj musicie wiele się nauczyć – Qui-Gon wciąż przemawiał z lekkim rozbawieniem, ale zaczął emanować mądrością charakterystyczną dla starych Mistrzów. – Nadmierna pogoń za prywatnością często wynika z braku zaufania. Gdy w grę wchodzi dwóch Jedi, czytanie sobie nawzajem w myślach nie jest jak… jak… ech, no dobrze, skoro już jesteśmy przy naszym nieszczęsnym Toydarianinie Watto… czytanie sobie w myślach, nie jest jak włamywanie się do czyjegoś sklepu i dobieranie się do jego pieniędzy. To bardziej jak proszenie kogoś, by pożyczył nam trochę pieniędzy.

Nie mogąc się powstrzymać, chłopiec cicho parsknął.

- O? – wysoki mężczyzna łatwo rozszyfrował nietypową reakcję małego towarzysza. – Czyżby na Tatooine nie istniało pojęcie „pożyczania"? – zapytał, unosząc brwi.

Jak głupio by to nie brzmiało, Anakin Skywalker przez krótką chwilę czuł się lepiej obeznaną osobą niż Qui-Gon Jinn. Dziwnie było tak się czuć, będąc dziewięciolatkiem rozmawiającym z Mistrzem Jedi…

- Owszem, istnieje – stwierdził, wzruszając ramionkami. – Ale pod nazwą „kradzież" albo „branie bez pozwolenia". Watto zawsze mówił, że jak ktoś wierzy w „pożyczanie", to nie zna życia.

- Założę się, że coś podobnego mówił ci o wierzeniu w Moc – zdawkowym tonem odparł Qui-Gon. – Mam nadzieję, że jak trochę nad tobą popracujesz, będziesz myślał bardziej jak Jedi, a mniej ja Watto.

Być może. Ale jak na razie to mądrości życiowe Watto miały dla chłopca więcej sensu. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejszy incydent z Obi-Wanem. Anakin nie przypominał sobie, by udzielił Kenobiemu pozwolenia na zajrzenie mu do głowy i znalezienie tam… uch… tej wstydliwej wizji z byłym Padawanem jako gospodynią! I to niby była tylko „pożyczka"?! Pfft! Jasne. Chyba w wydaniu z Tatooine.

- Spróbuję wytłumaczyć ci to w inny sposób, Ani – westchnął Qui-Gon. – Ideałem jest, gdy dwaj Jedi sięgają do swoich myśli, tylko wtedy, gdy czują, że to konieczne, i gdy odbywa się to za obopólną zgodą. Tak to wygląda między mną i Obi-Wanem. Ale Jedi NIE są istotami doskonałymi, dlatego czasem mają miejsce… hm… pewne sytuacje. Na przykład myślimy o kimś na tyle intensywnie, że wchodzimy do jego głowy, wcale tego nie planując. Albo… tak jak w twoim przypadku… jesteśmy zbyt mali i zbyt niedoświadczeni, by kontrolować ogromne pokłady Mocy w naszych ciałach, przez co nie tylko nie mamy Tarczy, ale i praktycznie emanujemy emocjami, zdradzając otoczeniu więcej, niż byśmy chcieli. Co oczywiście nie oznacza, że otoczenie będzie chciało skorzystać z tych informacji – dodał prędko, widząc przerażoną minę Anakina.

Czując, że zrozumienie tego wszystkiego przerasta jego możliwości, chłopiec postanowił zapytać o coś innego.

- Mistrzu Qui-Gon, a powiedz… ty często korzystasz z tej całej Tarczy?

- Nie, bo nie odczuwam takiej potrzeby – mężczyzna odparł pogodnie. – Nie wstydzę się moich myśli i uczuć. Zresztą, tylko garstka osób jest w stanie wejść mi do głowy. A tak się akurat składa, że do każdej z nich mam zaufanie. Nie żeby wszyscy byli mi za to wdzięczni – wydał rozżalone westchnienie. - Rada Jedi już kilka lat temu dała mi do zrozumienia, że chyba wolą mimo wszystko nie wiedzieć, co dzieje się w moim… jak oni to ujęli? Aha, „zbuntowanym umyśle".

- A ja? Mnie ufasz?

Mistrz Jedi zmierzył małego towarzysza uważnym spojrzeniem.

- Ufam ci na tyle, by powierzyć los całej misji tobie i twojemu ścigaczowi – przypomniał z mieszaniną łagodności i powagi.

Anakin uznał to za zachętę.

- A… a gdybym chciał na chwilę zajrzeć do twojej głowy – zagaił z nieśmiałą nadzieją – pozwoliłbyś mi?

- Mógłbym – wyglądając na nieznacznie rozbawionego, Qui-Gon skinął głową. – Pytanie brzmi: czy ty mógłbyś, Ani?

- Myślisz, że nie dałbym rady? Chodzi o to, że więź między nami jeszcze nie jest… dość bliska?

- Wręcz przeciwnie. Sądzę, że jest bardzo bliska. Nie o to chodzi. Docieranie do czyjegoś umysłu poprzez Moc jest jeszcze trudniejsze niż podnoszenie przedmiotów. A ty ostatnio wiele przeszedłeś. Sądzę, że twoje własne odczucia są w tej chwili zbyt silne, żebyś był w stanie przebić się przez nie i dostrzec odczucia kogoś innego.

Zabrzmiało to tak, jakby Anakin był egoistą, niewidzącym poza czubek własnego nosa. Zawstydzony, spuścił wzrok.

- Ale cóż - żachnął się Qui-Gon – spróbować nie zaszkodzi. Chwyć moją dłoń obiema rękami.

Rozpromieniony, chłopiec ochoczo wypełnił polecenie. Dłoń Qui-Gona była jeszcze większa od dłoni Obi-Wana i nieco bardziej pomarszczona, ale tak czy siak miła w dotyku.

- W ten sposób będzie ci łatwiej – cierpliwie tłumaczył Mistrz. – Kontakt fizyczny bardzo pomaga, gdy pierwszy raz łączysz się z drugą istotą poprzez Moc. To buduje poczucie bezpieczeństwa i zaufanie.

Czujesz Moc we mnie? – w odmętach pamięci zabrzmiał opanowany głos Obi-Wana.

Anakin zaczynał powoli dostrzegać podobieństwa w metodach nauczania dwóch Jedi – skoro kontakt z czyjąś dłonią pomógł w podniesieniu kości, to teraz też powinno się udać. Zwłaszcza, że nauczycielem był ktoś bardziej doświadczony.

- Skoncentruj się na moim pulsie – mówił Qui-Gon. – Przez chwilę wyobraź sobie, że nie jesteśmy dwoma osobami, ale jedną istotą połączoną przez Moc. Wyobraź sobie, że to, co jest moje, jest także twoje, ale składowane poza twoim ciałem. Jakbym nie był czymś osobnym, a częścią ciebie. Poniekąd rzeczywiście tak jest. Wszyscy jesteśmy połączeni przez Moc.

Samo wyczucie Mocy nie było trudne, bo chłopiec już wcześniej to zrobił. Podobnie jak odnalezienie w gąszczu krążącej wokół energii ciepłych wibracji, którymi emanował Mistrz Jedi. Jednak uznanie Qui-Gona jako „części siebie" – to już stanowiło nie lada wyzwanie.

Instynkt podpowiadał Anakinowi, by skoncentrować się na więzi, która łączyła go z wysokim mężczyzną, więc skupił całą uwagę na wspomnieniach: na tym, jak Qui-Gon pierwszy raz pojawił się w sklepie Watto. Jak swoimi manierami i opanowaniem odstawał od wszystkich wulgarnych istot, które przychodziły do chciwego Toydarianina robić zakupy. Jak dziękował za pomoc z Jar Jarem, zaskakując małego niewolnika pełnym szacunku tonem… jakby Anakin wcale nie był rzeczą, a człowiekiem zasługującym na taką samą uprzejmość co wszyscy. Jak rozmawiał z Anakinem o Jedi… jak uwierzył, że ledwo odstający od ziemi dzieciak, nieposiadający nawet przywileju bycia wolnym, może uratować grupę ważnych osobistości, wygrywając niebezpieczny wyścig. Jak zaproponował, że zostanie Mistrzem Anakina. Jak zawsze odnosił się do Anakina – bez charakterystycznej dla dorosłych wyższości. Nigdy nie lekceważył chłopca ani ze względu na jego wiek, ani ze względu na status byłego niewolnika.

Anakin koncentrował się na tym wszystkim a jednocześnie na Mocy, ale wciąż nie widział ani nie słyszał niczego, co mogłoby wyglądać na zalążek myśli Qui-Gona.

- Masz teraz włączoną Tarczę? – zapytał na wszelki wypadek.

Mistrz Jedi zaśmiał się dobrodusznie, czym nieznacznie uraził małego towarzysza.

- Przepraszam – posłał chłopcu skruszone spojrzenie. – Powiedziałeś o „włączaniu" Tarczy i nie mogłem się powstrzymać. Ale nie, nie robię tego. W żaden sposób się przed tobą nie zasłaniam.

Więc dlaczego mi nie wychodzi?

Anakin uznał, że podobny tekst zabrzmiałby zbyt dziecinnie, więc postanowił spróbować z innej strony.

- Mógłbym dostać więcej wskazówek?

- Powiedziałem ci to, co najważniejsze, Ani. Resztę musisz rozpracować na własną rękę. Hm… czy raczej: poprzez moją rękę.

Chłopiec wydał cichy jęk frustracji. Dochodzenie do czegoś samemu było akurat czymś, w czym był dobry. Nie zostałby najmłodszym i najzdolniejszym mechanikiem na Tatooine, gdyby po prostu siedział na murku i czekał, aż ktoś dorosły udzieli mu rady. Jednak tym razem nie szło mu tak łatwo jak z maszynami. Moc nie chciała dać się okiełznać w taki sam sposób co śrubokręt – pomagała mu wyczuć obecność Qui-Gona, ale odmawiała pokazania mu, w jaki sposób byli ze sobą połączeni. To było jak grzebanie we wnętrznościach ścigacza, ale bez podnoszenia maski!

Z drugiej strony, może to nie wina Anakina? Może więź między nimi nie była po prostu zbyt silna, by dawało się cokolwiek wyczuć? Istniał tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

- Dobra, zamiana! – udając nonszalancję, chłopiec uśmiechnął się do Mistrza Jedi. – Teraz ty pogrzeb mi w głowie!

- Teraz ja, tak? – Qui-Gon odwzajemnił uśmiech. – No dobrze, spróbuję… Chociaż nie, Mistrzowi Yodzie by się to nie spodobało. Robić albo nie robić. Nie ma próbowania. Po prostu zajrzę do twojej głowy, i zobaczymy, czy coś znajdę.

Zamknął oczy, koncentrując się na zadaniu. W międzyczasie Anakin robił, co mógł, by myśleć przede wszystkim o tym, jak bardzo Qui-Gona uwielbia i jak bardzo jest mu za wszystko wdzięczny. Skoro już zaprosił Mistrza Jedi do swojej głowy, to chciał mu pokazać same dobre rzeczy. A nie jakiś, za przeproszeniem, wstydliwy obraz swoich dziecięcych fantazji, na którym Obi-Wan sprzątał po nim i po… O KURDE! A jeśli Qui-Gon usłyszał tę myśl?!

O nie, o nie, o nie, o nieeeee!

- Hm… wyraźnie wyczuwam twoje zawstydzenie, Ani – Mistrz Kenobiego otworzył oczy. – Ale jestem pewien, że to uczucie dałbym radę zidentyfikować i bez specjalnego koncentrowania się. Natomiast jeśli chodzi o dokładny opis tego, co masz w głowie… wydaje mi się, że ujrzałem przebłyski wspomnień i ciebie trzymającego śrubokręt. Przez moment miałeś w sobie również niepokój związany w jakiś sposób z moim Padawanem. Czy to trafny opis?

Czerwieniąc się, chłopiec pokiwał głową.

- Ale chyba nie martwisz się tym, o czym rozmawialiśmy przedtem? – dopytywał Qui-Gon. – Sądziłem, że po tym, jak spędziłeś z Obi-Wanem trochę czasu, boisz się go trochę mniej?

- Nie boję się go! – głośno zaprotestował Anakin. – On… on jest w porządku – dodał nieco ciszej.

Nie skłamał. Naprawdę nie bał się Obi-Wana. Jeśli już czegoś się bał, to tego, co właśnie sobie uświadomił.

Nieprawdopodobne, ale Kenobi radził sobie z przeglądaniem umysłów bezczelnych dzieciaków o wiele lepiej od swojego własnego Mistrza. Czy raczej: dobrze sobie radził z włażeniem do głowy JEDNEGO bezczelnego dzieciaka. Wczoraj bez najmniejszych problemów wyłowił wstydliwą myśl Anakina, chociaż Qui-Gonowi ona umknęła – a co jeśli zrobi to znowu? A co jeśli zacznie regularnie zaglądać Anakinowi do głowy?

I – co najważniejsze – dlaczego ON mógł zrobić coś takiego, a Qui-Gon nie? Czy to nie Qui-Gon był dla Anakina ważny? Czy to nie Qui-Gon zerwał Anakinowi łańcuchy i walczył o Anakina przed Radą Jedi? Dlaczego Obi-Wan – ten sam sztywniacki Obi-Wan, którego chłopiec jeszcze niedawno podejrzewał o same najgorsze myśli - miałby mieć lepszy dostęp do głowy Anakina, niż człowiek, który zrobił dla Anakina TAK WIELE?

Mały kandydat na Jedi wciąż niewiele wiedział o Mocy, ale zaczął myśleć, że miała fatalne poczucie humoru. Albo była jeszcze bardziej potłuczona niż Sebulba po parunastu flaszkach wódki. Z jakiego innego powodu zachowywałaby się tak głupio?

- O wilku mowa – odezwał się Qui-Gon. – Wygląda na to, że musimy skończyć naszą zabawę z czytaniem w myślach, Ani. Nadchodzi Obowiązek!

Dopiero po chwili Anakin zajarzył, że mówiąc „Obowiązek" Mistrz Jedi miał na myśl Obi-Wana. Kenobi kroczył w ich stronę trzymając szyję urwanej głowy droida. Ustrojstwo kołysało się do przodu i do tyłu, wydając skrzekliwy dźwięk „ręce do góry". Wyglądało to komicznie.

- Przekwalifikowujesz się na lalkarza? – zażartował Qui-Gon.

- Ścieżka Jedi jednak nie jest dla mnie – wzdychając, Obi-Wan niechętnie podchwycił temat. – Otworzę własny teatrzyk.

Metalowa głowa rzuciła jeszcze kilka niewyraźnych gróźb i Anakin zachichotał.

- To zwiadowiec, Mistrzu – Kenobi cisnął resztki robota za plecy, skutecznie je uciszając. – Na szczęście nie zdążył zameldować o naszej obecności. Stałem za jego plecami, gdy go załatwiłem. O ile w centrum dowodzenia nie siedzi grupa bystrzaków, zapewne pomyślą, że został skasowany przez jaszczurzo-podobną bestię.

- Dobra robota – Qui-Gon skinął głową.

- Co robisz w lesie, Mistrzu? Myślałem, że jesteś z Jej Wysokością. Mieliście się zająć planowaniem akcji.

- Zniknąłeś gdzieś, a uznaliśmy, że zaczynanie bez ciebie i tak nie ma sensu. Zresztą, Padme chciała jeszcze raz podziękować Bossowi Gunganów. Jak widzisz, właśnie trwa wymiana czułości.

Anakin powiódł wzrokiem we wskazanym przez Mistrza Kierunku. Szef Jar Jara na zmianę ściskał i podnosił roześmianą dziewczynę. Jeszcze pół dnia wcześniej chłopiec byłby zazdrosny o śliczną dwórkę Jej Królewskiej Mości – teraz jednak był zbyt zajęty leczeniem szoku po informacji, że dwórka Jej Wysokości okazała się Królową we własnej osobie. Podejrzewał, że minie jeszcze dobre kilka godzin, zanim przyzwyczai się do tej myśli i zacznie czuć się naturalnie w obecności Padme.

Qui-Gon i Obi-Wan zdawali się nie mieć tego problemu, co skłoniło chłopca do podejrzeń, że być może przejrzeli podstęp Amidali dużo wcześniej. Ciekawe, kiedy się zorientowali?

- Pytałeś, co robiłem – Qui-Gon lekko się uśmiechnął. – Przeprowadzaliśmy z Anakinem mały eksperyment.

- Eksperyment? – Obi-Wan uniósł brwi.

Jego dłoń została niespodziewanie schwycona przez dwie małe rączki. Chłopiec miał dwa powody, by zrobić coś takiego bez słowa. Po pierwsze, był ciekawy, czy Obi-Wan odgadnie, na czym polegał eksperyment. A po drugie, chciał przetestować swoje (nieudolne) czytanie w myślach również na nim.

No dobrze, tylko spokojnie. Wyciszyć się. Znaleźć Moc. Wyobrazić sobie, że nie są dwoma różnymi istotami, ale jednym człowiekiem. Skupić się na więzi, która…

- Zapomnij.

Koncentracja Anakina została w brutalny sposób przerwana przez na wpół rozbawione na wpół kpiące parsknięcie Obi-Wana. Chłopiec otworzył oczy (nawet nie pamiętał, kiedy je zamknął) i uświadomił sobie, że starszy kolega patrzy na niego z wyrazem politowania.

- Prędzej banthy nauczą się latać, niż ty zdołasz wejść do mojej głowy – Kenobi oznajmił z dobitną szczerością.

Po tych słowach wyrwał rękę z uścisku sfrustrowanego Anakina – zrobił to delikatnie lecz stanowczo.

No wiesz? – z irytacją pomyślał dzieciak. – Nie musiałeś tego mówić w taki sposób. Jakbym nie miał absolutnie żadnych szans…

- Skoro i tak nie da rady, to może opuścisz Tarczę? – z niewinnym uśmiechem zasugerował Qui-Gon.

Czerwieniąc się, Obi-Wan posłał swojemu Mistrzowi nieufne spojrzenie. A chłopiec po raz kolejny wyraził mentalne zdziwienie faktem, że ten człowiek potrafił się rumienić.

Gdy byliśmy tylko we dwóch zachowywał się ZUPEŁNIE inaczej – Anakin wysnuł podobny wniosek już wczoraj, ale dzisiaj dodatkowo się w nim upewnił.

- No co? – Qui-Gon wciąż przemawiał tym samym, pozornie niezainteresowanym tonem. – Sam powiedziałeś, że nie jest w stanie wejść ci do głowy. W przypadku jego umiejętności, czy raczej ich braku, Tarcza nie robi żadnej różnicy.

Obi-Wan pokręcił głową i zrobił to, o co go poproszono. A przynajmniej tak sugerował jego wyraz twarzy, bo próby czytania w myślach, które podejmował Anakin, wciąż wyglądały tak samo – czyli marnie. Chłopiec był przekonany, że gdyby Kenobi rzeczywiście opuścił Tarczę, w otaczającej ich Mocy zaszłaby jakaś zmiana. Ale tak się nie stało. Czy to oznaczało, że…

- Wcale nie opuściłeś Tarczy? – chłopiec uważnie przyjrzał się twarzy starszego kolegi.

W odpowiedzi tamten wydał jedynie ciche parsknięcie.

- A więc jej nie opuściłeś! – Anakin wykrzyknął z pretensją.

- Cóż, najwyraźniej nie ma znaczenia, czy opuszczam ją, czy nie – Obi-Wan jedynie wzruszył ramionami. – Ty i tak nie umiesz tego poznać.

Uch, co za wstręciuch!

Wczoraj NAPRAWDĘ był milszy – z żalem pomyślał Anakin.

- Twoja twarz bez wyrazu jest dużo gorsza niż ta cała Tarcza – burknął, zanim zdążył ugryźć się w język. – Mógłbyś myśleć sobie coś wstrętnego, a ja w życiu bym się o tym nie dowiedział.

O kurde! Znowu palnął coś durnego kompletnie bez zastanowienia. Jednak nie zdążył nawet wpaść w panikę, gdyż Qui-Gon puścił do niego oko i z uśmiechem oznajmił:

- Jest wiele rzeczy, o których nie wiesz, Ani. Na przykład taka, że Obi-Wan w rzeczywistości się o ciebie martwi. Już wcześniej zauważył, że masz lekko poharatane dłonie, i zastanawia się, do jakich strasznych prac zmuszał cię Watto. Uważa, że dzieci w tym wieku nie powinny mieć takich dłoni.

- Byłbym wdzięczny, gdybyś nie podawał moich myśli do wiadomości publicznej, Mistrzu! – ponownie wyrywając chłopcu rękę, syknął Obi-Wan.

- Już dawno nie słyszałem, byś pomyślał coś tak uroczego – Qui-Gon przepraszająco wzruszył ramionami. – Nie mogłem się powstrzymać.

- Aha – Kenobi ukrył dłonie w rękawach płaszcza i spojrzał na nauczyciela spode łba. – Powinienem domyślić się, o co tak naprawdę chodziło. Chciałeś, bym opuścił Tarczę, bo sam planowałeś pogrzebać mi w głowie, prawda?

- Z roku na rok jesteś coraz sprytniejszy. Muszę być o krok przed tobą.

- Cóż…

- Och, daj spokój! Nie czujesz się samotny, gdy przez tyle czasu siedzisz we własnej głowie zupełnie sam? Ja na twoim miejscu zanudziłbym się na śmierć.

- Tak, ja wiem, że ty byś się zanudził, Mistrzu.

Na pierwszy rzut oka mogło to wyglądać na sprzeczkę, jednak atmosfera między dwoma Jedi wcale nie była nieprzyjemna. Przeciwnie – obaj w jakimś stopniu czerpali frajdę z przekomarzania się ze sobą. Nawet Obi-Wan. Udawał, że wciąż ma do swojego nauczyciela pretensje, ale zdradzały go oczy – Anakin nie przegapił ukrytego w nich ciepłego blasku.

Obserwowanie tego typu sceny było na swój sposób poruszające, ale jednocześnie sprawiało, że chłopiec czuł się nieco wykluczony. Jak niepasujący element układanki.

- Ja też chciałbym móc wejść komuś do głowy – odezwał się, rozpaczliwie pragnąc przypomnieć dwóm Jedi, że nadal tu jest. – Mistrzu Qui-Gon, co robię źle?

Oczy miał wbite w starszego z mężczyzn, ale kątem oka zauważył, że Kenobi śmieje się pod nosem. Ile by dał za możliwość kopnięcia go w łydkę!

- No właśnie, Obi-Wan – również Qui-Gon zauważył reakcję swojego Padawana. – Powiedz Anakinowi, co robi źle.

Młodszy z Jedi od razu zaprzestał dyskretnych chichotów. Miał minę jakby śmiał się ze sprzątaczki i za karę wciśnięto mu do ręki mopa.

- Dlaczego ja? – zapytał, nieznacznie się krzywiąc. – Przecież to ty planujesz zostać jego Mistrzem. Byłoby lepiej, gdybyś ty mu to wytłumaczył.

- Może i tak, ale widzę, jak bardzo palisz się do przejęcia pałeczki.

- Wcale się nie…

- Ależ proszę, nie krępuj się! Chcę wybadać twoje zdolności obserwacyjne.

Widząc, że protesty nie mają sensu, Obi-Wan pokręcił głową, i skierował zmęczony wzrok na Anakina. Chłopiec wiedział, że nie powinien, ale czuł szczyptę mściwej satysfakcji. Był niemal pewien, że Kenobi bronił się przed wytknięciem mu błędów, bo tak naprawdę nie umiał ich wskazać.

Masz za swoje! – pomyślał, patrząc młodemu mężczyźnie w oczy.

Obi-Wan chwilę się zastanowił.

- Zanim przyszedłem, próbowałeś połączyć umysł z Mistrzem Qui-Gonem, tak? – zapytał wreszcie.

Anakin energicznie pokiwał głową.

- Niech zgadnę – Kenobi westchnął w taki sposób, jakby został zmuszony do zdradzenia czyjegoś sekretu. – Zapewne myślałeś o wszystkim, co dla ciebie zrobił… O tym, że okazał ci zaufanie, powierzając los misji w twoje ręce, o tym, że cię uwolnił, o tym, że chce zrobić z ciebie Jedi, i w ogóle o tym, że jest wspaniały, silny i pełny współczucia. Właśnie o tym myślałeś, prawda?

Strzał w dziesiątkę! Podobnie jak i wczoraj, również teraz Obi-Wan zszokował małego towarzysza, odgadując jego myśli z taką samą łatwością, z jaką Watto odgadywał wyniki wyścigów. Poza ostatnim, znaczy się.

W pierwszym odruchu chłopiec wydał jęk zaskoczenia, ale po chwili uświadomił sobie, że jego starszy kolega wcale nie ujawnił niczego wstydliwego. Jak na to nie patrzeć, powiedział tylko o uczuciach, które wyłącznie schlebiały Qui-Gonowi, i o których sam Qui-Gon powinien doskonale wiedzieć. Zresztą nie tylko Qui-Gon. Gdyby kierować się zdrowym rozsądkiem, nawet ktoś niebędący Jedi mógłby podejrzewać Anakina o tego typu myśli.

Chłopiec niepewnie skinął głową.

- Myślałeś o tym, co się między wami wydarzyło i jak ty się z tym czujesz – Obi Wan spojrzał mu w oczy – ale nie o tym, jak ON się z tym czuje. Mylę się?

Zamiast odpowiedzieć, Anakin wytrzeszczył oczy.

Hę? Jak czuje się Qui-Gon?

Kenobi musiał wyczytać coś z jego twarzy.

- Uwolnił cię, co cię uszczęśliwiło – mówił, nawet na moment nie spuszczając opanowanego wzroku z chłopca. – Uwierzył w ciebie, przez co poczułeś się ważny. To nic złego, że tak czujesz. Ale to są twoje uczucia. Są pełne Mistrza Qui-Gona, ale główną rolę wciąż odgrywasz w nich ty. To dlatego Moc pokazuje ci wyłącznie twoją własną głowę, a nie jego głowę. Bo tak naprawdę nie zastanawiasz się nad tym, jak on to wszystko widzi. „Czy decyzja zabrania mnie z Tatooine była dla niego trudna? Jak zniósł słowa Rady? Co sądzi o zbliżającej się akcji? Martwi się, czy raczej jest absolutnie pewien sukcesu?" Jest tyle pytań, które mógłbyś sobie zadać, ale tego nie robisz.

Serce wyzwolonego przez Qui-Gona dziecka wydało kilka zawstydzonych drgnięć. To zabrzmiało tak, jakby był jakimś egoistą, w ogóle nie zawracający sobie głowy innymi. Ale przecież wcale tak nie było! Oczywiście, że obchodziło go uczucia Qui-Gona. Obchodziły go, więc dlaczego… Właściwie to dlaczego nigdy się nad nimi nie zastanowił?

- Ponieważ jesteś dzieckiem – ton Obi-Wana nadal był rzeczowy i obojętny, ale Anakinowi wydawało się, że wyczuł w nim delikatność. – Dzieci nie są od tego, by zawracać sobie głowę problemami dorosłych. Nie myślisz o uczuciach Mistrza Qui-Gona, bo… całkiem słusznie, zresztą… zakładasz, że to ON powinien martwić się o ciebie, a nie TY o niego.

„Całkiem słusznie, zresztą" – te słowa poruszyły chłopca bardziej niż jakakolwiek inny fragment całego tego wywodu. Będąc niewolnikiem już od maleńkości polegał prawie wyłącznie na sobie, no może odrobinę na mamie – choć i od tego zaczynał się powoli odzwyczajać. Nikt nigdy mu nie powiedział, że ma prawo tak po prostu przebywać pod opieką jakiegoś dorosłego, o nic się nie martwiąc.

To… była miła odmiana.

- No i dochodzi jeszcze fakt, że w zasadzie go nie znasz – Kenobi dodał, z lekka kąśliwie. – Oprócz tego, że jest wspaniałym Rycerzem Jedi i dobrym człowiekiem, tak naprawdę niewiele o nim wiesz.

„W przeciwieństwie do mnie" – zawisło w powietrzu.

Anakin poczuł drobne ukłucie zazdrości.

- Dopóki ten stan rzeczy się nie zmieni, jego głowa będzie dla ciebie niedostępna. – Ponownie kręcąc głową, Obi-Wan powrócił do wcześniejszego, obojętnego tonu. – Podobnie jak twoja głowa dla niego. Tego typu komunikacja zawsze działa w dwie strony. Ponieważ nie przyjmujesz jego punktu widzenia, więź między wami jest za słaba. Choć nie blokujesz go w świadomy sposób, nie wysyłasz mu też jednoznacznego zaproszenia, by wszedł do twojego umysłu. Bez współpracy z twojej strony nawet bardzo doświadczony Mistrz zdoła poznać ledwie zarys twoich myśli, a nie ich dokładny zapis.

Przypomniawszy sobie, że Qui-Gon nadal przy nich stoi, i że uważnie tego wszystkiego słucha, Anakin szarpnął głową w jego stronę.

- Ma rację – „Bardzo Doświadczony Mistrz" przepraszająco wzruszył ramionami.

Chłopiec czuł się nieco rozczarowany jego reakcją. Owszem, domyślił się, że wnioski Obi-Wana spotkają się z aprobatą… ale miał chociaż nadzieję, że Qui-Gon w jakimś stopniu zaprzeczy tej oburzającej sugestii, jakoby mały towarzysz nie chciał „zaprosić go" do swojej głowy.

- Nie patrz tak na mnie, Ani – nauczyciel Kenobiego lekko się uśmiechnął. – Nie ulega wątpliwości, że staliśmy się dla siebie ważni, ale do swobodnego przepływu myśli potrzeba czegoś więcej. Twoja głowa jest jak twój dom. Nie wystarczy, że byłbym w nim mile oczekiwanym gościem. Dopóki sam nie otworzysz mi drzwi, mogę zajść co najwyżej do ogródka.

To było dobre porównanie. Może nawet ZA dobre!

Bo właśnie w tym momencie Anakin przypomniał sobie okoliczności, w jakich pierwszy raz zaprosił Qui-Gona do swojego rzeczywistego domu, ze szczególnym uwzględnieniem hulającej w tamtym czasie burzy piaskowej. A potem przypomniał sobie upokarzającą sytuację, która wydarzyła się w maszynowni. Wnioski płynące z obu wspomnień stworzyły tak bulwersującą scenę, że chciało się wyć ze wściekłości i oburzenia.

Anakin wyobraził sobie, że burza piaskowa nadal szaleje, a Qui-Gon z jakiegoś powodu nie może wejść do niego do domu. Jest zmuszony zostać „w ogródku", czy w tym przypadku – na ulicy, więc stoi i męczy się z wiatrem, który bezlitośnie wrzuca mu do oczu kłujące drobinki. A potem przychodzi Obi-Wan, kopniakiem otwiera drzwi do „rezydencji" Skywalkerów, i jak gdyby nigdy nic, z butami, bezczelnie, bez jakiegokolwiek zaproszenia, włazi sobie do środka. Z jakiej, kurde, racji?! Aha, bo tak postanowiła Moc.

Ta cała Moc nie tylko zachowuje się głupio – uznał wkurzony Anakin. – To zwyczajna zdzira!

- Wyczuwam w twojej głowie straszny chaos, Ani – Qui-Gon troskliwie zmarszczył brwi. – Zrozumiałeś cokolwiek z tego, co powiedziałem? Z tego, co którykolwiek z nas powiedział? – dodał, wymieniając z Obi-Wanem porozumiewawcze spojrzenie.

Obaj mieli wkurzające miny dorosłych myślących coś w stylu „to jeszcze dziecko, nic dziwnego że nie rozumie". Dziewięciolatek przez moment miał ochotę ich za to kopnąć.

- Nie zrozumiałem, bo to jest bez sensu! – wyrzucił z siebie pełnym pretensji tonem. – Skoro jest tak, jak mówisz, to dlaczego Obi-Wan czytał mi wcześniej w myślach?

- Słucham? – Qui-Gon zmarszczył brwi, a na jego mądrym obliczu pierwszy raz odbiła się dezorientacja. – Ani, o czym ty mówisz?

- Właśnie – sekundę po swoim Mistrzu dorzucił Obi-Wan. – O czym?

Jak to „o czym"?!

Pytanie Kenobiego tak zaskoczyło Anakina, że chłopiec na moment zapomniał języka w gębie. Zresztą, nie tylko samo pytanie. Również ton – bezbarwny i całkowicie pozbawiony drżenia, a mimo to różniący się od typowego opanowanego tonu Obi-Wana. Ten był bardziej… sztuczny. Jakby wyćwiczony przed lustrem.

Nie wie, o czym mówię? – dziwił się Anakin. – Czyżby zapomniał? Ale to przecież niemożliwe!

Co jak co, ale wizja siebie jako gosposi małego chłopca i swojego byłego Mistrza, raczej nie była wspomnieniem, które „ot tak" odpływało w najdalsze odmęty pamięci. Podobnie jak fakt poznania rzeczonej myśli bez pozwolenia właściciela! Kenobi wydawał się o wiele za młody na sklerozę… Czyżby dziury w pamięci zostały wywołane koncentrowaniem się na misji?

Anakin nie był pewien, czy dobrze robi, wywlekając wstydliwą sprawę na światło dzienne, ale reakcja starszego kolegi tak go zaintrygowała, że nie potrafił się powstrzymać. Zebrał całą odwagę, jaką miał, przełknął ślinę i spojrzał prosto w niebieskie oczy Obi-Wana.

- No bo… eee… pamiętasz, jak rozmawialiśmy o tym, jak mieszkają Jedi?

- Pamiętam – Kenobi ostrożnie skinął głową.

- No i wtedy ja… umm… pomyślałem sobie coś dziwnego… coś, czego nie powinienem, a ty… no… wszedłeś do moich myśli i wszystkiego się dowiedziałeś. Pamiętasz?

- Jesteś pewien, że nic ci się nie pomieszało, Ani? – zamiast Obi-Wana odpowiedział Qui-Gon. Wodził zdumionym wzrokiem od młodego mężczyzny do małego chłopca, jakby nie mógł się zdecydować, u którego z nich szukać rozwiązania nurtującej go łamigłówki. – Znasz mojego Padawana jeszcze krócej niż mnie. Praktycznie nic o sobie nie wiecie. Gdyby któryś z was zdołał wejść drugiemu do głowy, byłoby to zdumiewające.

- Nie zdumiewające, a niemożliwe, Mistrzu – oschle rzucił Obi-Wan. – Bo podobna sytuacja wcale nie miała miejsca.

- Nie? – wyraźnie zbity z tropu, Qui-Gon zmrużył oczy.

- Nie?! – jak echo powtórzył za nim Anakin.

Kenobi zerknął z ukosa na chłopca i cicho się roześmiał. Ale nie w ten sam sposób, co zwykle. Podobnie jak poprzednim razem, coś w jego wyrazie twarzy zalatywało fałszem.

- Wcale nie czytałem ci w myślach – oświadczył. – Po twojej minie wywnioskowałem, że wyobrażasz coś dziwnego i głupiego, więc postanowiłem cię wkręcić. Użyłem takich słów, by zasugerować ci, że poznałem twoje myśli. Ale wcale tak nie było. Wybacz. To był głupi żart.

Myśli Anakina pędziły niczym impulsy w obwodach przeprogramowanego droida, bezskutecznie próbując dostroić się do nowego stanu rzeczy. A więc Obi-Wan nie tyle zapomniał, co po prostu udawał? Ale przecież…

- N-nie – hardo patrząc starszemu koledze w oczy, chłopiec nieśmiało zaprzeczył. – To wcale nie był żart. Dokładnie opisałeś to, co myślałem. Znaczy… nie opisałeś, ale… jakby…

Nie umiał ubrać tego w słowa, ale doskonale pamiętał, co widział. I mógłby się pokroić, że reakcja Kenobiego – cała mimika jego twarzy oraz ton głosu – nie była żadną próbą wkręcenia, ale autentycznym wzburzeniem wywołanym odczytaną myślą.

- Po prostu miałem farta – Obi-Wan nonszalancko wzruszył ramionami. – Jako dziecko też myślałem o różnych głupotach. To, co ci powiedziałem, mogło odnosić się do czegokolwiek, ale ty z miejsca uznałeś, że odnosi się do twoich myśli. Dość łatwo dałeś się oszukać.

Nie! To nieprawda!

Anakin nie mógł znieść, że podejrzewano go o taką naiwność! Nie miał zamiaru kupować bajeczki o tym, że ktoś byłby w stanie „po prostu odgadnąć" równie precyzyjną i bezczelną myśl. To było zwyczajnie niemożliwe! Podobnie jak niemożliwym było przegrywanie w kości przez caluteńką partię, tylko po to, by w ostatniej i kluczowej rundzie okazać się największym farciarzem w galaktyce.

Zresztą, to nie była tylko kwestia rozsądnych argumentów. Coś… jakiś dziwny instynkt (może nawet ta cała Moc?) krzyczał chłopcu do ucha, że to, co wydarzyło się w maszynowni, było DOKŁADNIE tym, co się wydarzyło, a nie „żarcikiem", jak próbował mu wmówić Obi-Wan.

Jak wmawiał nie tylko jemu.

- Nie było żadnego czytania w myślach, Mistrzu – ze skruszoną miną, Kenobi pochylił przed Qui-Gonem głowę. – Po prostu droczyłem się z dzieciakiem. Wiem, że to niewłaściwe, ale nie mogłem się powstrzymać. Przepraszam za moje niedojrzałe zachowanie. Ciebie również przepraszam – posłał Anakinowi krótkie skinienie.

Nie chcę twoich przeprosin! – chłopiec miał ochotę jęknąć. – Chcę wiedzieć, czemu kłamiesz.

Nie żeby jakoś specjalnie zależało mu na tym, by prawda wyszła na jaw. Po prostu chciał zrozumieć! Wcześniej czuł coś na kształt dumy, bo wydawało mu się, że rozszyfrował chociaż część zagadki, jaką był dla niego Obi-Wan Kenobi. Może i nie miał dość materiału do napisaniu książki o uczniu Qui-Gona, ale niektóre rzeczy zaczął uważać za niezbite fakty.

Jak na przykład to, że Obi-Wan był z natury osobą szczerą (momentami zbyt szczerą?), unikającą kłamstwa, chyba że było to absolutnie konieczne. Świadczył o tym chociażby sposób, w jaki dał Anakinowi do zrozumienia, że nie aprobuje jego treningu z mieczem świetlnym. Nie rzucił fałszywego „nie mam nic przeciwko", tak jak zrobiłoby to wiele innych osób. Zamiast tego stonował swoją wypowiedź, tak by wciąż powiedzieć prawdę, ale możliwie jak najmniej chłopca zranić.

A teraz bez mrugnięcia okiem wypowiedział kłamstwo. I już pal sześć, że dziecku, które ledwie znał… ale swojemu mentorowi i Mistrzowi?!

Anakin uważnie obserwował twarz Qui-Gona, licząc, że doświadczony mężczyzna okaże się zbyt mądry, by zostać oszukanym przez własnego Padawana… ale akurat gdy starszy z Jedi zaczął wyglądać, jakby rozważał prawdziwość usłyszanych słów, pojawiło się niespodziewane zakłócenie. Czy też, jak mawiali poniektórzy, „zakłócenie w Mocy".

- Quiggon! – nieopodal nich zza drzewa wyjrzał Jar Jar. – Quiggon pomóż, na Moję poluje zabójca!

Przewracając oczami, Mistrz Jedi poszedł wysłuchać opowieści wystraszonego Gungana. Anakin nie zaprzątał sobie głowy tą rozmową (czy raczej piskliwym monologiem rodowitego mieszkańca Naboo), zbyt zajęty próbami rozgryzienia Obi-Wana.

Czemu miałby kłamać? – rozmyślał, wpatrując się w młodego mężczyznę, który z kolei uważnie wpatrywał się w Jar Jara, z każdym usłyszanym słowem coraz wyżej unosząc brwi. – Fakt, że umie wejść mi do głowy, to chyba powód do dumy, no nie? Takie coś może oznaczać, że jest równie niezły, co ci cwaniacy z Rady. A skoro tak, to czemu nie chce się przyznać?

Kenobi nagle spojrzał prosto na Anakina i chłodno zwęził oczy, jakby chciał go za coś skarcić. A gdy sekundę później wrócił Qui-Gon chłopiec zaczął żałować, że nie wsłuchiwał się w utyskiwania Jar Jara. Wówczas mógłby chociaż trochę przygotować się na to, co miało za chwilę nastąpić.

- Dobra, Obi-Wan, to już lekka przesada – Qui-Gon skrzyżował ramiona i zgromił Padawana wzrokiem. – Rozumiem, że on cię wkurza, ale to jeszcze nie powód, by bawić się Mocą i rzucać w niego spróchniałymi pieńkami.

Wargi młodego mężczyzny lekko zadrżały – Anakin mógł bez trudu wyobrazić sobie, ile wysiłku kosztowało Obi-Wana powstrzymanie się od wykrzyknięcia szczerego, zbulwersowanego „Ale to nie ja!"

Choć to i tak w porównaniu z wysiłkiem, który chłopiec wkładał w zachowanie zimnej krwi. Dobrze, że istniały takie rzeczy jak superszybkie wyścigi. Wyobrażanie sobie siebie w kokpicie ukochanego ścigacza naprawdę przydawało się w tego typu momentach. Jednak nie zawsze wystarczało, by wykaraskać się z kłopotów.

W tym przypadku kłopotem nie było to, że Anakin nie miał odwagi się przyznać. Uważał się za prawdziwego małego faceta, i prędzej przyjąłby na klatę dwadzieścia batów (już kiedyś to zrobił), niż pozwolił, by ktoś inny obrywał za jego psoty. Problem w tym, że gdyby przyznał się do podnoszenia pieńka, musiałby powiedzieć, KTO go tego nauczył.

No naprawdę – uświadomił sobie z przerażeniem – załatwił Obi-Wana na cacy! Czego by nie zrobił, nie miał najmniejszych szans na powstrzymanie nadchodzącego ochrzanu. Jedynym luksusem, jaki posiadał w tej sytuacji jego starszy kolega, była możliwość wyboru – czy lepiej być nieposłusznym Padawanem, za plecami Mistrza uczącym jakiegoś dzieciaka podnoszenia przedmiotów, czy może niesfornym Padawanem-sadystą, obrzucającym niewinnych Gunganów spróchniałymi pieńkami?

Najwyraźniej to drugie.

- Wybacz, Mistrzu. Nie mogłem się powstrzymać.

Anakin nie wiedział, czy staje się lepszy w używaniu Mocy, czy może to tylko jego wyobraźnia, ale mógłby przysiąc, że wyczuł lecące w swoim kierunku wściekłe wibracje Obi-Wana.

A nie mówiłem, bachorze? – w pamięci chłopca rozbrzmiał złośliwy głos Watto. – Po jednym dniu nawet Jedi będą mieli cię dość!

- Nie wiem, co się ostatnio z tobą dzieje – zupełnie ignorując Skywalkera, Qui-Gon spojrzał na swojego Padawana i z rezygnacją pokręcił głową. – Dokuczasz dzieciom, terroryzujesz mało rozumne istoty… do tego nadal nie chcesz mi powiedzieć, skąd masz siniaka z tyłu głowy i zaczerwienienie na nosie. Gdybym cię nie znał, zacząłbym myśleć, że za moimi plecami wdajesz się w bójki.

- Przecież ci mówiłem, że ugryzł mnie komar – odparował Obi-Wan.

Mistrz chciał coś na to odpowiedzieć, ale nie zdążył, bo usłyszał kolejne wołanie o pomoc wypowiedziane głosem Jar Jara. Tym razem Gungan zaczepił się o pieniek i nie mógł uwolnić nogi.

Qui-Gon zrezygnował ze sztorcowania Padawana, zamiast tego posyłając młodemu mężczyźnie pełne nadziei spojrzenie. Ewidentnie liczył na to, że jego uczeń zgłosi się na ochotnika do niewdzięcznego zadania, jakim był ruszenie nierozgarniętemu głupolowi z pomocą. Obi-Wan jednak jedynie wzruszył ramionami.

- To ty przygarnąłeś tę Żywą Moc, Mistrzu.

„Więc teraz TY ją ratuj" – głosił ukryty przekaz.

Z miną pod tytułem „mam, co chciałem" Qui-Gon odszedł pomóc nieszczęsnemu stworzeniu. Anakin wyczuł w tym jedyną okazję do poznania prawdy.

- Powiedz… - dyskretnie zwrócił się do Obi-Wana.

- Hm?

Kenobi w ogóle nie zawracał sobie głowy chłopcem. Jego roześmiane oczy pozostawały wbite w Qui-Gona i Jar Jara. Kiedy się do niego odezwano, wydał pomruk właściwy osobie, której przerwano oglądanie ulubionego programu telewizyjnego. Jak na gust Anakina, czerpał trochę zbyt wielką frajdę z obserwowania, jak jego Mistrz próbuje różnych sposobów na wyrwanie nogi Gungana spod korzenia (najpierw siła fizyczna, potem Moc, a na koniec miecz świetlny).

Ciekawe, czy obserwowanie niedoli własnych Mistrzów rzeczywiście było takie zabawne? Anakin jeszcze nie miał Mistrza, więc nie wiedział.

Postanowiwszy, że nic już go nie rozproszy, potrząsnął głową.

- Dlaczego wtedy skłamałeś? – zapytał cicho.

- Daj spokój – Obi-Wan przewrócił oczami. – Nie jestem rozwydrzonym bachorem, by żalić się otoczeniu, że dostałem po głowie od dziewięciolatka. A poza tym, nie uderzyłeś mnie specjalnie.

- Nie! Znaczy… umm… Nie to kłamstwo miałem na myśli.

- Wybacz, ale wolałbym nie mówić mojemu Mistrzowi, że uczyłem cię, jak korzystać z Mocy – z ust młodego mężczyzny wyszło zrezygnowane westchnienie. – Gdyby się o tym dowiedział, jego kazanie nie skończyłoby się aż do następnej kadencji Senatu. Jeśli chcesz zrobić mi przysługę, to lepiej wstrzymaj się z podnoszeniem spróchniałych pieńków do czasu, aż zostaniesz oficjalnie zaakceptowany przez Radę.

- Nie, nie! Ja nie… Chciałem powiedzieć… Przepraszam, że zrobiłem ci coś takiego. Wiem, że nie powinienem, a teraz masz przeze mnie kłopoty. Tylko że… chodziło mi o inne kłamstwo.

- O? To było jakieś jeszcze?

Obi-Wan był naprawdę dobry w udawaniu, że nie wie, o co chodzi. Wnerwiająco dobry! Oczy Anakina na moment spoczęły na Qui-Gonie. Chłopiec wiedział, że ma mało czasu, więc postanowił nie bawić się w podchody.

Niepewnie szarpnął Obi-Wana za rękaw płaszcza, próbując zachęcić młodego mężczyznę, by ten na niego spojrzał. Kenobi niechętnie oderwał wzrok od zmagań swojego Mistrza.

- Kiedy powiedziałem… - zaczął Anakin. – Znaczy… Kiedy wyrwało mi się, że czytałeś mi w myślach, powiedziałeś Qui-Gonowi, że to był tylko żart. Dlaczego skłamałeś?

- Nie skłamałem.

- Właśnie, że tak!

Zawstydzony własnym zachowaniem, chłopiec nieznacznie zadrżał. Zwracanie się do Obi-Wana w taki sposób chyba nie było najlepszym pomysłem…

Mimo to Kenobi jedynie posłał mu rozbawione spojrzenie. Nie! Ono nie było rozbawione – niebieskie oczy jedynie udawały rozbawienie, ale w rzeczywistości kryło się w nich ciche ostrzeżenie.

- Jeszcze nie jesteś Jedi – bezbarwnym tonem oznajmił Obi-Wan. – Ani nawet Adeptem Jedi. Jesteś tylko wrażliwym na Moc chłopcem, który łatwo ulega emocjom. Nie jesteś w stanie poznać, kiedy ktoś kłamie.

- Wiem, że ty kłamałeś – Anakin dzielnie nie odwrócił wzroku.

- Nie kłamałem. Wmawiasz sobie, że wszedłem ci do głowy, bo nie możesz pogodzić się z myślą, że tak łatwo cię oszukałem. Jak na takiego małego dzieciaka masz w sobie dużo dumy. To ona nie pozwala ci dostrzec prawdy.

W pierwszym odruchu chłopiec chciał odpowiedzieć wybuchem złości, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Gdyby zareagował w taki sposób, tylko potwierdziłby wcześniejsze stwierdzenie Obi-Wana – że był tylko dzieciakiem, który łatwo ulegał emocjom. Postanowił podejść do sprawy inaczej. Spokojniej.

- Nie powiem Qui-Gonowi, że skłamałeś – wyszeptał, niepewnie zagryzając dolną wargę. – Nie jestem skarżypytą. Chcę tylko wiedzieć, czemu nie powiedziałeś prawdy.

Wydawało mu się, że przez ułamek sekundy ujrzał przemykający w niebieskich tęczówkach ciepły blask… może nawet coś na kształt uznania? Po chwili jednak oczy Obi-Wana na powrót stały się poważne.

- Qui-Gon jest doświadczonym Mistrzem Jedi – oświadczył Kenobi. – Zapewniam cię, że nie potrzebowałby pomocy małego chłopca, by zauważyć, że własny Padawan go okłamuje. Nie powiedział nic, ponieważ nie skłamałem.

- Może zasłoniłeś się tą swoją Tarczą?

- Ma swoje metody na sforsowanie jej.

- Wiem, że kłamałeś!

Obi-Wan zaczynał wyglądać na lekko zirytowanego przeciągającą się dyskusją. Obrócił się, by stać dokładnie naprzeciwko chłopca, a kiedy otworzył usta, zrobił to z miną osoby planującej raz na zawsze uciąć temat.

- Widzę, że jesteś uparty jak Toydarianin podczas handlu – (żadne porównanie nie oburzyłoby Anakina bardziej niż właśnie to!) – więc spróbuję wytłumaczyć ci wszystko jeszcze raz, w sposób jasny i logiczny. Wymiana myśli, czy też „wchodzenie komuś do głowy" nie dzieje się „tak po prostu". To nie to samo co zwykłe podnoszenie pieńka. Muszą zostać spełnione określone warunki. Każdy z nas musiałby interesować się uczuciami drugiego. Nie tylko ja twoimi, również ty moimi. Czy tak jest? Nie. A poza tym, musielibyśmy myśleć o sobie nawzajem dostatecznie często i długo, by wytworzyła się więź. Czy tak jest? Nie. Odkąd opuściłeś Tatooine, ty i ja odbyliśmy zaledwie dwie rozmowy, z czego pierwsza trwała jeden krótki uścisk dłoni. To, co twoim zdaniem się wydarzyło, NIE miało prawa się wydarzyć. Padłeś ofiarą kawału z mojej strony i ponownie cię za to przepraszam.

Młody mężczyzna na powrót skupił całą uwagę na Qui-Gonie, dając do zrozumienia, że uważa dyskusję za zakończoną. Dla niego sprawa mogła być zamknięta, ale nie dla Anakina.

Prawdę mówiąc, po tym, co usłyszał, chłopiec nabrał jeszcze większego przekonania, że wcześniejsza wymiana myśli rzeczywiście mogła mieć miejsce.

Może i nie zastanawiałem się nad uczuciami Qui-Gona - uświadomił sobie – ale nad uczuciami Obi-Wana już tak.

Jednak tym razem nie poczuł się tym faktem rozdrażniony. Zrozumiał, że podobny stan rzeczy nie wziął się z tego, że lubił Obi-Wana bardziej niż Qui-Gona. Nie. Chodziło bardziej o to, że… od początku wiedział, jak bardzo był dla Qui-Gona ważny i to dawało mu poczucie bezpieczeństwa. Po co miałby rozmyślać nad uczuciami Qui-Gona, skoro Jinn tak czy siak stał po jego stronie?

Nie to, co Obi-Wan.

Od czasu niefortunnego spotkania z Radą, Anakin rozmyślał o uczuciach młodego mężczyzny wręcz obsesyjnie. Bał się, że zraził do siebie człowieka, który był ważny dla Qui-Gona, ale jednocześnie nie miał zbyt wielu dowodów na niechęć Kenobiego. Dlatego przypatrywał się Obi-Wanowi, próbując go rozgryźć, jak robota o nieznanym systemie operacyjnym. Czy to możliwe, że w ten sposób otworzył jakieś drzwi w swoim umyśle? Czyżby niechcący „zaprosił" starszego kolegę do swojej głowy, czego efektem była wcześniejsza niezręczna sytuacja?

Ale przecież… Obi-Wan i Qui-Gon wyraźnie powiedzieli, że do czegoś takiego potrzebna była inicjatywa dwóch osób. Nie wystarczyło, że Anakin przejmował się uczuciami starszego kolegi. Żeby mogło dojść do wymiany myśli, również Kenobi musiałby interesować się zawartością głowy małego towarzysza. A to przecież był absurd!

Na pierwszy rzut oka. Ale po dłuższym namyśle… Czy na pewno?

Zanim Qui-Gon praktycznie zmusił go do spędzenia czasu z Obi-Wanem, Anakin żył w przekonaniu, że młodszy z Jedi myśli o nim jak o irytującym balaście. I że prawdopodobnie fantazjuje o zostawieniu go w najbliższym sierocińcu, by znowu mieć swojego Mistrza tylko dla siebie. Jednakże…

Jest wiele rzeczy, o których nie wiesz, Ani – w głowie chłopca zabrzmiał melodyjny głos Qui-Gona. - Na przykład taka, że Obi-Wan w rzeczywistości się o ciebie martwi.

Ciężko uznać to stwierdzenie za prawdę. Anakin chciał, by była to prawda, ale wciąż zbyt mało wiedział o Kenobim, by „tak po prostu" w to uwierzyć. Coraz bardziej się w tym wszystkim gubił!

Gdyby Obi-Wan miał go gdzieś, to logicznym byłoby, że wcale nie czytałby mu w myślach. Jeszcze logiczniejsze było to, że robiłby mu różne wstrętne kawały.

Natomiast, jeśli w rzeczywistości troszczył się o Anakina, i naprawdę czytał mu w myślach… To fakt, że nie chciał się do tego przyznać był zupełnie nielogiczny.

Qui-Gon wreszcie wrócił ze zmagań z Jar-Jarem.

- Najgrubszy pieniek w całej galaktyce! – pożalił się, kręcąc głową. – Musiałem machnąć mieczem świetlnym aż pięć razy, by wreszcie go przeciąć. To chyba znak, że się starzeję… a mój młody i silny Padawan nawet nie zaproponował mi pomocy!

- Może to i dobrze, że wkrótce zmienisz Padawana? – z lekkim przekąsem odparł Obi-Wan.

Wyczuwając nawiązanie do swojej osoby, Anakin przeraził się, że oto nachodzi wstęp do jakiejś poważnej kłótni. Zanim jednak zdążył porządnie się zmartwić, nadeszła rozbawiona odpowiedź Qui-Gona.

- Myślę, że czas najwyższy - w oczach doświadczonego mężczyzny migotały wesołe ogniki – byś TY miał własnego Padawana, który przyprawiałby cię o ból głowy.

Policzki Obi-Wana gwałtownie poczerwieniały. Anakin zastanowił się od niechcenia, czy ci dwaj nie prowadzili przypadkiem jakiegoś prywatnego pojedynku na riposty. Jeśli tak, Qui-Gon wygrywał.

- N-nawet tak nie żartuj, Mistrzu! – Kenobi mruknął, nerwowo szarpiąc za opadający na ramię warkoczyk. – Branie odpowiedzialności za ucznia zaraz po przejściu Prób to fatalny pomysł. A gdy ostatni raz sprawdzałem, byłem zdrowy na umyśle.

- Wiek nie musi być wyznacznikiem wiedzy – Qui-Gon wzruszył ramionami. – Mój własny Mistrz miał dokładnie tyle lat, co ty, gdy wziął mnie na Padawana. A wcale nie czułem się przez to słabo wyszkolony.

- Trudno się dziwić – ku konsternacji Anakina, Obi-Wan lekko się skrzywił. – Nie umiem sobie wyobrazić, by ON nie był w stanie dobrze kogoś wyszkolić. I, prawdę mówiąc… Nie wiem, czy bycie porównanym do niego to w twoich ustach krytyka czy komplement, Mistrzu.

- Zarówno ty jak i on nie umiecie się powstrzymać przed doradzaniem innym. To wasza cecha wspólna. Jedyna, na szczęście.

W westchnieniu, którym Qui-Gon zakończył wypowiedź, dało się wyczuć lekkie podenerwowanie. Anakin zamrugał.

Na szczęście"? – zdziwił się.

Jego ciekawość nie została zaspokojona, bo w tym momencie Obi-Wan zdecydował się na nagłą zmianę tematu.

- Z nierozgarniętym Gunganem może i ci nie pomogłem, Mistrzu - młody mężczyzna sięgnął za pazuchę płaszcza – ale wyręczyłem cię w innej sprawie.

Nagle pojawił się mroczny wojownik! Chłopiec bez problemu go rozpoznał – przedziwne malowidła na twarzy, wystające z czubka głowy straszne kolce, żółte, przesiąknięte nienawiścią oczy…

Wydawszy wystraszony pisk, Anakin odruchowo zacisnął rączki na rękawie Qui-Gona.

- Spokojnie – Obi-Wan poczęstował go kpiącym uniesieniem brwi. – To tylko hologram.

Przecież wiem! – chłopiec miał ochotę odpowiedzieć.

Zażenowany swoją reakcją, powoli rozluźnił ściskające płaszcz palce. Nie mógł uwierzyć, że zrobił z siebie takiego mięczaka, i to na oczach dwóch Jedi! Wcześniej nigdy nie trząsł przed nikim portkami… nawet przez Sebulbą czy Gardullą Huttem.

Choć warto w tym momencie podkreślić, że Sebulba i Gardulla nie wyglądali nawet w połowie na tak strasznych jak mroczny wojownik. Nawet jeśli wspomniany mężczyzna był zaledwie maleńkim hologramem wyświetlanym z urządzenia w dłoni Obi-Wana. Przyglądanie mu się przez dłuższy czas wcale nie pomagało – wciąż wydawał się tak samo przerażający… ale zaraz! Im dokładniej Anakin się przypatrywał, tym bardziej wydawało mu się, że coś mu nie pasuje. Wojownik, który zaatakował Qui-Gona na Tatooine był podobny do tego tutaj, ale wyglądał nieco inaczej.

- Krewny naszego… znajomego? – z uwagą wpatrując się w hologram, doświadczony mężczyzna rozmasował podbródek.

- Jest Zabrakiem, Mistrzu – oznajmił Obi-Wan.

- Tak jak Mistrz Koh? Nie zgadłbym…

- Ja też nie, ale Quinlan mnie naprowadził. Niedawno wrócił ze szpiegowskiej misji na Iridonii. Twierdzi, że Zabrakowie, których tam spotkał, różnią się od plemienia Mistrza Koha. Są bardziej… hmm… No, powiedzmy, że nie są istotami, z którymi można spokojnie pójść na piwo.

Anakin był pewien, że słyszał już coś wcześniej o tym całym Quinlanie. Czy to przypadkiem nie był facet, o którym Kenobi mówił, że brał rzeczy bez pytania, a potem je psuł?

- Znając Quinlana, jestem niemal pewny, że pił z nimi nie tylko piwo – wznosząc oczy ku niebu, Qui-Gon wydał westchnienie rezygnacji.

- Możliwe – Obi-Wan wzruszył ramionami. – W końcu to Quinlan.

- Kiedy z nim rozmawiałeś?

- Wieczorem, gdy byliśmy jeszcze na Coruscant. Ty byłeś w tym czasie…

Zapadła niezręczna cisza. Anakin zapragnął w jakiś magiczny sposób wyparować z tego miejsca. Tak się akurat złożyło, że pierwszego wieczoru na Coruscant (i kilka wieczorów potem) Qui-Gon był z nim – zajęli dwa duże łóżka w apartamencie, który wspaniałomyślnie udostępnił im Senator Palpatine. Chłopiec był wtedy tak podekscytowany, że nie zastanawiał się, gdzie uwielbiany przez niego Mistrz Jedi na co dzień sypiał.

Teraz jednak wiedział, że Qui-Gon żył razem z Obi-Wanem w mieszkaniu znajdującym się w kwaterach Jedi. W mieszkaniu, do którego nie poszedł, bo wolał zaopiekować się Anakinem.

Brodaty mężczyzna ze spokojem wpatrywał się w Padawana, dając mu możliwość rzucenia złośliwego komentarza a propos tamtych kilku nocy. A jednak komentarz wcale nie nadszedł. Obi-Wan potrząsnął głową, a jego twarz zaczęła wyrażać czysty profesjonalizm.

- W każdym razie, zdobyłem od Quinlana kilka pożytecznych informacji. Zabrakowie są silni ponad przeciętność i nieprawdopodobnie wytrzymali… już od maleńkości cechują się wyjątkową odpornością na ból. To czyni ich idealnymi kandydatami na Jedi… albo na Mrocznych Lordów. Sithowie od zawsze byli znani ze znęcania się nad swoimi uczniami. Jeżeli masz rację, Mistrzu, i ten wojownik rzeczywiście jest jednym z nich, to powinniśmy założyć, że został wyszkolony, by walczyć do upadłego – głos Kenobiego nagle stał się cichy i bardzo ponury. – Zapewne był wielokrotnie karany przez swojego nauczyciela, aż wyrobił w sobie nawyk kompletnego ignorowania bólu. To czyni z niego bardziej maszynę niż człowieka. Podejrzewam, że będzie niewiarygodnie trudnym przeciwnikiem.

Na te słowa Anakin aż zadrżał. Qui-Gon jedynie lekko zmarszczył brwi.

- Aż dziw, że tak długo zwlekał z zaatakowaniem Jedi – westchnął, kręcąc głową.

- To, że zwlekał, wcale nie jest takie pewne, Mistrzu.

Starszy z mężczyzn posłał protegowanemu pytające spojrzenie. Pytające i zmartwione – jakby już przeczuwał odpowiedź.

- Zanim opuściliśmy Coruscant, sprawdziłem raporty o Jedi, którzy nie wrócili ze swoich misji – powiedział Obi-Wan. - W jednym z nich była mowa o zabrackim wojowniku.

- Ja również przeglądałem te raporty – Qui-Gon rozmasował podbródek. - To dziwne, że nie znalazłem podobnej informacji.

- To była wiadomość po twi'lecku, Mistrzu. Teksty w obcych językach często są wrzucane przez droidy do osobnych folderów.

- Twoja znajomość języków obcych naprawdę się przydaje. Nie wspominając o tym, że stałeś się bardzo uważny, Padawanie.

Pochwalny ton Mistrza wyraźnie poprawił Obi-Wanowi humor. Kontynuując przekazywanie złych wieści, Kenobi wyglądał na odrobinę mniej przygnębionego niż chwilę temu.

- Wiadomość została wysłana z planety Ryloth. Jeden z cywili widział jak jakiś Jedi ginie z ręki drugiego. Przeraził się i przesłał komunikat z prośbą o pomoc.

- Bratobójcza walka? – Qui-Gon zwęził oczy. – Nie dostaliśmy raportu o czymś takim.

- O kolorze miecza świetlnego nie było mowy, więc możliwe, że twi'lek, jako osoba nieznająca się na Jedi, nie uznał tej informacji za istotnej. Natomiast uznał za istotne wymienienie rasy zwycięskiego wojownika. To był Zabrak. I wiemy na pewno, że NIE był to Mistrz Koh. Droidy sklasyfikowały całą wiadomość za błąd albo pomyłkę. To dlatego upchnęły ją w jakieś odległe zamęty naszego archiwum. Nawet w folderach zarezerwowanych dla obcych języków ciężko było ją znaleźć.

- Droidy są inteligentne, ale nie zawsze można na nich polegać. Czy znalazłeś więcej podobnych poszlak, Padawnie?

- Takich jak ta? Nie. Ale w raportach o śmierci kilku Jedi było coś, co zapewne i tobie wydało się podejrzane, Mistrzu.

- Rany od miecza świetlnego.

- Właśnie. Świadkowie zeznawali, że członkowie naszego Zakonu zostali zapewne złapani w pułapkę i zabici przy pomocy własnych mieczy świetlnych. Jednak nikt nie widział podobnej sytuacji na własne oczy. Owszem, zdarza się, by ktoś stracił broń w trakcie walki, a potem od niej zginął, ale…

- Ale to sytuacja zdarzająca się raz na kilka lat! – Qui-Gon wydał zniesmaczone prychnięcie. - Nie raz na kilka miesięcy! Spójrzmy prawdzie w oczy, Obi-Wan… staliśmy się ślepi. Dostaliśmy tyle niepokojących sygnałów, a zafiksowana na punkcie kodeksu Rada nawet nie wszczęła śledztwa.

Cichy jęk, który wydał Kenobi, przypomniał Anakinowi, co doświadczony mężczyzna powiedział mu wcześniej na temat swojego Padawana.

„Czasem miewa momenty, gdy stoi obok mnie i ma ochotę zapaść się pod ziemię, bo jego Mistrz znowu zrobił po swojemu, i znowu złamał zasady".

To chyba był jeden z takich momentów.

- Mistrzu, proszę, nie idź na kolejną wojnę z Radą – błagalnie odezwał się Obi-Wan. – Przecież wiesz, dlaczego nie wszczęli śledztwa z powodu tamtych incydentów. Poszlaki prowadziły donikąd. A poza tym wszyscy…w tym zarówno TY i ja założyliśmy, że to robota naszego… - młody mężczyzna skrzywił się, i zniesmaczonym tonem dokończył – starego znajomego.

Znajomego? – zaciekawił się Anakin. – To znaczy kogo?

- To był błąd, Padawanie – Qui-Gon wycelował w protegowanego palec wskazujący. – Od początku wiedziałem, że coś tu nie gra. On nigdy nie atakował tak doświadczonych Jedi. Już raz przekonał się, czym kończy się spotkanie z Mistrzem. Jestem pewien, że tamta nauczka skutecznie wybiła mu z głowy próby zabicia kogoś powyżej poziomu Padawana albo świeżo mianowanego Rycerza. Zresztą… w czasach, gdy działał, zawsze zostawiał po sobie „autograf". Powinienem był zawierzyć uczuciom. Wówczas dostrzegłbym, że zabójstwa naszych braci z ostatnich kilkunastu miesięcy NIE mogły być robotą Sabre'a. Od dzisiaj zamierzam słuchać własnej intuicji, a dopiero potem Rady Jedi. A tobie, mój młody uczniu, zalecam to samo.

Mina Obi-Wana była tak oczywista, że nie trzeba było specjalnych zdolności, by zgadnąć, co młody mężczyzna właśnie myślał.

„Jakie „od dzisiaj""?

„Ja miałbym nie słuchać Rady… JA?!"

- Tymczasem skupmy się na sprawach bieżących – nauczyciel Kenobiego rozmasował zmarszczone czoło. – To znaczy na tym, czego możemy się spodziewać po Zabraku. Jeśli rzeczywiście spędził ostatnie miesiące pozbawiając Zakon kolejnych członków, to możemy założyć, że został wyszkolony specjalnie do…

- Mistrzu! – Obi-Wan syknął, wchodząc starszemu mężczyźnie słowo.

Wymownie przesunął powieki w kierunku Anakina, jakby chciał przypomnieć Qui-Gonowi:

„Ten dzieciak TEŻ tego słucha!"

Lekko zmieszany, Mistrz Jedi posłał chłopcu zatroskane spojrzenie.

- Ani, mógłbyś na chwilę zostawić nas samych?

Anakin nie ruszył się z miejsca. Pierwszy raz, odkąd się poznali, usłyszał polecenie Qui-Gona i go nie wykonał. Wywołało to w wysokim mężczyźnie zdumione uniesienie brwi. Obi-Wan również miał poważną minę.

- Ani - w głosie Mistrza zabrzmiała pierwsza nuta surowości – poprosiłem o coś.

Wciąż zero reakcji. Dłonie chłopca zacisnęły się w piąstki. Czy oni naprawdę sądzili, że nie wiedział, co chcieli powiedzieć? Wychował się w Mos Espa. To był teren kontrolowany przez Huttów, prawdziwa wylęgarnia łowców nagród, a zarazem idealne miejsce, gdy chciało się „sprzątnąć" kogoś po cichu. Niech ci Jedi nie myślą, że nie znał życia… że nie wiedział, jak to jest – oglądać czyjąś twarz przez miesiące, albo i lata, za straganem, na ulicy, czy też w sklepie, a potem nagle… przestać. Albo gorzej – zobaczyć wspomnianą twarz martwą i nieruchomą.

Anakin znał życie i znał śmierć. Ale nie tylko dlatego się niepokoił. Coś wisiało w powietrzu… coś złowrogiego i groźnego. Coś, czego nie potrafił wyjaśnić. Wiedział jedynie, że miało związek z twarzą, której za nic w świecie nie chciał przestać oglądać. Nie pozwoli wykluczyć się z tej dyskusji.

- Wiem, co chcieliście powiedzieć – wyszeptał, głosem drżącym od zdenerwowania.

- Ani… - Qui-Gon zaczął ostrzegawczo.

- To Zabójca Jedi, prawda? – chłopiec wyrzucił z siebie zrozpaczonym tonem. – Został wyszkolony specjalnie po to, by zabijać takich jak wy! O to chodzi, prawda?

- Ani, jesteś jeszcze…

- Nie jestem już dzieckiem!

Podobne zdanie musiało brzmieć absurdalnie, gdy sięgało się rozmówcom do pasa, ale Anakin nie zamierzał się tym przejmować. Może i nadal był dzieckiem… ale na pewno był dzieckiem w mniejszym stopniu niż wtedy, gdy opuszczał Tatooine.

Nikt nie zabije Jedi!" – pamiętał, że gdy rzucił tę śmiałą deklarację siedzącemu naprzeciwko Qui-Gonowi, był absolutnie pewien jej prawdziwości. Uważał ją za taką samą oczywistość jak wpływy Huttów w Mos Espa. Tej naiwnej dziecięcej wizji nie rozwiała nawet ponura odpowiedź: „Chciałbym, żeby tak było".

Ale to wszystko wydarzyło się, zanim zielony miecz świetlny skrzyżował się z czerwonym. Zanim Anakin ujrzał szybkość zakapturzonego wojownika, siłę jego ataków, a także emanującą z każdego ruchu rządzę śmierci.

Wbił w Qui-Gona błagalny wzrok.

- Mistrzu, proszę nie walcz z nim.

- Słucham?

Starszy z mężczyzn wytrzeszczył oczy. Chłopiec tak intensywnie wpatrywał się w Mistrza Jedi, że prawie przeoczył zbulwersowaną minę, która pojawiła się na twarzy Obi-Wana.

- Nie musisz znowu z nim walczyć – Anakin powiedział do ciemnoniebieskich tęczówek, które urzekły go swoim ciepłem i opiekuńczością już na Tatooine. - Czy cały oddział Kapitana Panaki… nie mógłby osaczyć go, albo coś?

Qui-Gon otworzył usta, by odpowiedzieć, ale Obi-Wan był szybszy.

- Jeżeli rzeczywiście mamy do czynienia z Sithem, to żołnierze Kapitana Panaki będą dla niego jak Jawowie dla Wookiego – stwierdził chłodno. - Zmasakruje ich. Powstrzymanie go to zadanie Jedi!

Powiedział to w taki sposób, jakby Anakin obraził nie tylko jego Mistrza, ale w ogóle cały Zakon. Jakby Anakin uznał Jedi za jakiś niekompetentnych słabeuszy. Ale przecież wcale nie o to chodziło!

Ja tylko nie chciałem, żeby Qui-Gon narażał się na niebezpieczeństwo – chłopiec pragnął powiedzieć.

Jednak nie dano mu szansy.

- Zresztą - z pewnym wahaniem ciągnął Kenobi - Mistrz Qui-Gon nie będzie walczył z nim sam. Jest na dwóch. Może i Jedi są nazywani „Rycerzami", ale to nie znaczy, że czujemy się zobowiązani do stoczenia chwalebnej walki jeden na jeden. Jeśli mamy przewagę liczebną, to ją wykorzystamy. Będziemy walczyć z Sithem we dwóch. Prawda? – zadał to pytanie wyzywająco patrząc swojemu nauczycielowi w oczy. Zupełnie jakby obawiał się, że Mistrz zechce wykluczyć go z tej walki.

Qui-Gon wpatrywał się w Obi-Wana równie intensywnie, jak Obi-Wan w niego.

- Oczywiście – wyszeptał po chwili, miękkim i łagodnym głosem.

Przez twarz młodego mężczyzny przebiegł cień ulgi. Również Anakin poczuł się nieznacznie lepiej. Walka dwóch przeciwko jednemu brzmiała jak o wiele… bezpieczniejsza opcja. O ile wcześniej chłopiec złościł się na Obi-Wana, teraz miał wrażenie, że rozumie starszego kolegę lepiej niż kiedykolwiek.

On też martwi się o Qui-Gona – pomyślał, patrząc na Kenobiego.

- Na razie skoncentrujmy się na chronieniu Królowej – Mistrz Jedi zwrócił się do swojego Padawana. – Wciąż nie mamy stuprocentowej pewności, czy przeciwnik rzeczywiście jest Sithem. Podejrzewam, że nawet po samej walce sporo pytań pozostanie bez odpowiedzi. Gdy wrócimy do Świątyni pomożesz mi z raportem, który od dłuższego czasu nie daje mi spokoju.

- Chodzi ci o ten napisany po geonozjańsku? – Obi-Wan wzniósł oczy ku niebu. – Mistrzu, co ty właściwie próbujesz w nim znaleźć? Tłumaczyłem go dla ciebie więcej razy, niż mógłbym zliczyć. Może wreszcie przełamiesz niechęć do droidów protokolarnych? Ich tłumaczenia na pewno byłyby o wiele dokładniejsze od moich.

- Mogłem podarować ci C-3PO – nieśmiało wtrącił Anakin.

Liczył na to, że dodając swoje trzy grosze do tak neutralnej i bezpiecznej dyskusji, zachęci dwóch Jedi, by zapomnieli o tym, jak bez zaproszenia wtrącił się do rozmowy o mrocznym wojowniku.

- To bardzo miłe z twojej strony, Ani - Qui-Gon łagodnie się uśmiechnął – ale sądzę, że 3PO bardziej przyda się twojej mamie. A poza tym, wolę wyręczać się Obi-Wanem. Zna prawie tyle samo języków co droidy protokolarne, a w ramach bonusu ma jeszcze wpisane do systemu operacyjnego sarkastyczne komentarze i nieśmieszne dowcipy.

- Dziękuję, Mistrzu – Kenobi potwierdził słowa nauczyciela rzucając sarkastyczny komentarz.

Pamiętając o tym, jak wiele razy w przeciągu ostatnich kilkunastu minut podpadł Obi-Wanowi, Anakin uznał, że to odpowiedni moment, by zatrzeć złe wrażenie i nieco podlizać się starszemu koledze.

- Znajomość tylu języków jest naprawdę ekstra! Znasz jeszcze jakieś oprócz twi'leckiego i rodiańskiego? A, no i oczywiście hutteckiego! Qui-Gon, wiedziałeś, że Obi-Wan zna też huttecki? Gdybyś zabrał go ze sobą do Mos Espa, na pewno łatwiej by… wam… było…

Reakcja Obi-Wana tak różniła się od wyczekiwanej, że chłopiec nie dokończył zdania. Zamiast, jak każda normalna osoba, ucieszyć się z komplementów, gdzieś w połowie wypowiedzi Anakina młody mężczyzna najpierw wytrzeszczył oczy, potem odwrócił wzrok, zmarszczył nos i z miną winowajcy przyłapanego na gorącym uczynku, wysyczał spomiędzy zaciśniętych zębów zbolałe „cholera!"

Ale to jeszcze nic! Bo chwilę potem chłopiec zerknął na Qui-Gona, spodziewając się zobaczyć na jego twarzy identyczne zaskoczenie jak u siebie… a zamiast tego ujrzał minę, która była groźna i surowa jak nigdy wcześniej. Mistrz Jedi skrzyżował ramiona i uniósł brew.

- Obi-Wan.

Choć to nie jego imię zostało wypowiedziane, Anakin odruchowo zadrżał.

- Obiecałeś mi, że już nie będziesz pił z Huttami! – ostrym jak brzytwa tonem dokończył Qui-Gon.

Z ust Obi-Wana wyszło coś na pograniczu syku i jęku.

- Wiem, co obiecałem. Daję ci słowo, że już od bardzo dawna nie zadawałem się z tymi szumowinami.

Anakin bez trudu rozpoznał ten ton – nawet nie pamiętał, jak wiele razy sam go używał, stojąc przed Watto. Ton osoby, która próbuje się tłumaczyć, ale w głębi siebie przeczuwa, że walka już jest przegrana, a sekret zaraz wyjdzie na jaw.

O co chodzi? – skacząc zafascynowanym wzrokiem od jednego Jedi do drugiego, myślał chłopiec. – Co się właściwie stało?

Co takiego Obi-Wan robił z Huttami? I dlaczego Qui-Gon wyglądał na tak wściekłego?

- „Od bardzo dawna się z nimi nie zadawałeś", tak? – oczy Mistrza Jedi zwęziły się. - Ale zrobiłeś to przynajmniej raz po moim ostrzeżeniu, prawda? Musiałeś uciąć sobie z nimi dość sporo pogawędek, skoro po drodze nauczyłeś się języka… Ale chyba nie zbierałeś informacji na temat Sabre'a?

- Dlaczego to, co robiłem, ma aż takie znaczenie? – Kenobi wreszcie obrócił głowę, by spojrzeć na swojego nauczyciela. Głos miał skruszony, ale w jego oczach zaczęły pojawiać się iskry buntu. – To było naprawdę dawno temu, Mistrzu. Kiedy mówię „dawno" mam na myśli dwa lata temu. Od tamtej pory nie odwiedzałem barów należących do Huttów. Omijam je wszystkie szerokim łukiem, przysięgam ci. A poza tym, Mistrz Windu skutecznie wybił mi z głowy…

Sapnięcie, którym starszy kolega przerwał wypowiedź, powiedziało Anakinowi, że oto niechcący została ujawniona kolejna niepożądana informacja. I to taka, która zbulwersowała Qui-Gona do tego stopnia, że na moment zastygł z szeroko otwartymi ustami i dłońmi opartymi na biodrach.

- Mace wybił ci to z głowy? – wytrzeszczył na protegowanego błyszczące od gniewu i niedowierzania oczy. – Nie dość, że zrobiłeś coś takiego, to jeszcze rozmawiałeś o tym z Macem, a nie ze mną?!

Anakin podziwiał Obi-Wana za to, że po tym, co usłyszał, miał dość odwagi, by posłać swojemu Mistrzowi wyzywające spojrzenie.

- Nie rozmawiałem z nim - Kenobi podkreślił, dzielnie wytrzymując wzrok Qui-Gona – tylko przez zupełny przypadek wpadłem na niego w knajpie.

- Należącej do Huttów?

Cisza.

- Obi-Wan… - starszy z mężczyzn groźnie pochylił się nad swoim Padawanem. Różnica we wzroście była teraz bardziej ewidentna niż kiedykolwiek wcześniej.

- Dlaczego musimy to roztrząsać, Mistrzu? – Kenobi w dalszym ciągu nie pokazał strachu. Jego niebieskie oczy były silne i nieugięte. – Sam wielokrotnie mówiłeś mi, że powinienem myśleć o chwili bieżącej. To prawda, że złamałem twój zakaz, ale to było dwa lata temu. A poza tym miałem pecha trafić w knajpie na Mistrza Windu, który uraczył mnie tak przekonującym kazaniem, że miałem ochotę przepraszać za to, że żyję. Zrozumiałem swój błąd i nigdy nie odczuwałem pokusy, by znowu go popełnić. Sprawa jest zamknięta.

- Dla mnie nie jest – Qui-Gon zacisnął zęby. – Porozmawiajmy.

Ku zdumieniu Anakina złapał Obi-Wana za rękaw płaszcza i zaczął go ciągnąć w głąb lasu.

- Co? – wytrzeszczając oczy, jęknął młody mężczyzna. – Teraz?!

- Tak, TERAZ!

- A-ale, Mistrzu… jesteśmy w trakcie misji, a Królowa…

- Nic się nie stanie, jeśli chwilę poczeka.

Dopiero po chwili do chłopca dotarło, że nie powinien po prostu stać jak kołek. Cała ta sytuacja była jego winą! Znaczy… no dobra, Obi-Wan nie mówił mu, że jego znajomość hutteckiego to jakaś tajemnica, ale mimo wszystko…!

- M-Mistrzu Qui-Gon! – Anakin potruchtał za odchodzącymi Jedi. Szli tak żwawo, że ledwo mógł dotrzymać im kroku. – To na pewno… eee… to na pewno jakaś pomyłka!

Właśnie… pomyłka! Gdy nie miało się pomysłu na tłumaczenie, zawsze pozostawała opcja przekonania rozmówcy, że zaszła pomyłka.

Qui-Gon ani nie zwolnił kroku, ani nie przestał ciągnąć Obi-Wana za płaszcz. Może uznał, że jeśli uda, że nie słyszy, Anakin się po prostu odczepi.

- Obi-Wan na pewno wcale nie pił z Huttami! – chłopiec zawołał do pleców wysokiego mężczyzny.

- Ależ oczywiście, że pił, Ani – nie odwracając się, Qui-Gon rzucił kpiącą odpowiedź. – U niego tak to zazwyczaj działa: po paru kielichach jest w stanie porozumieć się w każdym języku. Zresztą, nie o picie tu chodzi. Proszę, nie idź za nami. Ta sprawa cię nie dotyczy, Ani.

Ale jak może mnie nie dotyczyć, kiedy to wszystko przeze mnie! – chłopiec pomyślał rozpaczliwie.

Mimo to posłusznie zamarł w bezruchu. Bał się, że jeśli powie coś jeszcze, tylko bardziej rozgniewa Mistrza Jedi. Pocieszał się tym, że w miarę jak dwaj mężczyźni oddalali się od niego, Qui-Gon wyglądał już na nieco mniej wściekłego, ale na bardziej strapionego i ponurego. Obi-Wan łypał w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku, mamrocząc pod nosem słowa w obcym języku, które z pewnością nie były odpowiednie dla dzieci.

Wreszcie Jedi zatrzymali się i zaczęli ze sobą rozmawiać. Czy raczej: Qui-Gon zaczął udzielać jakiegoś wykładu, a Obi-Wan obrócił się ku niemu ze skrzyżowanymi ramionami, zawzięcie patrząc w drugą stronę, jak dziecko stawiające się dorosłemu. To nie zwiastowało niczego dobrego…

Co robić? – nerwowo przebierając nogami myślał Anakin. – Jak to powstrzymać?

Wyraźnie dano mu do zrozumienia, że nie powinien się wtrącać… ale przecież nie mógł tak po prostu pozwolić, by ci dwoje się pokłócili. By ZNOWU pokłócili się z JEGO powodu!

Na kupy bantów, przecież nie zamierzał wcale wszczynać żadnej afery. Chciał tylko podlizać się Obi-Wanowi, chwaląc jego znajomość hutteckiego! Skąd mógł wiedzieć, że wyniknie z tego coś takiego?!